15 lipca 2018

"Mózg nastolatka. Jak przetrwać dorastanie własnych dzieci" Frances E. Jensen, Amy Ellis Nutt








Tytuł mówi sam za siebie. I choć nie mam własnych dzieci, to w pracy jestem przecież wychowawcą gromadki 13-nastolatków. Juz jakiś czas temu zauważyłam, że moje "dzieciaczki" (a jestem z nimi od maluszków), dawno już wyrosły z przysłowiowych pieluch. Ostatnie półrocze poruszałam się po omacku szukając potrzebnej mi wiedzy. Mogłabym tupać nogami, tęsknić do czasów, kiedy uczyłam moje dzieci wiązać buty, ale postanowiłam, jako odpowiedzialny dorosły, zmierzyć się z mrożącym krew w żyłach tematem "zbuntowany nastolatek". 



Pierwsze zderzenie z tym "innym światem" miałam już za sobą - przecież od pół roku uczyłam 3 klasę gimnazjum. Już wcześniej pisałam, że był to dla mnie niesamowity czas, bo moi gimnazjaliści nauczyli mnie o pracy z młodzieżą więcej, niż studia, podyplomówki i kursy razem wzięte. Z drugiej strony głosy niektórych nauczycieli, że ich nie da się zrozumieć, sprawiły, że przeszła mi przez głowę niepokojąca myśl - a może jednak da się to jakoś wyjaśnić na tyle, aby nie stać po dwóch stronach barykady?  Zaczęłam szukać w necie książek i wykładów na ten temat i ... okazało się, że jest ich mnóstwo. Na pierwszy ogień poszły książki o neurologii i biologii. Pomyślałam, że zanim zacznę zgłębiać triki wychowawcze, może lepiej byłoby zrozumieć, co się tak naprawdę zaczyna dziać z moimi uczniami? Dlaczego nagle przestaję ich poznawać i rozumieć?


"Jak to się dzieje, gdy kończą czternaście, piętnaście czy szesnaście lat? Jak to jest, że słodkie, grzeczne, szczęśliwe i dobrze sprawujące się dziecko, które znamy od ponad dziesięciu lat, staje się nagle kimś, kogo w ogóle nie poznajemy?" (s. 26)


No właśnie!!!!! A to wszystko jeszcze przede mną? Przecież czeka mnie po wakacjach klasa 7 i 8!!! 



Nie będę streszczała książki, bo nawet nie wiedziałabym jak to zrobić, żeby nie pominąć jakiejś ważnej kwestii. Mój egzemplarz jest cały popisany, z kolorowymi znacznikami, komentarzami na marginesie. Powiem tak - czytałam z zapartym tchem i co kilka stron otwierałam buzie ze zdziwienia lub wykrzykiwałam "o kurcze, dokładnie jak moje dzieci" lub "to dlatego tak zrobił/zrobiła". Niestety też muszę przyznać, że z powodu mojej ignorancji i nieznajomości tego, co zachodzi w głowach moich dzieci na poziomie neurologii, wiele razy źle je oceniałam, za dużo wymagałam i zwracałam uwagę na rzeczy, które były od nich zupełnie niezależne. We wrześniu będę musiała je za to przeprosić... 


"Nastolatki mogą wyglądać jak dorośli, nawet myśleć jak dorośli w różnych sytuacjach, a ich zdolność do uczenia się jest niesamowita, ale zwykle ważne jest, by wiedzieć, do czego nie są zdolne - jakie są ich ograniczenia emocjonalne, poznawcze i behawioralne (s.75)



Autorka jest neurobiologiem i przedstawia biologiczne podstawy tych zachowań nastolatków, które my, dorośli, niestety często błędnie przypisujemy tzw. złemu wychowaniu, hormonom, czy okresowi buntu. W większości przypadków to kwestia etapów rozwoju mózgu, kształtowaniu emocji, a nawet właściwym godzinom snu, czy eliminacji stresu. Ta wiedza z pewnością pomoże mi w nowym roku szkolnym... Ostatnie tygodnie starego roku wykorzystałam na obserwację moich dzieciaków, próbę nauki nowej komunikacji z nimi dostosowanej do nich, a nie do tego, co przywykłam oczekiwać od nich, gdy byli małymi dziećmi lub na co mogę liczyć już u  dorosłych. I wiecie co? TO DZIAŁA!!!! Zrozumiałam ważną rzecz - nie mogę oczekiwać od moich nastolatków tego samego myślenia, reakcji czy emocji, co od dzieci lub od dorosłych!!! To dwa inne światy!!!! 



Ale to nie koniec. Autorki podejmują i spokojnie wyjaśniają wiele tak denerwujących dorosłych spraw: sposób uczenia się nastolatków, ich impulsywność, brak koncentracji, późne zasypianie i jeszcze późniejsze wstawanie, zachowania ryzykowne, podatność na stres, nowe technologie, pierwsze miłości i zaznaczanie indywidualności w ubiorze, czy wreszcie zbyt głośne słuchanie muzyki...



Każdy opisany przez nie przykład wstrząsnął mną, bo mogłabym w mgnieniu oka podać imię dziecka, u którego się z tym spotkałam i które w ten własnie sposób wyprowadziło mnie kiedyś z równowagi. Ale wiedząc już, dlaczego tak się dzieje i co jeszcze ważniejsze, jak powinnam jako dorosła zareagować,  świat szkolny stał się o wiele prostszy. Nagle przestałam się tak denerwować, ciągle poprawiać uczniów pod moje oczekiwania, a pewne rzeczy, za radą autorek, uznałam na "normalne" i naturalne...  I co dla mnie chyba najistotniejsze - moje dzieciaki w ostatnim tygodniu stwierdziły, że "nareszcie przestałam się czepiać i można ze mną normalnie pogadać"... Dla mnie to ogromne wyróżnienie i tylko nie mogę sobie darować, ze tak późno zaczęłam szukać wiedzy, którą powinnam przecież otrzymać już na studiach?



