2 grudnia 2016

(Nie) pokorna ...



Żyję, żyję, zaglądam tu co jakiś czas zniesmaczona nieobecnością właścicielki bloga... chwileczkę - przecież to ja... Na moje usprawiedliwienie (jak to w szkole bywa - pisane na kolanie) dodam, że aktualnie realizuje kilka projektów (czyt. zawalona jestem papierami w szkole)... 


Obiecuję poprawę - jak każdy uczeń... 


Na pociechę zrozpaczonego "tłumu" wielbicieli dodam, że dziś zostałam pokonana przez jednego z uczniów naszej szkoły, a przy okazji Mistrza Polski Juniorów w szachach (albo odwrotnie - mistrza Polski, a przy okazji ucznia Sp66). Pokonana! I to w czterech ruchach... Dzieci zachwycone, że pani nie dała w czymś rady, a ja zachwycona, że w czymś nie dałam rady... mniej zachwycona moja koleżanka... bo spóźniłam się na sadzenie choinki. Musiałyśmy grzebać w ziemi po ciemku i do dziś nie wiem, czy nie posadziłyśmy tych choinek przypadkiem u sąsiada... Oj długa historia :)


ze szkolnej dokumentacji mojej porażki...



Uciekam, odezwę się w weekend... papapa



Anna M.




29 października 2016

"Jeszcze 5 minutek" Adam Szustak OP




Kilka dni temu wybrałam się do księgarni po nową książkę Beaty Pawlikowskiej, a wyszłam z książką Szustaka. Dokładnie za każdym razem ten sam scenariusz. Cóż - kolejny dowód na to, że to książka mnie wybiera, a nie odwrotnie. 





Od dawna oglądam wszelkie serie o. Adama na YouTube - nowy cykl "SzustaRano" jest przyczyną moich uśmiechniętych poranków. Nie zawsze jednak się da włączyć filmik, czasem warto poczytać coś ot tak - dla kaprysu, refleksji, uśmiechu czy zadumy. Książka "Jeszcze 5 minutek" jest bowiem graficznym odpowiednikiem serii na kanale "Langusta na palmie" (zakończonego już cyklu, ale nadal bardzo aktualnego). Co zatem skłoniło mnie do wydania pieniędzy na coś, co mam dostępne za darmo w necie? Mój szeroki uśmiech, gdy przypadkowo otworzyłam ową książkę na rozdziale poświęconym skeczowi o Jacku Balcerzaku. Przyznam, że nie wytrzymałam ze śmiechu i po kilku minutach kupiłam książkę, by moc dalej śmiać się w tramwaju. A tak poważnie - potrzebuję ostatnio i uśmiechu i dystansu do tego, co się wokół mnie dzieje i jakiejś głębszej, choć nie zawsze poważnej, refleksji nad sobą. 





Czegoś mi ostatnio brakowało i zupełnie nie mogłam sprecyzować czego.  Z jednej strony świat wciągał mnie coraz bardziej, ogrom pracy, obowiązków i odpowiedzialności sprawił, że przestałam cieszyć się życiem. Niby szło wszystko ok, dorosłość przecież wymaga od nas powagi i poświęcenia, a życie zawsze wymusza stresowe sytuacje. Kwestia przyzwyczajenia... może nawet pogodzenia się z szarą codziennością? Tak sobie tłumaczyłam... Wstajesz rano już zmęczona, potem śniadanie, praca, obowiązki, szybki obiad, praca, znajomi, czasem drobna przyjemność (coś czekoladowego), wieczór, książka, może jakiś film i padasz znów zmęczona...  I tak mija życie - dosłownie przecieka przez palce. Ok, ok, nie narzekajmy - swoje już widziałam, przeżyłam, robiłam naprawdę szalone rzeczy, ale byłam młodsza, bez zobowiązań, bez kredytu i tego wszystkiego, co z biegiem lat uwiązało mnie w jednym miejscu... Czy tak musi być już zawsze? NIE! I tu (no ok już jakiś czas temu) zaczął się mój bunt. Mówią, że młodzież przeżywa bunt dorastania, a faceci mają kryzys wieku średniego. No dobra, to ja mam jakieś dziwne połączenie obu stanów i to w radykalnej odmianie. Ponownie łapię właściwą perspektywę i książka o. Adama bardzo mi w tym pomaga. Jedno jest pewne - warto pozmieniać to i owo, żeby żyć pełnią tego, kim jesteśmy. Brzmi górnolotnie? Możliwe, ale przynosi niesamowite efekty. Nagle zmienia się wszystko, mija stres, powraca uśmiech, a stłamszone przez lata własne ja zaczyna się odzywać i mówić czego chce... Nie muszę się na wszystko zgadzać, mam wybór... 


A wracając do książki (jak i filmików o. Adama) - polecam z całego serducha. Napisana lekko, ale z głębią. Dotyczy spraw przyziemnych, ale wymusza oderwanie się od ziemi. Porusza się w obrębie dobrze nam znanych symboli i skojarzeń, choć roztrzaskuje je i wydobywa nowe znaczenie. Uczy dystansu do siebie i brania świata na poważnie. Jednym słowem "Balcerzak by tego nie zrozumiał" :) 







Kilkadziesiąt historii i każda z własnym przesłaniem - no i oczywiście tytułowe 5 minutek na refleksję. Tyle wystarczy, by nieść to przesłanie cały dzień, by zmieniało nasze wnętrze i dawało niezłego kopniaka od samego rana :) I nagle widzisz świat trochę inaczej, mądrzej wykorzystujesz dany nam czas i, w moim przypadku, mniej przejmujesz się wszelkimi "pierdołami", które zwyczajnie przemykają obok. Moja decyzja, czy będę się nimi zajmowała, czy czymś o wiele ważniejszym - samym życiem. :) 








Anna M.

P.S. Książkę czytam bardzo wolno (tzn. już drugi raz, bo pochłonęłam ją w dwa wieczory, ale teraz wracam do systemu jedna historia na jeden poranek).  Otwiera mi oczy na siebie, na priorytety i pozbawia wymówek, by nic z sobą nie robić. Życie to największa przygoda i pewnie jedyny sensowny powód, aby być szczęśliwym. A co z przytłaczającym nas czasem światem, raniącymi ludźmi, szarugą dnia? A niech sobie będą, ja się uśmiecham, zakładam kalosze, otwieram parasol i idę dalej :) Wszystko można zobaczyć z innej perspektywy, jako wyzwanie, dar, kolejną lekcję...






