7 sierpnia 2016

"Szybko, smacznie, domowo" Magdalena Grzegorczyk







Znów książka kucharska, trudno - uwielbiam gotować , a jeszcze bardziej - jeść! Jednak dziś będzie osobiście, bo pani Magdzie wiele zawdzięczam... 



Otóż jakiś czas temu postanowiłam trochę schudnąć. W moim przypadku trochę oznacza jakieś 30 kg. Nie pierwszy raz to robiłam i wiedziałam, że trzeba postawić na zdrową kuchnię i sport. Zaczęłam zatem regularnie ćwiczyć, biegać i chodzić na basen, no i wyrzuciłam z kuchni całe przetworzone jedzenie. Postawiłam na ograniczanie kalorii i samodzielne przygotowywanie różnorodnych posiłków. Kładę nacisk na "różnorodnych", bo ile można jeść w kółko tak samo przyrządzone warzywa...  Zaczęłam przeglądać strony internetowe w poszukiwaniu inspiracji do gotowania i znalazłam kanał na Youtube "Skutecznie.tv", a potem blog. Nieśmiało zaczęłam eksperymentować z przepisami, krok po kroku śledząc filmy instruktażowe autorki. Obliczałam dzielnie przy tym wartości kaloryczne, czasem zamieniałam produkty na "chudsze". Początkowo ponosiłam wiele porażek, bo moja kuchnia swoim wyposażeniem daleko odbiega od standardów. Wynajmuje maleńkie mieszkanie i nigdy nie inwestowałam w sprzęty kuchenne, przecież większość wypłaty wydawałam zawsze na książki! Powoli zaczęło się to zmieniać... Zaczęłam odwiedzać sklepy ze sprzętem AGD, bawiło mnie kupowanie różnych dziwnych foremek do tart i muffinek, żaroodpornych naczyń, a na urodziny sprawiłam sobie... blender! Jak nie ja!   



Mój chleb według przepisu p. Magdy
https://www.youtube.com/watch?v=PER4vpqWfo0

Nauczyłam się piec chleb, taki prawdziwy - na zakwasie! I wcale nie okazało się to tak trudne, jak na początku myślałam. Nawet z moim starym, gazowym piekarnikiem, w którym od lat był zepsuty wskaźnik temperatury. Kupiłam w Praktikerze nowy wewnętrzny termometr i po wielu próbach teraz już wiem - jeśli chcę osiągnąć temperaturę 180°C muszę pootwierać w kuchni wszystkie szafki obok piekarnika i dodatkowo okno w pokoju (w kuchni takowego nie posiadam). Jeśli piekę chleb i potrzebne jest 220°C - zamykam wszystko plus drzwi do kuchni! Takie to "proste" :) :) :) 










Potem pojawiły się różne przepisy:  bułeczki z farszem, jogurtowe chałki, różne rodzaje chleba.









Czasem dodawałam coś od siebie np rodzynki :), ale i tak trzymałam się przepisu!




Nie należy się poddawać, ja zaczynałam niepewnie, powoli i najpierw tysiąc razy oglądałam filmy na Skutecznie.tv sprawdzając jaką np. konsystencję ma ciasto u p. Magdy, a jaką u mnie. Moje koleżanki testowały "zjadliwość" moich dań, a ich wskazówki dodatkowo mi pomogły osiągnąć cel - nauczyć się zdrowo gotować i piec. Ale nic nie zastąpi serdecznego głosu p. Magdy, jej uśmiechu i wiary w to, że mi też się uda przygotować podobne danie, jeśli tylko posłucham jej wskazówek. Zawsze już będzie moim kulinarnym guru. Możecie sobie zatem wyobrazić moją reakcję na jej książkę kucharską! Oczywiście, że musiałam ją mieć! Dzielnie leży w kuchni i choć już jest trochę poplamiona od wertowania jej nie zawsze czystymi łapkami (jak to przy gotowaniu bywa najczyściej) zawsze do niej zaglądam w poszukiwaniu inspiracji, motywacji, a czasem nawet pocieszenia, gdy coś mi nie wyjdzie... 



POLECAM książkę, blog i kanał na Youtube. Zamieszczę też kilka zdjęć moich dań z linkami do oryginalnych przepisów.



Anna M.

P.S. Udało mi się schudnąć 23 kg i nadal się nie poddaję! 





omlet bananowy ///  LINK




ciastka kawowe  /// przepis


wytrawny chlebek /// LINK




moja domowa nutella  - link


placek ziemniaczany - link



pierogi ///   link



pizzerinki  // link



muffinki pizzowe  -  link



domowa pita  - link




Jagodzianki -  link








30 lipca 2016

"Benedict Cumberbatch. Czas zmian. Nieautoryzowana biografia. Historia niezwykłej kariery" Porter Lynnette




Dla K.S.



Przestałam pisać na blogu, przestałam czytać książki, musiałam odpocząć, zająć się zupełnie inną kwestią w moim życiu, zresztą, im więcej ode mnie oczekują i naciskają, tym bardziej nie mam ochoty ulegać wizji innych osób. 

K.S. zawsze mnie strofuje, że nie piszę nic na blogu - zatem nie pisałam...

K.S. odpuścił i pogodził się ze śmiercią bloga (lub dobrze grał niezainteresowanego tematem) - ale będąc u mnie pożyczył książkę o Alanie Turingu - swoją drogą śmiertelnie nudną, co i sam przyznał. Ale dzięki rozmowie o tej książce przypomniałam sobie cudny film z Benedictem Cumberbatchem w roli głównej. Potem poszło już lawinowo... Najpierw obejrzałam sobie wszystkie (prawie wszystkie, no co są wakacje i nie mam nic do roboty) filmy z tym aktorem, zwłaszcza jego chyba najlepsze wcielenie, czyli Sherlocka Holmesa, a następnie rzuciłam się na książkę  Lynnette Porter. 

I tak K.S. osiągnął zamierzony cel - wróciłam na blog :) znów zaczęłam czytać... znów zaczęłam pisać i mieć z tego frajdę :)




Benedict Cumberbatch to jeden z tych aktorów, których cenie nie tylko za role, ale i za osobistą postawę i życie. Niewiele o nim wiadomo, bo usilnie chroni swoją prywatność, ale mimo to lubię jego sposób bycia, ciekawią mnie jego poglądy, a moje serce zdobył całkowicie, gdy przeczytałam, że po szkole spędził rok jako wolontariusz w tybetańskim klasztorze, gdzie uczył angielskiego. I choć książka Lynnette Porter jest jedynie skrupulatnym przewodnikiem po rolach aktora, to można i między wierszami przeczytać odrobinę o nim samym. 