"Wasze nastolatki to nie przybysze z obcej planety, lecz osoby znajdujące się w bardzo ważnym momencie rozwoju, w którym wszystko jest nie do końca zsynchronizowane" (s.309)



To oznacza, że muszę się jeszcze sporo o moich podopiecznych nauczyć. Na szczęście są wakacje, czytam mnóstwo książek, chodzę na wykłady i kursy na wydziale psychologii, a przede wszystkim - rozmawiam z młodzieżą, uczę się słuchać, dzielnie przyjmuję ich wskazówki, czasem krytykę i pracuję nad zrozumieniem tego, co właśnie przeżywają...  Dzięki, że w porę zrozumiałam, że wina za nasze "konflikty" leży głównie po mojej stronie, bo tak naprawdę nie rozumiałam, co się z nimi dzieje i jak widzą świat... Teraz mogę spróbować się nauczyć, kim są moi uczniowie... tak na prawdę, a nie kim chciałabym je widzieć...



"Nastolatki uważają, że są dorosłe, i im bardziej je tak traktujemy, tym większa szansa na to, że będą się tak zachowywać". (s.93)



Anna M.


Teraz czytam książki dr Marka Kaczmarczyka "Unikat" i "W szkole neuronów"






13 lipca 2018

"Oswoić narkomana" Robert Rutkowski








"Jest takie powiedzenie: „Uratować jednego człowieka – to uratować całą ludzkość”. Nie mam poczucia misji, żeby ratować całą ludzkość, jednak jeśli choć jeden człowiek zmieni się dzięki mojej historii, to warto książkę napisać. Mnie też kiedyś pomogła czyjaś historia, dzięki której zrozumiałem i poczułem, że zmiana jest możliwa. A byłem naprawdę mocno poturbowany przez życie".








Książka Roberta Rutkowskiego to szczera spowiedź byłego narkomana, a teraz wziętego terapeuty, specjalisty od uzależnień. Przyznam, że przeczytałam ją jednym tchem. Autor opowiada swoją historię bardzo szczerze, momentami nawet powiedziałabym - brutalnie, nic nie ukrywa, nie tłumaczy się, nie upiększa... I chyba to przemówiło do mnie najbardziej. 


"Głód fizyczny trwa pięć do siedmiu dni, a głód psychiczny – wiele miesięcy, a nawet lat".


Uzależnienia są różne, ale chyba w każdym wypadku mechanizm jest podobny. No i pewnie podobnie się z tego wychodzi. 


"Trzeba podejść do tego z pełną pokorą, dystansem do samego siebie. Wtedy nie wolno sobie ufać. Wtedy przychodzi czas na <<naukę chodzenia>>."


Sama nie wiem, co o tej książce napisać. Mną wstrząsnęła, trochę mnie załamała, ale i dała nadzieję, że nigdy nie jest tak, że wszystko jest stracone. Przeczytałam ją już jakiś czas temu, ale długo nie mogłam się zabrać za napisanie czegoś na bloga. Nadal nie mogę poskładać myśli. Przez ostatnie tygodnie słuchałam nagrań i wywiadów z panem Robertem i zdecydowanie - podziwiam. Chciałaby kiedyś umieć tak rozmawiać z ludźmi, mieć tyle empatii, wyczucia sytuacji i delikatności, a jednocześnie potrafić prosto w twarz powiedzieć nawet najboleśniejsza prawdę. 



Nawet teraz nie potrafię napisać, co konkretnie mną wstrząsnęło, ale ten stan trwa. Może potrzebuję czasu, żeby przetrawić całą historię. Jak pogodzić się z faktem, że uzależnienie nigdy nie mija? Każda najdrobniejsza sytuacja może spowodować powrót do nałogu... Chyba to mnie najbardziej załamało, bo nigdy nie można powiedzieć, że się już wygrało walkę. Każdego dnia trzeba być uważnym, niezwyciężonym i upartym.  


"Wyzwalaczem wewnętrznym mogą być też stany emocjonalne. (...) HALT (czyli stop). Składa  się ono z czterech słów angielskich: hungry– głodny, angry – zły, lonely – samotny, tired-zmęczony. Każdy z tych stanów emocjonalnych jest absolutnym wyzwalaczem. Każdy z nich może uruchomić pragnienie sięgnięcia po narkotyk. A najgorzej, gdy pojawiają się razem. Trzeba cały czas się pilnować –przez okres kilku, a niektórzy nawet kilkunastu lat – żeby unikać ich skumulowania".


Jest jednak nadzieja, pan Robert od wielu lat jest czysty i co więcej -  pomaga innym wyjść z nałogu, udziela wywiadów, daje wskazówki. Dla mnie jest przykładem, że własne doświadczenia są też po to, aby pomagać innym...




Anna M.








25 czerwca 2018

"Pułapki przyjemności" Robert Rutkowski






Rozpoczęły się wakacje, zatem mam więcej wolnego czasu... poprawka - mam jakikolwiek "czas wolny"... I jak co roku zabieram się nad pracę nad sobą... Uwielbiam ten czas, kiedy mogę zająć się sobą! W nadziei spędzenia uroczego i budującego popołudnia sięgnęłam po książkę jednego z moich ulubionych psychologów - Roberta Rutkowskiego... I.. zamiast relaksu, zostałam walnięta w łeb! 


"Zatem święta zasada, od której nie ma odstępstwa (niezależnie od tego, czy jesteśmy pracownikami, czy właścicielami): w momencie, kiedy jesteśmy w domu, nie powinniśmy mieć nic wspólnego z pracą".



Przecież to miała być książka o przyjemnościach, ok o pułapkach przyjemności, ale, żeby tak już na początku burzyć mój idealny świat? Ale że niby jak?



