7 czerwca 2018

O tym, jak uratowali mnie pewni gimnazjaliści ....




K.S. zawsze pyta mnie, kiedy będzie nowy post. Ostatnio nawet policzył, że od miesiąca nie pisałam! No to dziś coś napiszę :) choć jak zwykle leży sterta sprawdzianów (dzięki Bogu już ostatnich w tym roku szkolnym), ale co tam :) Dodatkowo piekę chleby na szkolny festyn, a wieczorem, wiadomo - dworzec... 



Zatem dziś krótki wpis z cyklu "niecodziennik nauczycielki, czyli kobieta z klasą"...




Koniec roku szkolnego, to czas podsumowań. Miejmy to zatem  z głowy:


  • w tym roku pierwszy raz w życiu chciałam ocenić sprawdzian, którego nie zrobiłam... Byłam święcie przekonana, że dzieci, go napisały i serio, nawet wzięłam do domu teczkę, do której rzekomo go włożyłam... 
  • codziennie po kilka razy chodziłam między budynkami A i B
  • wyprałam pen-drive ze wszystkimi danymi,
  • pierwszy raz wyrobiłam się z materiałem z matmy!
  • prawie zasnęłam na teście, a moje dzieciaki zanuciły mi kołysankę...

I na deser zostawiłam moją największą radość - niespodziewanie dla mnie wróciłam do nauczania religii. I chyba to mnie uratowało, a najbardziej dzieciaki... o przepraszam - młodzież! Dostałam  jedną klasę na kilkumiesięczne zastępstwo... Poszłam do nich, bo bardzo się cieszyłam, że jest to klasa gimnazjalna, ale że religia? Przecież ja już tyle lat nie uczyłam tego przedmiotu! Czy jeszcze pamiętałam, jak to się robi? Uwielbiałam uczyć, być z dzieciakami, rozmawiać z nimi i je poznawać, ale religia w gimnazjum? Toż to mission impossible. No, ale że uwielbiam młodzież, to chciałam włożyć w to całą siebie, może inaczej - zwyczajnie być sobą!!!! Nie do końca można być sobą wśród dorosłych, ale klasa - to już jest inna bajka! Tam zawsze czuję się dokładnie na swoim miejscu. No i kocham Biblię, więc nie mogło być źle... 


I co się wydarzyło pamiętnego 29 stycznia? Kupili mnie od pierwszej chwili!!!! Czym? Swoją autentycznością, otwartością, szczerością, buntem, sposobem bycia, pomysłami, opiniami, humorem... Ok przyznaję, że przez kilka lekcji musiałam odnaleźć w sobie ten kawałek mojej duszy, który przez lata przykryła biurokracja, tzw. dorosłość i świat. Hmm, weszli do klasy i zsunęli wszystkie ostatnie ławki... No dobra, mówię do siebie "Matysiak, no to będzie ciekawie"...   Ale potem, na nowo nauczyłam się być zwyczajnie sobą, ufać temu, co czuję, znów odnalazłam to coś, co zawsze tak kochałam - pasję! I pamiętam "ten" dzień (dużo, dużo później), kiedy zadzwonił dzwonek na przerwę, a oni nie wyszli z sali, ale siedzieli i czekali na dalszy ciąg lekcji... Wtedy też pierwszy raz spóźniłam się na kolejną matematykę... ale ciiiii... Uwielbiam z nimi rozmawiać, słuchać tego, co mają do powiedzenia... Są cudni, choć niestety słuchają okropnej muzyki... :) Sorry...


Czego żałuję? Chyba tego, że trafiłam do nich tak późno, za chwilę kończą szkolę i idą w świat. Ale przez lata nauczyłam się, że każdy koniec jest nowym początkiem, coś się zamyka, żeby coś się mogło otworzyć. Wiem, że idą zmiany, czuję to... Dużo mi pokazali o mnie samej, a jeszcze więcej dali z siebie tego, co dobre. I nagle wszystko, co w życiu robiłam, wszystko, co się kiedyś wydarzyło, zaczęło układać się jak puzzle... To ma sens... Teraz dopiero go widzę... 


Dziękuję, że mogę im towarzyszyć..., że pozwolili mi choć trochę poznać ich świat, że po prostu są sobą!

Anna M.

No i K.S. wiem, że się śmiejesz, że wróciłam do religii i że sprawia mi to tak wielką frajdę... Już słyszę "a nie mówiłem!"








11 maja 2018

"Ty i teraz" Lidia Jasińska



Piątkowe popołudnie, pierwszy raz od bardzo dawna zdecydowałam, że teczkę ze sprawdzianami i testami dzieci zostawiam w szkole i zaczynam... czas tylko dla mnie. A że ostatnio zwichnęłam kostkę, to tym bardziej potrzebuję spokoju... No i zbliża się szaleństwo końca roku szkolnego, produkowania miliona niepotrzebnych dokumentów, spotkań i rad, popraw ocen i walki o pozostanie żywym.. 

"Swoje piekło to jednak też coś własnego"



Dziś polecam niezwykłą książkę Lidii Jasińskiej "TY i TERAZ". Pięknie wydana i niezwykle wciągająca. Oczywiście można by powiedzieć, że to "tylko" zbiór aforyzmów, ale dla mnie to "aż" zbiór aforyzmów. Można książkę przeczytać w godzinę, ale nie polecam. Ja nadal się nią zachwycam, czytam powoli, na serio i uczciwie względem siebie, bo każdy wpis wymusza zatrzymanie się, zastanowienie nad sobą, własnym życiem i ważnymi dla mnie wartościami. 

"Pozwólmy nocom o szarych dniach zapomnieć"

Mam bardzo trudny czas w życiu i staram się na nowo poukładać sobie mój świat. Zainwestowałam w zmianę sposobu odżywiania, walczę też o to, by wcześniej chodzić spać. I co dziwne - udaje mi się!!! Narazie tylko przegrywam na frocie walki ze stresem, ale to godny przeciwnik i nie doceniałam go przez tyle lat.  Jak to na wojnie, są ranni i zabici. Poległy niektóre marzenia,  niekiedy organizm odmawia posłuszeństwa, a myśli stają się ciężki i ciemne.  I o ile już powoli wyprowadziłam moje zdrowie na prostą, o tyle trzeba jeszcze się zająć duchem. I książka Lidii Jasieńskiej jest strzałem w dziesiątkę. Ostatnio nie mam czasu i chyba też ochoty czytać długich poradników (wyjątek: Beata Pawlikowska i Szymon Hołownia oczywiście:).  Książkę  "Ty i teraz" otwieram codziennie rano i czytam tylko jedną myśl, i to daje mi materiał do przemyśleń na cały dzień, a myśli sobie płyną spokojnie między codziennymi czynnościami i obowiązkami. Jest spokojniej, radośniej i chyba zaczynam odrywać się od spraw plastikowego, krzykliwego świata. Już nie muszę ze wszystkim zdążyć, dawno też zeszłam z linii startu w wyścigu o bycie lepszym, ładniejszym, mądrzejszym. Bo niby z kim się ścigam? Sama sobie wyznaczam porzeczkę,  bo też sama siebie znam najlepiej. Tego wbrew pozorom nauczyły mnie moje dzieci. W ogólnym rozliczeniu same oceny 2 są kiepskie. Ale chwilę, stop! Dlaczego mamy porównywać dzieci i ich oceny, średnie? Przez dla kogoś, kto kompletnie nie rozumie matematyki i miał zagrożenie zostaniem w tej samej klasie, otrzymanie wreszcie "dwójki" po wielu godzinach nauki, chodzenia na zajęcia wyrównawcze jest jak wejście na Mount Everest. Ale dla świata to za mało - to tylko marne 2... Nie dla mnie!!!!  Skoro mam tyle cierpliwości i wiary w moje dzieci, to dlaczego dla siebie jestem taka surowa? I tu zaczęła się moja droga i zmiana. 