Zawsze zastanawiało mnie, jacy są aktorzy prywatnie. Nie jestem typem fanki, która czyta brukowce i szuka sensacji, jakie to buty dziś ubrała Cichopek lub jak Lopez wygląda bez makijażu (choć i samo słowo aktorka w tych przypadkach jest wielkim nadużyciem). Mnie ciekawią poglądy kogoś, kto tak dobrze potrafi zagrać każdą rolę, jest tak sugestywny, tajemniczy i prawdziwy, że zaczynam utożsamiać go z pierwowzorem, a jeśli gra wymyślone postacie, to żyją one swoim "realnym" życiem jeszcze długo po napisach końcowych. Przecież nie można zagrać wszystkiego, nie da się udawać emocji, być zupełnie inna osobą, niż jest się w rzeczywistości. Myślę, że każda postać grana przez aktora ma cechy jego samego. Masło maślane i niby rzecz powszechnie wiadoma, ale mnie to zawsze zwala z nóg. Jaki trzeba mieć talent, żeby stać się daną postacią z filmu, a jednocześnie, jak to musi wpływać na życie prywatne, osobowość, poglądy... Wybierając dane kreacje, czytając scenariusze, trzeba przecież poznać również życie osoby, którą masz się stać na ekranie. Myśleć, jak ona, zachowywać się jak ona, wreszcie być nią. A potem wrócić do swojego "zwyczajnego" wcielenia, by zacząć czytać kolejny proponowany scenariusz... Fascynujące.... 



Tymczasem oczekuję już na nowy sezon Sherlocka Holmesa...




Anna M.


P.S. Pewnie teraz K.S. znów westchnie "nareszcie". Pozdrawiam i dzięki... 







28 maja 2016

"Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych" Michael Booth




Miewacie czasem przesyt czytania? Mnie dopadł kilka miesięcy temu i zwalczony przerodził się teraz w przesyt pisania... K.S. ciągle pyta, kiedy wreszcie coś na blog wrzucę... Ostatnio mam za dużo spraw na głowie, kończy się rok szkolny, próbuję schudnąć i treningi mnie wykańczają, a do tego jakoś doba mi się skurczyła.  Czytam, owszem, ale raczej lżejsza literaturę. 




Dziś polecam "Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych" ...


Skandynawia to drugie miejsce na ziemi, zaraz po Alasce oczywiście, gdzie mogłabym zamieszkać. Klimat, kultura, podejście do życia, specyficzne poczucie humoru, spokój, odcięcie od zgiełku świata, poczucie własnej wartości, nieziemskie krajobrazy, życie tylko dla siebie... - wymieniać dalej? O i zapomniałam - najlepsza muzyka rockowa i metalowa na świecie... Bona Jovi - sorry... Lubie czytać o krajach Nordyckich, kocham kino Dalekiej Północy, a islandzkie filmy - bajka. 





"Ponadto Islandczycy kupują więcej książek niż jakikolwiek inny naród na świecie, co niewątpliwie bardzo dobrze o nich świadczy" (s. 123)



Zawsze mnie zastanawia, dlaczego ludzie wydaja tyle pieniędzy, aby smażyć się na zatłoczonej plaży gdzieś blisko równika? No niby rozumiem wpływ słońca na umysł człowieka - też czuję ulgę, gdy nadchodzi wiosna po szarych zimowych dniach. Jednak gdyby ktoś pozwolił mi zdecydować, gdzie chcę się urodzić, wybrałabym Daleką Północ. Nigdy tam nie byłam, dlatego z wielką przyjemnością pogrążyłam się w lekturze książki Michaela Bootha. Jest w niej trochę historii, polityki, odrobina stereotypów, garść legend i spora dawka brytyjskiego poczucia humoru. 



Michael Booth z rodziną
(źródło: http://www.thesundaytimes.co.uk/
)

Poznawać ludzi to żyć z nimi, a chyba autor zrealizował to w 100 % i wcale nie chodzi mi o to, że jest żonaty z Dunką. Poznawać ludzi to mieszkać z nimi, mieć te same problemy, rozmawiać, jeść najbardziej ohydne lokalne przysmaki, stawiać dociekliwe pytania i cierpliwie czekać, aż czas pokaże, jakie są odpowiedzi.  Czekać, aż spod góry stereotypów wyłoni się prawdziwy obraz Dalekiej Północy... 










"Kiedy już zaczniesz się bliżej przyglądać nordyckim społeczeństwom i narodom, kiedy wyjdziesz poza standardowy zestaw tematyki skandynawskiej serwowany przez zachodnie media - artykuły w dodatku niedzielnym ilustrowane zdjęciami szwedzkich domków letnich zamieszkiwanych przez blondynki w sukienkach w kwiatki z nieodłącznymi koszykami dzikiego czosnku w rekach i gromadki dzieci z artystycznie zmierzwionymi czuprynami - twoim oczom ukaże się znacznie bardziej skomplikowany, nierzadko mroczniejszy, a niekiedy wręcz niepokojący obraz" (s.20)



I ja chce poznać ową tajemnicę Północy, która od lat mnie fascynuje...  Zatem wracam do lektury książek o Skandynawii. Tym razem wzięłam z półki "SzwedziCiepło na Północy" Katarzyny Molędy... 


Anna M.



I jeszcze na koniec jeden z moich ulubionych skandynawskich zespołów...








Walking by a frozen Lake
Silent snow in the air
Dreaming of the summer day
Carry me til I’m there

                         Winter skies leave me alone
                         When I lose my way
                         Winter skies you call me home 

                                                  Bring me back when I’m lost
                                                  Far from your embrace
                                                  Bring me silence bring me frost
                                                  Your familiar face






27 kwietnia 2016

"Chodzić po wodzie. Z Anną Świderkówną rozmawia Elżbieta Przybył"






Anna Świderkówka - jeden z nielicznych moich autorytetów, osoba niezwykła, której książki czytam nieustannie, ciągle od nowa... Szukam w nich inspiracji do zrozumienia świata, poznania siebie i głębszego spojrzenia na wiarę. Oczywiście pierwszy raz z jej książkami zetknęłam się na studiach biblijnych, później wybrałam specjalizację ze Starego Testamentu i mimo, że od kilku lat moja praca zawodowa nie jest już związana z Biblią, nadal jest to moja największa pasja. 