"Mówiłem wcześniej, że nie należy przenosić pracy do domu. Większość z nas tego nie potrafi i problemy związane z pracą próbuje rozwiązywać również poza nią, czyli w czasie, który powinien być przeznaczony tylko i wyłącznie na odpoczynek, regenerację. Nie da się rozwiązywać problemów i efektywnie regenerować. Kiedy myślę o pracy w czasie wolnym, to osłabiam zdolności regeneracyjne. Jeżeli budzę się i nie mając jeszcze uruchomionej funkcji „powitanie dnia”, analizuję, co czeka mnie dzisiaj w pracy, to znaczy, że już od tego momentu w niej jestem, w myśl zasady: „Jesteśmy tam, gdzie nasze myśli”. Najpierw należy wyjrzeć przez okno, uśmiechnąć się, głośno powiedzieć: „Witaj, piękny świecie, to będzie udany dzień!”, po czym spokojnie zasiąść do najważniejszego posiłku, czyli śniadania. Dopiero potem, może na parkingu w samochodzie, w metrze, autobusie, w drodze do pracy, możemy delikatnie przekierowywać się na zadania zawodowe".





Kolejny cios! Jak teraz to wszytko sobie poukładać? Na szczęście są wakacje, czas wolny od mojej pracy... Zatem niech to będzie czas spokojnego powrotu do siebie samej, do tego, co lubię robić poza pracą, do moich pasji, marzeń, tego, co kocham :) 


Książka cudna, ale wbiła mnie w fotel wiele razy. Tak to już jest z panem Robertem Rutkowskim. Uwielbiam go... Słucham wszystkich jego audycji, wykładów.  Zwyczajnie trafia do mnie w 200%. Ale co potem z tym zrobić? Cóż, chyba trzeba zakasać rękawy i zabrać się, nomen omen, do pracy... nad sobą oczywiście... 



"W naszym życiu najważniejsza jest harmonia i równowaga. Jeśli jest czas pracy, to powinien być też czas zabawy (...) Podprogowo powinniśmy pamiętać, że chociaż mamy świetną pracę, w której się doskonale czujemy, nie zwalnia nas to z obowiązku, żeby zadać sobie minimalny wysiłek, wyłączyć aplikację bycia wygodnickim leniem i poszukać aktywności, która nie ma nic wspólnego z zarabianiem pieniędzy. To po prostu działa".



Przede mną dwa miesiące wolne od pracy..., a że książka demaskuje różne pułapki (jedzenie, związki, sport, portale społecznościowe), w jakie codziennie wpadamy, więc jest nad czym popracować...




Anna M.




Jeszcze jedna myśl, zawsze traktowałam psychologię jako sferę myśli, emocji, a nie biologii. A tu dowiedziałam się o czysto biologicznych mechanizmach, o neurohormonach, adrenalinie, kortyzolu itd. Nasze myśli mogą być stymulowane przez odpowiednie hormony?  Jeśli odczuwam stres, następuje wyrzut kortyzolu, który zagęszcza krew, co z kolei sprawia, ze gorzej dotleniony jest mój mózg i trudniej mi się myśli, reaguje, regeneruje... A jak ktoś żyje w nieustannym stresie? To zwyczajnie trudno być sobą? Muszę zgłębić ten temat... KONIECZNIE










22 czerwca 2018

"Roger Federer. Geniusz przy pracy" Mark Hodkinson



Uwielbiam oglądać grę Federera, choć uczciwie przyznaję, nie jest moim nr 1. Sorry Roger, ale wiele lat temu moje serce skradł Rafa... No, ale dziś kilka słów o Maestro...





Nie będę pisała o jego rekordach, bo chyba nie ma takiej kategorii, w której by nie prowadził. Nie chcę się też zatrzymywać na jego geniuszu w grze, bo najlepsi już analizowali jego technikę, serwis, nawet trzymanie rakiety czy ilość kroków. Znane są memy porównujące go do baletnicy, sam nazywany jest wirtuozem, Maestro. Kiedy wchodzi na kort, trybuny są jego. Robi z publicznością, co tylko mu się podoba... Nawet rywale zaakceptowali, że tłum będzie wspierał tylko jego.

Nie chcę też przekonywać Was, że talent to nie wszystko. Federer jest ponadprzeciętnie utalentowany, ale nic by z tego nie było gdyby nie fakt, że wkłada w to, co robi ogromną pracę. Całe życie podporządkował tenisowi. O tym wszystkim można zresztą przeczytać w książce.





Ja chcę opowiedzieć o tym, dlaczego tak lubię oglądać go na korcie... 

Uczę się od niego wielu rzeczy...


PRZYJAŻŃ...

Każdy, kto choć trochę interesuje się tenisem wie, że Roger Federer i Rafael Nadal to najlepsi kumple ever...  Wspierają się, prywatnie bardzo przyjaźnią i wzajemnie sobie pomagają... Każdy też wie, że ich mecze to ogromne widowisko. Na przestrzeni lat, co jakiś czas, zamieniają się miejscami w rankingu ATP, ich spotkania przechodzą do historii, a świat dzieli się na fanów Rafy i fanów Maestro. Wymarzone spotkanie w finale to właśnie Rafa - Federer, wtedy wiadomo - będzie się działo. I to mnie fascynuje. Przyjaźń nie ogranicza, nie każe rezygnować z własnych marzeń. Przyjacielem jest się zawsze, nawet gdy wychodzisz na kort i starasz się z całych sił pokonać rywala. Może też dlatego ich spotkania są tak fascynujące, bo znają swoje mocne i słabe strony, na korcie mają do siebie ogromny szacunek, ale też nie wahają się wykorzystać słabości przeciwnika... 



PRACA NAD SOBĄ...

