8 lutego 2017

„Adwokat” Randy Singer



Jezus widziany oczami rzymskiego prawnika? Proces Pawła z Tarsu opisywany zza kusi? Ewangelia spisana jako pismo prawnicze w celu obrony Apostoła? 




Czemu nie! Dla mnie genialne!


Taka jest właśnie książka Singera "Adwokat". Jest tu mnóstwo wątków historycznych dotyczących Rzymu i Jerozolimy. Autor bardzo dokładnie odtworzył też starożytne zwyczaje zarówno te religijne, jak i społeczne czy sądowe. Przyznam, że przeczytałam ją jednym tchem i polecam ją innym. Nie byłabym sobą gdybym jednak nie napisałam kilka osobistych refleksji...




Zawsze byłam osoba głęboko wierzącą, ale teraz z perspektywy czasu wydaje mi się, ze moja wiara była bardzo płytka, oparta bardziej na tradycji i przyzwyczajeniach niż na relacji z Bogiem. Potem zdarzyło się kilka złych wyborów życiowych i otworzyły mi się oczy. W religii nie chodzi wcale o ilość odmówionych modlitw, obecność na każdym nabożeństwie czy gimnastykowanie się z przykazaniami. Chrześcijaństwo to relacja, związek, intymność z Kimś, kto jest dla nas najważniejszy. I jak w każdym związku zdarzają się chwile euforii, intymności, radości, ale i ciche dni, kłótnie, czy chęć rzucenia wszystkiego.  Zrozumiałam to kilka lat temu i od tego czasu pracuję nad tym związkiem.



Lubię czytać książki o tematyce religijnej, kocham oglądać filmy i rozmawiać z przyjaciółmi na ten temat. Uwaga: książki i filmy muszą mnie zaskoczyć, a że jestem z wykształcenia biblistka, niełatwo to osiągnąć. Wybieram zatem zawsze pozycje traktujące o religii nie w sposób oczywisty, paciorkowy i dewocyjny. Nic tak mnie nie złości jak filmy o Jezusie przedstawiające Go w białych szatach, nieziemsko przystojnego i już za życia odczłowieczonego. Natomiast książka "Adwokat" wpisuję się według mnie w ten dobry trend przedstawiania historii chrześcijaństwa w zupełnie normalny, spokojny i ludzki sposób. Mamy tutaj Jezusa, który zachwyca rzymskiego prawnika, a jednocześnie jest dl niego zupełnie niezrozumiały ze swoją religią. mamy wreszcie ogarniętego misją głoszenia Słowa Pawła. Kim jest Paweł? My znamy go wyłącznie z Biblii, czasem nieświadomie ograniczany jego życie do tych kilkunastu opisanych wydarzeń. Tymczasem to zwykły człowiek, jak ja i ty, który marzył o czymś, bał się, kochał życie i nade wszystko wierzył Bogu. Ale to nie wszystko, widzimy też całą drogę, jaką musi przejść nasz bohater, Teofil, od spotkania z Jezusem do poznania Pawła. I tu pozostawię was samych, bo ta droga dotyczy każdego z nas...


Anna M.











29 stycznia 2017

"Lion. Droga do domu" Saroo Brierley





Saroo ma 5 lat, mieszka razem z mamą i rodzeństwem w małej miejscowości w zachodnich Indiach. Jego dni upływają na pilnowaniu młodszej siostry, żebraniu i zabawie z braćmi. Nigdy nie oddalał się od domu, choć często matka zostawiała go samego nawet na kilka dni. Pewnego dnia brat zabiera go ze sobą na stację kolejowa... Mały Saroo zasypia na peronie. Budzi się w nocy i szukając brata, wchodzi do pustego wagonu, po czym znużony ponownie zasypia. Dalej można się już spodziewać rozwoju wydarzeń... Budzi się rano w pędzącym pociągu, ogarnia go panika, ale drzwi sa zamknięte i nie może się wydostać. Jest za mały, by go zauważono... Przez wiele godzin jest sam, przerażony i głodny. Gdy wreszcie pociąg się zatrzymuje, wysiada na największym dworcu kolejowym jakim widział, jest w... Kalkucie. Błaga ludzi o pomoc, ale nie pamięta dokładnej nazwy swojej miejscowości, nie wie jak się nazywa, jak się okazuje po latach, nawet swoje imię źle wymawia. Żyje na ulicach Kalkuty wielokrotnie dosłownie cudem unikając śmierci. Potem trafia do Domu Dziecka i zostaje adoptowany przez rodzinę w dalekiej Australii. Po 25 latach, dzięki rozwojowi techniki, postanawia odnaleźć "drogę do domu" - rozpoczyna najpierw podroż we wspomnienia, potem po mapie, by wreszcie stanąć w na pamiętnej stacji kolejowej... 





Świat mnie często przeraża, może nie - nie świat - ludzie, którzy tak go urządzili. Od samego dzieciństwa mam wtłoczoną ideę równości. Nic tak mnie nie złości, jak niesprawiedliwość społeczna, różnice klasowe, ksenofobia, czy nietolerancja. Moja mama zawsze mi powtarzała, że to tylko marzenia i złudne idee, że jeśli nie dostosuję się do "świata", będzie mi się ciężko żyło. Ja jednak byłam uparta. Po części sprawdziły się przepowiednie mamy - faktycznie wyznając takie wartości jak równość, sprawiedliwość, pomoc, prawda, nie jest lekko w życiu. Wiele razy musiałam rezygnować z czegoś, nawet wyrzucano mnie z pozornie pro-life'owych organizacji, bo zawsze chciałam więcej... Nie mam pięknego domu, ani odłożonych oszczędności na koncie, nie jeżdżę na zagraniczne wakacje. Co mam? Swoje ideały, coś, co sprawia, że jestem sobą i lubię siebie :) Dlaczego o tym piszę? Bo ta historia pokazała mi, ze w życiu liczy się coś więcej niż pieniądze, status społeczny, praca czy sukces. Na nasze szczęście składa się to, kim jesteśmy, jaką mamy linię życia, co sprawiło, że każdego dnia możemy śmiało stawiać nowy krok do przodu, bez poczucia wstydu... Ja wciąż uczę się żyć...











Życie pisze rożne scenariusze.  Saroo odnalazł drogę do domu, jednak życie na ulicach Kalkuty na zawsze odcisnęło na nim swoje piętno. Z drugiej jednak strony stał się silniejszy, mógł patrzeć na świat oczyma osoby, która przetrwała niezależnie od wszystkiego i dlatego ma w sobie siłę i pasję do życia. Cena była wysoka, a przecież nie jest on jedynym dzieckiem na ulicach miast świata. Dziś wiele slumsów jest przepełnionych małymi dziećmi, których nikt nawet nie dostrzega. Mając świadomość, że wielu się nie udało, można być wdzięcznym losowi za szanse na normalne życie. Ja jednak nie mogę zapomnieć o tych, którzy nie zostali odnalezieni i adoptowani, o tych, którzy nie mieli szans na przeżycie, o tych, którym nikt nie pomaga. Nie wiem, co z tym uczuciem zrobię, nie wiem, gdzie mnie ono zaprowadzi, wiem tylko jedno, jestem ogromną szczęściarą, że urodziłam się w takim a nie innym kraju, mam to, co mam i nigdy nie czułam głodu, nie byłam bezdomna, nie musiałam żebrać. Czy jestem przez to lepszym człowiekiem? Nie, nie jestem, wiele razy nie wykorzystałam mojej szansy na szczęście mimo sprzyjających okoliczności. Zbyt często narzekam, widzę świat w ciemnych barwach... Ale mimo wszystko jestem szczęściarą... i na pewno mam dług wobec tych wszystkich, którzy tyle szczęścia, co ja, nie mieli...