"Życie to robi z ludźmi, co ludzie robią z życiem"


A ja chcę na przekór wszystkiemu, aby życie było spokojne, pełne miłości, radości i nadziei. Każdego dnia chcę się budzić ciekawa świata. Przecież mogę zrobić, co tylko zechcę! Stereotypy, ludzkie gadanie i ocenianie to tylko powierzchowny sposób bycia. Ja chcę żyć głębiej, poznać siebie, poczuć to, co naprawdę czuję, a nie co czuć powinnam. 


Kochani polecam książkę z całego serducha... zmusza do przemyśleń, daje nadzieję, budzi z marazmu. I w moim wypadku prowokuje do zadawania sobie ważnych pytań.



"Żal straconych odpowiedzi na pytania, których nie śmiano zadać"



Anna M.
P.S. Nie chcę niczego żałować :)



Książka przeczytana w ramach współpracy 
i dzięki uprzejmości wydawnictwa     

 Serdecznie dziękuję za możliwość przeczytania i zrecenzowania. 



2 maja 2018

"Moja dieta cud" Beata Pawlikowska




Długi majowy weekend sprzyja przemyśleniom. Dla mnie to czas relaksu, zwolnienia szalonego tempa pracy, chwila na zebranie myśli, zagłębienie się w siebie i wykonanie kolejnego kroku w drodze ku szczęśliwemu życiu. 



Uwielbiam książki Beaty Pawlikowskiej, i chyba z tego powodu sięgnęłam po "Moja dieta cud". Znałam już tą serię i stopniowo wprowadzałam pewne zmiany np. od ok. 7 miesięcy jestem weganką (ale nie ideologiczną - mam czysto zdrowotne podejście). Przeczytałam już mnóstwo książek pani Beaty, słucham jej na kanale na Youtube, i myślałam, że już wszystko wiem. I faktycznie, pierwsze rozdziały były dla mnie miłym powtórzeniem i utwierdzeniem w dawno podjętej decyzji, że moje zdrowie jest równie ważne jak moja praca, znajomi, sytuacja gospodarcza na świecie, kryzys finansowy czy nowe buty jakiejś celebrytki. Dlatego zaczęłam traktować siebie na serio, a moje potrzeby na równi z potrzebami innych. Z tego też powodu, jeśli np. w pracy mam przerwę na jedzenie, to JEM, choćby nagle pojawił się niecierpiący zwłoki problem do rozwiązania typu "jejku, zapomniała skserować sprawdzian"...




Czytałam, czytałam, i było tak przyjemnie, i nagle pojawił się rozdział o ... śnie! Ałć, no to pani Beata trafiła w moją piętę achillesową. 



"Zachodnia cywilizacja szczyci się tym, że przeorganizowała naturę. Czarne przemalowała na białe, a białe ubrała na czarno. To daje ludziom złudne poczucie władzy nad światem. Ale myślę, że ta władza jest tylko pozorna i bardzo powierzchowna, bo nawet jeśli ustawisz potężne reflektory w środku miasta i rozświetlisz nimi noc, to nie zmieniasz faktu, że ta noc jednak istnieje. Tyle tylko, że usiłujesz udawać, że jej tam nie ma". 


I tu pojawia się problem, bo niestety bardzo mało śpię... Zdarza się że po 4 - 5 godzin, a potem 10  kolejnych godzin pracuję... Oczywiście tłumaczę to sobie całkiem racjonalnie - przecież po pracy mam prawo na zajęcie się sobą, czas dla siebie, na swoje przyjemności, książki, gotowanie... a że na zegarku jest już po 22.00 - trudno, ten czas mi się należy! Nic bardziej mylnego, tzn. on mi się faktycznie należy, ale na zdrowy, spokojny sen. 

"I rzeczywiście dawałam radę. Wracałam do domu o północy, rzucałam się na łóżko, spałam do rana i wstawałam zmęczona. Pod koniec tygodnia byłam już taka wyczerpana, że w sobotę spałam do południa. A potem wieczorem nie mogłam zasnąć. To nie miało sensu. (...) I tak odkryłam, że przepisowe osiem godzin snu to dla mnie za mało. Potrzebuję spać dziesięć godzin.  
Rety, jakie to okropne marnotrawstwo! – pomyślałam. 
To prawie pół dnia! Tyle mogłabym w tym czasie zrobić, wymyślić, namalować, przeczytać, przygotować!...".


Pani Beato! Ratunku! Przecież to kropka w kropkę moje życie! Uff, ale jest dalsza część książki... Zatem zostawiam Was w tym miejscu i idę eksperymentować ze snem... 

"Każdy organizm sam wie ile snu potrzebuje, żeby się w pełni zregenerować. I to jest twoje pierwsze zadanie. Spróbuj znaleźć dwa tygodnie, kiedy będziesz testować swoje potrzeby. To musi być taki długi czas, bo najprawdopodobniej teraz twój naturalny rytm jest całkowicie rozregulowany przez telewizję, pracę, dzieci, męża, Internet i wiele innych spraw. Sama już nie wiesz ile powinnaś spać, bo zawsze śpisz za krótko, a potem raz w tygodniu śpisz o wiele za długo".




Anna M.




15 kwietnia 2018

"Plan Campbella" Thomas Campbell


Wcześniej czytałam książkę Campbella seniora, dziś polecam też Campbella juniora :)


Wiem, jestem monotematyczna... Trudno. Zaczęłam nowy etap w  życiu i chcę się tym podzielić. Jeśli kobiety przechodzą kryzys wieku średniego, to ja właśnie taki w zeszłym roku zaliczyłam (nie żebym już miała 40-stke, ale wielkimi krokami się zbliża). Chwytałam się wszystkiego, żeby wyjść z "dołka". No i znalazłam. 