Roger jest geniuszem, czas jego królowania na korcie powszechnie nazywany jest "Erą Federera"... Ale wiedzieliście, że jako junior nie rokował dobrze... Był porywczy, potrafił podczas spotkania złamać kilka rakiet, wściekać się na przeciwnika, a po przegranym meczu rozpłakać? Komentatorzy twierdzili, że ma słabą psychikę i nie da rady z presją podczas wielkoszlemowych turniejów. Ale Federer postanowił zmienić się, poznać swoje mocne i słabe strony i z roku na rok pokazał światu, że przy ciężkiej pracy można wszystko. Udowodnił, że da radę!!!! Andy Roddick powiedział kiedyś: "On uwierzył, że może chodzić po wodzie i wcale nie jest daleki od prawdy" Dziś Federer jest oazą spokoju, opanowania, precyzji, geniuszu i ogromnej kultury na kortach całego świata...  



NIGDY SIĘ NIE PODDAWAJ!

Rafa i Federer przez wiele lat rządzili na kortach. Nikt nawet nie śmiał się zbliżać do nich, a wylosowanie któregokolwiek z nich jako przeciwnika oznaczało dla nieszczęśliwca pożegnanie się z turniejem. Ale ta era miała się skończyć. Kłopoty ze zdrowiem obu otworzyły pole do rozwoju innych zawodników np. Djokovica, czy ostatnio tzw "nowego pokolenia" reprezentowanego przez Dimitrowa, Thiema czy mojego nr 3 Saschy Zvereva. I znów zwiastowano koniec ery Federer-Nadal. Zresztą obaj panowie są już grubo po 30-stce, co na realia tenisowe oznacza, że powinni już dawno korzystać z życia na emeryturze... Ale po kilku sezonach ciszy i dalekiego miejsca w rankingu, nagle świat mógł zobaczyć odrodzenie i Nadala i Federera... To wydawało się niemożliwe... a jednak! Obaj wrócili na tron, są silniejsi, mądrzejsi, grają dojrzalej, przystosowali się do nowych warunków, wieku i młodości rywali... Znów są niepowstrzymani... 





Za tydzień zaczyna się Wimbledon, najbardziej prestiżowy turniej tenisowy Wielkiego Szlema... I znów wszystkim marzy się kolejny finał Federer-Nadal... 


Anna M.
                                   




7 czerwca 2018

O tym, jak uratowali mnie pewni gimnazjaliści ....




K.S. zawsze pyta mnie, kiedy będzie nowy post. Ostatnio nawet policzył, że od miesiąca nie pisałam! No to dziś coś napiszę :) choć jak zwykle leży sterta sprawdzianów (dzięki Bogu już ostatnich w tym roku szkolnym), ale co tam :) Dodatkowo piekę chleby na szkolny festyn, a wieczorem, wiadomo - dworzec... 



Zatem dziś krótki wpis z cyklu "niecodziennik nauczycielki, czyli kobieta z klasą"...




Koniec roku szkolnego, to czas podsumowań. Miejmy to zatem  z głowy:


  • w tym roku pierwszy raz w życiu chciałam ocenić sprawdzian, którego nie zrobiłam... Byłam święcie przekonana, że dzieci, go napisały i serio, nawet wzięłam do domu teczkę, do której rzekomo go włożyłam... 
  • codziennie po kilka razy chodziłam między budynkami A i B
  • wyprałam pen-drive ze wszystkimi danymi,
  • pierwszy raz wyrobiłam się z materiałem z matmy!
  • prawie zasnęłam na teście, a moje dzieciaki zanuciły mi kołysankę...

I na deser zostawiłam moją największą radość - niespodziewanie dla mnie wróciłam do nauczania religii. I chyba to mnie uratowało, a najbardziej dzieciaki... o przepraszam - młodzież! Dostałam  jedną klasę na kilkumiesięczne zastępstwo... Poszłam do nich, bo bardzo się cieszyłam, że jest to klasa gimnazjalna, ale że religia? Przecież ja już tyle lat nie uczyłam tego przedmiotu! Czy jeszcze pamiętałam, jak to się robi? Uwielbiałam uczyć, być z dzieciakami, rozmawiać z nimi i je poznawać, ale religia w gimnazjum? Toż to mission impossible. No, ale że uwielbiam młodzież, to chciałam włożyć w to całą siebie, może inaczej - zwyczajnie być sobą!!!! Nie do końca można być sobą wśród dorosłych, ale klasa - to już jest inna bajka! Tam zawsze czuję się dokładnie na swoim miejscu. No i kocham Biblię, więc nie mogło być źle... 


I co się wydarzyło pamiętnego 29 stycznia? Kupili mnie od pierwszej chwili!!!! Czym? Swoją autentycznością, otwartością, szczerością, buntem, sposobem bycia, pomysłami, opiniami, humorem... Ok przyznaję, że przez kilka lekcji musiałam odnaleźć w sobie ten kawałek mojej duszy, który przez lata przykryła biurokracja, tzw. dorosłość i świat. Hmm, weszli do klasy i zsunęli wszystkie ostatnie ławki... No dobra, mówię do siebie "Matysiak, no to będzie ciekawie"...   Ale potem, na nowo nauczyłam się być zwyczajnie sobą, ufać temu, co czuję, znów odnalazłam to coś, co zawsze tak kochałam - pasję! I pamiętam "ten" dzień (dużo, dużo później), kiedy zadzwonił dzwonek na przerwę, a oni nie wyszli z sali, ale siedzieli i czekali na dalszy ciąg lekcji... Wtedy też pierwszy raz spóźniłam się na kolejną matematykę... ale ciiiii... Uwielbiam z nimi rozmawiać, słuchać tego, co mają do powiedzenia... Są cudni, choć niestety słuchają okropnej muzyki... :) Sorry...