Anna M.




24 stycznia 2017

"Running. Autobiografia mistrza snookera" Ronnie O'Sullivan







O snookerze nie wiem nic, no prawie nic - wiem tyle, że to jakaś odmiana gry w bilard??? Przepraszam znawców za moją ignorancję...  Lubie oglądać sport w telewizji, a ponieważ jestem chora i uziemiona w łóżku, a do tego trwa Australian Open, całe dnie (właściwie to noce z uwagi na różnicę czasu) spędzam gapiąc się w ekran. W przerwach między meczami Eurosport transmitował Turniej Masters z Londynu, w którym Ronnie O'Sullivan, jak zwykle ponoć, rozgromił przeciwnika...   Spojrzałam na półkę z książkami i ... jest - mam autobiografię O'Sullivana. Przyznam - obserwowanie gry było torturą, ironicznie powiem: "co za zwroty akcji"..., ale książka to już zupełnie inna bajka.  W przeciwieństwie do samego snookera jest to dosyć chaotyczna opowieść Ronnie'go o grze, swoich nałogach, bieganiu, szczycie kariery, odwykach, rozwodzie, braku pieniędzy, triumfie, terapii, idolach, skandalach i wreszcie o tym, co najważniejsze - wyjściu z tego bagna... Autor przeskakuje miedzy faktami i wydarzeniami, nie trzyma się chronologii, powtarza całe rozdziały, ale to tylko nadaje smak tej opowieści i sprawia, że czytelnik wie, że to prawdziwa spowiedź geniusza. 







"Gdyby nie bieganie, moja kariera by już dawno upadła. Bieganie to moja religia, system wartości i przekonań, coś, co mnie uspokaja. To niezwykle bolesna i wymagająca dziedzina sportu, ale również jedyna, która pozwala mi osiągnąć najwyższy stan duchowy. Chciałbym zarazić swoją pasją biegania wszystkich - ci, którzy złapali już tę fazę, zrozumieją, o czym piszę w książce. Być może znajdą tu kilka cennych wskazówek. Innych być może ośmielę do wyjścia na świeże powietrze w poszukiwaniu zbawiennego zastrzyku serotoniny" (s.14)



Dlaczego ta historia jest mi tak bliska? Cóż, moje najlepsze lata to te, kiedy biegałam... Gdy  z różnych powodów przestałam, wszystko zaczęło się sypać, bardzo przytyłam i zamieniłam się w kanapowca. Coś jest magicznego w tym sporcie, coś, co nie pozwala o nim zapomnieć. Dziś cały czas myślę o powrocie na ścieżki biegowe (choć nadal muszę sporo schudnąć), a historia O'Sullivana bardzo mnie w tym utwierdziła. 





"Biegacze to zupełnie inny gatunek ludzi. Nie interesują ich pieniądze, status, praca. Chodzi im wyłącznie o to, żeby biegać" (s.225)



Doprawdy życie Ronniego nigdy nie było łatwe. Wcześnie zaczął grać wspierany przez ojca. Poświęcał wszystko, rzucił szkołę w wieku 16 lat, był najlepszy, genialne dziecko..., później jego ojca skazano na dożywocie za morderstwo, a następnie do więzienia trafia matka. Ronnie uzależnił się od alkoholu, narkotyków, rozwiódł i stracił fortunę w sądach walcząc o prawa do widywania dzieci. Cały czas grał mierząc się bardziej z własnymi wewnętrznymi demonami niż z przeciwnikiem. Przyszedł kryzys... Rezygnował z meczy, zawiesił karierę, zatrudnił się na farmie i... zaczął biegać. Mimo, że bieganie było cały czas obecne w jego życiu, to widać, że w okresie, gdy je porzucał, pakował się wyłącznie w kłopoty i wracał do nałogów,   



Nie będę opisywała całej historii, koniecznie musicie sami przebrnąć przez chaos i zawiłości życia  i kariery Ronniego. Mnie urzekł swoją szczerością, czasem brutalną prawdą o sobie, no i nie zdawałam sobie sprawy, że tak statyczny sport jakim jest snooker może generować tyle emocji u zawodników. Niebywałe! A już rozdział o idolach O'Sullivana, gdzie opisuje Rogera Federera - wisienka na torcie. Tak na marginesie własnie oglądam pojedynek na australijskich kortach Federer-Zverev. Maestro jak zwykle najlepszy, choć w drugim secie niebezpiecznie zaczyna mieć kłopoty... 



Swoją drogą sportowcy to fascynujący ludzie. My widzimy tylko maleńki wycinek ich życia, występ w zawodach, triumf. Przez wiele lat myślałam "oni to maja super życie, taki talent, tyle szczęścia". Dopiero, gdy zaczęłam uważniej śledzić życie moich idoli, więcej o nich czytać, zrozumiałam, że to, co oglądamy, to tylko szczyt góry lodowej. Cała ukryta przed okiem publiczności reszta to godziny ciężkich treningów, praktycznie zniszczone dzieciństwo, mnóstwo poświęceń, walki, kontuzji, życie na walizkach. I kiedy mistrz podnosi swoje trofeum musimy pamiętać, że jest ono okupione niesamowitym poświęceniem i tysiącem wyrzeczeń. Za to zawsze będę miała szacunek dla każdego sportowca. My zbyt często chcielibyśmy wygrywać nic nie robiąc, tymczasem mistrz patrzy na mnie i zdaje się mówić: "hej, zleź z kanapy, zacznij trenować, zrezygnuj z śmieciowego żarcia, mniej imprezuj, chodź spać wcześniej, wyrzuć telewizor, nie trać czasu na bezsensowne znajomości i przede wszystkim uwierz w siebie. Wtedy pogadamy o zwycięstwie..."







Anna M.


P.S. Skończyłam pisać, skończył się mecz! Maestro w półfinale Australian Open!





21 stycznia 2017

"Moja ucieczka na Alaskę" Guy Grieve


Alaskę noszę w sobie...




Koniec I semestru zawsze jest stresujący. Uczniowie nagle w przypływie sił poprawiają wszystko, co się da i to, czego się nie da też próbują. Nauczyciele dosłownie toną w stosie dokumentów, procedur, zadań "na wczoraj". Do tego jeszcze rady pedagogiczne, wywiadówki i jeszcze raz rady... i przepis na stres gotowy. Podczas tych kilku ostatnich tygodni moje myśli zaprzątał tylko jeden pomysł: "wiej Anka jak najdalej stąd", no i "uciekłam" na samą Alaskę. Na prawdziwą podróż długo jeszcze nie będzie mnie stać, więc kupiłam jedyny możliwy bilet w tych widełkach cenowych - książkę. Wracam zatem wieczorem do domu, zamykam drzwi, wyłączam telefon i przenoszę się na Północ. Za oknem śnieg, a temperatura w moim "M0" też jakoś dziwnie niska. Kubek kawy, świeże bułeczki, przewracam stronę  i jestem na Jukonem...