Odnalazłam dawno straconą pogodę ducha :) Dzięki o.Adamie :) 






LINKI

- kanał LANGUSTA NA PALMIE

- blog o.Adama

- skecz o Jacku Balcerzaku








24 października 2016

"Bieg po życie. Z piekła Sudanu na olimpijskie areny" Lopez Lomong




Mała Wariatka wróciła na bloga - wieści niesłychane. I fakt, że na biurku leży sterta sprawdzianów, dziś jakoś mnie nie stresuje.  Trudno, nie będę super-nauczycielem i nie oddam ich już jutro (zwłaszcza, że dziś je dostałam).  Mała Wariatka znów czyta, pochłania książki jedna za drugą, nie o wszystkim pisze, bo wiadomo jak jest w szkole - to nie Tesco - nie zostawisz pracy zamykając za sobą drzwi pokoju nauczycielskiego :) I ku rozpaczy mojej przyjaciółki, nadal najbardziej mnie kręci non-fiction (chociaż Tolkien sprawia, że szala jest na równi - na jednym haczyku jest całe non-fiction, na drugim sam Tolkien i ten sposób w moim małym świecie M0 utrzymuje się równowaga). 




Ale do celu, bo zabłąkany czytelnik znudzi się moim monologiem, a że to nie jest szkoła i nie jest zmuszony siedzieć tu 45 min, zwyczajnie się podda i "przekliknie" na coś ciekawszego typu streszczenie nowego odcinka "Grzechu Fatmagul"...





Dziś książka niezwykła - "Bieg po życie". Jak już pisałam w ostatnim poście, jakoś tak zawsze jest, że książki nie trafiają do mnie przypadkowo - one mnie wybierają, kiedy ich najbardziej potrzebuję. Dodatkowo najczęściej czytam literaturę faktu, biografie, wspomnienia i mam wrażenie, że bohaterowie tych opowieści stają się najbliższymi mi osobami. Koleżanka z pracy, mama, czy nawet K.S. wiedzą o mnie tyle, ile im powiem - czasem jest to więcej, a czasem zwyczajnie nic. Ci, którzy śledzą moje wpisy na Fb żyją w zupełnie mylnym przeświadczeniu, że odkryli prawdę o mnie. Bzdura totalna. Natomiast książki... to zupełnie inna historia.


To bohater danej opowieści sprawia, że otwierają się we mnie rożne drzwi, czasem może on usłyszeć mój śmiech, czasem wściekłość. To własnie i tylko autor danej historii snując swoją opowieść ma okazję zobaczyć moje prawdziwe ja. Widzi moje wzruszenie i wie, kiedy dotknął dna mojego serca, przed nim nie jestem w stanie nic ukryć. I co więcej, to on wykorzystuje fakt, że o nim czytam, aby porozmawiać ze mną na najgłębszym poziomie mojej duszy. Niesamowite, ale własnie tak się czuję czytając o prawdziwych ludziach. Wiem, że oni najczęściej dziś robią już coś innego, może nawet już dawno nie żyją, ale wiem też jedno - każdy z nich wiedział o mnie, kiedy pisał swoją książkę. Z całą pewnością chciał mnie wesprzeć na duchu, zainspirować, pokonać we mnie lęki, czasem rozśmieszyć, często jednak zrównać z ziemią mój mały świat, abym zobaczyła coś więcej, poczuła coś mocniej, kochała bardziej i żyła pełnią tego, co dało mi życie...




"W tym momencie poczułem, że nie jestem sam. Bóg wysłał mi swoich aniołów, aby mnie strzegli. Niebawem mieli robić dla mnie o wiele, wiele więcej". (s. 14)



Tak, doskonale wiem, że Lopez Lomong pisał o chłopcach, którzy pomogli mu uciec z obozu rebeliantów, gdy miał 6 lat. Dla mnie jednak jest to zdanie, które równie dobrze oddaje moją miłość do książek, choć lepiej byłoby napisać miłość książek do mnie. Nigdy nie zostawiają mnie samą, a bohaterowie z każdej kartki rozmawiają ze mną, troszczą się o mnie, dodają otuchy, czasem wrzeszczą, żebym wzięła się w garść tak jak oni to zrobili, czasem zwyczajnie mówią: "nie martw się, dasz radę ze mną, razem coś wymyślimy, skoro mi się udało, to obiecuję, ze i ty przez wszystko przejdziesz". Razem z Lopezem byłam zatem w obozie dla uchodźców, płakałam, gdy umierali jego koledzy, byłam wściekła na rożne organizacje, gdy wyjadał resztki jedzenia wyrzucane przez pracowników ONZ podczas, gdy dzieci w Sudanie głodowały. W ostatnich dniach, kiedy leżałam chora, cały czas na silnych środkach przeciwbólowych, to on rozczulał mnie opowieściami, jak to adoptowany przez amerykańską rodzinę dostał buty do biegania i był na nie zły, bo przeszkadzały mu osiągać najlepsze wyniki w sporcie.  


"Postanowiłem, że wykorzystam sukces, jaki osiągnę jako biegacz, aby zmienić coś w życiu innych ludzi". (s.138)


Czasem potrzebne mi też dosłowne walnięcie mnie w łeb i skierowanie na dobre tory. Czasem mój mały, hermetyczny świat nie pozwala mi spojrzeć dalej, ale zmusza do użalania się nad sobą. Ciemność ciągnie się bez końca, a zwykłe bzdury przysłaniają słońce. I wtedy co? Dostaje książką po głowie, a konkretnie autor będąc przy mnie w tych chwilach i mówiąc o swoim życiu, daje nadzieje mojemu. 



"Życie może nie należało do łatwych, ale byliśmy szczęśliwi. Tak, chłopcy umierali i trudno było zdobyć jedzenie, ale przynajmniej nikt do nas nie strzelał. Jedliśmy tylko jeden posiłek dziennie, ale dla mnie, który przybył do tego obozu w wieku sześciu lat, stało się to czymś normalnym. Nigdy nie pomyślałem, że życie jest niesprawiedliwe, bo muszę jeść śmieci. Resztki jedzenia z wysypiska traktowałem jak błogosławieństwo. Nie wszyscy chłopcy w obozie mogli tak robić. Znałem kilku, którzy się nad sobą użalali. Jaki jest cel takiego narzekania? Przecież i tak, cokolwiek by się nie działo, mieszkaliśmy w obozie dla uchodźców. Całe narzekanie na świecie nie poprawiłoby naszego losu, niczego by nie zmieniło. Należy starać się czerpać jak najwięcej dobrego z każdej życiowej sytuacji, nawet w takim miejscu jak Kakuma". (s. 50)



No, ale dobrze, miało być o książce, a tu małe zwierzenia egzystencjalne... Trudno... Mała Wariatka musiała się wykrzyczeć... Opowieść o książce pozostawię samemu autorowi. Posłuchajcie... a Lopezowi bardzo dziękuję :) I sorry, że dziś prawie zupełnie nie o książce, choć czy, aby na pewno...?








