16 września 2019

Fumio Sasaki "Pożegnanie z nadmiarem"




"Moim zdaniem minimaliści to ludzie, którzy wiedzą, co jest im naprawdę potrzebne, a co chcieliby mieć tylko dla pozorów, i nie boją się pozbyć wszystkiego, co mieści się w tej drugiej kategorii".







Od dobrych kilku lat staram się pozbyć niepotrzebnych rzeczy. Zawsze szło mi to z wielkim trudem, a gdy jakimś cudem pozbyłam się już czegoś, natychmiast, zupełnie nie wiem jak, stan rzeczy wracał do poprzedniego posiadania.  Przy kolejnej przeprowadzce znów obiecywałam sobie, że już dosyć!  I zapełnie niespodziewanie przyszła zmiana. Zaczęło się od słuchania podcastów Marty Robins, potem blogi i kanały na YouTube, film The Minimalists itd... W maju poczułam się zupełnie zmęczona rzeczami, przytłoczona ich ilością, kolorem, grafiką.  Nienawidziłam starej PRL-owskiej meblościanki w moim wynajmowanym mieszkaniu, i choć właściciele zgodzili się, abym ją wyrzuciła, nie miałam co zrobić z wypchanymi nią rzeczami. Zaczął się intensywny czas - proces pozbywania się nadmiaru... Wakacje były wspaniałą do tego okazją, bo czas wolny pomógł mi uporać się z porządkowanie i segregacją rzeczy. Nie spodziewałam się jednak, że potrwa to tak długo... i trwa nadal.







Fumio Sasaki pisze o tym wszystkim, co mnie spotkało i choć książkę przeczytałam zupełnie niedawno, to myślę, ze wiedział przez co przechodzę. Zagracone mieszkanie równa się zagracone życie. Dążenie do zachowania pozorów dostatniego życia, porównywanie się z innymi, polepszanie sobie nastroju kolejną książką, kolekcjonowanie ich w nadziei, ze kiedyś je przeczytam. Uwielbiam gotować, ale w pewnym momencie moje kuchenne szafki przestały się zamykać od ilości kubeczków, blach i form do pieczenia czy kilku egzemplarzy tych samych przyborów kuchennych (nawet nie wiedziałam, że je mam). Proces oczyszczanie trwa długo, bo i sama sprzedaż rzeczy nie należy do najszybszych. Większość wystawiłam na OLX, inne rozdałam, książki sprzedałam do antykwariatu. 




"Czasu wymaga nie samo działanie, ale podjęcie o nim decyzji"

.




Zgodnie z tym, co pisał Fumio przyjęłam zupełnie nieświadomie zasadę "chowania rzeczy" na jakiś czas. W korytarzu stoi regał rzeczy, których w najniższym czasie zamierzam się pozbyć. Oswajam się z tą myślą, leżą sobie ona tam jakiś miesiąc, czasem krócej i kiedy jestem gotowa, oddaję je. Tak był np. z książkami, to był największy ból rozstania, choć czułam, że mnie przytłaczaj i wpędzają z przygnębienie. A jednak początkowo mogłam zrezygnować tylko z kilku, potem kolejne i kolejne, i z czasem było łatwiej... 



Czy będę ekstremalnym minimalistą jak Fumio Sasaki? Nie sądzę, ale redukowanie rzeczy do niezbędnego minimum oczyszcza mój umysł, porządkuje życie, pozwala oddychać.  I nie wiem, gdzie mnie to zaprowadzi...



Anna M.
















25 czerwca 2019

"Pułapki przyjemności" Robert Rutkowski






Rozpoczęły się wakacje, zatem mam więcej wolnego czasu... poprawka - mam jakikolwiek "czas wolny"... I jak co roku zabieram się nad pracę nad sobą... Uwielbiam ten czas, kiedy mogę zająć się sobą! W nadziei spędzenia uroczego i budującego popołudnia sięgnęłam po książkę jednego z moich ulubionych psychologów - Roberta Rutkowskiego... I.. zamiast relaksu, zostałam walnięta w łeb! 


"Zatem święta zasada, od której nie ma odstępstwa (niezależnie od tego, czy jesteśmy pracownikami, czy właścicielami): w momencie, kiedy jesteśmy w domu, nie powinniśmy mieć nic wspólnego z pracą".