Okazuje się, że powiedzenie "w zdrowym ciele zdrowy duch" jest genialnie prawdziwe. Powoli moje zdrowie, to fizyczne i to duchowe, wraca na stare, dobre tory. Czy to sprawa wyłącznie zmiany jedzenia? Nie sądzę, ale wiem, że ma ono bardzo duży wpływ na nasze postrzeganie świata i siebie. Zmiana na lepsze zawsze rozwija. Paradoksalnie w moim przypadku, zdrowe odżywianie, przesunęło akcent z dbanie o wszystkich kosztem wykańczania siebie, na dbanie o siebie, by być dla innych.  Dziś już wiem, że jeśli wezmę na siebie za dużo, nie podołam podstawowym zadaniom (niestety niektóre zobowiązania muszę dokończyć, choć wiem, że są destrukcyjne).  Wiem też, że jeśli np. się nie wyśpię, następnego dnia będę sfrustrowana, przemęczona i zła na cały świat.  Kiedyś wszystko inne było ważniejsze, dziś staram się powolutku to zmieniać. Jasne, świat jest ważny, ale jeśli będę przemęczona, zła i głodna, to nic w tym świecie nie zrobię. A  moje ja mi cały czas daje znak, aby się wreszcie nim zajęła. No to się zajmuję - jestem początkująca w tej dziedzinie, więc wpadki są nieuniknione. Ale idzie mi całkiem dobrze. 



Przyznaję, że potrzebuję takich książek, jak ta, aby motywować się i utwierdzać w  mojej drodze ku dobremu. No bo przecież wszyscy wiemy, że śmieciowe jedzenie jest dla nas toksyczne, a chemia do niego dodawana powoli nas zabija. A jednak strasznie trudno jest zmienić dietę. Brak czasu, wygoda, dostępność produktów, lenistwo, pieniądze, brak edukacji w zakresie żywienia - to tylko niektóre wymówki i przyczyny braku próby zmiany. Największym jednak jest UZALEŻNIENIE.  To z nim trzeba najdłużej walczyć...



Dr. Thomas Campbell jak dobry lekarz, prowadzi nas za rękę pośród zawiłości zdrowego odżywiania. Z jednej strony daje nam ogromną porcję wiedzy medycznej, z drugiej konkretne porady na wypadek, gdybyśmy "utknęli" w teorii.  Jest tu zatem i wykład o cukrze, oleju i modnych suplementach, jak i propozycja menu, lista zakupów i konkretne przepisy dla kulinarnych żółtodziobów. Dla mnie strzał w 10!


moja zdrowa dieta wcale nie jest nudna i mdła...


(...) to co ty jesz, co ja jem - ma ogromny wpływ na nasze zdrowie. Żywność ma większą moc uzdrawiania niż cokolwiek, co może ci przepisać lekarz". (s. 222)



Polecam i smacznego!.
Anna M













8 kwietnia 2018

"Nowoczesne zasady odżywiania. Przełomowe badanie wpływu żywienia na zdrowie" T. Colin Campbell, Thomas M. Campbell II


Mój dietetyczny coming out... 


"Mieszkańcy Stanów Zjednoczonych żyją w dobrobycie i z tego powodu umierają. Codziennie ucztujemy jak królowie i to nas zabija" (s. 121)


Książkę Campbella poleciła mi koleżanka, która od wielu lat nie je mięsa. Zaczęłam więc czytać z prawdziwym zaciekawieniem, które z czasem przerodziło się w, nomem omen, "pożeranie" kolejnych rozdziałów... 


I tu należy się pewne wyjaśnienie. Dołączyłam do roślinożerców jakieś 5 miesięcy temu, ale zrobiłam to zupełnie intuicyjnie. Co prawda zdarzały mi się okresowe odstępstwa od weganizmu i daleko mi od ideologi obrońców praw zwierząt, ale każdy powrót na "zieleninę" odczuwałam z ulgą, ku własnemu zaskoczeniu...


Moje powody rezygnacji z produktów odzwierzęcych są prozaiczne - zwykła chęć poprawy stanu zdrowia. Od wielu lat byłam ciągle na jakiejś diecie, z większym lub mniejszym sukcesem. Chyba już byłam zmęczona ustawicznym liczeniem kalorii, unikaniem słodyczy i dla odmiany rzucaniem się na nie. Byłam zniechęcona, a fast foody przejęły kontrolę nade mną i moim życiem. Dieta roślinna, oparta wyłącznie na nieprzetworzonych produktach wydała mi się naturalna. Zmęczyło mnie śmieciowe jedzenie, które może i było niskokaloryczne i przynosiło oczekiwane rezultaty odnośnie spadku wagi, ale czy było zdrowe? NIE.


Początki były trudne, chyba głównie przez moje złe nawyki i slogany powtarzane przez przez znajomych, jakoby weganizm był czystą i do tego niezdrową fanaberią.  Pierwszy miesiąc, nie będę ukrywała i koloryzowała, był koszmarny. Wszędzie czaiło się jedzenie, a sery wręcz kusiły (robią to do dziś, szczególnie te pleśniowe). Z łatwością zrezygnowałam z mięsa, ale nabiał to już inna bajka. Wreszcie się udało! Ostatnia "przeszkodą" do pokonania była... moja mama. Ostatecznie przekonały ja dopiero szczegółowe wyniki badań laboratoryjnych (w życiu nie pobrano mi tyle krwi), do których mnie oczywiście zmusiła i za które na szczęście sama zapłaciła. Wbrew jej oczekiwaniom (o ironio) wszystkie odczyty znacznie się poprawiły, a ja nigdy wcześniej nie miałam tak niskiego poziomu cukru, cholesterolu, a zarazem wysokiego poziomu żelaza i wapnia! Za zmianami odżywiania szły oczywiście zmiany w gotowaniu. Dziś jem proste potrawy, najczęściej gotowane na parze lub pieczone w piekarniku, dużo surowych warzyw, kasze, bakalie, owoce. Kupiłam obrzydliwie drogi blender ze szklanym kielichem, żeby się zmobilizować do robienia zielonych, warzywnych  koktajli. Przecież skoro wydałam tyle kasy na sprzęt, to teraz trzeba "mielić" ile się da! I to był strzał w dziesiątkę, choć początkowo mdliło mnie już po pierwszym łyku, dziś ze smakiem piję codzienną porcję naturalnych "witaminek" :) Wystarczyła cierpliwość i determinacja, aby zmienił mi się smak (zresztą i tak ograniczony, jak wiecie).




mój zdrowy obiad
Zatem jako początkująca weganka sięgnęłam po książkę z ciekawością i pewnymi oczekiwaniami i otrzymałam wiedzę, którą chyba powinnam mieć na początku mojej drogi, więc z miłą chęcią nadrobiłam zaległości "naukowe". Przede wszystkim zrozumiałam, że nie jestem weganką! Okazuje się, że moja intuicyjna dieta to NPR, czyli odżywianie oparte na nieprzetworzonych produktach roślinnych. Nieco się też uspokoiłam, czytając między innymi o tym, że powinniśmy ograniczać białko i tłuszcze (bo przecież zewsząd krzyczą o proteinowych batonach, odżywkach, koktajlach). Dieta roślinna przeciwdziała wielu chorobom, a unikanie mięsa może przynieść tylko korzyści. 