"Wyglądało na to, że spłata długu ogranicza wszystkie nasze przyjemności i potencjalne przedsięwzięcia, a ja - na domiar złego - nie mam innego wyjścia, jak kontynuować coraz bardziej opłakaną egzystencję pośród wywołujących klaustrofobię korytarzy biurowego piekła. Mijały najlepsze lata mojego życia, a ja przez osiem godzin dziennie tkwiłem w klimatyzowanym biurze, wpatrując się w monitor komputera. Kolejne trzy godziny dziennie spędzałem w samochodzie. Czułem, że znalazłem się w pułapce, i zaczynałem wpadać w panikę" (s.15)




Do tego wszystkiego dopadła mnie choroba, i to w najgorszym z możliwych momentów. Ale trudno - odciążony i przez tyle miesięcy ignorowany organizm odmówił posłuszeństwa. Nie ma ludzi niezastąpionych, i choć ciężko pogodzić mi się z koniecznością pozostania w domu, nie ma chyba innej możliwości. Wracam zatem na Alaskę, wolna od wszystkich zmartwień, razem z Guy'em Grieve'm poszukam ciszy, spokoju i sensu naszej egzystencji. Zaszyję się w zasypanym śniegiem lesie, rozpalę ogień w piecu, nastawię wodę na kawę i chyba zaczynam żałować, że nie mam whisky, o której tak często pisze autor. Zazdroszczę mu odwagi rzucenia wszystkiego i wyruszenia ku marzeniom.





Mróz, samotność, niepewność jutra, nieprzewidywalna natura i brak wygód sprawiają, że człowiek zaczyna doceniać szczegóły, cieszyć się z małych rzeczy i przestaje tęsknić za toksyczną cywilizacją. Proces oczyszczania krwi z trucizny współczesnego świata trwa, więc Guy postanawia spędzić w dziczy całą zimę. Nie jest to proste dla człowieka wychowanego w świecie o zupełnie rożnych priorytetach, niż te obowiązujące nad Jukonem. Nie jest to jednak opowieść tylko o samotności pośród śniegu, bowiem Guy spotyka w wiosce ludzi, bez przyjaźni których wiele razy zwyczajnie by zginął. Poznaje ich zwyczaje, stara się zrozumieć historię tej małej i zżytej ze sobą społeczności. Można odkryć piękno rodziny, sąsiedzkiej pomocy i tak bardzo szukanej ostatnio przeze mnie prostoty życia.



"Ileż miałem szczęścia, że rzeczywistość Alaski miała do zaoferowania o wiele więcej niż mój marzycielski umysł zdołałby sobie kiedykolwiek wyobrazić" (s.514)


Zwykła rozmowa, kawa z przyjaciółmi, życie bez pośpiechu, wyzwolenie się z presji bycia zawsze online, delektowanie się chwilą - to wszystko, czego ostatnio szukam i czytając książkę kolejny raz odnalazłam. Czytanie o czymś to jednak zupełnie coś innego niż wprowadzenie tych zmian w swoim życiu, ale autor pomógł mi utwierdzić się w przekonaniu, że najważniejsza jest droga, a nie cel. Ważny jest kolejny dzień, każda pogodna myśl, zaufanie sobie, wsłuchanie się w siebie, odnalezienie właściwej perspektywy i ustalenie nowych, ale za to w 100% własnych priorytetów.



"Nawet gdyby to miało się więcej nie powtórzyć, czułem się wyjątkowo uprzywilejowany, że mogłem prowadzić proste życie z dala od nieładu i od wielu nic nieznaczących trosk, które zalewają nas każdego dnia, a przez to znaleźć się bliżej nienaruszonej prawdy. Tak wiele naszych wrodzonych instynktów tłumionych jest przez społeczeństwo, a w codziennym życiu kierujemy się w dużej mierze błędnymi celami, narzuconymi nam przez innych. Nawet w dzisiejszych czasach, przy całym postępie technologii i rozwiniętej kulturze, wziąć musi być ważne, by przynajmniej raz na jakiś czas znaleźć dzikie miejsce, gdzie ziemia i zwierzęta, które ją zajmują, mówią najgłośniej, a słońce i księżyc, dyktują rytm życia. Jedynie w ten sposób będziemy pamiętać, gdzie jest nasze właściwe miejsce w porządku rzeczy" (s.515)




 A Alaska? Cóż - ja ją noszę w sobie :) ...



Anna M.



P.S.
"Powrót do dawnego tryby życia nie był już możliwy, ponieważ zmienił się nasz sposób postrzegania świata i pozwolił nam porzucić sztuczne, związane z karierą cele na rzecz innych, pozwalających zwolnić tempo wartości, które miały się nam przydać bardziej niż jakakolwiek ilość pieniędzy czy status. Niekiedy warto więc odmówić bycia racjonalnym i odwrócić się od wszystkiego, co narzuca nam społeczeństwo. Niezależnie od tego, czy nasze przeznaczenie znajduje się na przeciwległym krańcu świata, czy w drugim pokoju, pewne jest tylko to, że życie mamy jedno i że należy ono do nas" (s.519)











2 grudnia 2016

(Nie) pokorna ...



Żyję, żyję, zaglądam tu co jakiś czas zniesmaczona nieobecnością właścicielki bloga... chwileczkę - przecież to ja... Na moje usprawiedliwienie (jak to w szkole bywa - pisane na kolanie) dodam, że aktualnie realizuje kilka projektów (czyt. zawalona jestem papierami w szkole)... 


Obiecuję poprawę - jak każdy uczeń... 


Na pociechę zrozpaczonego "tłumu" wielbicieli dodam, że dziś zostałam pokonana przez jednego z uczniów naszej szkoły, a przy okazji Mistrza Polski Juniorów w szachach (albo odwrotnie - mistrza Polski, a przy okazji ucznia Sp66). Pokonana! I to w czterech ruchach... Dzieci zachwycone, że pani nie dała w czymś rady, a ja zachwycona, że w czymś nie dałam rady... mniej zachwycona moja koleżanka... bo spóźniłam się na sadzenie choinki. Musiałyśmy grzebać w ziemi po ciemku i do dziś nie wiem, czy nie posadziłyśmy tych choinek przypadkiem u sąsiada... Oj długa historia :)


ze szkolnej dokumentacji mojej porażki...



Uciekam, odezwę się w weekend... papapa



Anna M.




29 października 2016

"Jeszcze 5 minutek" Adam Szustak OP




Kilka dni temu wybrałam się do księgarni po nową książkę Beaty Pawlikowskiej, a wyszłam z książką Szustaka. Dokładnie za każdym razem ten sam scenariusz. Cóż - kolejny dowód na to, że to książka mnie wybiera, a nie odwrotnie. 





Od dawna oglądam wszelkie serie o. Adama na YouTube - nowy cykl "SzustaRano" jest przyczyną moich uśmiechniętych poranków. Nie zawsze jednak się da włączyć filmik, czasem warto poczytać coś ot tak - dla kaprysu, refleksji, uśmiechu czy zadumy. Książka "Jeszcze 5 minutek" jest bowiem graficznym odpowiednikiem serii na kanale "Langusta na palmie" (zakończonego już cyklu, ale nadal bardzo aktualnego). Co zatem skłoniło mnie do wydania pieniędzy na coś, co mam dostępne za darmo w necie? Mój szeroki uśmiech, gdy przypadkowo otworzyłam ową książkę na rozdziale poświęconym skeczowi o Jacku Balcerzaku. Przyznam, że nie wytrzymałam ze śmiechu i po kilku minutach kupiłam książkę, by moc dalej śmiać się w tramwaju. A tak poważnie - potrzebuję ostatnio i uśmiechu i dystansu do tego, co się wokół mnie dzieje i jakiejś głębszej, choć nie zawsze poważnej, refleksji nad sobą. 