Jest wielu znanych na całym świecie i szanowanych biblistów. Niektórym miałam okazję poznać osobiście, innych słuchałam podczas wykładów, przez książki pozostałych próbowałam się przedrzeć podczas bezsennych nocy przygotowań do sesji. Nieliczni jednak pozostali ze mną do dziś. Jednym z takich mentorów jest profesor Anna Świderkówna. Fascynuje mnie jej życie, droga kariery, praca zawodowa, ale przede wszystkim sposób mówienia i pisania o Biblii. Studiując na poważnej uczelni po kilku latach miałam już dosyć mówienia o wierze "świętobliwym" i "natchnionym" językiem, który nie miał nic wspólnego z rzeczywistością. Zresztą oglądając filmy religijne można mieć wrażenie, że sacrum i profanum to dwa zupełnie różne światy, a Bóg i codzienność nigdy się nie spotykają. Prof Świderkówna udowadnia, że nie ma nic bardziej mylnego, że można mówić prostym i zwyczajnym językiem o Biblii, mitach greckich, czy historii.  Wszystko da się zrozumieć, opowiedzieć, przeczytać - trzeba tylko wiedzieć o kontekście historycznym, kulturowym, społecznym i chcieć zrozumieć.




Chciałabym kiedyś móc powiedzieć, że moje życie każdego dnia miało sens, że robiłam tylko to, co kocham, że moja pasja jest moją pracą, a praca pasją...  Nie ma nic niemożliwego, czego przekładem jest Pani Profesor. Jako nastolatka sama nauczyła się greki, bo chciał przeczytać Homera w oryginale, sama studiowała manuskrypty, wreszcie sama zafascynowała się Biblią. Mówiła o Niej w zupełnie nowy, a jednocześnie zwyczajny sposób - jak o części swojego życia. I to jest dla mnie inspiracją - nie wydzielać osobnych sfer na: dom, pracę, rodzinę, znajomych, pasję, ale żyć wszystkim jednocześnie. Trochę to kłóci się z "dobrymi" radami dawanymi mi ostatnio przez znajomych: "po wyjściu ze szkoły powinnaś wyłączyć telefon i nauczyć się, że praca się właśnie skończyła". Cóż - ja nie umiem tego oddzielić i właściwie nie chcę. Jestem kim jestem - całą sobą kocham swoją pracę, rodzinę, czas wolny... Może to dziwnie brzmi, ale przez cały czas jestem nauczycielką, wychowawcą, córką i mam swoje pasje. Uwielbiam to, co robię i nie wyobrażam sobie żyć bez pasji będąc w pracy, ani nie chcę tym bardziej zapominać o moich szkolnych dzieciach w domu - a niech sobie krytykują...



Książkę z  całego serca polecam :)

Anna M.





10 kwietnia 2016

Zagubiona w codzienności...


... czyli śmierć bloga, czy wyjście z długiej choroby?



       Tak można by krótko ująć moją miesięczną nieobecność na blogu. Przyznaję, że nawet chciałam go zamknąć, bo ciągle brakuje mi czasu. Mniej czytałam, więcej pracowałam, zagubiłam się... Wszystko wydawało się ok, mówiłam sobie - trudno, może nie potrafię pisać (co zresztą jest prawdą i o czym nieustannie informowała mnie moja polonistka), z pewnością też nikomu niepotrzebny jest jeszcze jeden, mało znaczący blog o książkach? Czasem z zazdrością przecież patrzyłam na inne blogi z długą listą komentarzy. Przestałam pisać, kolejny raz dałam się złapać w sidła porównań, czasu, pogoni za codziennymi bzdurami. Wszystko to jest ważne w moim życiu, ale ciągle brakowało mi książek, wystarczyło tylko spojrzeć na moje zachowanie, gdy w pobliżu leżała któraś z nich. Omijałam wszystkie księgarnie, a u znajomych starałam się oprzeć pokusie buszowania wśród regałów... Mój "odwyk" skończył się jednak dramatycznie - wydałam większość wypłaty spędziwszy kilka godzin na stronach Arosa.



       Koniec z dociekaniami! Blog jest potrzebny - przede wszystkim ja go potrzebuję! Kocham biografie, non-fiction, wspomnienia, historię. Nie potrafię pisać recenzji, ale nie mogę się powstrzymać przed dosyć zakręconymi refleksjami. Nie umiem się zmienić i nagiąć do obowiązujących reguł pisarskich. Ale niby po co? Moje małe poletko zagubione gdzieś w cyberprzestrzeni nie powinno nikomu szkodzić. Mogę zatem zostać i dalej snuć, przeważnie w pustkę, moje opowieści... Wyszło dramatycznie, ale potrzebowałam chyba zmierzenia się z rzeczywistością... I idę dalej... Dlaczego? Nie potrafię przejść obojętnie obok książek, nie umiem ich poświęcić dla pracy, spotkań, rożnych "pilnych spraw na wczoraj". Mimo piętrzącej się sterty kartkówek do poprawienia i konieczności napisania ocen kształtujących dla moich pociech, postanowiłam spędzić weekend w Śródziemiu. To takie moje zaprzeczenie wcześniejszym słowom o miłości do literatury non-fiction. Cała ja :) Tolkien to jeden z niewielu grzechów jakie popełniam, zwyczajnie kocham jego świat i bez wyrzutów sumienia grzeszę za każdym razem, gdy potrzebuję chwili zapomnienia i oderwania od spraw codziennych. 




   Upiekłam pyszne muffinki (ach kolejny grzech na mojej liście), zaparzyłam pierwszy raz w życiu kawę po turecku (nie takie to trudne), wyłączyłam telefon i cały mój czas oddałam we władanie Silmarilionu. Książka czytana wielokrotnie, za każdym razem jednak coś innego w niej znajduję. Tej nocy odkryłam maleńkie drzwi do zrozumienia mojego własnego zagubienia wśród codziennych obowiązków - ale to już inna historia, nico nudnawa dla czytelników bloga (optymistycznie zakładając, że takowi istnieją), ale ważna dla mnie.