"Wszystkie powyższe choroby, oraz wiele innych, rozwijają się z tego samego powodu: niezdrowej w dużej mierze toksycznej diety i niezdrowego stylu życia, wypełnionych czynnikami promującymi choroby i zbyt ubogich w czynniki wspierające zdrowie. Innymi słowy, z powodu diety zachodniej. Z drugiej strony znana jest dieta, która przeciwdziała wszystkim tym chorobom: pełnoziarnista dieta roślinna" 


Zdrowie - to była moja pierwsza motywacja. Druga - no oczywiście, że zrzucenie zbędnych kilogramów raz na zawsze. I to działa! Powoli, bez wysiłku i rygorystycznego ograniczania jedzenia, waga naturalnie spada :) Hmmm - taki uboczny efekt ;) Jakaż to odmiana w porównaniu z milionem wcześniejszych diet, które stosowałam. 


"Stosowanie specjalnych programów utraty zbędnych kilogramów i łykanie pigułek w celu zmniejszenia apetytu czy zmiany metabolizmu to nasz narodowy sport. (...) Czemu więc bezustannie próbujemy nowych diet, koktajli, batonów energetycznych i wierzymy w poradniki o odchudzaniu, skoro nie spełniają swoich obietnic?" (s.149)



Ale książka to nie tylko biochemiczne laboratorium i analiza wieloletnich badań. Po "naukowej" części, autor przechodzi do praktycznych wskazówek i omawia 8 zasad odżywiania i zdrowia. Okazuje się, że są one mi bliższe, niż wcześniej mi się zdawało. Unikanie suplementów diety, ograniczanie białka, wyrzucenie oliwy, przejście na dietę roślinną, zdrowy tryb życia, unikanie stresu - to tylko wybrane zasady. Chodzi o trwałe zmiany, nie tylko te powierzchowne i czasowe. Życie jest w naszych rękach - zdrowe i szczęśliwe życie.


"Proces jedzenia jest prawdopodobnie najbardziej intymna interakcja z naszym światem; to, co jemy, staje się częścią naszego organizmu" (s. 247)



Anna M.







25 marca 2018

Beata Pawlikowska "Śniadania świata"



Wczoraj (sobota) byłam w pracy - konkurs matematyczny... Obiecałam sobie, że jeśli czekając na moją uczennicę ocenię wszystkie sprawdziany, żeby mieć raz wreszcie wolną niedzielę, to kupię sobie jakąś książkę. No i wróciłam z 3 książkami o... jedzeniu... Pół nocy czytałam, a dziś od rana gotuję...





Na pierwszy ogień poszła książka mojej ulubionej autorki Beaty Pawlikowskiej. Przepięknie wydana, pełna kolorowych zdjęć, wspaniałych przepisów i tak smakowitych potraw, że czytając ją, byłam coraz bardziej głodna...  Nad ranem wreszcie postanowiłam zajrzeć do kuchni! I tu winna jestem pewne wyjaśnienie - przez ten rok nieobecności na blogu, powoli przeszłam na weganizm.  Bez ideologicznego zacięcia, więc zdarza mi się ze spokojem zjeść coś normalnego, zwłaszcza, gdy jestem u znajomych.  Przeprowadziłam się też i teraz mam większą kuchnię, z prawdziwym oknem! Jesienią sporo chorowałam i postanowiłam całkowicie zmienić podejście do jedzenia. Zainspirowała mnie własnie pani Beata, bo choć od wielu lat czytam jej książki, zawsze jakoś nie starczało mi odwagi, aby zacząć żyć według jej podpowiedzi. Zaczęłam od kuchni - w pewien sierpniowy dzień, zrobiłam porządek w szafkach i pozbyłam się przetworzonego, śmieciowego jedzenia. Sam proces przestawiania się na kuchnię wegańską trwał 2-3 miesiące, bo o ile nie miałam problemów z rezygnacją z mięsa, o tyle wyrzeczenie się moich ukochanych serów, było już dużym wyzwaniem.  Nawet dziś, od czasu do czasu, pozwalam sobie na kawałek sera pleśniowego - nie mam z tym problemów... 





Mój dzisiejszy obiad - własnoręcznie zrobione razowe tortille,
kasza quinoa z warzywami i yerba mate...



Zaczęłam zatem eksperymentować w kuchni - wiedzieliście, że można upiec nawet ciasto drożdżowe bez jajek, masła i mleka?  Poświęciłam więcej uwagi na obserwacje swojego organizmu, wcześniej chodzę spać (to też jest wyzwanie - i to każdego wieczoru). Mnóstwo czytam na temat zdrowego stylu życia,  a już wisienką na torcie był moment, gdy tuż obok mnie otworzono sklep eko...











zdrowa i pełnowartościowa owsianka z owocami i napar z imbiru z cytryną

Książka "Śniadania świata" wpisała się doskonale w moją nową koncepcję jedzenia. Dzięki Beacie Pilikowskiej zaczęłam  jeść ciepłe śniadania. Często jest to zupa z soczewicy z warzywami lub z ryżem. Do pracy zabieram samodzielnie zrobioną owsiankę z owocami. A w lodówce mam zawsze warzywne curry...  Wracając do śniadań - pani Beata opisuje potrawy z najdalszych i najbardziej egzotycznych zakątków świata. No i powtarza się jedna myśl - nasze europejskie podejście do jedzenia jest koszmarne. Jedząc śmieciowo tracimy wiele wartości, siły, zdrowia, ale i też smaków, zapachów i piękna.  A zdrowe jedzenie jest  piękne i cudownie smaczne...






Zostawiam Was zatem z głodem, a sama wracam do kuchni...



Polecam
Anna M.












4 marca 2018

"Najlepszy" Łukasz Grass




Powrót po roku na bloga? Czemu nie... Niestety praca na dwa etaty i nauka angielskiego wieczorami sprawiły, że wpadłam w wir "praca - jeszcze więcej pracy" i zapomniałam totalnie o sobie. Na efekty nie trzeba było długo czekać - zmęczenie, wypalenie, przytyłam, zaczęłam częściej chorować. Przebudzenie przyszło też zupełnie niespodziewanie - ale to już zwierzenia na inny post... Jednym słowem - wróciłam...




Dziś książka i film, które mnie poruszyły szczególnie "Najlepszy" Łukasza Grassa


Mimo, że mam jeszcze ze 20 kg do zrzucenia, to nadal marzę o powrocie na ścieżki biegowe i chyba dlatego tak ciągnie mnie do tego typu literatury. Jednak książka Grassa to przede wszystkim zastrzyk energii i wiary w to, że zawsze można wyjść na prostą. To historia walki z własnymi demonami, uzależnieniem, opinią społeczną. Jerzy Górski pokazuje, że nie ma rzeczy niemożliwych, a sport może być niezłą terapią... nawet w naszych codziennych małych słabościach, stresach i chwilach zwątpienia...