Przecież to miała być książka o przyjemnościach, ok o pułapkach przyjemności, ale, żeby tak już na początku burzyć mój idealny świat? Ale że niby jak?



"Mówiłem wcześniej, że nie należy przenosić pracy do domu. Większość z nas tego nie potrafi i problemy związane z pracą próbuje rozwiązywać również poza nią, czyli w czasie, który powinien być przeznaczony tylko i wyłącznie na odpoczynek, regenerację. Nie da się rozwiązywać problemów i efektywnie regenerować. Kiedy myślę o pracy w czasie wolnym, to osłabiam zdolności regeneracyjne. Jeżeli budzę się i nie mając jeszcze uruchomionej funkcji „powitanie dnia”, analizuję, co czeka mnie dzisiaj w pracy, to znaczy, że już od tego momentu w niej jestem, w myśl zasady: „Jesteśmy tam, gdzie nasze myśli”. Najpierw należy wyjrzeć przez okno, uśmiechnąć się, głośno powiedzieć: „Witaj, piękny świecie, to będzie udany dzień!”, po czym spokojnie zasiąść do najważniejszego posiłku, czyli śniadania. Dopiero potem, może na parkingu w samochodzie, w metrze, autobusie, w drodze do pracy, możemy delikatnie przekierowywać się na zadania zawodowe".





Kolejny cios! Jak teraz to wszytko sobie poukładać? Na szczęście są wakacje, czas wolny od mojej pracy... Zatem niech to będzie czas spokojnego powrotu do siebie samej, do tego, co lubię robić poza pracą, do moich pasji, marzeń, tego, co kocham :) 


Książka cudna, ale wbiła mnie w fotel wiele razy. Tak to już jest z panem Robertem Rutkowskim. Uwielbiam go... Słucham wszystkich jego audycji, wykładów.  Zwyczajnie trafia do mnie w 200%. Ale co potem z tym zrobić? Cóż, chyba trzeba zakasać rękawy i zabrać się, nomen omen, do pracy... nad sobą oczywiście... 



"W naszym życiu najważniejsza jest harmonia i równowaga. Jeśli jest czas pracy, to powinien być też czas zabawy (...) Podprogowo powinniśmy pamiętać, że chociaż mamy świetną pracę, w której się doskonale czujemy, nie zwalnia nas to z obowiązku, żeby zadać sobie minimalny wysiłek, wyłączyć aplikację bycia wygodnickim leniem i poszukać aktywności, która nie ma nic wspólnego z zarabianiem pieniędzy. To po prostu działa".



Przede mną dwa miesiące wolne od pracy..., a że książka demaskuje różne pułapki (jedzenie, związki, sport, portale społecznościowe), w jakie codziennie wpadamy, więc jest nad czym popracować...




Anna M.




Jeszcze jedna myśl, zanim zaczęłam studiować psychologię traktowałam psychologię jako sferę myśli, emocji, a nie biologii. A tu też jest o czysto biologicznych mechanizmach, o neurohormonach, adrenalinie, kortyzolu itd. Nasze myśli mogą być stymulowane przez odpowiednie hormony?  Jeśli odczuwam stres, następuje wyrzut kortyzolu, który zagęszcza krew, co z kolei sprawia, ze gorzej dotleniony jest mój mózg i trudniej mi się myśli, reaguje, regeneruje... A jak ktoś żyje w nieustannym stresie? To zwyczajnie trudno być sobą? Muszę zgłębić ten temat... KONIECZNIE










1 marca 2019

sesja zdana!




Kochani... ostatnio trochę rzadziej piszę, bo... jak wiecie studiuję psychologię. Oczywiście czytam mnóstwo książek, ale zupełnie nie wiem, czy chcecie słuchać o rozwoju myśli psychologicznej lub o osobowości. Dla mnie to pasjonujące tematy, ale czy dla Was?

Obiecałam sobie, że w wakacje nadrobię zaległości... oby przyszły szybko.


Tym czasem ogłaszam, że zimowa sesja zdana! Tylko jedna poprawka - o zgrozo z psychologii rozwojowej, ale wypadki przy pracy się zdarzają... 

Wracam do nauki i być może czytania czegoś innego, niż podręczniki... 