Czegoś mi ostatnio brakowało i zupełnie nie mogłam sprecyzować czego.  Z jednej strony świat wciągał mnie coraz bardziej, ogrom pracy, obowiązków i odpowiedzialności sprawił, że przestałam cieszyć się życiem. Niby szło wszystko ok, dorosłość przecież wymaga od nas powagi i poświęcenia, a życie zawsze wymusza stresowe sytuacje. Kwestia przyzwyczajenia... może nawet pogodzenia się z szarą codziennością? Tak sobie tłumaczyłam... Wstajesz rano już zmęczona, potem śniadanie, praca, obowiązki, szybki obiad, praca, znajomi, czasem drobna przyjemność (coś czekoladowego), wieczór, książka, może jakiś film i padasz znów zmęczona...  I tak mija życie - dosłownie przecieka przez palce. Ok, ok, nie narzekajmy - swoje już widziałam, przeżyłam, robiłam naprawdę szalone rzeczy, ale byłam młodsza, bez zobowiązań, bez kredytu i tego wszystkiego, co z biegiem lat uwiązało mnie w jednym miejscu... Czy tak musi być już zawsze? NIE! I tu (no ok już jakiś czas temu) zaczął się mój bunt. Mówią, że młodzież przeżywa bunt dorastania, a faceci mają kryzys wieku średniego. No dobra, to ja mam jakieś dziwne połączenie obu stanów i to w radykalnej odmianie. Ponownie łapię właściwą perspektywę i książka o. Adama bardzo mi w tym pomaga. Jedno jest pewne - warto pozmieniać to i owo, żeby żyć pełnią tego, kim jesteśmy. Brzmi górnolotnie? Możliwe, ale przynosi niesamowite efekty. Nagle zmienia się wszystko, mija stres, powraca uśmiech, a stłamszone przez lata własne ja zaczyna się odzywać i mówić czego chce... Nie muszę się na wszystko zgadzać, mam wybór... 


A wracając do książki (jak i filmików o. Adama) - polecam z całego serducha. Napisana lekko, ale z głębią. Dotyczy spraw przyziemnych, ale wymusza oderwanie się od ziemi. Porusza się w obrębie dobrze nam znanych symboli i skojarzeń, choć roztrzaskuje je i wydobywa nowe znaczenie. Uczy dystansu do siebie i brania świata na poważnie. Jednym słowem "Balcerzak by tego nie zrozumiał" :) 







Kilkadziesiąt historii i każda z własnym przesłaniem - no i oczywiście tytułowe 5 minutek na refleksję. Tyle wystarczy, by nieść to przesłanie cały dzień, by zmieniało nasze wnętrze i dawało niezłego kopniaka od samego rana :) I nagle widzisz świat trochę inaczej, mądrzej wykorzystujesz dany nam czas i, w moim przypadku, mniej przejmujesz się wszelkimi "pierdołami", które zwyczajnie przemykają obok. Moja decyzja, czy będę się nimi zajmowała, czy czymś o wiele ważniejszym - samym życiem. :) 








Anna M.

P.S. Książkę czytam bardzo wolno (tzn. już drugi raz, bo pochłonęłam ją w dwa wieczory, ale teraz wracam do systemu jedna historia na jeden poranek).  Otwiera mi oczy na siebie, na priorytety i pozbawia wymówek, by nic z sobą nie robić. Życie to największa przygoda i pewnie jedyny sensowny powód, aby być szczęśliwym. A co z przytłaczającym nas czasem światem, raniącymi ludźmi, szarugą dnia? A niech sobie będą, ja się uśmiecham, zakładam kalosze, otwieram parasol i idę dalej :) Wszystko można zobaczyć z innej perspektywy, jako wyzwanie, dar, kolejną lekcję...






Odnalazłam dawno straconą pogodę ducha :) Dzięki o.Adamie :) 






LINKI

- kanał LANGUSTA NA PALMIE

- blog o.Adama

- skecz o Jacku Balcerzaku








24 października 2016

"Bieg po życie. Z piekła Sudanu na olimpijskie areny" Lopez Lomong




Mała Wariatka wróciła na bloga - wieści niesłychane. I fakt, że na biurku leży sterta sprawdzianów, dziś jakoś mnie nie stresuje.  Trudno, nie będę super-nauczycielem i nie oddam ich już jutro (zwłaszcza, że dziś je dostałam).  Mała Wariatka znów czyta, pochłania książki jedna za drugą, nie o wszystkim pisze, bo wiadomo jak jest w szkole - to nie Tesco - nie zostawisz pracy zamykając za sobą drzwi pokoju nauczycielskiego :) I ku rozpaczy mojej przyjaciółki, nadal najbardziej mnie kręci non-fiction (chociaż Tolkien sprawia, że szala jest na równi - na jednym haczyku jest całe non-fiction, na drugim sam Tolkien i ten sposób w moim małym świecie M0 utrzymuje się równowaga). 




Ale do celu, bo zabłąkany czytelnik znudzi się moim monologiem, a że to nie jest szkoła i nie jest zmuszony siedzieć tu 45 min, zwyczajnie się podda i "przekliknie" na coś ciekawszego typu streszczenie nowego odcinka "Grzechu Fatmagul"...





Dziś książka niezwykła - "Bieg po życie". Jak już pisałam w ostatnim poście, jakoś tak zawsze jest, że książki nie trafiają do mnie przypadkowo - one mnie wybierają, kiedy ich najbardziej potrzebuję. Dodatkowo najczęściej czytam literaturę faktu, biografie, wspomnienia i mam wrażenie, że bohaterowie tych opowieści stają się najbliższymi mi osobami. Koleżanka z pracy, mama, czy nawet K.S. wiedzą o mnie tyle, ile im powiem - czasem jest to więcej, a czasem zwyczajnie nic. Ci, którzy śledzą moje wpisy na Fb żyją w zupełnie mylnym przeświadczeniu, że odkryli prawdę o mnie. Bzdura totalna. Natomiast książki... to zupełnie inna historia.


To bohater danej opowieści sprawia, że otwierają się we mnie rożne drzwi, czasem może on usłyszeć mój śmiech, czasem wściekłość. To własnie i tylko autor danej historii snując swoją opowieść ma okazję zobaczyć moje prawdziwe ja. Widzi moje wzruszenie i wie, kiedy dotknął dna mojego serca, przed nim nie jestem w stanie nic ukryć. I co więcej, to on wykorzystuje fakt, że o nim czytam, aby porozmawiać ze mną na najgłębszym poziomie mojej duszy. Niesamowite, ale własnie tak się czuję czytając o prawdziwych ludziach. Wiem, że oni najczęściej dziś robią już coś innego, może nawet już dawno nie żyją, ale wiem też jedno - każdy z nich wiedział o mnie, kiedy pisał swoją książkę. Z całą pewnością chciał mnie wesprzeć na duchu, zainspirować, pokonać we mnie lęki, czasem rozśmieszyć, często jednak zrównać z ziemią mój mały świat, abym zobaczyła coś więcej, poczuła coś mocniej, kochała bardziej i żyła pełnią tego, co dało mi życie...