    Podziwiam Tolkiena od kiedy tylko pamiętam - za pasje, której poświęcił całe życie, za wyobraźnię, upór i umiejętność zamknięcia całej otaczającej nas "realnej" rzeczywistości w fikcyjnej historii. A może to jednak nie jest fikcja? Niemniej prawda jest taka, że kolejny raz Tolkien wyrwał mnie z "niebytu"... Jak śpiewa Bożenka z Kabaretu Smile na widok paczki chipsów "jesteś lekiem na całe zło"... Doskonale ją rozumiem i z chipsami i w moim przypadku również w kontekście książek :) 



Zatem wracam do pisania, czytania i mojej pasji - książek.   





   Czy jeszcze kiedyś zniknę? Mam nadzieję, że nie... No i nie mogę się pozbyć pokusy stawiania wielokropka tam, gdzie tylko mi się podoba -  to silniejsze ode mnie...  :) 




Anna M.












10 marca 2016

Gdy zewsząd otaczają Cię tylko ciemności... / "Ciemność" Hector Tobar




"Wbrew temu, co ludzie mówią, nie jesteśmy bohaterami. Jesteśmy tylko ofiarami. Nie jesteśmy gwiazdami filmowymi czy gwiazdami Hollywood" (s.363)


Książka, na którą czekałam, która kolejny raz otworzyła mi oczy na to, co jest prawdziwe. Niby przeczytałam wiele podobnych reportaży, przecież na bieżąco śledzę doniesienia z różnych części świata, staram się zrozumieć to, co mnie otacza i wpisywać moje własne emocje w szerszy kontekst społeczny. A jednak dałam się nabrać relacjom telewizyjnym, pseudo-reporterom, którzy 24 godziny na dobę relacjonowali wydarzenia z Chile. Wtedy, te 6 lat temu, nie widziałam kontekstu  ani politycznego katastrofy i akcji ratunkowej, ani nie dostrzegłam pozorności sloganów i napędzanej przez media komercjalizacji tragedii "los33". Oczy otworzyła mi dopiero książka "Ciemność" Hectora Tobara. 



Z jednej strony ogromna tragedia górnicza, nadludzka siła i odwaga zasypanych, determinacja i solidarność pod ziemią. Z drugiej strony polityczna farsa na górze, żerowanie na rozgłosie, komercja, sponsorzy i wyścig za sensacją. Do tego wszystkiego próba zarobienia na nieszczęściu innych i wykorzystanie spowodowanej przez zaniedbania władzy tragedii do politycznego umocnienia tejże władzy. A w tle wszystkiego skomplikowane historie samych zasypanych, ich wiara, dramaty i nieustanna walka z ciemnością, głodem, z sobą samym. 


Książkę przeczytałam podczas jednej nocy, potem odnalazłam w internecie filmy dotyczące tragedii, aby zobaczyć diametralną różnicę w opisach, podawaniu szczegółów i relacjonowaniu tego, czego na pierwszy rzut oka nie widać, bo media przemilczały.


Hector Tobar jako jedyny uzyskał zgodę wszystkich górników na opisanie ich historii, wielokrotnie rozmawiał z nimi i z ich rodzinami, poświęcił kilka lat swojego życia na podróże do Chile, aby zrozumieć kontekst wydarzeń, ale i aby być z "bohaterami" nawet po tym, jak ucichły medialne doniesienia, gazety zajęły się inną sensacją, wyjechali szukający newsów reporterzy, a firmy uznały, że nie da się już więcej zarobić. Tobar daje nam w swojej książce wyobrażenie o tym, co musieli przeżyć zasypani przez 69 dni niemal 700 metrów pod ziemią górnicy. To niezwykle poruszający reportaż, pełen faktów, emocji, prawdy i przemilczanych przez media kontekstów. Ja jednak skupiłam się głównie na tym, co działo się po transmitowanej na cały świat akcji ratunkowej, po tym, jak w ciągu jednej chwili zwykli ludzie, często z wieloma różnymi problemami i niejednokrotnie trudnymi charakterami, stali się gwiazdami telewizji i marionetkami w rękach władzy. Z drugiej strony zostali pozostawieni bez opieki psychologicznej, bez wsparcia, bez perspektyw...


"Zaczynasz być marionetką. Staliśmy się marionetkami. Jedziemy tutaj, jedziemy tam. Stań tutaj, stań tam, pod lampami. (...) Ten pierwszy rok... Nie umiem tego wyjaśnić, ale było ciężko. Spakuj się. Stań w kolejce. Zrób to. Zrób tamto. Zrób! Jeśli spojrzeć na to uczciwie, to można powiedzieć, że odebrano nam nasze życie" (s.366)



Górnicy zmagali się z syndromem stresu pourazowego, wracali do starych nałogów, rozpadały się ich rodziny, a świat nadal czerpał garściami i zarabiał na ich tragedii. Zawsze mnie porusza ten "mechanizm". Każdy z nas, ja również, żyjemy w tak skonstruowanym świecie. Im bardziej się na to zgadzamy, tym częściej stajemy się zakładnikami innych.  Mówimy to, co nam każą, robimy to, czego od nas oczekują, codziennie zdradzając siebie. Ufamy ludziom, dla których nie istniejmy, zależymy od tym, którzy wykorzystują nas do załatwiania własnych interesów. Wiem, wiem - przecież książka skupia się na człowieczeństwie, odwadze i determinacji górników, sile charakteru i nieustępliwości ich rodziny, nadziei kobiet czekających przy wejściu do kopalni. Dlaczego zatem mnie poruszył ten akurat aspekt owych wydarzeń?



Nadal staram się dopowiedzieć sobie na to pytanie i właśnie dlatego uwielbiam czytać literaturę non-fiction. Każda kolejna książka, każda historia wyrywa mnie z pokolorowanej przez innych rzeczywistości, pokazuje prawdziwy świat, porusza moje emocje, kształtuje światopogląd, staje się pytaniem, na które muszę sobie szczerze odpowiedzieć, nawet gdy przeczytam ostatnią stronę i odłożę książkę na półkę. I jeszcze jedno - za każdym razem, gdy patrzę na regały z przeczytanymi już dawno książkami, odżywają emocje związane z każdą z nich. To jak mapa moich myśli, wspomnień, kierunek rozwoju światopoglądu i droga do samej siebie. Brzmi jak slogan lub cytat z Paulo Coelho, ale te książki ratują mnie przez nicością, ułudą i szablonowością. Pokazują drogę i kształtują mnie jako człowieka...