"Kiedy biegłem, nie myślałem o moim pustym brzuchu  ani o tym, jak wylądowałem w tym miejscu. Nad niewieloma rzeczami w moim życiu miałem kontrolę. Pracownicy ONZ-etu decydowali o dostawie żywności, o tym, kiedy z kranów płynęła woda, nawet o tym, kiedy mogliśmy się dożywiać ich śmieciami. A kiedy biegłem, byłem jedyna osobą, która miała kontrole nad moim życiem. Biegłem dla siebie. Nie miałem butów, lecz bieganie boso łączyło mnie z ziemią. Jakby ścieżka pod moimi stopami i moje ciało stawały się jednym". (s.51)




Anna M.






17 października 2016

Damien Echols "Życie po śmierci"





"Często wydaje mi się, że ludzie myślą o mnie wyłącznie jako o kimś siedzącym w celi śmierci lub o kimś, kto w niej był. Nie podoba mi się to, że czyta moje słowa człowiek kierowany jedynie niezdrową ciekawością. Chciałbym, żeby po tę książkę sięgali ludzie, dla których ona coś znaczy, poprawia im humor, przywołuje ważne, lecz zapomniane wspomnienia lub po prostu przemawia do nich w jakiś inny sposób. Nie chce być osobliwością, dziwadłem czy ciekawostką. Nie chcę, by patrzono na mnie jak na zjawisko, wokół którego zbierają się tłumy gapiów. Jeśli ktoś zaczął to czytać, ponieważ chce spojrzeć na życie z perspektywy innej niż swoja, będę zadowolony. Jeśli ktoś sięgnął po tę książkę, bo chce się dowiedzieć, jak wygląda życie z mojego punktu widzenia - będę szczęśliwy"



Historia Damiena Echolsa mną wstrząsnęła, a książka dosłownie wbiła mnie w podłogę. Chyba już nigdy nic nie będzie takie samo... Po jej przeczytaniu postanowiłam obejrzeć wszystkie filmy dokumentalne na ten temat i jestem do tego stopnia poruszona, że muszę o tym napisać, choć sam blog od dłuższego czasu jest opuszczony...




W 1993 roku, Damien Echols mając 18 lat, wraz z dwójką kolegów, został oskarżeny o zamordowanie trzech chłopców. Jedyną przesłanką do aresztowania był fakt, że cała trójka słuchała metalu, nosiła długie włosy i ubierala się na czarno. Zeznania policji, a w tym owładniętego obsesją tajemniczego spisku satanistów kuratora sprawiły, że proces w dużej mierze był propagandowy, opierał się wyłącznie na zeznaniach częściowo upośledzonego chłopca i świadka, który później odwołał zeznania i od samego początku był tylko potwierdzeniem wydanego przez opinię publiczną wyroku. Małe miasteczko w Arkansas oszalało, zaczęło się polowanie na czarownice. Ostatecznie dwójkę oskarżonych skazano na dożywocie, a Damiena na karę śmierci. Sprawą zainteresowały się gwiazdy m.in Johny Depp i Eddie Vedder. Walka o wznowienie procesu trwała latami... W 2007 roku po przeprowadzeniu testów DNA i wielu apelacjach, ostatecznie sąd uznał, że nie ma najmniejszych dowodów na winę oskarżonych, a ślady DNA na miejscu zbrodni wiążą ofiary z ojczymem jednej z nich. Nowe badania pokazały też, że rzekome rany zadane podczas rytualnego mordu, zostały spowodowane już po śmierci ofiar przez dzikie zwierzęta... Po prawie 18 latach w celi śmierci Damien wyszedł na wolność, choć do tej pory nie odnaleziono winnych zbrodni, a cała sprawa nadal jest bardzo tajemnicza. Oskarżeni nadal nie są oczyszczeni z zarzutów, a wolność uzyskali na mocy porozumienia...


"Przeszedłem przez piekło, zniszczyli mnie psychicznie i wtrącili do celi za zbrodnię, której nie popełniłem" 


Co mnie przeraziło? Abstrahując od zbrodni, kłamstw, motywów i komicznego przebiegu procesu, chyba najbardziej dotknął mnie fakt, że tych lat nie odda im nikt. Ktoś owładnięty manią i obsesją zabrał niewinnym ludziom wszystko. W jednej chwili trójka dzieciaków trafiła do najcięższych więzień, zostali pozbawieni godności i prawa do życia.  Komizm i dramat procesu budzą mój sprzeciw, wmówiono przysięgłym, że Damien nie ma duszy, bo słucha Metallici, a swoje jeszcze nienarodzone dziecko chce poświecić w ofierze. Zupełna niedorzeczność do tego stopnia, że chłopcy początkowo nie wierzyli w realność kary, stroili sobie żarty i wykazywali nieudolność nawet własnej obrony. Niestety kara nadeszła - 18 lat w celi śmierci. Damien opisuje po kolei swoje wspomnienia z dzieciństwa, okrutną biedę, dramat procesu i lata spędzone w więzieniu. Cały czas trzeba pamiętać, że był nastolatkiem, gdy trafił do świata prawdziwych przestępców. 







"Proces za zbrodnię, której nie popełniłem niewątpliwie pozostawił po sobie pewien uraz psychiczny, mimo wszystko przeżyłem. Nie zrozumcie mnie źle; na sercu, duszy, ciele i umyśle mam blizny, które już nigdy się nie zagoją. Ale przeżyłem. Nie jestem pewien, czy bym sobie z tym poradził, gdyby zdarzyło się to w późniejszym okresie mojego życia. Możliwe, że w wyniku szoku padłbym trupem jeszcze na sali sądowej. Nie przystosowałbym sie do życia w więzieniu, gdybym nie trafił do niego w tak młodym wieku. Więzienie jest straszne, ale o wiele gorsza jest świadomość, że nie zrobiło się nic, by na nie zasłużyć".



Jak można przetrwać w takim miejscu z taką świadomością? Nie wiem. 


"Z biegiem lat coraz więcej czasu zacząłem spędzać na pogrążaniu się w e wspomnieniach. W końcu więzienie znikało, a jedynym światem, który miał dla mnie jakiekolwiek znaczenie, był ten w mojej głowie. Różnie nazywałem ten stan, ale najczęściej był dla mnie krainą Nod. Nod to miasto, do którego Bóg wygnał Kaina w Księdze Rodzaju. Ja też czułam się jak wygnaniec, zepchnięty poza margines społeczeństwa. Świat odrzucił mnie, więc uciekałem do mojej krainy Nod".



Jedno jest pewne, czytając jego zapiski z celi śmierci można tylko wstydzić się własnych, małych problemów. Świat zaczyna wyglądać inaczej, kolejny raz nabrałam szerszej perspektywy i zobaczyłam, że moje problemy, to tak naprawdę żadne problemy. A może uczę się wciąż z takich książek właściwej hierarchii wartości? Może ciągle szukam siebie w pozornie absurdalnych opowieściach. Z każdej czerpie coś dla siebie, i jakimś cudem, każda trafia do mnie własnie wtedy, gdy zaczynam gubić się w codzienności, w natłoku niezrozumiałych spraw, w obojętności ludzi, w samotności. Jednak świat to dużo większa sprawa, niż moje małe podwórko i garstka błahych strapień. A może ja też siedzę w jakimś więzieniu, może mogę się czegoś od Echolsa nauczyć? Może tez kiedyś wyjdę na wolność i.. zacznę żyć tak, jak zawsze o tym marzyłam :)



Anna M.