Anna M.

20 stycznia 2019

"Mój Egipt" Jarosław Kret

Grypa, wschód słońca i galaretka truskawkowa...
 

tytuł: Mój Egipt
autor: Jarosław Kret :)

wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 9 listopada 2011
liczba stron: 328

moja ocena 5 / 6

moja ocena autora: 6 /6  :)




 Niedzielny zimowy wieczór, a ja? A ja jestem znów chora... Kocyk, herbatka z miodzikiem i cytrynką, stos chusteczek i syropek na kaszel... i kolejny rodzaj antybiotyków :( Dużo śpię, a moje poczucie czasu dnia i nocy kompletnie zostało zaburzone.

      Ale czytam sobie o Egipcie. Przyznaję, że nie jestem fanką książek podróżniczych. Nie jestem typem kogoś, kto lubi zwiedzać. Będąc pierwszy raz w Paryżu obiecałam sobie, ze jednego dnia "zrobię" standardowy pakiet minimum i "zaliczę" wszystkie zabytki: Łuk Triumfalny, Wieża Eiffla, Père-Lachaise, Katedra Notre Dame,  Louvre, Sorbona, Panteon, Plac Bastylii,  Sacré-Cœur. Potem lubiłam włóczyć się małymi uliczkami i rozmawiać z ludźmi, poznawać kulturę. Taki ze mnie miłośnik zabytków...

     No ale wróćmy do mojej ostatniej lektury - tej o Egipcie. Ach jeszcze do jednej rzeczy muszę się przyznać - sięgnęłam po książkę "Mój Egipt" tylko dlatego, że autorem jest Jarosław Kret, czyli pan od pogody. Pamiętam jeszcze z zamierzchłych czasów moich studiów, kiedy to prawie każdego ranka Pan Jarek Kret budził mnie swoim słynnym "świt dobry" w "Kawie czy herbacie". No i dzięki jego optymizmowi, że mimo niekorzystnego frontu atmosferycznego, który akurat dziś nadciąga nad Poznań, warto jednak wstać.... bo będzie pięknie padało. 

    Taka tez jest i książka "Mój Egipt"... :) Nie mogłam przestać czytać o przygodach młodego, nikomu jeszcze nie znanego stypendysty w Kairze. Absurdy biurokracji, cierpliwość miejscowych, klimat i kuchnia doprowadzały mnie to do śmiechu to znów do łez ... ze śmiechu oczywiście.

    Rozbawił mnie kairski policjant, który stoi sobie przy drodze i wystawia mandaty bez zatrzymywania winowajcy. Taki mandat przychodzi później do domu i trzeba go grzecznie zapłacić. A u nas? Afera z fotoradarami. Absurd! Również nasze urzędniczki nie są najgorsze na świecie, bo przecież można coś załatwić w ZUS-ie. A w Egipcie? Oj nie da się, bo ciągle odsyłają nas od okienka z magicznym słowem "bukra". Jeśli chcecie się dowiedzieć, co ono oznacza, zapraszam do lektury... Autor również obala mit tradycji targowania się i z dużą dozą humoru opisuje targ wielbłądów. 

    Jednak najbardziej zachwyciłam się o wspinaczce na Górę Synaj. Dzięki Jarosławowi Kretowi prawie wyobraziłam sobie zachwycający wschód słońca na Synaju. Co prawda już kilka razy słyszałam o tym zapierającym dech w piersiach zjawisku, ale dopiero tym razem moja wyobraźnia rozbłysła barwami pustyni.

"Obracamy się plecami do księżyca, opieramy o murek.  Za parę chwil rozpocznie się spektakl natury. (...) Przed moimi oczami zaczyna się rozgrywać jedna z najfantastyczniejszych scen, jakie mogła wykreować Matka Natura. Przedstawienie się zaczęło. Za moimi plecami złoci się księżyc, a przede mną  ciemnogranatowe rozgwieżdżone niebo powoli zmienia kolory: z granatu poprzez różne, nigdy przeze mnie nie widziane w naturze odcienie fioletu, aż po krwista czerwień. To niesamowite zjawisko zapiera dech w piersiach wszystkich patrzących. Nastaje chwila ciszy, po czym powoli z ust obserwatorów dobywają się spontaniczne jęki zachwytu. A niebo odgrywa dalej swój kolorowy spektakl. (...) A nad tymi kamiennymi falami niebo płonie".