"W tym momencie poczułem, że nie jestem sam. Bóg wysłał mi swoich aniołów, aby mnie strzegli. Niebawem mieli robić dla mnie o wiele, wiele więcej". (s. 14)



Tak, doskonale wiem, że Lopez Lomong pisał o chłopcach, którzy pomogli mu uciec z obozu rebeliantów, gdy miał 6 lat. Dla mnie jednak jest to zdanie, które równie dobrze oddaje moją miłość do książek, choć lepiej byłoby napisać miłość książek do mnie. Nigdy nie zostawiają mnie samą, a bohaterowie z każdej kartki rozmawiają ze mną, troszczą się o mnie, dodają otuchy, czasem wrzeszczą, żebym wzięła się w garść tak jak oni to zrobili, czasem zwyczajnie mówią: "nie martw się, dasz radę ze mną, razem coś wymyślimy, skoro mi się udało, to obiecuję, ze i ty przez wszystko przejdziesz". Razem z Lopezem byłam zatem w obozie dla uchodźców, płakałam, gdy umierali jego koledzy, byłam wściekła na rożne organizacje, gdy wyjadał resztki jedzenia wyrzucane przez pracowników ONZ podczas, gdy dzieci w Sudanie głodowały. W ostatnich dniach, kiedy leżałam chora, cały czas na silnych środkach przeciwbólowych, to on rozczulał mnie opowieściami, jak to adoptowany przez amerykańską rodzinę dostał buty do biegania i był na nie zły, bo przeszkadzały mu osiągać najlepsze wyniki w sporcie.  


"Postanowiłem, że wykorzystam sukces, jaki osiągnę jako biegacz, aby zmienić coś w życiu innych ludzi". (s.138)


Czasem potrzebne mi też dosłowne walnięcie mnie w łeb i skierowanie na dobre tory. Czasem mój mały, hermetyczny świat nie pozwala mi spojrzeć dalej, ale zmusza do użalania się nad sobą. Ciemność ciągnie się bez końca, a zwykłe bzdury przysłaniają słońce. I wtedy co? Dostaje książką po głowie, a konkretnie autor będąc przy mnie w tych chwilach i mówiąc o swoim życiu, daje nadzieje mojemu. 



"Życie może nie należało do łatwych, ale byliśmy szczęśliwi. Tak, chłopcy umierali i trudno było zdobyć jedzenie, ale przynajmniej nikt do nas nie strzelał. Jedliśmy tylko jeden posiłek dziennie, ale dla mnie, który przybył do tego obozu w wieku sześciu lat, stało się to czymś normalnym. Nigdy nie pomyślałem, że życie jest niesprawiedliwe, bo muszę jeść śmieci. Resztki jedzenia z wysypiska traktowałem jak błogosławieństwo. Nie wszyscy chłopcy w obozie mogli tak robić. Znałem kilku, którzy się nad sobą użalali. Jaki jest cel takiego narzekania? Przecież i tak, cokolwiek by się nie działo, mieszkaliśmy w obozie dla uchodźców. Całe narzekanie na świecie nie poprawiłoby naszego losu, niczego by nie zmieniło. Należy starać się czerpać jak najwięcej dobrego z każdej życiowej sytuacji, nawet w takim miejscu jak Kakuma". (s. 50)



No, ale dobrze, miało być o książce, a tu małe zwierzenia egzystencjalne... Trudno... Mała Wariatka musiała się wykrzyczeć... Opowieść o książce pozostawię samemu autorowi. Posłuchajcie... a Lopezowi bardzo dziękuję :) I sorry, że dziś prawie zupełnie nie o książce, choć czy, aby na pewno...?








"Kiedy biegłem, nie myślałem o moim pustym brzuchu  ani o tym, jak wylądowałem w tym miejscu. Nad niewieloma rzeczami w moim życiu miałem kontrolę. Pracownicy ONZ-etu decydowali o dostawie żywności, o tym, kiedy z kranów płynęła woda, nawet o tym, kiedy mogliśmy się dożywiać ich śmieciami. A kiedy biegłem, byłem jedyna osobą, która miała kontrole nad moim życiem. Biegłem dla siebie. Nie miałem butów, lecz bieganie boso łączyło mnie z ziemią. Jakby ścieżka pod moimi stopami i moje ciało stawały się jednym". (s.51)




Anna M.






17 października 2016

Damien Echols "Życie po śmierci"





"Często wydaje mi się, że ludzie myślą o mnie wyłącznie jako o kimś siedzącym w celi śmierci lub o kimś, kto w niej był. Nie podoba mi się to, że czyta moje słowa człowiek kierowany jedynie niezdrową ciekawością. Chciałbym, żeby po tę książkę sięgali ludzie, dla których ona coś znaczy, poprawia im humor, przywołuje ważne, lecz zapomniane wspomnienia lub po prostu przemawia do nich w jakiś inny sposób. Nie chce być osobliwością, dziwadłem czy ciekawostką. Nie chcę, by patrzono na mnie jak na zjawisko, wokół którego zbierają się tłumy gapiów. Jeśli ktoś zaczął to czytać, ponieważ chce spojrzeć na życie z perspektywy innej niż swoja, będę zadowolony. Jeśli ktoś sięgnął po tę książkę, bo chce się dowiedzieć, jak wygląda życie z mojego punktu widzenia - będę szczęśliwy"



Historia Damiena Echolsa mną wstrząsnęła, a książka dosłownie wbiła mnie w podłogę. Chyba już nigdy nic nie będzie takie samo... Po jej przeczytaniu postanowiłam obejrzeć wszystkie filmy dokumentalne na ten temat i jestem do tego stopnia poruszona, że muszę o tym napisać, choć sam blog od dłuższego czasu jest opuszczony...




W 1993 roku, Damien Echols mając 18 lat, wraz z dwójką kolegów, został oskarżeny o zamordowanie trzech chłopców. Jedyną przesłanką do aresztowania był fakt, że cała trójka słuchała metalu, nosiła długie włosy i ubierala się na czarno. Zeznania policji, a w tym owładniętego obsesją tajemniczego spisku satanistów kuratora sprawiły, że proces w dużej mierze był propagandowy, opierał się wyłącznie na zeznaniach częściowo upośledzonego chłopca i świadka, który później odwołał zeznania i od samego początku był tylko potwierdzeniem wydanego przez opinię publiczną wyroku. Małe miasteczko w Arkansas oszalało, zaczęło się polowanie na czarownice. Ostatecznie dwójkę oskarżonych skazano na dożywocie, a Damiena na karę śmierci. Sprawą zainteresowały się gwiazdy m.in Johny Depp i Eddie Vedder. Walka o wznowienie procesu trwała latami... W 2007 roku po przeprowadzeniu testów DNA i wielu apelacjach, ostatecznie sąd uznał, że nie ma najmniejszych dowodów na winę oskarżonych, a ślady DNA na miejscu zbrodni wiążą ofiary z ojczymem jednej z nich. Nowe badania pokazały też, że rzekome rany zadane podczas rytualnego mordu, zostały spowodowane już po śmierci ofiar przez dzikie zwierzęta... Po prawie 18 latach w celi śmierci Damien wyszedł na wolność, choć do tej pory nie odnaleziono winnych zbrodni, a cała sprawa nadal jest bardzo tajemnicza. Oskarżeni nadal nie są oczyszczeni z zarzutów, a wolność uzyskali na mocy porozumienia...


"Przeszedłem przez piekło, zniszczyli mnie psychicznie i wtrącili do celi za zbrodnię, której nie popełniłem" 


Co mnie przeraziło? Abstrahując od zbrodni, kłamstw, motywów i komicznego przebiegu procesu, chyba najbardziej dotknął mnie fakt, że tych lat nie odda im nikt. Ktoś owładnięty manią i obsesją zabrał niewinnym ludziom wszystko. W jednej chwili trójka dzieciaków trafiła do najcięższych więzień, zostali pozbawieni godności i prawa do życia.  Komizm i dramat procesu budzą mój sprzeciw, wmówiono przysięgłym, że Damien nie ma duszy, bo słucha Metallici, a swoje jeszcze nienarodzone dziecko chce poświecić w ofierze. Zupełna niedorzeczność do tego stopnia, że chłopcy początkowo nie wierzyli w realność kary, stroili sobie żarty i wykazywali nieudolność nawet własnej obrony. Niestety kara nadeszła - 18 lat w celi śmierci. Damien opisuje po kolei swoje wspomnienia z dzieciństwa, okrutną biedę, dramat procesu i lata spędzone w więzieniu. Cały czas trzeba pamiętać, że był nastolatkiem, gdy trafił do świata prawdziwych przestępców. 