Linki:

"Paradise Lost" - film dokumentalny z 1996 r.





"West Memphis Three" - film dokumentalny z 2012 r.












7 sierpnia 2016

"Szybko, smacznie, domowo" Magdalena Grzegorczyk







Znów książka kucharska, trudno - uwielbiam gotować , a jeszcze bardziej - jeść! Jednak dziś będzie osobiście, bo pani Magdzie wiele zawdzięczam... 



Otóż jakiś czas temu postanowiłam trochę schudnąć. W moim przypadku trochę oznacza jakieś 30 kg. Nie pierwszy raz to robiłam i wiedziałam, że trzeba postawić na zdrową kuchnię i sport. Zaczęłam zatem regularnie ćwiczyć, biegać i chodzić na basen, no i wyrzuciłam z kuchni całe przetworzone jedzenie. Postawiłam na ograniczanie kalorii i samodzielne przygotowywanie różnorodnych posiłków. Kładę nacisk na "różnorodnych", bo ile można jeść w kółko tak samo przyrządzone warzywa...  Zaczęłam przeglądać strony internetowe w poszukiwaniu inspiracji do gotowania i znalazłam kanał na Youtube "Skutecznie.tv", a potem blog. Nieśmiało zaczęłam eksperymentować z przepisami, krok po kroku śledząc filmy instruktażowe autorki. Obliczałam dzielnie przy tym wartości kaloryczne, czasem zamieniałam produkty na "chudsze". Początkowo ponosiłam wiele porażek, bo moja kuchnia swoim wyposażeniem daleko odbiega od standardów. Wynajmuje maleńkie mieszkanie i nigdy nie inwestowałam w sprzęty kuchenne, przecież większość wypłaty wydawałam zawsze na książki! Powoli zaczęło się to zmieniać... Zaczęłam odwiedzać sklepy ze sprzętem AGD, bawiło mnie kupowanie różnych dziwnych foremek do tart i muffinek, żaroodpornych naczyń, a na urodziny sprawiłam sobie... blender! Jak nie ja!   



Mój chleb według przepisu p. Magdy
https://www.youtube.com/watch?v=PER4vpqWfo0

Nauczyłam się piec chleb, taki prawdziwy - na zakwasie! I wcale nie okazało się to tak trudne, jak na początku myślałam. Nawet z moim starym, gazowym piekarnikiem, w którym od lat był zepsuty wskaźnik temperatury. Kupiłam w Praktikerze nowy wewnętrzny termometr i po wielu próbach teraz już wiem - jeśli chcę osiągnąć temperaturę 180°C muszę pootwierać w kuchni wszystkie szafki obok piekarnika i dodatkowo okno w pokoju (w kuchni takowego nie posiadam). Jeśli piekę chleb i potrzebne jest 220°C - zamykam wszystko plus drzwi do kuchni! Takie to "proste" :) :) :) 










Potem pojawiły się różne przepisy:  bułeczki z farszem, jogurtowe chałki, różne rodzaje chleba.









Czasem dodawałam coś od siebie np rodzynki :), ale i tak trzymałam się przepisu!




Nie należy się poddawać, ja zaczynałam niepewnie, powoli i najpierw tysiąc razy oglądałam filmy na Skutecznie.tv sprawdzając jaką np. konsystencję ma ciasto u p. Magdy, a jaką u mnie. Moje koleżanki testowały "zjadliwość" moich dań, a ich wskazówki dodatkowo mi pomogły osiągnąć cel - nauczyć się zdrowo gotować i piec. Ale nic nie zastąpi serdecznego głosu p. Magdy, jej uśmiechu i wiary w to, że mi też się uda przygotować podobne danie, jeśli tylko posłucham jej wskazówek. Zawsze już będzie moim kulinarnym guru. Możecie sobie zatem wyobrazić moją reakcję na jej książkę kucharską! Oczywiście, że musiałam ją mieć! Dzielnie leży w kuchni i choć już jest trochę poplamiona od wertowania jej nie zawsze czystymi łapkami (jak to przy gotowaniu bywa najczyściej) zawsze do niej zaglądam w poszukiwaniu inspiracji, motywacji, a czasem nawet pocieszenia, gdy coś mi nie wyjdzie... 



POLECAM książkę, blog i kanał na Youtube. Zamieszczę też kilka zdjęć moich dań z linkami do oryginalnych przepisów.



Anna M.

P.S. Udało mi się schudnąć 23 kg i nadal się nie poddaję! 





omlet bananowy ///  LINK




ciastka kawowe  /// przepis


wytrawny chlebek /// LINK




moja domowa nutella  - link


placek ziemniaczany - link



pierogi ///   link



pizzerinki  // link



muffinki pizzowe  -  link



domowa pita  - link




Jagodzianki -  link








30 lipca 2016

"Benedict Cumberbatch. Czas zmian. Nieautoryzowana biografia. Historia niezwykłej kariery" Porter Lynnette




Dla K.S.



Przestałam pisać na blogu, przestałam czytać książki, musiałam odpocząć, zająć się zupełnie inną kwestią w moim życiu, zresztą, im więcej ode mnie oczekują i naciskają, tym bardziej nie mam ochoty ulegać wizji innych osób. 

K.S. zawsze mnie strofuje, że nie piszę nic na blogu - zatem nie pisałam...

K.S. odpuścił i pogodził się ze śmiercią bloga (lub dobrze grał niezainteresowanego tematem) - ale będąc u mnie pożyczył książkę o Alanie Turingu - swoją drogą śmiertelnie nudną, co i sam przyznał. Ale dzięki rozmowie o tej książce przypomniałam sobie cudny film z Benedictem Cumberbatchem w roli głównej. Potem poszło już lawinowo... Najpierw obejrzałam sobie wszystkie (prawie wszystkie, no co są wakacje i nie mam nic do roboty) filmy z tym aktorem, zwłaszcza jego chyba najlepsze wcielenie, czyli Sherlocka Holmesa, a następnie rzuciłam się na książkę  Lynnette Porter. 

I tak K.S. osiągnął zamierzony cel - wróciłam na blog :) znów zaczęłam czytać... znów zaczęłam pisać i mieć z tego frajdę :)




Benedict Cumberbatch to jeden z tych aktorów, których cenie nie tylko za role, ale i za osobistą postawę i życie. Niewiele o nim wiadomo, bo usilnie chroni swoją prywatność, ale mimo to lubię jego sposób bycia, ciekawią mnie jego poglądy, a moje serce zdobył całkowicie, gdy przeczytałam, że po szkole spędził rok jako wolontariusz w tybetańskim klasztorze, gdzie uczył angielskiego. I choć książka Lynnette Porter jest jedynie skrupulatnym przewodnikiem po rolach aktora, to można i między wierszami przeczytać odrobinę o nim samym. 