Czego żałuję? Chyba tego, że trafiłam do nich tak późno, za chwilę kończą szkolę i idą w świat. Ale przez lata nauczyłam się, że każdy koniec jest nowym początkiem, coś się zamyka, żeby coś się mogło otworzyć. Wiem, że idą zmiany, czuję to... Dużo mi pokazali o mnie samej, a jeszcze więcej dali z siebie tego, co dobre. I nagle wszystko, co w życiu robiłam, wszystko, co się kiedyś wydarzyło, zaczęło układać się jak puzzle... To ma sens... Teraz dopiero go widzę... 


Dziękuję, że mogę im towarzyszyć..., że pozwolili mi choć trochę poznać ich świat, że po prostu są sobą!

Anna M.

No i K.S. wiem, że się śmiejesz, że wróciłam do religii i że sprawia mi to tak wielką frajdę... Już słyszę "a nie mówiłem!"








11 maja 2018

"Ty i teraz" Lidia Jasińska



Piątkowe popołudnie, pierwszy raz od bardzo dawna zdecydowałam, że teczkę ze sprawdzianami i testami dzieci zostawiam w szkole i zaczynam... czas tylko dla mnie. A że ostatnio zwichnęłam kostkę, to tym bardziej potrzebuję spokoju... No i zbliża się szaleństwo końca roku szkolnego, produkowania miliona niepotrzebnych dokumentów, spotkań i rad, popraw ocen i walki o pozostanie żywym.. 

"Swoje piekło to jednak też coś własnego"



Dziś polecam niezwykłą książkę Lidii Jasińskiej "TY i TERAZ". Pięknie wydana i niezwykle wciągająca. Oczywiście można by powiedzieć, że to "tylko" zbiór aforyzmów, ale dla mnie to "aż" zbiór aforyzmów. Można książkę przeczytać w godzinę, ale nie polecam. Ja nadal się nią zachwycam, czytam powoli, na serio i uczciwie względem siebie, bo każdy wpis wymusza zatrzymanie się, zastanowienie nad sobą, własnym życiem i ważnymi dla mnie wartościami. 

"Pozwólmy nocom o szarych dniach zapomnieć"

Mam bardzo trudny czas w życiu i staram się na nowo poukładać sobie mój świat. Zainwestowałam w zmianę sposobu odżywiania, walczę też o to, by wcześniej chodzić spać. I co dziwne - udaje mi się!!! Narazie tylko przegrywam na frocie walki ze stresem, ale to godny przeciwnik i nie doceniałam go przez tyle lat.  Jak to na wojnie, są ranni i zabici. Poległy niektóre marzenia,  niekiedy organizm odmawia posłuszeństwa, a myśli stają się ciężki i ciemne.  I o ile już powoli wyprowadziłam moje zdrowie na prostą, o tyle trzeba jeszcze się zająć duchem. I książka Lidii Jasieńskiej jest strzałem w dziesiątkę. Ostatnio nie mam czasu i chyba też ochoty czytać długich poradników (wyjątek: Beata Pawlikowska i Szymon Hołownia oczywiście:).  Książkę  "Ty i teraz" otwieram codziennie rano i czytam tylko jedną myśl, i to daje mi materiał do przemyśleń na cały dzień, a myśli sobie płyną spokojnie między codziennymi czynnościami i obowiązkami. Jest spokojniej, radośniej i chyba zaczynam odrywać się od spraw plastikowego, krzykliwego świata. Już nie muszę ze wszystkim zdążyć, dawno też zeszłam z linii startu w wyścigu o bycie lepszym, ładniejszym, mądrzejszym. Bo niby z kim się ścigam? Sama sobie wyznaczam porzeczkę,  bo też sama siebie znam najlepiej. Tego wbrew pozorom nauczyły mnie moje dzieci. W ogólnym rozliczeniu same oceny 2 są kiepskie. Ale chwilę, stop! Dlaczego mamy porównywać dzieci i ich oceny, średnie? Przez dla kogoś, kto kompletnie nie rozumie matematyki i miał zagrożenie zostaniem w tej samej klasie, otrzymanie wreszcie "dwójki" po wielu godzinach nauki, chodzenia na zajęcia wyrównawcze jest jak wejście na Mount Everest. Ale dla świata to za mało - to tylko marne 2... Nie dla mnie!!!!  Skoro mam tyle cierpliwości i wiary w moje dzieci, to dlaczego dla siebie jestem taka surowa? I tu zaczęła się moja droga i zmiana. 

"Życie to robi z ludźmi, co ludzie robią z życiem"


A ja chcę na przekór wszystkiemu, aby życie było spokojne, pełne miłości, radości i nadziei. Każdego dnia chcę się budzić ciekawa świata. Przecież mogę zrobić, co tylko zechcę! Stereotypy, ludzkie gadanie i ocenianie to tylko powierzchowny sposób bycia. Ja chcę żyć głębiej, poznać siebie, poczuć to, co naprawdę czuję, a nie co czuć powinnam. 


Kochani polecam książkę z całego serducha... zmusza do przemyśleń, daje nadzieję, budzi z marazmu. I w moim wypadku prowokuje do zadawania sobie ważnych pytań.



"Żal straconych odpowiedzi na pytania, których nie śmiano zadać"



Anna M.
P.S. Nie chcę niczego żałować :)



Książka przeczytana w ramach współpracy 
i dzięki uprzejmości wydawnictwa     

 Serdecznie dziękuję za możliwość przeczytania i zrecenzowania. 



2 maja 2018

"Moja dieta cud" Beata Pawlikowska




Długi majowy weekend sprzyja przemyśleniom. Dla mnie to czas relaksu, zwolnienia szalonego tempa pracy, chwila na zebranie myśli, zagłębienie się w siebie i wykonanie kolejnego kroku w drodze ku szczęśliwemu życiu. 