Takie osoby jak Jerzy Górski inspirują mnie, zwłaszcza wtedy, kiedy sama czuję, że czas coś zmienić w moim życiu.  Właściwie od dłuższego czasu widzę, że moje życie nie idzie we właściwym kierunku. Coraz więcej pracy i stresu z nią związanego zaczęło się odbijać na moim zdrowiu. I to nie przez ilość pracy, bo przecież kocham uczyć dzieci, ale przez moje podejście do tego wszystkiego.  Kiedy spostrzegłam, że przestałam czerpać radość z życia, przestałam się uśmiechać i znajomi zaczęli pytać, co się dzieje, zrozumiałam, że czas coś zmienić.  Był to przełom grudnia i stycznia, pomogły mi książki, spędzanie czasu na świeżym powietrzu, zajmowanie się sobą i swoimi potrzebami, a nie tylko potrzebami innych. Zwolniłam tempo życia, powoli przestaję przejmować się tym, na co nie mam wpływu, a efektywniej zarządzać czasem i zadaniami do wykonania.  Przypomniałam sobie, że przecież moje życie jest tak samo ważne, jak życie innych i pora poświęcić chwilę sobie, zamiast brać udział w bezsensownej gonitwie, bo wszyscy  dookoła ślepo biegną dają się wciągnąć w wir życia serwowany przez naszą chorą cywilizację. 



Jerzy Górksi pokazał mi, że warto mieć cel, nawet jeśli jest on początkowo mało realny. Warto skupić się na swoim życiu, by móc potem pomagać innym. Trzeba najpierw wyleczyć siebie i pokonać swoje słabości, trzeba zacząć naprawdę żyć.  Nikt tego za mnie nie zrobi, nikt nie zatroszczy się o mnie, jeśli ja sama rezygnuję z siebie. 



„W wieku 35 lat, po 14 latach narkomanii, ćpania niezliczonej ilości morfiny i heroiny, picia wódki i palenia 100 papierosów dziennie, po sześciu latach terapii, udowodniłem, że ograniczenia w ludzkim życiu stawiamy sobie sami. One istnieją tylko w naszej głowie. Ulegają im ci, którzy mówią zamiast działać".



Koniec z ograniczeniami, które sama sobie stawiam. Koniec z lękiem... 






Anna M.




13 maja 2017

„Minimalizm po polsku” Anna Mularczyk-Meyer






"Czas nie jest z gumy. Jeśli się chce mieć go więcej, trzeba lepiej nim gospodarować, a co za tym idzie - nauczyć się mówić <<nie>>"













Otworzyłam "Minimalizm po polsku" na dosyć przypadkowej stronie, chcąc przejrzeć najpierw jej zawartość, zanim się zagłębię w treść. I uderzyło mnie jak grom z jasnego nieba! To jest to! Uporałam się już ze sprzątaniem otoczenia - pozbyłam się wszystkiego, czego nie używam, co było zbędne i zaśmiecało mój świat. Ale to jeszcze nie dawało mi spokoju i wolności. Zaczęłam czytać książkę Anny Mularczy-Meyer i to jedno zdanie sprawiło, że poczułam jak odchodzi cały mój niepokój. Minimalizm i slow life to przede wszystkim oczyszczenie sfery duchowej i emocjonalnej, i autorka niesamowicie mi w tym pomogła. Rzeczy to tylko rzeczy - łatwo je wyrzucić, oddać, obyć się bez większości z nich. Ale uczucia? Emocje? Relacje? Okazuje się, że można żyć w minimalistycznym otoczeniu, ale ilość zajęć, bałagan w kalendarzu, nadmiar obowiązków, pogoń za złudnym sukcesem sprawiają, że nadal będziemy przytłoczeni światem. Jedynym rozwiązaniem wydaje się być wprowadzanie ograniczeń również w tej dziedzinie. Jest to o wiele trudniejsze, bo często niezauważalnie brniemy w toksyczne relacje, miotamy się między równymi aktywnościami, za dużo kupujemy, a w konsekwencji musimy na to więcej pracować. W dalszej kolejności zadłużamy się, aby zaimponować sobie i innym lub zrekompensować sobie zły dzień. Potem już tylko jak po równi pochyłej staczamy się w coraz większy chaos. Zaśmiecamy nasze umysły podobnie jak nasze domy. 


"Nie chcę ślizgać się po powierzchni, ograniczać do zdawkowych znajomości czy bezrefleksyjnego pochłaniania dóbr kultury. Wolę obejrzeć dwa razy ten sam spektakl - i go zrozumieć - niż być na bieżąco ze wszystkimi premierami. Mieć kilku sprawdzonych i życzliwych przyjaciół zamiast zastępów wirtualnych znajomych, na których nie będę mogła liczyć w trudnych chwilach"



Anna Mularczyk-Meyer zaleca zrobienie porządku w swoim wnętrzu, a w swojej książce również opowiada, jak sama przeorganizowała swój czas, jak zajęła się finansami, uwolniła od przymusu konsumpcjonizmu, a co za tym idzie, przestała pracować ponad normę, bo i przestała żyć ponad stan. Dotychczasowa pensja zaczęła jej wystarczać na skromniejsze, ale bardziej spokojne i szczęśliwe życie, mogła więc zrezygnować z udzielania korepetycji i w to miejsce zacząć spełniać swoje marzenia. Przestała ciągle oglądać się za siebie, gonić wczorajszy dzień i zarywać noce na nadganianie zaległych projektów. Oj jak bardzo mnie to zaciekawiło! Przecież to cała ja! Jakbym czytała o własnych problemach. Co więcej - też chcę uwolnić się od tego, co sprawia, że każdego ranka budzę się już zmęczona nadchodzącym dniem...! Przestać przejmować się opiniami innych, przestać żyć życiem, jakiego oni oczekują, a nie takim, którego ja pragnę. Przestać brać na siebie dodatkowe obowiązki, bo inni nauczyli się, że można na mnie zrzucić wszystko, a ja i tak nie odmówię i ogarnę.


"Zewnętrznym obserwatorom może się wydawać, że minimalizm skupia się wyłącznie na rzeczach. Jeśli jednak stosuje się go konsekwentnie, wykracza daleko poza sferę materialną i służy osiągnięciu spokoju ducha i jasności umysłu. Pozwala uświadomić sobie własną siłę, samodzielnie kształtować swoje otoczenie, nauczyć się żyć chwilą i w pełni doświadczać tu i teraz, bez oglądania się na przeszłość i ciągłego wybiegania myślami w przyszłość. Krótko mówiąc, minimalizm pozwala uprościć życie. Niektórym trudno w to uwierzyć, ponieważ są przekonani, że życie nie może być proste". 



Świat przyspiesza, a ja już nie chce biec, by za wszelką cenę dotrzymywać mu kroku. Jestem zmęczona ciągłym wyścigiem szczurów, narzuconymi przez innych wartościami, ciągłą potrzebą porównywania się i nieustanną rywalizacją na każdym polu...