Zawsze zastanawiało mnie, jacy są aktorzy prywatnie. Nie jestem typem fanki, która czyta brukowce i szuka sensacji, jakie to buty dziś ubrała Cichopek lub jak Lopez wygląda bez makijażu (choć i samo słowo aktorka w tych przypadkach jest wielkim nadużyciem). Mnie ciekawią poglądy kogoś, kto tak dobrze potrafi zagrać każdą rolę, jest tak sugestywny, tajemniczy i prawdziwy, że zaczynam utożsamiać go z pierwowzorem, a jeśli gra wymyślone postacie, to żyją one swoim "realnym" życiem jeszcze długo po napisach końcowych. Przecież nie można zagrać wszystkiego, nie da się udawać emocji, być zupełnie inna osobą, niż jest się w rzeczywistości. Myślę, że każda postać grana przez aktora ma cechy jego samego. Masło maślane i niby rzecz powszechnie wiadoma, ale mnie to zawsze zwala z nóg. Jaki trzeba mieć talent, żeby stać się daną postacią z filmu, a jednocześnie, jak to musi wpływać na życie prywatne, osobowość, poglądy... Wybierając dane kreacje, czytając scenariusze, trzeba przecież poznać również życie osoby, którą masz się stać na ekranie. Myśleć, jak ona, zachowywać się jak ona, wreszcie być nią. A potem wrócić do swojego "zwyczajnego" wcielenia, by zacząć czytać kolejny proponowany scenariusz... Fascynujące.... 



Tymczasem oczekuję już na nowy sezon Sherlocka Holmesa...




Anna M.


P.S. Pewnie teraz K.S. znów westchnie "nareszcie". Pozdrawiam i dzięki... 







28 maja 2016

"Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych" Michael Booth




Miewacie czasem przesyt czytania? Mnie dopadł kilka miesięcy temu i zwalczony przerodził się teraz w przesyt pisania... K.S. ciągle pyta, kiedy wreszcie coś na blog wrzucę... Ostatnio mam za dużo spraw na głowie, kończy się rok szkolny, próbuję schudnąć i treningi mnie wykańczają, a do tego jakoś doba mi się skurczyła.  Czytam, owszem, ale raczej lżejsza literaturę. 




Dziś polecam "Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych" ...


Skandynawia to drugie miejsce na ziemi, zaraz po Alasce oczywiście, gdzie mogłabym zamieszkać. Klimat, kultura, podejście do życia, specyficzne poczucie humoru, spokój, odcięcie od zgiełku świata, poczucie własnej wartości, nieziemskie krajobrazy, życie tylko dla siebie... - wymieniać dalej? O i zapomniałam - najlepsza muzyka rockowa i metalowa na świecie... Bona Jovi - sorry... Lubie czytać o krajach Nordyckich, kocham kino Dalekiej Północy, a islandzkie filmy - bajka. 





"Ponadto Islandczycy kupują więcej książek niż jakikolwiek inny naród na świecie, co niewątpliwie bardzo dobrze o nich świadczy" (s. 123)



Zawsze mnie zastanawia, dlaczego ludzie wydaja tyle pieniędzy, aby smażyć się na zatłoczonej plaży gdzieś blisko równika? No niby rozumiem wpływ słońca na umysł człowieka - też czuję ulgę, gdy nadchodzi wiosna po szarych zimowych dniach. Jednak gdyby ktoś pozwolił mi zdecydować, gdzie chcę się urodzić, wybrałabym Daleką Północ. Nigdy tam nie byłam, dlatego z wielką przyjemnością pogrążyłam się w lekturze książki Michaela Bootha. Jest w niej trochę historii, polityki, odrobina stereotypów, garść legend i spora dawka brytyjskiego poczucia humoru. 



Michael Booth z rodziną
(źródło: http://www.thesundaytimes.co.uk/
)

Poznawać ludzi to żyć z nimi, a chyba autor zrealizował to w 100 % i wcale nie chodzi mi o to, że jest żonaty z Dunką. Poznawać ludzi to mieszkać z nimi, mieć te same problemy, rozmawiać, jeść najbardziej ohydne lokalne przysmaki, stawiać dociekliwe pytania i cierpliwie czekać, aż czas pokaże, jakie są odpowiedzi.  Czekać, aż spod góry stereotypów wyłoni się prawdziwy obraz Dalekiej Północy... 










"Kiedy już zaczniesz się bliżej przyglądać nordyckim społeczeństwom i narodom, kiedy wyjdziesz poza standardowy zestaw tematyki skandynawskiej serwowany przez zachodnie media - artykuły w dodatku niedzielnym ilustrowane zdjęciami szwedzkich domków letnich zamieszkiwanych przez blondynki w sukienkach w kwiatki z nieodłącznymi koszykami dzikiego czosnku w rekach i gromadki dzieci z artystycznie zmierzwionymi czuprynami - twoim oczom ukaże się znacznie bardziej skomplikowany, nierzadko mroczniejszy, a niekiedy wręcz niepokojący obraz" (s.20)



I ja chce poznać ową tajemnicę Północy, która od lat mnie fascynuje...  Zatem wracam do lektury książek o Skandynawii. Tym razem wzięłam z półki "SzwedziCiepło na Północy" Katarzyny Molędy... 


Anna M.



I jeszcze na koniec jeden z moich ulubionych skandynawskich zespołów...








Walking by a frozen Lake
Silent snow in the air
Dreaming of the summer day
Carry me til I’m there

                         Winter skies leave me alone
                         When I lose my way
                         Winter skies you call me home 

                                                  Bring me back when I’m lost
                                                  Far from your embrace
                                                  Bring me silence bring me frost
                                                  Your familiar face






27 kwietnia 2016

"Chodzić po wodzie. Z Anną Świderkówną rozmawia Elżbieta Przybył"






Anna Świderkówka - jeden z nielicznych moich autorytetów, osoba niezwykła, której książki czytam nieustannie, ciągle od nowa... Szukam w nich inspiracji do zrozumienia świata, poznania siebie i głębszego spojrzenia na wiarę. Oczywiście pierwszy raz z jej książkami zetknęłam się na studiach biblijnych, później wybrałam specjalizację ze Starego Testamentu i mimo, że od kilku lat moja praca zawodowa nie jest już związana z Biblią, nadal jest to moja największa pasja. 