"Proces za zbrodnię, której nie popełniłem niewątpliwie pozostawił po sobie pewien uraz psychiczny, mimo wszystko przeżyłem. Nie zrozumcie mnie źle; na sercu, duszy, ciele i umyśle mam blizny, które już nigdy się nie zagoją. Ale przeżyłem. Nie jestem pewien, czy bym sobie z tym poradził, gdyby zdarzyło się to w późniejszym okresie mojego życia. Możliwe, że w wyniku szoku padłbym trupem jeszcze na sali sądowej. Nie przystosowałbym sie do życia w więzieniu, gdybym nie trafił do niego w tak młodym wieku. Więzienie jest straszne, ale o wiele gorsza jest świadomość, że nie zrobiło się nic, by na nie zasłużyć".



Jak można przetrwać w takim miejscu z taką świadomością? Nie wiem. 


"Z biegiem lat coraz więcej czasu zacząłem spędzać na pogrążaniu się w e wspomnieniach. W końcu więzienie znikało, a jedynym światem, który miał dla mnie jakiekolwiek znaczenie, był ten w mojej głowie. Różnie nazywałem ten stan, ale najczęściej był dla mnie krainą Nod. Nod to miasto, do którego Bóg wygnał Kaina w Księdze Rodzaju. Ja też czułam się jak wygnaniec, zepchnięty poza margines społeczeństwa. Świat odrzucił mnie, więc uciekałem do mojej krainy Nod".



Jedno jest pewne, czytając jego zapiski z celi śmierci można tylko wstydzić się własnych, małych problemów. Świat zaczyna wyglądać inaczej, kolejny raz nabrałam szerszej perspektywy i zobaczyłam, że moje problemy, to tak naprawdę żadne problemy. A może uczę się wciąż z takich książek właściwej hierarchii wartości? Może ciągle szukam siebie w pozornie absurdalnych opowieściach. Z każdej czerpie coś dla siebie, i jakimś cudem, każda trafia do mnie własnie wtedy, gdy zaczynam gubić się w codzienności, w natłoku niezrozumiałych spraw, w obojętności ludzi, w samotności. Jednak świat to dużo większa sprawa, niż moje małe podwórko i garstka błahych strapień. A może ja też siedzę w jakimś więzieniu, może mogę się czegoś od Echolsa nauczyć? Może tez kiedyś wyjdę na wolność i.. zacznę żyć tak, jak zawsze o tym marzyłam :)



Anna M.


Linki:

"Paradise Lost" - film dokumentalny z 1996 r.





"West Memphis Three" - film dokumentalny z 2012 r.












7 sierpnia 2016

"Szybko, smacznie, domowo" Magdalena Grzegorczyk







Znów książka kucharska, trudno - uwielbiam gotować , a jeszcze bardziej - jeść! Jednak dziś będzie osobiście, bo pani Magdzie wiele zawdzięczam... 



Otóż jakiś czas temu postanowiłam trochę schudnąć. W moim przypadku trochę oznacza jakieś 30 kg. Nie pierwszy raz to robiłam i wiedziałam, że trzeba postawić na zdrową kuchnię i sport. Zaczęłam zatem regularnie ćwiczyć, biegać i chodzić na basen, no i wyrzuciłam z kuchni całe przetworzone jedzenie. Postawiłam na ograniczanie kalorii i samodzielne przygotowywanie różnorodnych posiłków. Kładę nacisk na "różnorodnych", bo ile można jeść w kółko tak samo przyrządzone warzywa...  Zaczęłam przeglądać strony internetowe w poszukiwaniu inspiracji do gotowania i znalazłam kanał na Youtube "Skutecznie.tv", a potem blog. Nieśmiało zaczęłam eksperymentować z przepisami, krok po kroku śledząc filmy instruktażowe autorki. Obliczałam dzielnie przy tym wartości kaloryczne, czasem zamieniałam produkty na "chudsze". Początkowo ponosiłam wiele porażek, bo moja kuchnia swoim wyposażeniem daleko odbiega od standardów. Wynajmuje maleńkie mieszkanie i nigdy nie inwestowałam w sprzęty kuchenne, przecież większość wypłaty wydawałam zawsze na książki! Powoli zaczęło się to zmieniać... Zaczęłam odwiedzać sklepy ze sprzętem AGD, bawiło mnie kupowanie różnych dziwnych foremek do tart i muffinek, żaroodpornych naczyń, a na urodziny sprawiłam sobie... blender! Jak nie ja!   



Mój chleb według przepisu p. Magdy
https://www.youtube.com/watch?v=PER4vpqWfo0

Nauczyłam się piec chleb, taki prawdziwy - na zakwasie! I wcale nie okazało się to tak trudne, jak na początku myślałam. Nawet z moim starym, gazowym piekarnikiem, w którym od lat był zepsuty wskaźnik temperatury. Kupiłam w Praktikerze nowy wewnętrzny termometr i po wielu próbach teraz już wiem - jeśli chcę osiągnąć temperaturę 180°C muszę pootwierać w kuchni wszystkie szafki obok piekarnika i dodatkowo okno w pokoju (w kuchni takowego nie posiadam). Jeśli piekę chleb i potrzebne jest 220°C - zamykam wszystko plus drzwi do kuchni! Takie to "proste" :) :) :) 










Potem pojawiły się różne przepisy:  bułeczki z farszem, jogurtowe chałki, różne rodzaje chleba.









Czasem dodawałam coś od siebie np rodzynki :), ale i tak trzymałam się przepisu!




Nie należy się poddawać, ja zaczynałam niepewnie, powoli i najpierw tysiąc razy oglądałam filmy na Skutecznie.tv sprawdzając jaką np. konsystencję ma ciasto u p. Magdy, a jaką u mnie. Moje koleżanki testowały "zjadliwość" moich dań, a ich wskazówki dodatkowo mi pomogły osiągnąć cel - nauczyć się zdrowo gotować i piec. Ale nic nie zastąpi serdecznego głosu p. Magdy, jej uśmiechu i wiary w to, że mi też się uda przygotować podobne danie, jeśli tylko posłucham jej wskazówek. Zawsze już będzie moim kulinarnym guru. Możecie sobie zatem wyobrazić moją reakcję na jej książkę kucharską! Oczywiście, że musiałam ją mieć! Dzielnie leży w kuchni i choć już jest trochę poplamiona od wertowania jej nie zawsze czystymi łapkami (jak to przy gotowaniu bywa najczyściej) zawsze do niej zaglądam w poszukiwaniu inspiracji, motywacji, a czasem nawet pocieszenia, gdy coś mi nie wyjdzie... 



POLECAM książkę, blog i kanał na Youtube. Zamieszczę też kilka zdjęć moich dań z linkami do oryginalnych przepisów.



Anna M.

P.S. Udało mi się schudnąć 23 kg i nadal się nie poddaję! 





omlet bananowy ///  LINK




ciastka kawowe  /// przepis


wytrawny chlebek /// LINK




moja domowa nutella  - link


placek ziemniaczany - link



pierogi ///   link



pizzerinki  // link



muffinki pizzowe  -  link



domowa pita  - link




Jagodzianki -  link








30 lipca 2016

"Benedict Cumberbatch. Czas zmian. Nieautoryzowana biografia. Historia niezwykłej kariery" Porter Lynnette




Dla K.S.