     Więcej o wschodzie słońca nie napisze, żeby nie psuć wam zabawy czytania i wyobrażania sobie świata. Ale wspomnę jeszcze o jednym - o kuchni. To właśnie rozdział o słodyczach powalił mnie na kolana i to dosłownie. Czytając o słodkościach nie mogłam tego tak zostawić... To tak, jakby alkoholikowi dać w prezencie książkę, której akcja dzieje się w winnicy... A zatem przeszukałam wszystkie zakamarki w domu i najciemniejsze szafki. Niestety znam siebie i wiedziałam, że prędzej czy później tak się stanie, więc mój dom pod względem cukru jest sterylny (czego nie mogę powiedzieć o kurzu). Ale... znalazłam galaretkę i oczywiście zaraz ją ugotowałam :) zanim schłodziła się w lodówce zdążyłam przespać się trochę, wyrzuciłam tuzin zużytych chusteczek, połknęłam garść tabletek, które mają mnie wyleczyć, a wiem tylko, że kosztowały majątek. A potem zrobiłam sobie kawę, wyjęłam galaretkę z lodówki, wyobraziłam sobie, że to egipski smakołyk i zapomniałam o całym świecie, o chorobie, o zimie. A na końcu książki znalazłam przepyszne przepisy. Teraz mam motywacje, żeby wyzdrowieć, iść na zakupy i poeksperymentować. A tymczasem idę zrobić sobie kolejną gorącą herbatkę z miodzikiem i kakao na potem... :)

Anna M.



3 stycznia 2019

"J.R.R. Tolkien. Pisarz stulecia" T.A. Shippey




 



"Trzy Pierścienie dla królów elfów pod otwartym niebem,
Siedem dla władców krasnali w ich kamiennych pałacach,
Dziewięć dla śmiertelników, ludzi śmierci podległych,
Jeden dla Władcy Ciemności na czarnym tronie
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie,
Jeden, by wszystkimi rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć,
Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie".
("Władca Pierścieni) 




Któż nie zna tej złowrogiej legendy, czy jednak znamy jej twórcę? O samym Tolkienie już pisałam (zobacz tutaj). Wspominałam też o przyjaźni Tokiena i Lewisa (link do posta). Tym razem chcę napisać o historii powstania "Hobbita" i "Władcy Pierścieni" i wpływie tych książek na moje postrzeganie świata. Nie od dziś wiadomo, że Tolkien był filologiem i fascynował się językami, głównie staroangielskim i jego dialektami. Każdy  świadomy miłośnik literatury wie też, że pisarz najpierw stworzył języki Śródziemia ze ich gramatyką i historycznymi dialektami, a dopiero później wymyślił wszystkie pradawne legendy i historie. To od słowa wszystko się zaczęło, nazwy, mity, przepowiednie i zapomniane historie. Tolkien przez lata nosił w sercu Shire, Rivendell, a nawet odległy Isenard. Ale życie toczyło się swoim zwykłym, monotonnym rytmem.  Pamiętajmy, że twórca Shire'u  wykładał na Oksfordzie. Jednak podczas wielogodzinnego i nudnego sprawdzania prac egzaminacyjnych stało się coś nieoczekiwanego:







"W tych okolicznościach (jakie niosą one napięcie, rozumie tylko ten, kto musiał ocenić, powiedzmy, pięćset ręcznie napisanych prac na ten sam temat) Tolkien przewrócił kartkę, by odkryć, że kandydat: <<Na szczęście zostawił jedną pustą stronę (co jest najlepszą rzeczą, jaka może się przydarzyć egzaminatorowi), więc napisałem na niej /W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit/. W końcu pomyślałem, że chyba powinienem się dowiedzieć, jacy są ci hobbici. Ale to był dopiero początek.>> Taki był początek, ale - podobnie jak było z Bilbem, gdy znalazł pierścień w tunelu w rozdziale piątym "Hobbita" - <<moment ten miał odmienić całe jego życie>>. Wiemy, że Środziemie w pewnym sensie istniało już w głowie Tolkiena, gdyż od przynajmniej 1914 roku spisywał elfie i ludzkie legendy (...) Jednak Śródziemie nigdy nie przyciągnęłoby powszechnej uwagi, gdyby nie hobbici" (s.33-34) 