Jest wielu znanych na całym świecie i szanowanych biblistów. Niektórym miałam okazję poznać osobiście, innych słuchałam podczas wykładów, przez książki pozostałych próbowałam się przedrzeć podczas bezsennych nocy przygotowań do sesji. Nieliczni jednak pozostali ze mną do dziś. Jednym z takich mentorów jest profesor Anna Świderkówna. Fascynuje mnie jej życie, droga kariery, praca zawodowa, ale przede wszystkim sposób mówienia i pisania o Biblii. Studiując na poważnej uczelni po kilku latach miałam już dosyć mówienia o wierze "świętobliwym" i "natchnionym" językiem, który nie miał nic wspólnego z rzeczywistością. Zresztą oglądając filmy religijne można mieć wrażenie, że sacrum i profanum to dwa zupełnie różne światy, a Bóg i codzienność nigdy się nie spotykają. Prof Świderkówna udowadnia, że nie ma nic bardziej mylnego, że można mówić prostym i zwyczajnym językiem o Biblii, mitach greckich, czy historii.  Wszystko da się zrozumieć, opowiedzieć, przeczytać - trzeba tylko wiedzieć o kontekście historycznym, kulturowym, społecznym i chcieć zrozumieć.




Chciałabym kiedyś móc powiedzieć, że moje życie każdego dnia miało sens, że robiłam tylko to, co kocham, że moja pasja jest moją pracą, a praca pasją...  Nie ma nic niemożliwego, czego przekładem jest Pani Profesor. Jako nastolatka sama nauczyła się greki, bo chciał przeczytać Homera w oryginale, sama studiowała manuskrypty, wreszcie sama zafascynowała się Biblią. Mówiła o Niej w zupełnie nowy, a jednocześnie zwyczajny sposób - jak o części swojego życia. I to jest dla mnie inspiracją - nie wydzielać osobnych sfer na: dom, pracę, rodzinę, znajomych, pasję, ale żyć wszystkim jednocześnie. Trochę to kłóci się z "dobrymi" radami dawanymi mi ostatnio przez znajomych: "po wyjściu ze szkoły powinnaś wyłączyć telefon i nauczyć się, że praca się właśnie skończyła". Cóż - ja nie umiem tego oddzielić i właściwie nie chcę. Jestem kim jestem - całą sobą kocham swoją pracę, rodzinę, czas wolny... Może to dziwnie brzmi, ale przez cały czas jestem nauczycielką, wychowawcą, córką i mam swoje pasje. Uwielbiam to, co robię i nie wyobrażam sobie żyć bez pasji będąc w pracy, ani nie chcę tym bardziej zapominać o moich szkolnych dzieciach w domu - a niech sobie krytykują...



Książkę z  całego serca polecam :)

Anna M.





10 kwietnia 2016

Zagubiona w codzienności...


... czyli śmierć bloga, czy wyjście z długiej choroby?



       Tak można by krótko ująć moją miesięczną nieobecność na blogu. Przyznaję, że nawet chciałam go zamknąć, bo ciągle brakuje mi czasu. Mniej czytałam, więcej pracowałam, zagubiłam się... Wszystko wydawało się ok, mówiłam sobie - trudno, może nie potrafię pisać (co zresztą jest prawdą i o czym nieustannie informowała mnie moja polonistka), z pewnością też nikomu niepotrzebny jest jeszcze jeden, mało znaczący blog o książkach? Czasem z zazdrością przecież patrzyłam na inne blogi z długą listą komentarzy. Przestałam pisać, kolejny raz dałam się złapać w sidła porównań, czasu, pogoni za codziennymi bzdurami. Wszystko to jest ważne w moim życiu, ale ciągle brakowało mi książek, wystarczyło tylko spojrzeć na moje zachowanie, gdy w pobliżu leżała któraś z nich. Omijałam wszystkie księgarnie, a u znajomych starałam się oprzeć pokusie buszowania wśród regałów... Mój "odwyk" skończył się jednak dramatycznie - wydałam większość wypłaty spędziwszy kilka godzin na stronach Arosa.



       Koniec z dociekaniami! Blog jest potrzebny - przede wszystkim ja go potrzebuję! Kocham biografie, non-fiction, wspomnienia, historię. Nie potrafię pisać recenzji, ale nie mogę się powstrzymać przed dosyć zakręconymi refleksjami. Nie umiem się zmienić i nagiąć do obowiązujących reguł pisarskich. Ale niby po co? Moje małe poletko zagubione gdzieś w cyberprzestrzeni nie powinno nikomu szkodzić. Mogę zatem zostać i dalej snuć, przeważnie w pustkę, moje opowieści... Wyszło dramatycznie, ale potrzebowałam chyba zmierzenia się z rzeczywistością... I idę dalej... Dlaczego? Nie potrafię przejść obojętnie obok książek, nie umiem ich poświęcić dla pracy, spotkań, rożnych "pilnych spraw na wczoraj". Mimo piętrzącej się sterty kartkówek do poprawienia i konieczności napisania ocen kształtujących dla moich pociech, postanowiłam spędzić weekend w Śródziemiu. To takie moje zaprzeczenie wcześniejszym słowom o miłości do literatury non-fiction. Cała ja :) Tolkien to jeden z niewielu grzechów jakie popełniam, zwyczajnie kocham jego świat i bez wyrzutów sumienia grzeszę za każdym razem, gdy potrzebuję chwili zapomnienia i oderwania od spraw codziennych. 




   Upiekłam pyszne muffinki (ach kolejny grzech na mojej liście), zaparzyłam pierwszy raz w życiu kawę po turecku (nie takie to trudne), wyłączyłam telefon i cały mój czas oddałam we władanie Silmarilionu. Książka czytana wielokrotnie, za każdym razem jednak coś innego w niej znajduję. Tej nocy odkryłam maleńkie drzwi do zrozumienia mojego własnego zagubienia wśród codziennych obowiązków - ale to już inna historia, nico nudnawa dla czytelników bloga (optymistycznie zakładając, że takowi istnieją), ale ważna dla mnie.

    Podziwiam Tolkiena od kiedy tylko pamiętam - za pasje, której poświęcił całe życie, za wyobraźnię, upór i umiejętność zamknięcia całej otaczającej nas "realnej" rzeczywistości w fikcyjnej historii. A może to jednak nie jest fikcja? Niemniej prawda jest taka, że kolejny raz Tolkien wyrwał mnie z "niebytu"... Jak śpiewa Bożenka z Kabaretu Smile na widok paczki chipsów "jesteś lekiem na całe zło"... Doskonale ją rozumiem i z chipsami i w moim przypadku również w kontekście książek :) 



Zatem wracam do pisania, czytania i mojej pasji - książek.   





   Czy jeszcze kiedyś zniknę? Mam nadzieję, że nie... No i nie mogę się pozbyć pokusy stawiania wielokropka tam, gdzie tylko mi się podoba -  to silniejsze ode mnie...  :) 




Anna M.