Anna M.









29 lutego 2016

"Jak pokochać siebie? Podręcznik życiowej przemiany" Beata Pawlikowska




Dziś króciutko... 


Autorka znana i wiele razy na moim blogu polecana, cytowana, zachwalana... Trudno, inspiruje mnie i koniec. Zwyczajowo nie czytam wszystkich niepochlebnych komentarzy i zachłannie oddaję się lekturze jej książek. Czy coś zmieniają "życiowo" w moim życiu? Cóż - same książki niczego nie zmienią, nawet gdybym na nich spała i je jadła, ale inspirują mnie i są "wyrzutem sumienia".


Książki Beaty Pawlikowskiej co jakiś czas przypominają mi, że jeśli włoży się odrobinę ciężkiej pracy w poznanie i zaprzyjaźnienie się ze sobą, to można nagle poukładać własny świat i być szczęśliwym. I nie jest ważne, co inni o tym sądzą, czego zazdroszczą i jaki mają do tego stosunek. Najistotniejsze jest nasze poczucie spełnienia, spokoju i równowagi.  Od lat czytam książki tej Autorki i powolutku zaczynam iść w kierunku mojej wewnętrznej równowagi. Nie byłabym sobą, gdybym nie pozmieniała tego i owego, przecież to w końcu moja droga, ale cieszę się, że mam bratnią duszę. 


Proste i niby wszystkim znane prawdy! To jeden z niewielu momentów, kiedy muszę przyznać - ma babka rację, i ten, kto mnie zna wie, ile takie stwierdzenie kosztuje moją dumę. 


Na pierwszy ogień poszedł telewizor - już od dawna rzadko go włączałam, głównie na wybrane filmy. Teraz wstawiłam go definitywnie i nieodwołalnie do szafy i wiecie co? Nagle mam tyle czasu!!!! Rankiem jest cicho i spokojnie i nic nie brzęczy mi nad uchem. Zegar jakby zwolnił, a ja jestem bardziej wypoczęta. Niby nic, bo najczęściej telewizor grał "w tle" i tak go nie oglądałam, ale teraz zaczęłam doceniać ciszę, spokój i relaks. 


Dałam szansę sobie, więcej czasu spędzam w domu, niż na bezowocnym robieniu tak naprawdę niczego. Odbudowuje poczucie bezpieczeństwa i zaufania do samej siebie. Moje decyzje, moje życie, moje zasady. Posprzątałam przestrzeń wokół siebie i zaczynam dostrzegać sens tego wszystkiego. Małe kroki, szczegóły, na które wcześniej nie zwracałam uwagi chcąc natychmiast wspiąć się na Everest, teraz powodują, że powolutku znajduję siebie. 




No i zaczęłam sama przyrządzać wszystkie posiłki.... Zainspirowała mnie do tego inna książka Beaty: "Piekę zdrowy chleb! I ciastka!"




   Dałam szansę swojemu piekarnikowi, o którym myślałam, że jest zepsuty, bo palił wszystko na swej drodze. Okazało się jednak, że jak z nim "porozmawiać", to wystarczy tylko kupić nowy termometr i voila... Wczoraj zarobiłam ciasto, choć wiem, że Autorka nie używa ani mleka, ani jajek i droższy, ale "nie od razu Rzym zbudowano"... Poczekałam aż wyrośnie i upiekłam dla koleżanek piękny razowiec z bakaliami...  Później już byłam grzeczna i wróciłam do swojego zdrowego odżywiania na dobre, zatem nastawiłam też zaczyn na zakwas i w przyszły weekend piekę prawdziwy chleb... 






Cały weekend tylko dla siebie, małe, zwykłe rzeczy, ale robione z miłością dają prawdziwą satysfakcję i radość. Nie trzeba gonić za wielkimi rzeczami, nie trzeba wiecznie walczyć o uwagę, pochwałę czy wyjście z cienia. Nie warto tracić czasu na porównywanie się z innymi, osądzanie i wyścig szczurów. Szkoda życia. Wolę je "zmarnować" na bycie sobą, chodzenie własnymi ścieżkami, rozwijanie pasji i kochanie siebie.  




z pozdrowieniami dla Gosi i Anki ;)





Anna M.

P.S. Zmykam do pracy, moje dzieci czekają... 






13 lutego 2016

„Jak zostać zwierzem telewizyjnym?” Dorota Wellman





Trochę czuję się zabita przez prowadzącą ten blog, gdyż recenzja tej książki dopiero teraz do niej dochodzi. Ale skleroza nie boli, a dokucza. Więc od początku… Będąc ostatnio gościem w domu mojej przyjaciółki Ani, wpadła mi znowu w ręce jedna z jej książek (a ma ich niezliczona ilość). Tym razem jest to książka gwiazdy telewizji śniadaniowej Dzień Dobry TVN – Doroty Wellman, gdzie razem z Marcinem Prokopem tworzą cudowny i fantastyczny duet. Postanowiłam pożyczyć książkę od Ani, ponieważ bardzo lubię panią Dorotę.  Książka jest czymś w rodzaju autobiografii, w której autorka przedstawia siebie i początki swojej kariery prezenterki telewizyjnej. Ja osobiście znam ją z dwóch programów, jeden z nich wymieniłam we wstępie, drugi to program, który częściej ogląda moja mama na TVN Style – Miasto Kobiet.  
Książka napisana jest w bardzo żartobliwy i wesoły sposób. Dodatkowo znajdują się zdjęcia Doroty Wellman z początków jej kariery i świetne rysunki, które wykonał Andrzej Rysuje. Autorka, jak sama podkreśla, ma „fantastyczną pracę”. Dowiadujemy się, że pomysł bycia dziennikarzem narodził się już gdy była dzieckiem, jak sama pisze - odczuwała potrzebę dzielenia się z innymi tym co myśli, i tak zostało po dzień dzisiejszy. Dorota Wellman opowiada o poznawaniu znanych ludzi, opowiada o kultowych programach nagrywanych bez wszystkich efektów specjalnych. Wymienia ich bardzo dużo. Wielką Grę prowadzącą przez p. Stanisławę Ryster to i ja oglądałam. Można było zrobić dobry program bez technologii XXI wieku? Można!