"Zamiast pielęgnować w sobie poczucie niezadowolenia z tego, kim jesteśmy i w jakim okropnym kraju żyjemy, spróbujmy zacząć dostrzegać dobre strony. (...) Żeby jednak się cieszyć pięknem przyrody i czerpać radość z uroków jesieni czy zimy, trzeba najpierw je zauważać. Czyli zacząć być obecnym. gdy nie pamiętamy niedawno przeczytanych książek i obejrzanych filmów, gdy nie jesteśmy w stanie przypomnieć sobie szczegółów emocjonującej rozmowy i wydaje nam się, że Wigilię  i Wielkanoc dzielą zaledwie dwa tygodnie, to wyraźny znak,że żyjemy na autopilocie. Jeśli go nie wyłączymy, będziemy nadal jechać na piątym biegu, nie wiedząc nawet dobrze, w jakim kierunku zdążamy". 








Wyłączam zatem mojego autopilota i zaczynam żyć :)




"Jeżeli życie jest podróżą, nie chcę, żeby było wycieczką objazdową o napiętym programie. Chcę na każdym etapie mieć czas nacieszyć się widokami. Poznać dobrze swoich współtowarzyszy i dowiedzieć się czegoś o ludziach spotykanych po drodze. Zobaczyć coś więcej, niż oferuje standardowy pakiet atrakcji. Zawędrować na bezdroża i w rzadko odwiedzane zaułki. Iść w swoim tempie, niepoganiana przez żwawych animatorów". 





Anna M.





7 maja 2017

"Magia sprzątania" Marie Kondo



Żyję w małym, wynajętym mieszkanku na 12 piętrze. Nie mam nawet balkonu, choć okno balkonowe z barierką istnieje. Swoją drogą wiedziecie jak takie okno nazywa się w nomenklaturze biur wynajmu nieruchomości? To "balkon papieski"! Niewiarygodne, jak dobry marketing może zmienić ponurą  rzeczywistość na coś "ekskluzywnego". Doprawdy - szczęściara ze mnie - mam nie jakiś tam zwykły balkon, gdzie mogłabym posiedzieć latem, ale mam "balkon papieski"... Ale nie narzekajmy, jeszcze dwa lata temu wynajmowałam tylko mały pokoik, a teraz? Całe mieszkanie, i to z balkonem papieskim! 


Jednak po początkowym entuzjazmie samodzielnego mieszkania na "dużej" przestrzeni, zaczęłam się w nim dusić, ilość rupieci zwyczajnie mnie przytłaczała, nic nie mogłam znaleźć i zaczęłam się źle czuć... "duchowo". Po co ja mam tyle niepotrzebnych rzeczy, kiedy stałam się zbieraczem, inni nie mają tego wszystkiego, chce pomagać biednym, a sama co?  Ubrania leżą wszędzie, mam kilka zbędnych telefonów komórkowych, całą szafę starych plecaków i jeszcze więcej zakurzonych książek. KONIEC. Czas zmienić coś w moim życiu...  Dodatkowo jakiś czas temu zafascynowałam się nurtem minimalizmu, ale nigdy nie miałam odwagi wprowadzić go na swoje "podwórko". W jedzeniu - ok! "Slow Food" się sprawdziło. Ale prawdziwy minimalizm? Z jednej strony mnie fascynował, a z drugiej przerażał...


 

Książki KonMari spadła mi z nieba. Kupiłam ją, nie ukrywam, z lekkim zażenowaniem. Ja i książka w stylu "perfekcyjna pani domu" - porażka. Oj, jak bardzo się myliłam. Marie Kondo choć całe swoje życie zajmuje się profesjonalnym sprzątanie, więcej uwagi poświęca porządkowaniu swojej duszy, niż mieszkania. Pisze o radości życia w poukładanym i funkcjonalnym otoczeniu, o jasnym umyśle w jasnym domu. Obiecuje wolność od przymusu posiadaniu wielu rzeczy w zamian za kilkanaście godzin uczciwego sprzątania według jej wskazówek. Zaryzykowałam i ... nie zawiodła mnie. Wolność przychodzi już w trakcie pozbywania się niepotrzebnych rzeczy, ubrań, książek, nagromadzonych latami dokumentów. Umysł podąża za tym, co robimy i również układa swoje wspomnienia, myśli, troski i na nowo "odkurza" marzenia.






Zatem - książka KonMarie, sporo wolnego czasu (u mnie cały weekend) miotła, ścierka i dużo worków na śmieci.... 


ZACZYNAMY!  

UBRANIA


rzeczy odwiozłam do jednej z organizacji pomocowych


Zabrzmi to nieprawdopodobne, bo znana jestem  z tego, że ciągle chodzę w jeansach i T-shirtach, ale miałam tyle uzupełnienie już niepasujących na mnie ciuchów, że mogłabym otworzyć Lumpeks :) Moja znana powszechnie przypadłość - efekt jojo - sprawiła, że miałam w szafie rozmiarówkę od 38 do 52! Co więcej - często tą samą bluzkę w kilku rozmiarach! To mój genialny wynalazek - wydawało mi się, że jeśli noszę ten sam ciuch, to nie widać, że tyję, a ja powiększałam rozmiar bluzki czy spódniczki, a nikt nie wiedział o tym. Genialne! Wymaga to tylko opatentowania :) I choć w rozmiar 38 już nigdy się nie wcisnę, to marzyłam o nim latami. Nic z tego, niestety nie pomogło nawet powieszenie swego czasu sukienki na lodówce. W końcu wszystko wylądowało w wielkich workach i  komuś na pewno się przyda, często są to ubrania, które miałam tylko raz na sobie i ... jakoś mi się przytyło (doprawdy nagle!).


"Żeby móc w pełni cieszyć się rzeczami, które są dla ciebie ważne, musisz najpierw pozbyć się tych rzeczy, które spełniły swój cel. Wyrzucanie rzeczy, których nie potrzebujesz, nie jest ani marnotrawstwem, ani powodem do wstydu. Czy możesz z pełną szczerością stwierdzić, że cenisz coś, co leży na dnie twojej szuflady? Gdyby rzeczy miały uczucia, z pewnością nie byłyby z tego powodu uszczęśliwione. Uwolnij je z więzienia, pomóż im opuścić tę bezludną wyspę, na która je skazałaś. Puść je wolno z wdzięcznością. Nie tylko ty, ale i te przedmioty zyskają nowy blask"

Pierwszy raz w życiu mam w szafie tylko to, co na mnie idealnie pasuje... 


KonMari radzi, aby pozostawione rzeczy składać w charakterystyczny sposób i układać w szafie pionowo. Początkowo pomyślałam, że to dziwaczne, ale przyznaję - zajmują one w ten sposób o wiele mniej miejsca :) A widok poskładanych ubrań daje wytchnienie i organizuje naszą przestrzeń. Bezcenne!