 


Autor książki, Tom Shippey, sam jest wykładowcą na Saint Louis University i od lat zajmuje się literaturoznawstwem, w szczególności twórczością Tolkiena. Jego książka jest zatem bardzo wnikliwym studium nad językiem, nazwami i procesem kształtowania się opowieści o Śródziemiu, bo nie tylko o "Hobbicie" i "Władcy Pierścieni" możemy w niej przeczytać. To zbiór pewnych myśli i motywów obecnych w tym, co pisał Tolkiem. Dowiadujemy się jak formowały się starożytne legendy, jak zmieniał się język w poszczególnych Erach Śródziemia. To wreszcie też dokładna charakterystyka głównych bohaterów odwiecznej walki z Sauronem. Trzeba dobrze znać książki Tolkiena, aby zrozumieć nakreślone przez Shippey'a tropy. Można wtedy podążyć ich śladem i jeszcze pełniej odkryć geniusz Tolkiena, jego pasje i lęki, prawdy rządzące wszechświatem i zrozumieć prastare pieśni. Niestety ci, którzy według statystyk czytają pół książki rocznie, poznali "Władcę Pierścieni" dopiero wtedy, gdy Peter Jackson zrealizował swoje niezwykłe marzenie i nakręcił trylogię pod tym samy tytułem. Wtedy każdy chciał wiedzieć coś o Gandalfie, hobbitach czy wreszcie o dzielnym Aragornie. "Niedzielni czytelnicy" mają wrażenie, że powieść stała się popularna dopiero wtedy, gdy Viggo Mortensen i Liv Tyler trafili na plakaty promujące film. Tymczasem "Władca Pierścieni" J.R.R.Tolkiena wygrywał wszystkie plebiscyty na najlepszą książkę przez kolejne lata na długo przed filmem. Przypadek? Nie! Fenomen!




Co kocham we "Władcy Pierścieni"? Właśnie język, dawne legendy i podania. Tolkiem spisał pragnienia ludzi każdej epoki, ubrał w słowa nasze tęsknoty, lęki i nadzieje. To wszystko sprawia, że świat Śródziemia naprawdę istnieje. Żyją gdzieś elfy, choć może dawno zatraciliśmy drogę do  Rivendell. Nie widzimy hobbitów i nie słyszymy pradawnej mowy Entów, ale każdy przecież ma swoje Shire i każdy z nas przeczuwa i lęka się wyglądającego z Mordoru Zła. 





  "Nikt prawie nie wie, dokąd go zaprowadzi droga, póki nie stanie u celu"
("Władca Pierścieni")

 








Anna M.
P.S. Dziś rocznica urodzin Tolkiena :) Happy Birthday!!!







19 grudnia 2018

"Ludzie i miejsca" Szewach Weiss







Z prawdziwą przyjemnością wzięłam do ręki książkę Szewacha Weissa "Ludzie i miejsca". Tematyka wojny i holokaustu, jak również sprawy Izraela, zawsze były dla mnie ważne. Zupełnie nie potrafię powiedzieć dlaczego... Zwyczajnie, lubię słuchać ludzi, od których mogę się wiele nauczyć, ludzi, którzy zapisali się w historii wielkimi literami.  I to w każdym możliwym wymiarze: duchowym, społecznym, politycznym, czy historycznym. Jedną z takich właśnie osób jest Szewach Weiss.  Jego opowieść o ludziach i miejscach, które go uratowały, a potem uformowały jest niesamowitą podróżą w przeszłość, która kształtuję dzisiejsze tu i teraz. Szewach jest Żydem ocalałym z Holokaustu. Jest też politykiem zaangażowanym w tworzenie państwa Izrael. Jest wreszcie człowiekiem dialogu, "ambasadorem Izraela w Polsce i Polski w Izraelu". 