      Bardzo fajnym fragmentem książki jest rozdział o osobowości telewizyjnej. Autorka wymienia tu swoją prywatną listę osobowości m.in.: Martyna Wojciechowska, Jerzy Owsiak czy też Piotr Baltroczyk, Marcin Prokop. Popieram ją całkowicie. Dorota Wellman opisuje w ośmiu punktach co tak naprawdę pokazuje telewizja, albo czego też nie pokazuje. Jak pisze autorka - telewizja nie dodaje pięciu kilogramów, a osiem ;). 

     W dalszej części autorka udziela kilku zasad dotyczących pobytu przed kamerą, czyli jak mówić, jak się ubierać, no i oczywiście o tremie, którą ja mam zawsze, gdy występuję przed większą ilością osób niż 4. Warto też dodać, że książka pokazuje telewizję z zupełnie innej strony, tzw. od kuchni. Wspomina tu autorka o gościach przychodzących do programu (dzieląc ich po części na pewne kategorie np. KRZYKACZE, KATARYNKI czy też nasi CELEBRYCI). Pokazuje nam również 10 zasad dotyczących dobrego duetu telewizyjnego, to też świetnie dogaduje się z Marcinem Prokopem  i Paulina Młynarską. Najlepszym fragmentem dla mnie jest rozdział poświęcony wpadkom. Ostatnie kilkanaście stron książki również zaliczam do ciekawych. Znajdziemy w nich 10 rzeczy, które wg autorki są denerwujące w telewizji. Końcówka książki to stworzony przez Dorotę Wellaman alfabet. Znajdziemy w nim takie literki jak D jak DUET, P jak PROKOP czy Z jak ZABAWA, no i coś co każdy, kto oglądał fragment DDTVN widział W jak WZROST.



Książka mimo wspomnień i fragmentów autobiograficznych  nie jest nuda. Jest zabawnie i szczerze napisana, bo taka jest autorka. Znajdują się w niej czarno-białe zdjęcia, cudowne rysunki (też bym tak chciała rysować). POLECAM JĄ

Aaaa… i nie tylko ja, gdy nie widziałam, moja mama zabrała ją, by przeczytać. Przyszła do mnie na drugi dzień mówiąc „Bardzo fajna książka” Więc myślę, że warto ;)  Na koniec cytat, z którym zgadzam się w 200%.


„Pytają mnie, kto to jest DOBRY DZIENNIKARZ. Moim zdaniem powinien być przede wszystkim dobrym człowiekiem” Ryszard Kapuściński (z książki Doroty Wellman „Jak zostać zwierzem telewizyjnym?”)



Anna Czyż



6 lutego 2016

W rytmie pozytywnych emocji :) / "Thirty Second To Mars" Adam Kisch






Życie pozbawione pasji jest jak kawa bez ciastka - niby da się wypić, ale po co? Tak to ujmę, dlatego ciągle szukam i kawy i ciastek...


"My philosophy in life is don’t regret anything you do, 'cause in the end it makes you who you are".

(Moja życiowa filozofia to nie żałować niczego, bo to w końcu czyni cię tym, kim jesteś")  cytat z "Closer To The Edge"





Muzyka od zawsze była częścią mnie. Wyrażała moje emocje, gdy nie chciałam o nich mówić, sprawiała i nadal sprawia, że przenoszę się w inne miejsce, mogę krzyczeć ze szczęścia razem ze słowami piosenki, mogę spadać w dół, iść przez mgłę i płakać samotnie w kącie pustego domu. Codziennie budzi mnie ulubiona piosenka, idąc do pracy często słucham inspirujących mnie utworów (jeśli akurat nie rozmawiam przez telefon z mamą). Pierwsze co robię po przyjściu do domu, to włączam CD. Otacza mnie moja własna strefa z brakiem dostępu innych... To tylko mój świat szczelnie i zazdrośnie przeze mnie broniony. Ale nie słucham wszystkiego, nie lubię szeroko pojętego popu, komercji i radia. Słucham tego, co w danej chwili sprawia, że mogę wyrazić swoje emocje. Zawsze wypowiadałam się przez muzykę, od zawsze tłumaczyłam sobie teksty piosenek i identyfikowałam się z ich przesłaniem... Dziś chcę na chwile zatrzymać się 30 sekund do Marsa... tyle zostało do rozbicia o planetę marzeń mojego dzieciństwa, codziennie zbieram okruchy i sklejam je jeden po drugim.. 











I tried to be someone else,

But nothing seemed to change.

I know now, this is who I really am inside.

Finally found myself.

Fighting for a chance,
I know now, this is who I really am.

Come, break me down.
Bury me, bury me.
I am finished with you, you, you.
Look in my eyes,
You’re killing me, killing me.
All I wanted was you.





Marsów słucham od dawna, jednym z moich ulubionych filmów to "Prefontaine" z Jaredem Leto w roli głównej...  Pasja to słowo odmieniane na moim blogu przez wszystkie przypadki, zdarte, do bólu nudne i oklepane. Dla mnie pasja to jedyne, co jeszcze pozwala mi żyć w świecie ogarniętym nijakością, tanią rozrywką, nieustannym wyścigiem szczurów i gonitwą za pieniędzmi. Podziwiam Jareda za wiele rzeczy - za bezkompromisowość, wizję, uparte dążenie do celu..., ale przede wszystkim za bycie sobą w trudnym świecie show biznesu. Ma swój styl (nie zawsze się z nim zgadzam, ale szanuję), wie, czego od życia chce i nie zgadza się na półśrodki.









Tell me would you kill to save a life?

Tell me would you kill to prove you're right?
Crash, crash, burn, let it all burn
This hurricane's chasing us all underground



No matter how many deaths that I die I will never forget
No matter how many lives that I live I will never regret
There is a fire inside of this heart and a riot about to explode into flames
Where is your God? Where is your God? Where is your God...