KSIĄŻKI


Przez lata nagromadziłam potworne ilości książek. Wielu z nich nawet nie przeczytałam. Co kilka miesięcy tylko przerzucałam je z miejsca na miejsce, dbając tylko, żeby były należycie wyeksponowane. Cóż, wkradł się w moje życie mały snobizm - wiadomo, kto dużo czyta, musi być przecież mądry. Usiadłam zatem przed moimi regałami i zaczęłam rozmawiać z książkami, opowiedziałam im o moim szalonym pomyśle i ku mojemu zdziwieniu same się zgodziły. Chyba one równie miały dosyć leżenia latami na półce, pewnie wolą być przez kogoś czytane. Wstałam i zaczęłam wyjmować te, które miały zmienić właściciela. Na koniec wszystko spakowałam i zaniosłam do kilku regałów miejskich w nadziei, że ktoś się nimi zajmie. Kilka też zostawiłam w tramwaju. I powiem Wam jedno - niesamowicie oczyszczające doświadczenie. Teraz na półkach mam tylko to, do czego chcę wracać, co przez lata mnie kształtowało i nie powala o sobie zapomnieć :)





"Książki to tak naprawdę papier - kartki pokryte drukiem i połączone ze sobą. Mają one służyć jako lektury i źródło informacji dla czytelników. To zawarta w nich informacja jest znacząca, przez samo stanie na półkach nie nabierają one znaczenia. Czytamy książki, żeby doświadczyć czytania. Książki, które przeczytałaś, są już częścią twojego doświadczenia, ich treść żyje w tobie, nawet jeżeli tego nie pamiętasz. (...) Zatrzymaj tylko te książki, których sam widok na półkach cię uszczęśliwia, te, które naprawdę kochasz".






Jeszcze na koniec jedna rada:


"Ukryj porządki przed rodziną. W wyniku maratonu sprzątania powstaje góra śmieci. Na tym etapie niespodziewana wizyta eksperta od recyklingu pod postacią matki może wyrządzić więcej szkód niż trzęsienie ziemi" 



Święte słowa! Mieszkam jakieś 150 km od od domu rodzinnego, ale niestety coś wspomniałam w rozmowie telefonicznej o moim pomyśle. No i wpadłam po same uszy... Mama poradziła mi, żebym nie oddawała książek, ale ... schowała je do szafy, której nie używam - to przecież tak samo, jakby ich nie było...  ;)



DWA DNI PÓŹNIEJ...

Sprzątanie zajęło mi całe dwa dni. Zaczynałam o 6.00, kończyłam przed północą. Przez większość czasu... jeździłam windą.  Efekt przerósł moje oczekiwania. POLECAM...


mały pokój, kiedyś w nim mieszkałam, ale teraz pełni rolę garderoby


Moja droga do minimalizmu została rozpoczęta.... Niestety została mi do wysprzątania jeszcze kuchnia. Marie Kondo radzi, aby najtrudniejsze emocjonalnie rzeczy zostawić na koniec... Dojrzewam do tego...



Anna M.

P.S. Teraz czytam "Minimalizm po polsku" Anny Mularczyk-Meyer. Polecam również kanał na YouTube i blog Oresta Tabaki :)





2 maja 2017

"Życie pasterza. Opowieść z Krainy Jezior" James Rebanks






Opowieść Jamesa Rebanksa jest dla mnie bardzo osobistą historią - trochę moją własną, choć w zupełnie przeciwnym wydaniu. Z tego powodu czytałam książkę bardzo powoli, dokładnie i niemal z namaszczeniem. Odkładałam ją na kilka dni, aby po wielu przemyśleniach wrócić do lektury. Wiem, że zabrzmi to sloganowo, ale z pewnością zmieniła mnie i moje podejście do wielu spraw. Już od pewnego czasu czułam w kościach, że coś się we mnie zmienia. Ja - pierwsza buntowniczka w rodzinie, która zawsze chciała mieszkać w mieście, a nie na jakiejś wsi, potem uczyła się z całych sił, żeby ze wsi wyjechać, a jedyną możliwością utrzymania się na studiach było dodatkowe stypendium naukowe i poświecenie mojej mamy. Świat to było miasto, a miasto było całym moim światem... Do czasu... Historia autora jest zupełnie przeciwna. Rebanks od najmłodszych lat kochał swoją wieś, dom, życie pasterza. Nie skończył szkoły, jak wielu w jego stronach, bo wolał pracować i zajmować się owcami. Po jakimś czasie, trochę zmuszony, zdaje maturę, aby udowodnić wszystkim w rodzinie, że nie jest głupi, dostaje się na studia, ale nadal wraca do Krainy Jezior, by wreszcie na stałe osiąść na ojcowiźnie. 



"Wściekałbym się z tego powodu, gdyby nie to, że bardziej niż cokolwiek innego pomogła mi zobaczyć, kim jestem. Dzięki niej przekonałem się, że dla wielu ludzi nowoczesne życie jest do niczego. Że nie daje ono wyboru. Oferuje im przyszłość tak nudną, że nie mogą się doczekać weekendu, aby się upodlić. Wymaga od nich bardzo wiele, w zamian nie daje prawie nic. Nie widzi w nich żadnej wartości" (s.123)


Książka jest magiczna, pełna zapachów mojego dzieciństwa, krajobrazów wyjętych ze starych zdjęć i prawdy o życiu, której nie poznacie, jeśli nie wsłuchacie się we własne wnętrze. James Rebanks opisuje codzienność w Krainie Jezior, wieś, swoje sielskie dzieciństwo, studia na Oxfordzie, powrót na farmę i swoją pracę. Prawdziwa uczta i sentymentalna podróż na wieś, jaką pamiętam, gdzie czas odmierza się porami roku, wschodem i zachodem słońca. Zakochałam się w jego sposobie opowiadania o wydawałoby się prostym życiu, ale nic bardziej mylnego. Dla mnie jest to życie świadome celu, zgodne z naturą i dające pełnię, o której ja przez większość swojego tylko mogłam pomarzyć. Autor zabiera nas w niesamowitą wędrówkę po górach swego dzieciństwa, łąkach i pastwiskach. Przekazuje stare podania pasterskie i broni statusu pracy na roli jednocześnie obalając mity o wsi. 


"Byłem - i cały czas jestem - przekonany, że dom to najbardziej interesujące miejsce i wykonuje sie w nim najbardziej pożyteczne zajęcia. (...) Miałem wrażenie, że cały współczesny świat usiłuje pozbawić mnie takiego życia, jakie chciałem prowadzić" (s.116-117)