10 marca 2016

Gdy zewsząd otaczają Cię tylko ciemności... / "Ciemność" Hector Tobar




"Wbrew temu, co ludzie mówią, nie jesteśmy bohaterami. Jesteśmy tylko ofiarami. Nie jesteśmy gwiazdami filmowymi czy gwiazdami Hollywood" (s.363)


Książka, na którą czekałam, która kolejny raz otworzyła mi oczy na to, co jest prawdziwe. Niby przeczytałam wiele podobnych reportaży, przecież na bieżąco śledzę doniesienia z różnych części świata, staram się zrozumieć to, co mnie otacza i wpisywać moje własne emocje w szerszy kontekst społeczny. A jednak dałam się nabrać relacjom telewizyjnym, pseudo-reporterom, którzy 24 godziny na dobę relacjonowali wydarzenia z Chile. Wtedy, te 6 lat temu, nie widziałam kontekstu  ani politycznego katastrofy i akcji ratunkowej, ani nie dostrzegłam pozorności sloganów i napędzanej przez media komercjalizacji tragedii "los33". Oczy otworzyła mi dopiero książka "Ciemność" Hectora Tobara. 



Z jednej strony ogromna tragedia górnicza, nadludzka siła i odwaga zasypanych, determinacja i solidarność pod ziemią. Z drugiej strony polityczna farsa na górze, żerowanie na rozgłosie, komercja, sponsorzy i wyścig za sensacją. Do tego wszystkiego próba zarobienia na nieszczęściu innych i wykorzystanie spowodowanej przez zaniedbania władzy tragedii do politycznego umocnienia tejże władzy. A w tle wszystkiego skomplikowane historie samych zasypanych, ich wiara, dramaty i nieustanna walka z ciemnością, głodem, z sobą samym. 


Książkę przeczytałam podczas jednej nocy, potem odnalazłam w internecie filmy dotyczące tragedii, aby zobaczyć diametralną różnicę w opisach, podawaniu szczegółów i relacjonowaniu tego, czego na pierwszy rzut oka nie widać, bo media przemilczały.


Hector Tobar jako jedyny uzyskał zgodę wszystkich górników na opisanie ich historii, wielokrotnie rozmawiał z nimi i z ich rodzinami, poświęcił kilka lat swojego życia na podróże do Chile, aby zrozumieć kontekst wydarzeń, ale i aby być z "bohaterami" nawet po tym, jak ucichły medialne doniesienia, gazety zajęły się inną sensacją, wyjechali szukający newsów reporterzy, a firmy uznały, że nie da się już więcej zarobić. Tobar daje nam w swojej książce wyobrażenie o tym, co musieli przeżyć zasypani przez 69 dni niemal 700 metrów pod ziemią górnicy. To niezwykle poruszający reportaż, pełen faktów, emocji, prawdy i przemilczanych przez media kontekstów. Ja jednak skupiłam się głównie na tym, co działo się po transmitowanej na cały świat akcji ratunkowej, po tym, jak w ciągu jednej chwili zwykli ludzie, często z wieloma różnymi problemami i niejednokrotnie trudnymi charakterami, stali się gwiazdami telewizji i marionetkami w rękach władzy. Z drugiej strony zostali pozostawieni bez opieki psychologicznej, bez wsparcia, bez perspektyw...


"Zaczynasz być marionetką. Staliśmy się marionetkami. Jedziemy tutaj, jedziemy tam. Stań tutaj, stań tam, pod lampami. (...) Ten pierwszy rok... Nie umiem tego wyjaśnić, ale było ciężko. Spakuj się. Stań w kolejce. Zrób to. Zrób tamto. Zrób! Jeśli spojrzeć na to uczciwie, to można powiedzieć, że odebrano nam nasze życie" (s.366)



Górnicy zmagali się z syndromem stresu pourazowego, wracali do starych nałogów, rozpadały się ich rodziny, a świat nadal czerpał garściami i zarabiał na ich tragedii. Zawsze mnie porusza ten "mechanizm". Każdy z nas, ja również, żyjemy w tak skonstruowanym świecie. Im bardziej się na to zgadzamy, tym częściej stajemy się zakładnikami innych.  Mówimy to, co nam każą, robimy to, czego od nas oczekują, codziennie zdradzając siebie. Ufamy ludziom, dla których nie istniejmy, zależymy od tym, którzy wykorzystują nas do załatwiania własnych interesów. Wiem, wiem - przecież książka skupia się na człowieczeństwie, odwadze i determinacji górników, sile charakteru i nieustępliwości ich rodziny, nadziei kobiet czekających przy wejściu do kopalni. Dlaczego zatem mnie poruszył ten akurat aspekt owych wydarzeń?



Nadal staram się dopowiedzieć sobie na to pytanie i właśnie dlatego uwielbiam czytać literaturę non-fiction. Każda kolejna książka, każda historia wyrywa mnie z pokolorowanej przez innych rzeczywistości, pokazuje prawdziwy świat, porusza moje emocje, kształtuje światopogląd, staje się pytaniem, na które muszę sobie szczerze odpowiedzieć, nawet gdy przeczytam ostatnią stronę i odłożę książkę na półkę. I jeszcze jedno - za każdym razem, gdy patrzę na regały z przeczytanymi już dawno książkami, odżywają emocje związane z każdą z nich. To jak mapa moich myśli, wspomnień, kierunek rozwoju światopoglądu i droga do samej siebie. Brzmi jak slogan lub cytat z Paulo Coelho, ale te książki ratują mnie przez nicością, ułudą i szablonowością. Pokazują drogę i kształtują mnie jako człowieka...










Anna M.









29 lutego 2016

"Jak pokochać siebie? Podręcznik życiowej przemiany" Beata Pawlikowska




Dziś króciutko... 


Autorka znana i wiele razy na moim blogu polecana, cytowana, zachwalana... Trudno, inspiruje mnie i koniec. Zwyczajowo nie czytam wszystkich niepochlebnych komentarzy i zachłannie oddaję się lekturze jej książek. Czy coś zmieniają "życiowo" w moim życiu? Cóż - same książki niczego nie zmienią, nawet gdybym na nich spała i je jadła, ale inspirują mnie i są "wyrzutem sumienia".


Książki Beaty Pawlikowskiej co jakiś czas przypominają mi, że jeśli włoży się odrobinę ciężkiej pracy w poznanie i zaprzyjaźnienie się ze sobą, to można nagle poukładać własny świat i być szczęśliwym. I nie jest ważne, co inni o tym sądzą, czego zazdroszczą i jaki mają do tego stosunek. Najistotniejsze jest nasze poczucie spełnienia, spokoju i równowagi.  Od lat czytam książki tej Autorki i powolutku zaczynam iść w kierunku mojej wewnętrznej równowagi. Nie byłabym sobą, gdybym nie pozmieniała tego i owego, przecież to w końcu moja droga, ale cieszę się, że mam bratnią duszę. 


Proste i niby wszystkim znane prawdy! To jeden z niewielu momentów, kiedy muszę przyznać - ma babka rację, i ten, kto mnie zna wie, ile takie stwierdzenie kosztuje moją dumę. 