Jared fascynuje mnie też zmianą swojego wizerunku. Nie robi sobie nic ze swojego wyglądu, zmienia fryzury, stroje, charakter postaci, którą gra. Uważają go za "pięknisia" - farbuje sobie włosy na różowo i robi irokeza, chcą zaszufladkować go jako wesołka, wychodzi na scenę w mrocznym przebraniu z ostrym, czarnym makijażem. Zawsze jest sobą, nigdy nie ulega komercyjnym zachciankom świata. Zawsze ma gotowy pomysł na płytę, koncert, image. Niektóre jego stylizacje mnie przerażają i bulwersują, inne fascynują...




Pełen wachlarz emocji, a o to przecież chodzi, by w beznamiętnym świecie mdłych dni ktoś nami wstrząsnął i zmusił do myślenia...



Polecam książkę "Thirty Second To Mars" Adam Kicha. Wiele ciekawostek, kilka wywiadów, niesamowite zdjęcia i odrobina chaosu... A ja wracam do muzyki...





Anna M.

strona internetowa projektu










28 stycznia 2016

Poszukiwanie sensu życia, czyli "Odkryj, że biegun nosisz w sobie" / Marek Kamiński



Styczeń w Poznaniu - plus 11°C 

Postanowiłam poszukać zimy...

Chyba najzimniej na biegunie...








Uwielbiam, gdy jest zimno, kocham książki o sportowcach, całe życie szukam drogi do celu - zatem książka Marka Kamińskiego jest najlepszym rozwiązaniem na pseudo zimowy wieczór.  Taki przystanek w życiu. Dlaczego przystanek? Bo nie sam biegun jest celem, ale, jak przekonuje sam autor - celem jest droga.




mapa drogi na biegun/ spis treści/ kierunek życia





"Ważne, żebyśmy chcieli coś zrobić ze swoim życiem i żebyśmy nie chcieli tkwić w miejscu. Bo życie można przeżyć w taki sposób, że przez cały czas płyniemy z prądem wydarzeń i staramy się tylko o to, żeby utrzymywać się na powierzchni, nie za bardzo ryzykując. Ale życie służy temu, żeby coś z nim zrobić. Nie wystarczy czekać na to, aż ono z nami coś zrobi, tylko trzeba samemu wykonać pewną pracę" (s.16)




Odnaleźć swój cel w życiu - bezcenne. Czasem przed celem można wiele lat uciekać, można udawać, że się go nie widzi, albo lepiej - można nawet z pełną premedytacją starać się robić coś zupełnie przeciwnego. Ale biegun zawsze jest tam, gdzie jest, ani dalej, ani bliżej. Nawet jeśli uciekamy, on pozostaje naszym jedynym odniesieniem w życiu. Wokół niego skupiają się nasze wybory, on sprawia, że idziemy, żyjemy, pragniemy, kochamy i nienawidzimy. Ale jak odkryć mój własny biegun?




"Nie można opowiadać, że było się na biegunie, można jedynie opowiadać, jak się do niego doszło. (...) Biegun jest dla mnie właśnie tym wszystkim, co wprawia mnie w ruch. Biegun jest czymś, co wszyscy nosimy w sobie i co powinniśmy odkryć" (s.10-11)



Dziś zaczęłam tworzyć mapę myśli... Oczywiście to moja mapa, więc jej tu nie przedstawię, ale początek drogi wygląda tak... 



Książka jest rewelacyjnym przewodnikiem w drodze na nasz biegun, nie ten geograficzny, ale wewnętrzny, życiowy. Czytałam ją długo, dokładnie i po kilka razy każdy rozdział. Inaczej nie można - po każdej przeczytanej stronie przychodzi tyle przemyśleń, planów i ich weryfikacji, że droga zaczyna w nas nabierać realnych kształtów. Autor jest z nami na jej początku, na każdym zakręcie, podaje rękę, gdy się potkniemy i stale zapewnia, że damy radę. Od lat czytam książki sportowców, książki non-fiction, poradniki, wspomnienia. Ale tym razem jestem oczarowana. Wiedziałam, że sport może być czymś głębszym, pokonywaniem słabości, odkrywaniem prawdziwego siebie. To nie tylko kolejny wyczyn dopisany do listy osiągnięć, a trofeum nie może być tylko jeszcze jednym przedmiotem na zakurzonej półce. Nasza droga, życiowe wybory określają to, kim jesteśmy. Nie można oddzielać różnych dziedzin naszego życia, bo wszystko razem stanowi całość - mnie. 





fragm. książki - od dziś wisi nad moim łóżkiem...





Jednym z moich biegunów jest bycie nauczycielem. Długo go szukałam, choć od dzieciństwa wiedziałam, że będę uczyła w szkole. Jednak życiowe wybory sprawiały, że nie było to takie oczywiste. Przez kilka lat za wszelką cenę starałam się robić zupełnie coś innego, uciekłam ze szkoły, zmieniłam pracę i wydawało mi się, że teraz już wszystko będzie cudownie. A jednak los sprawił, że szkoła mnie ponownie znalazła. Znów poczułam, że jestem na właściwej drodze, a mój biegun mnie przyciąga. Wyjście poza schemat, droga, pokonywanie ograniczeń, taktyka, walka z pokusą zostania na biegunie - to wszystko jeszcze przede mną, a książka w tym niezmiernie pomaga. Autor nie daje gotowych odpowiedzi, ale zachęca do poszukiwań, daje wskazówki i towarzyszy w pokonywaniu trudności i odkrywaniu kamieni milowych. Za to jestem wdzięczna... Koniec zatem pisania o książce, pora wrócić na drogę: "kierunek - biegun"...



Anna M.



LINKI












19 stycznia 2016

Kolejny rok z książkami...








Rozpoczął się czwarty rok mojego blogowania :)


Rok 2015, a zwłaszcza jego końcówka, był bardo ciężki - studia, staż w pracy, nowy etat... Wielokrotnie zastanawiałam się, czy nie zakończyć pisania, ale jakoś przetrwałam. Głównie dzięki K.S. Dziękuję!!!  Myślę, że już nie mam pokus, żeby zamknąć blog. 


Ostatnio chyba jestem tu sama, pusto w komentarzach, cicho na Facebooku. Ale jeśli mnie ktoś teraz czyta, to serdecznie pozdrawiam i dziękuję. Ferie zapowiadają się książkowo..., o czym z pewnością wkrótce napiszę :)


Anna M.