Przestałam pisać na blogu, przestałam czytać książki, musiałam odpocząć, zająć się zupełnie inną kwestią w moim życiu, zresztą, im więcej ode mnie oczekują i naciskają, tym bardziej nie mam ochoty ulegać wizji innych osób. 

K.S. zawsze mnie strofuje, że nie piszę nic na blogu - zatem nie pisałam...

K.S. odpuścił i pogodził się ze śmiercią bloga (lub dobrze grał niezainteresowanego tematem) - ale będąc u mnie pożyczył książkę o Alanie Turingu - swoją drogą śmiertelnie nudną, co i sam przyznał. Ale dzięki rozmowie o tej książce przypomniałam sobie cudny film z Benedictem Cumberbatchem w roli głównej. Potem poszło już lawinowo... Najpierw obejrzałam sobie wszystkie (prawie wszystkie, no co są wakacje i nie mam nic do roboty) filmy z tym aktorem, zwłaszcza jego chyba najlepsze wcielenie, czyli Sherlocka Holmesa, a następnie rzuciłam się na książkę  Lynnette Porter. 

I tak K.S. osiągnął zamierzony cel - wróciłam na blog :) znów zaczęłam czytać... znów zaczęłam pisać i mieć z tego frajdę :)




Benedict Cumberbatch to jeden z tych aktorów, których cenie nie tylko za role, ale i za osobistą postawę i życie. Niewiele o nim wiadomo, bo usilnie chroni swoją prywatność, ale mimo to lubię jego sposób bycia, ciekawią mnie jego poglądy, a moje serce zdobył całkowicie, gdy przeczytałam, że po szkole spędził rok jako wolontariusz w tybetańskim klasztorze, gdzie uczył angielskiego. I choć książka Lynnette Porter jest jedynie skrupulatnym przewodnikiem po rolach aktora, to można i między wierszami przeczytać odrobinę o nim samym. 


Zawsze zastanawiało mnie, jacy są aktorzy prywatnie. Nie jestem typem fanki, która czyta brukowce i szuka sensacji, jakie to buty dziś ubrała Cichopek lub jak Lopez wygląda bez makijażu (choć i samo słowo aktorka w tych przypadkach jest wielkim nadużyciem). Mnie ciekawią poglądy kogoś, kto tak dobrze potrafi zagrać każdą rolę, jest tak sugestywny, tajemniczy i prawdziwy, że zaczynam utożsamiać go z pierwowzorem, a jeśli gra wymyślone postacie, to żyją one swoim "realnym" życiem jeszcze długo po napisach końcowych. Przecież nie można zagrać wszystkiego, nie da się udawać emocji, być zupełnie inna osobą, niż jest się w rzeczywistości. Myślę, że każda postać grana przez aktora ma cechy jego samego. Masło maślane i niby rzecz powszechnie wiadoma, ale mnie to zawsze zwala z nóg. Jaki trzeba mieć talent, żeby stać się daną postacią z filmu, a jednocześnie, jak to musi wpływać na życie prywatne, osobowość, poglądy... Wybierając dane kreacje, czytając scenariusze, trzeba przecież poznać również życie osoby, którą masz się stać na ekranie. Myśleć, jak ona, zachowywać się jak ona, wreszcie być nią. A potem wrócić do swojego "zwyczajnego" wcielenia, by zacząć czytać kolejny proponowany scenariusz... Fascynujące.... 



Tymczasem oczekuję już na nowy sezon Sherlocka Holmesa...




Anna M.


P.S. Pewnie teraz K.S. znów westchnie "nareszcie". Pozdrawiam i dzięki... 







28 maja 2016

"Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych" Michael Booth




Miewacie czasem przesyt czytania? Mnie dopadł kilka miesięcy temu i zwalczony przerodził się teraz w przesyt pisania... K.S. ciągle pyta, kiedy wreszcie coś na blog wrzucę... Ostatnio mam za dużo spraw na głowie, kończy się rok szkolny, próbuję schudnąć i treningi mnie wykańczają, a do tego jakoś doba mi się skurczyła.  Czytam, owszem, ale raczej lżejsza literaturę. 




Dziś polecam "Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych" ...


Skandynawia to drugie miejsce na ziemi, zaraz po Alasce oczywiście, gdzie mogłabym zamieszkać. Klimat, kultura, podejście do życia, specyficzne poczucie humoru, spokój, odcięcie od zgiełku świata, poczucie własnej wartości, nieziemskie krajobrazy, życie tylko dla siebie... - wymieniać dalej? O i zapomniałam - najlepsza muzyka rockowa i metalowa na świecie... Bona Jovi - sorry... Lubie czytać o krajach Nordyckich, kocham kino Dalekiej Północy, a islandzkie filmy - bajka. 





"Ponadto Islandczycy kupują więcej książek niż jakikolwiek inny naród na świecie, co niewątpliwie bardzo dobrze o nich świadczy" (s. 123)



Zawsze mnie zastanawia, dlaczego ludzie wydaja tyle pieniędzy, aby smażyć się na zatłoczonej plaży gdzieś blisko równika? No niby rozumiem wpływ słońca na umysł człowieka - też czuję ulgę, gdy nadchodzi wiosna po szarych zimowych dniach. Jednak gdyby ktoś pozwolił mi zdecydować, gdzie chcę się urodzić, wybrałabym Daleką Północ. Nigdy tam nie byłam, dlatego z wielką przyjemnością pogrążyłam się w lekturze książki Michaela Bootha. Jest w niej trochę historii, polityki, odrobina stereotypów, garść legend i spora dawka brytyjskiego poczucia humoru. 



Michael Booth z rodziną
(źródło: http://www.thesundaytimes.co.uk/
)

Poznawać ludzi to żyć z nimi, a chyba autor zrealizował to w 100 % i wcale nie chodzi mi o to, że jest żonaty z Dunką. Poznawać ludzi to mieszkać z nimi, mieć te same problemy, rozmawiać, jeść najbardziej ohydne lokalne przysmaki, stawiać dociekliwe pytania i cierpliwie czekać, aż czas pokaże, jakie są odpowiedzi.  Czekać, aż spod góry stereotypów wyłoni się prawdziwy obraz Dalekiej Północy... 










"Kiedy już zaczniesz się bliżej przyglądać nordyckim społeczeństwom i narodom, kiedy wyjdziesz poza standardowy zestaw tematyki skandynawskiej serwowany przez zachodnie media - artykuły w dodatku niedzielnym ilustrowane zdjęciami szwedzkich domków letnich zamieszkiwanych przez blondynki w sukienkach w kwiatki z nieodłącznymi koszykami dzikiego czosnku w rekach i gromadki dzieci z artystycznie zmierzwionymi czuprynami - twoim oczom ukaże się znacznie bardziej skomplikowany, nierzadko mroczniejszy, a niekiedy wręcz niepokojący obraz" (s.20)



I ja chce poznać ową tajemnicę Północy, która od lat mnie fascynuje...  Zatem wracam do lektury książek o Skandynawii. Tym razem wzięłam z półki "SzwedziCiepło na Północy" Katarzyny Molędy... 


Anna M.



I jeszcze na koniec jeden z moich ulubionych skandynawskich zespołów...