Uwielbiam książki Beaty Pawlikowskiej, i chyba z tego powodu sięgnęłam po "Moja dieta cud". Znałam już tą serię i stopniowo wprowadzałam pewne zmiany np. od ok. 7 miesięcy jestem weganką (ale nie ideologiczną - mam czysto zdrowotne podejście). Przeczytałam już mnóstwo książek pani Beaty, słucham jej na kanale na Youtube, i myślałam, że już wszystko wiem. I faktycznie, pierwsze rozdziały były dla mnie miłym powtórzeniem i utwierdzeniem w dawno podjętej decyzji, że moje zdrowie jest równie ważne jak moja praca, znajomi, sytuacja gospodarcza na świecie, kryzys finansowy czy nowe buty jakiejś celebrytki. Dlatego zaczęłam traktować siebie na serio, a moje potrzeby na równi z potrzebami innych. Z tego też powodu, jeśli np. w pracy mam przerwę na jedzenie, to JEM, choćby nagle pojawił się niecierpiący zwłoki problem do rozwiązania typu "jejku, zapomniała skserować sprawdzian"...




Czytałam, czytałam, i było tak przyjemnie, i nagle pojawił się rozdział o ... śnie! Ałć, no to pani Beata trafiła w moją piętę achillesową. 



"Zachodnia cywilizacja szczyci się tym, że przeorganizowała naturę. Czarne przemalowała na białe, a białe ubrała na czarno. To daje ludziom złudne poczucie władzy nad światem. Ale myślę, że ta władza jest tylko pozorna i bardzo powierzchowna, bo nawet jeśli ustawisz potężne reflektory w środku miasta i rozświetlisz nimi noc, to nie zmieniasz faktu, że ta noc jednak istnieje. Tyle tylko, że usiłujesz udawać, że jej tam nie ma". 


I tu pojawia się problem, bo niestety bardzo mało śpię... Zdarza się że po 4 - 5 godzin, a potem 10  kolejnych godzin pracuję... Oczywiście tłumaczę to sobie całkiem racjonalnie - przecież po pracy mam prawo na zajęcie się sobą, czas dla siebie, na swoje przyjemności, książki, gotowanie... a że na zegarku jest już po 22.00 - trudno, ten czas mi się należy! Nic bardziej mylnego, tzn. on mi się faktycznie należy, ale na zdrowy, spokojny sen. 

"I rzeczywiście dawałam radę. Wracałam do domu o północy, rzucałam się na łóżko, spałam do rana i wstawałam zmęczona. Pod koniec tygodnia byłam już taka wyczerpana, że w sobotę spałam do południa. A potem wieczorem nie mogłam zasnąć. To nie miało sensu. (...) I tak odkryłam, że przepisowe osiem godzin snu to dla mnie za mało. Potrzebuję spać dziesięć godzin.  
Rety, jakie to okropne marnotrawstwo! – pomyślałam. 
To prawie pół dnia! Tyle mogłabym w tym czasie zrobić, wymyślić, namalować, przeczytać, przygotować!...".


Pani Beato! Ratunku! Przecież to kropka w kropkę moje życie! Uff, ale jest dalsza część książki... Zatem zostawiam Was w tym miejscu i idę eksperymentować ze snem... 

"Każdy organizm sam wie ile snu potrzebuje, żeby się w pełni zregenerować. I to jest twoje pierwsze zadanie. Spróbuj znaleźć dwa tygodnie, kiedy będziesz testować swoje potrzeby. To musi być taki długi czas, bo najprawdopodobniej teraz twój naturalny rytm jest całkowicie rozregulowany przez telewizję, pracę, dzieci, męża, Internet i wiele innych spraw. Sama już nie wiesz ile powinnaś spać, bo zawsze śpisz za krótko, a potem raz w tygodniu śpisz o wiele za długo".




Anna M.




15 kwietnia 2018

"Plan Campbella" Thomas Campbell


Wcześniej czytałam książkę Campbella seniora, dziś polecam też Campbella juniora :)


Wiem, jestem monotematyczna... Trudno. Zaczęłam nowy etap w  życiu i chcę się tym podzielić. Jeśli kobiety przechodzą kryzys wieku średniego, to ja właśnie taki w zeszłym roku zaliczyłam (nie żebym już miała 40-stke, ale wielkimi krokami się zbliża). Chwytałam się wszystkiego, żeby wyjść z "dołka". No i znalazłam. 


Okazuje się, że powiedzenie "w zdrowym ciele zdrowy duch" jest genialnie prawdziwe. Powoli moje zdrowie, to fizyczne i to duchowe, wraca na stare, dobre tory. Czy to sprawa wyłącznie zmiany jedzenia? Nie sądzę, ale wiem, że ma ono bardzo duży wpływ na nasze postrzeganie świata i siebie. Zmiana na lepsze zawsze rozwija. Paradoksalnie w moim przypadku, zdrowe odżywianie, przesunęło akcent z dbanie o wszystkich kosztem wykańczania siebie, na dbanie o siebie, by być dla innych.  Dziś już wiem, że jeśli wezmę na siebie za dużo, nie podołam podstawowym zadaniom (niestety niektóre zobowiązania muszę dokończyć, choć wiem, że są destrukcyjne).  Wiem też, że jeśli np. się nie wyśpię, następnego dnia będę sfrustrowana, przemęczona i zła na cały świat.  Kiedyś wszystko inne było ważniejsze, dziś staram się powolutku to zmieniać. Jasne, świat jest ważny, ale jeśli będę przemęczona, zła i głodna, to nic w tym świecie nie zrobię. A  moje ja mi cały czas daje znak, aby się wreszcie nim zajęła. No to się zajmuję - jestem początkująca w tej dziedzinie, więc wpadki są nieuniknione. Ale idzie mi całkiem dobrze. 