Jeszcze zanim wpadło mi w ręce kilka książek o powrocie do świadomego i spokojnego życia, wyczuwałam, że coś się dzieje. Miasto mnie męczy, ciągły wyścig szczurów, milion spraw do załatwienia na wczoraj, wszędzie ludzie, gwar i hałas.  Zaczęłam tęsknić za moim domkiem na wsi, choć przez jeszcze długi czas nie mam możliwości powrotu tam na stałe, to mam przecież mój domek na wakacje. Wymaga oczywiście gruntownego remontu, ale nie to jest ważne, samą mnie zaskoczyło powolne i jakby niezauważalne przesunięcie akcentów w moim życiu. Stopniowo dałam sobie spokój z byciem zawsze online, cała dobę pod telefonem, przestałam gonić za pochwałami w pracy, już nie interesuje mnie bycie wszędzie i nigdzie jednocześnie, ograniczyłam grono koleżanek i czas z nimi spędzany, a do tego wszystkiego uregulowałam swój tryb życia na o wiele spokojniejszy. Wyrzuciłam telewizor, bo uznałam, że nie muszę wiedzieć wszystkich serwowanych newsów ze świata. W zamian czytam mnóstwo książek, reportaży, felietonów. Starannie dobieram informacje. Pogodziłam się z faktem, że nie muszę mieć "super mocy" i ogarniać wszystkiego niczym perfekcyjna pani domu, perfekcyjna nauczycielka, idealna kobieta itd. Żyje na 100% i ani grama więcej. Daję sobie prawo do błędów, które potem naprawiam i wyciągam wnioski, staram się żyć świadomie "tu i teraz' i cieszyć się tym, co mam. Całkowicie "zrewolucjonizowałam" moją kuchnię, dotychczasowe diety wyrzuciłam do kosza, a postawiłam na gotowanie wszystkiego w domu, sama robię kefir, ser, masło, piekę chleb i gotuję z naturalnych produktów. I... ku własnemu zaskoczeniu.... chudnę. Chodzę na spacery i robię sobie drobne przyjemności, zamiast odkładać całą kasę na "święte nigdy".... Powoli odnajduję radość.







Książki o takim życiu, powrocie do korzeni, spokoju i podążaniu za odkryciem siebie i pokochaniem tego kim się jest, pozwoliły mi utwierdzić się w przekonaniu, że ja też chcę tak żyć... Przestałam się ograniczać murami miasta, przy czym miasto rozumiem nie jako miejsce, ale sposób patrzenia na świat, mentalność i hierarchie wartości. Nadal mieszkam w mieście i jeszcze pewnie długo tu będę, ale w moim małym M0 na 12 pietrze stworzyłam sobie moją oazę i nagle życie stało się o wiele prostsze, bardziej smakuje i każdego wieczoru wiem, że tak chcę żyć!







Polecam książkę "Życie pasterza" nawet najbardziej zdeklarowanym mieszczuchom! Zawsze to miła odskocznia od wszechogarniającego betonu...  Można się w jednej chwili z zatłoczonej miejskiej ulicy przenieść do spokojnej Krainy Jezior i zapomnieć o całym świecie... Ale ostrzegam - taka wyprawa jest niebezpieczna - można ją zakończyć poszukując w necie domku na wsi ... na sprzedaż... 





Anna M.





30 kwietnia 2017

Nowe dziecko w rodzinie :)




Kochani, znów mniej mnie tu było...



Kilka usprawiedliwień:

*  W szkole wchodzimy już na ostatnią prosta do wakacji, czyli szaleństwo wycieczek, wystawiania ocen proponowanych, poprawiania ocen, wywiadówek i tony dokumentacji...


* Powstaje własnie powolutku mój nowy blog (całkowicie o tematyce szkolnej... no prawie). Ale wiecie, coś w rodzaju "BELFER. Życie i twórczość..."   Nie oznacza to jednak rezygnacji z tego bloga, zwyczajnie muszę troszkę więcej czasu poświecić najmłodszemu dziecku....  Blog nosi dumna nazwę "MATMA  FOREVER"







Ale czytam, czytam... Ostatnio "Życie pasterza", "Szczęśliwy X" i "Mądrość pustyni". 

Pozdrawiam z zimnej i deszczowej Majówki :)

Anna M. 


















15 kwietnia 2017

"Wytrwać w biegu" R. Kałaczyński, R. Berkowska







Kilka dni temu naprawiłam moje stare i już mocno wysłużone buty do biegania - zwyczajnie w miejsce dziur naszyłam kolorowe motywy. Wczoraj po kilkuletniej przerwie wyszłam pobiegać - dziś chwilowo "umieram"..., ale tęsknię za bieganiem i wrócę do niego, choćby miało to bardzo długo trwać i równie bardzo boleć. Udało mi się w ostatnim roku schudnąć 27 kg, więc teraz pora powoli wrócić do tego, co kochałam. 









Kilka dni temu wpadła mi w ręce książka o bieganiu, a raczej o zmaganiu się ze sobą samym i o sile jaką daje sport. Książka niezwykła, bo napisana bardzo prosto, zwyczajnie, bez zbędnego idealizmu, bo napisana przez alkoholika, któremu bieganie uratowało życie. Ryszard Kałaczyński jest przykładem człowieka, który jeśli zechce może osiągnąć wszystko lub wszystko stracić. On wybrał pierwszą opcję, poprawka, był zmuszony wybrać ratowanie siebie, bo wcześniej  stracił siebie już bardzo mocno. Postawił zatem na bieganie, a były to lata, kiedy w Polsce raczej biegaczy wytykano palcami, a na małej wsi stał się wręcz obiektem kpin. Nie poddał się, biegał uparcie zamiast pić ze swoimi dawnymi kolegami spod sklepu z piwem. Biegał coraz więcej, choć pracował przecież ciężko w gospodarstwie, które zresztą ratował z długów.





Bieganie wycisza, uspokaja, pozwala spojrzeć na wszystko z dystansu. Przestają się liczyć kłopoty, a rozpoczyna się praca nad sobą, swoimi słabościami, które tylko pozornie są czysto fizyczne. W czasie biegu można poukładać sobie świat na nowo... Tęsknię za tym... Powrót do biegania nie jest taki prosty, mięśnie zapomniały jak się biega, mózg walczy o odrobinę lenistwa, a codzienne obowiązki wydają się zagłuszać wszystko inne. Dlatego cieszę się, że trafiłam na książkę "Wytrwać w biegu", ponieważ szybko zbiła argumenty mojego rozleniwionego ciała. Życie kanapowca może i jest łatwe, ale czy chcę tak spędzić życie? Mój mózg szybko zareagował walcząc o swoje: "przecież jesteś już za stara na bieganie". Hmmm, nastolatką nie jestem, to prawda, ale przecież biegać można w każdym wieku (pan Ryszard jest po 50-tce). Ok, ale mój niezawodny mozg wytacza kolejny argument, żebym dała sobie spokój: "nic ci to nie da, nie masz czasu na bieganie, nawet ze zwykłymi sprawami nie dajesz rady czasowo". Możliwe, ale przykład bohatera książki pokazuje, że jeśli dobrze poukładać sobie w głowie priorytety, to i te pół godzinki na bieg  na początku się gdzieś znajdzie. Ryszard Kałaczyński jest rolnikiem, codziennie ciężko pracuje, a mimo to, pobił Rekord Guinnessa - przebiegła 366 maratonów w 366 dni. Nie miał wielkich sponsorów, nie było telewizji, nie robił tego dla kasy. Ale miał cel - codziennie założyć buty i choćby nie wiem co się działo przebiec te 42 km. I udało się! Czego mnie to uczy? Nie ważne co robisz, gdzie jesteś, kim jesteś i jakie masz możliwości czasowe, finansowe - ważne, że chcesz, że robisz to, co kochasz i że robisz to tylko dla siebie.


Anna M.


LINKI

- oficjalna strona Ryszarda Kałaczyńskiego


- wywiad o bieganiu, życiu i motywacji do biegania





Recent Posts