Walking by a frozen Lake
Silent snow in the air
Dreaming of the summer day
Carry me til I’m there

                         Winter skies leave me alone
                         When I lose my way
                         Winter skies you call me home 

                                                  Bring me back when I’m lost
                                                  Far from your embrace
                                                  Bring me silence bring me frost
                                                  Your familiar face






27 kwietnia 2016

"Chodzić po wodzie. Z Anną Świderkówną rozmawia Elżbieta Przybył"






Anna Świderkówka - jeden z nielicznych moich autorytetów, osoba niezwykła, której książki czytam nieustannie, ciągle od nowa... Szukam w nich inspiracji do zrozumienia świata, poznania siebie i głębszego spojrzenia na wiarę. Oczywiście pierwszy raz z jej książkami zetknęłam się na studiach biblijnych, później wybrałam specjalizację ze Starego Testamentu i mimo, że od kilku lat moja praca zawodowa nie jest już związana z Biblią, nadal jest to moja największa pasja. 




Jest wielu znanych na całym świecie i szanowanych biblistów. Niektórym miałam okazję poznać osobiście, innych słuchałam podczas wykładów, przez książki pozostałych próbowałam się przedrzeć podczas bezsennych nocy przygotowań do sesji. Nieliczni jednak pozostali ze mną do dziś. Jednym z takich mentorów jest profesor Anna Świderkówna. Fascynuje mnie jej życie, droga kariery, praca zawodowa, ale przede wszystkim sposób mówienia i pisania o Biblii. Studiując na poważnej uczelni po kilku latach miałam już dosyć mówienia o wierze "świętobliwym" i "natchnionym" językiem, który nie miał nic wspólnego z rzeczywistością. Zresztą oglądając filmy religijne można mieć wrażenie, że sacrum i profanum to dwa zupełnie różne światy, a Bóg i codzienność nigdy się nie spotykają. Prof Świderkówna udowadnia, że nie ma nic bardziej mylnego, że można mówić prostym i zwyczajnym językiem o Biblii, mitach greckich, czy historii.  Wszystko da się zrozumieć, opowiedzieć, przeczytać - trzeba tylko wiedzieć o kontekście historycznym, kulturowym, społecznym i chcieć zrozumieć.




Chciałabym kiedyś móc powiedzieć, że moje życie każdego dnia miało sens, że robiłam tylko to, co kocham, że moja pasja jest moją pracą, a praca pasją...  Nie ma nic niemożliwego, czego przekładem jest Pani Profesor. Jako nastolatka sama nauczyła się greki, bo chciał przeczytać Homera w oryginale, sama studiowała manuskrypty, wreszcie sama zafascynowała się Biblią. Mówiła o Niej w zupełnie nowy, a jednocześnie zwyczajny sposób - jak o części swojego życia. I to jest dla mnie inspiracją - nie wydzielać osobnych sfer na: dom, pracę, rodzinę, znajomych, pasję, ale żyć wszystkim jednocześnie. Trochę to kłóci się z "dobrymi" radami dawanymi mi ostatnio przez znajomych: "po wyjściu ze szkoły powinnaś wyłączyć telefon i nauczyć się, że praca się właśnie skończyła". Cóż - ja nie umiem tego oddzielić i właściwie nie chcę. Jestem kim jestem - całą sobą kocham swoją pracę, rodzinę, czas wolny... Może to dziwnie brzmi, ale przez cały czas jestem nauczycielką, wychowawcą, córką i mam swoje pasje. Uwielbiam to, co robię i nie wyobrażam sobie żyć bez pasji będąc w pracy, ani nie chcę tym bardziej zapominać o moich szkolnych dzieciach w domu - a niech sobie krytykują...



Książkę z  całego serca polecam :)

Anna M.





10 kwietnia 2016

Zagubiona w codzienności...


... czyli śmierć bloga, czy wyjście z długiej choroby?



       Tak można by krótko ująć moją miesięczną nieobecność na blogu. Przyznaję, że nawet chciałam go zamknąć, bo ciągle brakuje mi czasu. Mniej czytałam, więcej pracowałam, zagubiłam się... Wszystko wydawało się ok, mówiłam sobie - trudno, może nie potrafię pisać (co zresztą jest prawdą i o czym nieustannie informowała mnie moja polonistka), z pewnością też nikomu niepotrzebny jest jeszcze jeden, mało znaczący blog o książkach? Czasem z zazdrością przecież patrzyłam na inne blogi z długą listą komentarzy. Przestałam pisać, kolejny raz dałam się złapać w sidła porównań, czasu, pogoni za codziennymi bzdurami. Wszystko to jest ważne w moim życiu, ale ciągle brakowało mi książek, wystarczyło tylko spojrzeć na moje zachowanie, gdy w pobliżu leżała któraś z nich. Omijałam wszystkie księgarnie, a u znajomych starałam się oprzeć pokusie buszowania wśród regałów... Mój "odwyk" skończył się jednak dramatycznie - wydałam większość wypłaty spędziwszy kilka godzin na stronach Arosa.



       Koniec z dociekaniami! Blog jest potrzebny - przede wszystkim ja go potrzebuję! Kocham biografie, non-fiction, wspomnienia, historię. Nie potrafię pisać recenzji, ale nie mogę się powstrzymać przed dosyć zakręconymi refleksjami. Nie umiem się zmienić i nagiąć do obowiązujących reguł pisarskich. Ale niby po co? Moje małe poletko zagubione gdzieś w cyberprzestrzeni nie powinno nikomu szkodzić. Mogę zatem zostać i dalej snuć, przeważnie w pustkę, moje opowieści... Wyszło dramatycznie, ale potrzebowałam chyba zmierzenia się z rzeczywistością... I idę dalej... Dlaczego? Nie potrafię przejść obojętnie obok książek, nie umiem ich poświęcić dla pracy, spotkań, rożnych "pilnych spraw na wczoraj". Mimo piętrzącej się sterty kartkówek do poprawienia i konieczności napisania ocen kształtujących dla moich pociech, postanowiłam spędzić weekend w Śródziemiu. To takie moje zaprzeczenie wcześniejszym słowom o miłości do literatury non-fiction. Cała ja :) Tolkien to jeden z niewielu grzechów jakie popełniam, zwyczajnie kocham jego świat i bez wyrzutów sumienia grzeszę za każdym razem, gdy potrzebuję chwili zapomnienia i oderwania od spraw codziennych. 




   Upiekłam pyszne muffinki (ach kolejny grzech na mojej liście), zaparzyłam pierwszy raz w życiu kawę po turecku (nie takie to trudne), wyłączyłam telefon i cały mój czas oddałam we władanie Silmarilionu. Książka czytana wielokrotnie, za każdym razem jednak coś innego w niej znajduję. Tej nocy odkryłam maleńkie drzwi do zrozumienia mojego własnego zagubienia wśród codziennych obowiązków - ale to już inna historia, nico nudnawa dla czytelników bloga (optymistycznie zakładając, że takowi istnieją), ale ważna dla mnie.

    Podziwiam Tolkiena od kiedy tylko pamiętam - za pasje, której poświęcił całe życie, za wyobraźnię, upór i umiejętność zamknięcia całej otaczającej nas "realnej" rzeczywistości w fikcyjnej historii. A może to jednak nie jest fikcja? Niemniej prawda jest taka, że kolejny raz Tolkien wyrwał mnie z "niebytu"... Jak śpiewa Bożenka z Kabaretu Smile na widok paczki chipsów "jesteś lekiem na całe zło"... Doskonale ją rozumiem i z chipsami i w moim przypadku również w kontekście książek :) 



Zatem wracam do pisania, czytania i mojej pasji - książek.   





   Czy jeszcze kiedyś zniknę? Mam nadzieję, że nie... No i nie mogę się pozbyć pokusy stawiania wielokropka tam, gdzie tylko mi się podoba -  to silniejsze ode mnie...  :) 




Anna M.












Recent Posts