Przyznaję, że potrzebuję takich książek, jak ta, aby motywować się i utwierdzać w  mojej drodze ku dobremu. No bo przecież wszyscy wiemy, że śmieciowe jedzenie jest dla nas toksyczne, a chemia do niego dodawana powoli nas zabija. A jednak strasznie trudno jest zmienić dietę. Brak czasu, wygoda, dostępność produktów, lenistwo, pieniądze, brak edukacji w zakresie żywienia - to tylko niektóre wymówki i przyczyny braku próby zmiany. Największym jednak jest UZALEŻNIENIE.  To z nim trzeba najdłużej walczyć...



Dr. Thomas Campbell jak dobry lekarz, prowadzi nas za rękę pośród zawiłości zdrowego odżywiania. Z jednej strony daje nam ogromną porcję wiedzy medycznej, z drugiej konkretne porady na wypadek, gdybyśmy "utknęli" w teorii.  Jest tu zatem i wykład o cukrze, oleju i modnych suplementach, jak i propozycja menu, lista zakupów i konkretne przepisy dla kulinarnych żółtodziobów. Dla mnie strzał w 10!


moja zdrowa dieta wcale nie jest nudna i mdła...


(...) to co ty jesz, co ja jem - ma ogromny wpływ na nasze zdrowie. Żywność ma większą moc uzdrawiania niż cokolwiek, co może ci przepisać lekarz". (s. 222)



Polecam i smacznego!.
Anna M













8 kwietnia 2018

"Nowoczesne zasady odżywiania. Przełomowe badanie wpływu żywienia na zdrowie" T. Colin Campbell, Thomas M. Campbell II


Mój dietetyczny coming out... 


"Mieszkańcy Stanów Zjednoczonych żyją w dobrobycie i z tego powodu umierają. Codziennie ucztujemy jak królowie i to nas zabija" (s. 121)


Książkę Campbella poleciła mi koleżanka, która od wielu lat nie je mięsa. Zaczęłam więc czytać z prawdziwym zaciekawieniem, które z czasem przerodziło się w, nomem omen, "pożeranie" kolejnych rozdziałów... 


I tu należy się pewne wyjaśnienie. Dołączyłam do roślinożerców jakieś 5 miesięcy temu, ale zrobiłam to zupełnie intuicyjnie. Co prawda zdarzały mi się okresowe odstępstwa od weganizmu i daleko mi od ideologi obrońców praw zwierząt, ale każdy powrót na "zieleninę" odczuwałam z ulgą, ku własnemu zaskoczeniu...


Moje powody rezygnacji z produktów odzwierzęcych są prozaiczne - zwykła chęć poprawy stanu zdrowia. Od wielu lat byłam ciągle na jakiejś diecie, z większym lub mniejszym sukcesem. Chyba już byłam zmęczona ustawicznym liczeniem kalorii, unikaniem słodyczy i dla odmiany rzucaniem się na nie. Byłam zniechęcona, a fast foody przejęły kontrolę nade mną i moim życiem. Dieta roślinna, oparta wyłącznie na nieprzetworzonych produktach wydała mi się naturalna. Zmęczyło mnie śmieciowe jedzenie, które może i było niskokaloryczne i przynosiło oczekiwane rezultaty odnośnie spadku wagi, ale czy było zdrowe? NIE.


Początki były trudne, chyba głównie przez moje złe nawyki i slogany powtarzane przez przez znajomych, jakoby weganizm był czystą i do tego niezdrową fanaberią.  Pierwszy miesiąc, nie będę ukrywała i koloryzowała, był koszmarny. Wszędzie czaiło się jedzenie, a sery wręcz kusiły (robią to do dziś, szczególnie te pleśniowe). Z łatwością zrezygnowałam z mięsa, ale nabiał to już inna bajka. Wreszcie się udało! Ostatnia "przeszkodą" do pokonania była... moja mama. Ostatecznie przekonały ja dopiero szczegółowe wyniki badań laboratoryjnych (w życiu nie pobrano mi tyle krwi), do których mnie oczywiście zmusiła i za które na szczęście sama zapłaciła. Wbrew jej oczekiwaniom (o ironio) wszystkie odczyty znacznie się poprawiły, a ja nigdy wcześniej nie miałam tak niskiego poziomu cukru, cholesterolu, a zarazem wysokiego poziomu żelaza i wapnia! Za zmianami odżywiania szły oczywiście zmiany w gotowaniu. Dziś jem proste potrawy, najczęściej gotowane na parze lub pieczone w piekarniku, dużo surowych warzyw, kasze, bakalie, owoce. Kupiłam obrzydliwie drogi blender ze szklanym kielichem, żeby się zmobilizować do robienia zielonych, warzywnych  koktajli. Przecież skoro wydałam tyle kasy na sprzęt, to teraz trzeba "mielić" ile się da! I to był strzał w dziesiątkę, choć początkowo mdliło mnie już po pierwszym łyku, dziś ze smakiem piję codzienną porcję naturalnych "witaminek" :) Wystarczyła cierpliwość i determinacja, aby zmienił mi się smak (zresztą i tak ograniczony, jak wiecie).




mój zdrowy obiad
Zatem jako początkująca weganka sięgnęłam po książkę z ciekawością i pewnymi oczekiwaniami i otrzymałam wiedzę, którą chyba powinnam mieć na początku mojej drogi, więc z miłą chęcią nadrobiłam zaległości "naukowe". Przede wszystkim zrozumiałam, że nie jestem weganką! Okazuje się, że moja intuicyjna dieta to NPR, czyli odżywianie oparte na nieprzetworzonych produktach roślinnych. Nieco się też uspokoiłam, czytając między innymi o tym, że powinniśmy ograniczać białko i tłuszcze (bo przecież zewsząd krzyczą o proteinowych batonach, odżywkach, koktajlach). Dieta roślinna przeciwdziała wielu chorobom, a unikanie mięsa może przynieść tylko korzyści. 