Na pierwszy ogień poszedł telewizor - już od dawna rzadko go włączałam, głównie na wybrane filmy. Teraz wstawiłam go definitywnie i nieodwołalnie do szafy i wiecie co? Nagle mam tyle czasu!!!! Rankiem jest cicho i spokojnie i nic nie brzęczy mi nad uchem. Zegar jakby zwolnił, a ja jestem bardziej wypoczęta. Niby nic, bo najczęściej telewizor grał "w tle" i tak go nie oglądałam, ale teraz zaczęłam doceniać ciszę, spokój i relaks. 


Dałam szansę sobie, więcej czasu spędzam w domu, niż na bezowocnym robieniu tak naprawdę niczego. Odbudowuje poczucie bezpieczeństwa i zaufania do samej siebie. Moje decyzje, moje życie, moje zasady. Posprzątałam przestrzeń wokół siebie i zaczynam dostrzegać sens tego wszystkiego. Małe kroki, szczegóły, na które wcześniej nie zwracałam uwagi chcąc natychmiast wspiąć się na Everest, teraz powodują, że powolutku znajduję siebie. 




No i zaczęłam sama przyrządzać wszystkie posiłki.... Zainspirowała mnie do tego inna książka Beaty: "Piekę zdrowy chleb! I ciastka!"




   Dałam szansę swojemu piekarnikowi, o którym myślałam, że jest zepsuty, bo palił wszystko na swej drodze. Okazało się jednak, że jak z nim "porozmawiać", to wystarczy tylko kupić nowy termometr i voila... Wczoraj zarobiłam ciasto, choć wiem, że Autorka nie używa ani mleka, ani jajek i droższy, ale "nie od razu Rzym zbudowano"... Poczekałam aż wyrośnie i upiekłam dla koleżanek piękny razowiec z bakaliami...  Później już byłam grzeczna i wróciłam do swojego zdrowego odżywiania na dobre, zatem nastawiłam też zaczyn na zakwas i w przyszły weekend piekę prawdziwy chleb... 






Cały weekend tylko dla siebie, małe, zwykłe rzeczy, ale robione z miłością dają prawdziwą satysfakcję i radość. Nie trzeba gonić za wielkimi rzeczami, nie trzeba wiecznie walczyć o uwagę, pochwałę czy wyjście z cienia. Nie warto tracić czasu na porównywanie się z innymi, osądzanie i wyścig szczurów. Szkoda życia. Wolę je "zmarnować" na bycie sobą, chodzenie własnymi ścieżkami, rozwijanie pasji i kochanie siebie.  




z pozdrowieniami dla Gosi i Anki ;)





Anna M.

P.S. Zmykam do pracy, moje dzieci czekają... 






6 lutego 2016

W rytmie pozytywnych emocji :) / "Thirty Second To Mars" Adam Kisch






Życie pozbawione pasji jest jak kawa bez ciastka - niby da się wypić, ale po co? Tak to ujmę, dlatego ciągle szukam i kawy i ciastek...


"My philosophy in life is don’t regret anything you do, 'cause in the end it makes you who you are".

(Moja życiowa filozofia to nie żałować niczego, bo to w końcu czyni cię tym, kim jesteś")  cytat z "Closer To The Edge"





Muzyka od zawsze była częścią mnie. Wyrażała moje emocje, gdy nie chciałam o nich mówić, sprawiała i nadal sprawia, że przenoszę się w inne miejsce, mogę krzyczeć ze szczęścia razem ze słowami piosenki, mogę spadać w dół, iść przez mgłę i płakać samotnie w kącie pustego domu. Codziennie budzi mnie ulubiona piosenka, idąc do pracy często słucham inspirujących mnie utworów (jeśli akurat nie rozmawiam przez telefon z mamą). Pierwsze co robię po przyjściu do domu, to włączam CD. Otacza mnie moja własna strefa z brakiem dostępu innych... To tylko mój świat szczelnie i zazdrośnie przeze mnie broniony. Ale nie słucham wszystkiego, nie lubię szeroko pojętego popu, komercji i radia. Słucham tego, co w danej chwili sprawia, że mogę wyrazić swoje emocje. Zawsze wypowiadałam się przez muzykę, od zawsze tłumaczyłam sobie teksty piosenek i identyfikowałam się z ich przesłaniem... Dziś chcę na chwile zatrzymać się 30 sekund do Marsa... tyle zostało do rozbicia o planetę marzeń mojego dzieciństwa, codziennie zbieram okruchy i sklejam je jeden po drugim.. 











I tried to be someone else,

But nothing seemed to change.

I know now, this is who I really am inside.

Finally found myself.

Fighting for a chance,
I know now, this is who I really am.

Come, break me down.
Bury me, bury me.
I am finished with you, you, you.
Look in my eyes,
You’re killing me, killing me.
All I wanted was you.





Marsów słucham od dawna, jednym z moich ulubionych filmów to "Prefontaine" z Jaredem Leto w roli głównej...  Pasja to słowo odmieniane na moim blogu przez wszystkie przypadki, zdarte, do bólu nudne i oklepane. Dla mnie pasja to jedyne, co jeszcze pozwala mi żyć w świecie ogarniętym nijakością, tanią rozrywką, nieustannym wyścigiem szczurów i gonitwą za pieniędzmi. Podziwiam Jareda za wiele rzeczy - za bezkompromisowość, wizję, uparte dążenie do celu..., ale przede wszystkim za bycie sobą w trudnym świecie show biznesu. Ma swój styl (nie zawsze się z nim zgadzam, ale szanuję), wie, czego od życia chce i nie zgadza się na półśrodki.









Tell me would you kill to save a life?

Tell me would you kill to prove you're right?
Crash, crash, burn, let it all burn
This hurricane's chasing us all underground



No matter how many deaths that I die I will never forget
No matter how many lives that I live I will never regret
There is a fire inside of this heart and a riot about to explode into flames
Where is your God? Where is your God? Where is your God...





Jared fascynuje mnie też zmianą swojego wizerunku. Nie robi sobie nic ze swojego wyglądu, zmienia fryzury, stroje, charakter postaci, którą gra. Uważają go za "pięknisia" - farbuje sobie włosy na różowo i robi irokeza, chcą zaszufladkować go jako wesołka, wychodzi na scenę w mrocznym przebraniu z ostrym, czarnym makijażem. Zawsze jest sobą, nigdy nie ulega komercyjnym zachciankom świata. Zawsze ma gotowy pomysł na płytę, koncert, image. Niektóre jego stylizacje mnie przerażają i bulwersują, inne fascynują...




Pełen wachlarz emocji, a o to przecież chodzi, by w beznamiętnym świecie mdłych dni ktoś nami wstrząsnął i zmusił do myślenia...



Polecam książkę "Thirty Second To Mars" Adam Kicha. Wiele ciekawostek, kilka wywiadów, niesamowite zdjęcia i odrobina chaosu... A ja wracam do muzyki...





Anna M.

strona internetowa projektu










Recent Posts