18 stycznia 2016

Dziś, własnie dziś zaczyman być sobą! / "Między światami" Beata Pawlikowska


Wracam do lektury ...





Przez lata uwielbiałam czytać książki Beaty Pawlikowskiej, ale potem nastąpił u mnie przesyt... Musiałam chyba trochę odpocząć, zwłaszcza, że czytając o kimś, komu się w życiu udało, wcale jakoś nie miałam ochoty postępować podobnie. Niby chciałam być równie szczęśliwa, a jednak miałam swój patent na życie. Kilka dni temu bez większego entuzjazmu zaczęłam czytać "Między światami" i... znów się zachwyciłam. Nie jestem już czytelnikiem, który przyjmuje wszystko, co inni wymyślą, ale kolejny raz przemówiła do mnie filozofia autorki. Do tego książka zbiegła się całkiem nieoczekiwanie z moimi zakupami - otóż zmęczona dotychczasowym trybem życia postanowiłam urządzić kuchnię z prawdziwego zdarzenia. Na początek nowa lodówka, mikrofala i zestaw garnków. CUDNIE!




Ale wróćmy do książki. Jest kilka fragmentów, które mnie zwyczajnie na tyle zaskoczyły, że nie mogłam zasnąć. Mój umysł ciągle przepracowuje to, że mogę zmienić w moim życiu wszystko cokolwiek zechce. Niby jakoś naturalnie wiedziałam, że o mózg trzeba dbać podobnie jak o ciało i stosowałam dietę, czyli "odstawiłam" telewizję, a przede wszystkim zbędne informacje, reklamy, newsy. Zaśmiecały tylko mój umysł, zabierały siły. Od kilku tygodni wolę posiedzieć w ciszy lub włączyć sobie cicho muzykę, niż ekscytować się kolejną reklamą środków na rozwolnienie. Może to starość? Chyba bardziej świadomość negatywnego wpływu natłoku bzdurnych informacji na mój spokój i wewnętrzną równowagę. Nie jest to łatwe, ponieważ przez lata przyzwyczaiłam się do "bycia na bieżąco". Tylko po co? Trudno jest też zupełnie "wyłączyć się" i odciąć od śmieciowych informacji. Reklamy są wszędzie, a ludzie często mówią tylko po to, żeby mówić. Każdy każdego musi o wszystkim poinformować. Tylko znów po co?




"Obudź się. Zastanów się co robisz i po co to robisz. Jaki to ma skutek i w jaki sposób wpływa na twoje życie. A potem podejmij świadome decyzje o tym, czym karmisz swoje ciało, swój umysł i swoją duszę. Bo to z tego własnie płynie nowa siła, której tak potrzebujesz. Z wartościowego paliwa, którym siebie napędzasz". (s.292)


"Szukaj pozytywnych komunikatów. Takich, które dają ci wewnętrzną siłę, nadzieje, inspirację. Dbaj o to, żeby twoje myśli były jasne i czyste. Karm je tym, co jest dobre, wartościowe, prawdziwe. Świadomie unikaj iluzji, agresji i kłamstw, nawet jeśli są atrakcyjnie opakowane i dają chwile przyjemności" (s.284) 



Zawsze lubię słuchać Beaty Pawlikowskiej, włączam sobie jej audycje, albo programy z jej udziałem. Mam poczucie, że wie, o czym mówi i pisze. Podziwiam jej upór w walce o siebie i konsekwencje w działaniu. Często "podkradam" jej gotowe patenty na życie. Nie we wszystkim się zgadzam, bo jak zawsze mawia moja mama - jestem uparta i mam własną wizję świata. Z drugiej strony, przecież nie chodzi o to, by być kopią Beaty, ale aby znaleźć swoją własną drogę do szczęścia. Dziwnym trafem, a może to właśnie jedyna droga, idę podobnym tropem.  Coraz częściej wybieram świadomie, jeszcze nie zawsze mi się to udaje, bo nawyki są okrutne, ale widzę dobrodziejstwo wolnej woli. Mogę wybrać z kim chcę rozmawiać, z kim chcę się przyjaźnić, co chcę robić wieczorem. Mogę sama zdecydować i decyduje, o czym rozmawiam i jakie informacje do mnie docierają. Na początku trudno mi było zdystansować się od tego, co mnie otacza. Pomogło wynajęcie własnego mieszkania, gdzie mogę odpocząć od zgiełku informacji i wydarzeń. Wybieram siebie, a książka Beaty Pawlikowskiej kolejny raz mi przypomniała, że warto!



"Wtedy zrozumiałam, że to, czego tak usilnie poszukiwałam na końcu świata, w gruncie rzeczy znajduje się - i zawsze się znajdowało - tuz obok mnie. Tyle tylko, że nie byłam w stanie tego zobaczyć. Wcześniej bez zastanowienia przyjmowałam to, co przynosi moja zachodnia cywilizacja. Cieszyłam się kiedy było mi wygodnie, narzekałam kiedy coś nie działało. Wierzyłam w to, że jesteśmy lepsi niż kraje trzeciego świata. Podobało mi się to, że mogę kupić trzy bluzki w cenie jednej, i wtedy w ogóle nie przeszło mi przez myśl, że ja tak na prawdę wcale nie potrzebuj trzech bluzek. Chciałam mieć dużo. Dużo wszystkiego. Bo w mojej podświadomości zasiano przekonanie, że ten, kto ma dużo, ma fajnie, jest bogaty i zadowolony. W ja nigdy nie poddałam tego w wątpliwość. Do czasu. A dokładnie do chwili, kiedy spotkałam ludzi, którzy nie mają prawie nic, a są znacznie bardziej bogaci i zadowoleni. I wtedy zaczęłam myśleć. Wtedy tez przestałam szukać ukrytych drzwi, które mogłyby mnie zaprowadzić do jakiegoś specjalnego, lepszego, bardziej niezwykłego świata. Wcześniej szukałam ich dookoła siebie. W ludziach, dalekich podróżach, nowych doświadczeniach, używkach, w książkach, religiach, świątyniach. (s.306-307)



fragment książki




POLECAM :)

Anna M.









Recent Posts