"Wszystkie powyższe choroby, oraz wiele innych, rozwijają się z tego samego powodu: niezdrowej w dużej mierze toksycznej diety i niezdrowego stylu życia, wypełnionych czynnikami promującymi choroby i zbyt ubogich w czynniki wspierające zdrowie. Innymi słowy, z powodu diety zachodniej. Z drugiej strony znana jest dieta, która przeciwdziała wszystkim tym chorobom: pełnoziarnista dieta roślinna" 


Zdrowie - to była moja pierwsza motywacja. Druga - no oczywiście, że zrzucenie zbędnych kilogramów raz na zawsze. I to działa! Powoli, bez wysiłku i rygorystycznego ograniczania jedzenia, waga naturalnie spada :) Hmmm - taki uboczny efekt ;) Jakaż to odmiana w porównaniu z milionem wcześniejszych diet, które stosowałam. 


"Stosowanie specjalnych programów utraty zbędnych kilogramów i łykanie pigułek w celu zmniejszenia apetytu czy zmiany metabolizmu to nasz narodowy sport. (...) Czemu więc bezustannie próbujemy nowych diet, koktajli, batonów energetycznych i wierzymy w poradniki o odchudzaniu, skoro nie spełniają swoich obietnic?" (s.149)



Ale książka to nie tylko biochemiczne laboratorium i analiza wieloletnich badań. Po "naukowej" części, autor przechodzi do praktycznych wskazówek i omawia 8 zasad odżywiania i zdrowia. Okazuje się, że są one mi bliższe, niż wcześniej mi się zdawało. Unikanie suplementów diety, ograniczanie białka, wyrzucenie oliwy, przejście na dietę roślinną, zdrowy tryb życia, unikanie stresu - to tylko wybrane zasady. Chodzi o trwałe zmiany, nie tylko te powierzchowne i czasowe. Życie jest w naszych rękach - zdrowe i szczęśliwe życie.


"Proces jedzenia jest prawdopodobnie najbardziej intymna interakcja z naszym światem; to, co jemy, staje się częścią naszego organizmu" (s. 247)



Anna M.







25 marca 2018

Beata Pawlikowska "Śniadania świata"



Wczoraj (sobota) byłam w pracy - konkurs matematyczny... Obiecałam sobie, że jeśli czekając na moją uczennicę ocenię wszystkie sprawdziany, żeby mieć raz wreszcie wolną niedzielę, to kupię sobie jakąś książkę. No i wróciłam z 3 książkami o... jedzeniu... Pół nocy czytałam, a dziś od rana gotuję...





Na pierwszy ogień poszła książka mojej ulubionej autorki Beaty Pawlikowskiej. Przepięknie wydana, pełna kolorowych zdjęć, wspaniałych przepisów i tak smakowitych potraw, że czytając ją, byłam coraz bardziej głodna...  Nad ranem wreszcie postanowiłam zajrzeć do kuchni! I tu winna jestem pewne wyjaśnienie - przez ten rok nieobecności na blogu, powoli przeszłam na weganizm.  Bez ideologicznego zacięcia, więc zdarza mi się ze spokojem zjeść coś normalnego, zwłaszcza, gdy jestem u znajomych.  Przeprowadziłam się też i teraz mam większą kuchnię, z prawdziwym oknem! Jesienią sporo chorowałam i postanowiłam całkowicie zmienić podejście do jedzenia. Zainspirowała mnie własnie pani Beata, bo choć od wielu lat czytam jej książki, zawsze jakoś nie starczało mi odwagi, aby zacząć żyć według jej podpowiedzi. Zaczęłam od kuchni - w pewien sierpniowy dzień, zrobiłam porządek w szafkach i pozbyłam się przetworzonego, śmieciowego jedzenia. Sam proces przestawiania się na kuchnię wegańską trwał 2-3 miesiące, bo o ile nie miałam problemów z rezygnacją z mięsa, o tyle wyrzeczenie się moich ukochanych serów, było już dużym wyzwaniem.  Nawet dziś, od czasu do czasu, pozwalam sobie na kawałek sera pleśniowego - nie mam z tym problemów... 





Mój dzisiejszy obiad - własnoręcznie zrobione razowe tortille,
kasza quinoa z warzywami i yerba mate...



Zaczęłam zatem eksperymentować w kuchni - wiedzieliście, że można upiec nawet ciasto drożdżowe bez jajek, masła i mleka?  Poświęciłam więcej uwagi na obserwacje swojego organizmu, wcześniej chodzę spać (to też jest wyzwanie - i to każdego wieczoru). Mnóstwo czytam na temat zdrowego stylu życia,  a już wisienką na torcie był moment, gdy tuż obok mnie otworzono sklep eko...











zdrowa i pełnowartościowa owsianka z owocami i napar z imbiru z cytryną

Książka "Śniadania świata" wpisała się doskonale w moją nową koncepcję jedzenia. Dzięki Beacie Pilikowskiej zaczęłam  jeść ciepłe śniadania. Często jest to zupa z soczewicy z warzywami lub z ryżem. Do pracy zabieram samodzielnie zrobioną owsiankę z owocami. A w lodówce mam zawsze warzywne curry...  Wracając do śniadań - pani Beata opisuje potrawy z najdalszych i najbardziej egzotycznych zakątków świata. No i powtarza się jedna myśl - nasze europejskie podejście do jedzenia jest koszmarne. Jedząc śmieciowo tracimy wiele wartości, siły, zdrowia, ale i też smaków, zapachów i piękna.  A zdrowe jedzenie jest  piękne i cudownie smaczne...






Zostawiam Was zatem z głodem, a sama wracam do kuchni...



Polecam
Anna M.












Recent Posts