Książka "Ludzie i miejsca" to zbiór wspomnień, felietonów, rozmów i wywiadów zamieszczonych na łamach "Rzeczypospolitej", zapisków z przeszłości i dzisiejszych przemyśleń... Autor zabiera nas w podróż, wspomina rodziców i dzieciństwo. Opowiada o Izraelu.  Przedstawia jego historię swoimi oczami i swoim sercem. Na poszczególnych stronach ożywają też różne postacie... Szewach miał to szczęście, że poznał wiele ważnych i wpływowych osób ze świata religii, kultury, czy polityki. Opowiada o nich i o relacjach, jakie go z nimi łączyły. Możemy przeczytać m.in. o Janie Karskim,  Janie Pawle II, Marku Edelmanie, Davidzie Ben Gurionie, Beniaminie Netanjahu, Irenie Sendlerowej, Donaldzie Tusku, Aleksandrze Kwaśniewskim, Leszku Millerze, czy Lechu Wałęsie. Możemy poznać trudną historię życia Księdza Romualda Jakuba Wekslera-Waszkinela, który już kapłan Kościoła katolickiego, dowiedział się, że jest Żydem.  Książka to migawki z historii... Szewach, jako jeden z ostatnich, rozmawiał z Icchakiem Rabinem, a w "Ludziach i miejscach" odkrywa kulisy wydarzeń z 4 listopada 1995 roku.


Książka to również swoista mapa miejsc, które wspomina Szewach. To opowieść o Atenach, Barcelonie, Bejrucie, Berlinie, Częstochowie, Gdańsku, Hiroszimie, Jerozolimie, Kostaryce, Krakowie, Londynie, Moskwie, Oslo, Rzymie, Strasbourgu, Warszawie, czy Waszyngtonie.


Szewach przedstawia też najsłynniejszych polskich Żydów i ukazuje ich światowe dziedzictwo.  O jednych wiemy, o innych świat zapomniał... Szewach odnajduje wszystkie cegiełki, które dokładali do gmachu kultury, nauki, czy polityki. Bez nich świat byłby uboższy.






Moja babcia mawiała, żebym zawsze pamiętała skąd pochodzę i kim jestem. Gromadziła zdjęcia i wspominała ludzi, którzy zapisali się w jej pamięci. Gdy byłam mała, godzinami słuchałam jej opowieści... Ja robię dokładnie to samo... Wiem, że miejsca, gdzie się urodziłam, dorastałam i gdzie los mnie kierował, miały i nadal mają wpływ na to, kim jestem. Każdy człowiek, którego spotkałam i spotykam, była dla mnie wyzwaniem, a spotkania kształtowały moją osobowość, czy charakter... Czasem to był konkretny człowiek, czasem jego sposób patrzenia na świat, czasem jego filozofia i pasja. Każdy z nas ma swoje miejsca i swoich ludzi, o których chciałby opowiedzieć innym. Dlatego książka Szewacha Weissa jest tak ważna, to świadectwo życia jednych z tych osób, których należy słuchać. Polecam ją wszystkim, którzy szukają odpowiedzi na pytania o przeszłość i przyszłość. To niezapomniana lektura, trzeba tylko zaufać i dać się poprowadzić za rękę Autorowi. Nie zawiedziemy się wtedy i poznamy "Ludzi i miejsca" Szewacha Weissa.


Anna M.



NOTKA O KSIĄŻCE

Autor: Szewach Weiss
Tytuł: "Ludzie i miejsca"

wydawnictwo: Wydawnictwo M
data wydania:  2013
ilość stron: 232

moja ocena:  6 / 6



Serdecznie dziękuję Wydawnictwu M za możliwość współpracy.
POLECAM książkę i zapraszam na strony Wydawnictwa :)






Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził, miej odwagę zabrać głos w dyskusji.
 Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)



10 października 2018

"Amy Foster" Joseph Conrad






Lubię Amy Foster i już się to chyba nie zmieni... Pierwszy raz czytałam jej historię jeszcze w liceum i od tej chwili Amy zawsze żyje gdzieś w mojej pamięci. Dlaczego? Bo jej tragiczny los odcisnął na mnie swoje piętno i już nie chcę inaczej patrzeć na świat. Tajemnicze i wietrzne wybrzeża Kornalii, mała wioska i uboga dziewczyna skazana na wykluczenie ze społeczeństwa. Amy od zawsze była inna, ludzie powtarzali, że jest głupia, pospolita i nic dobrego nie może jej spotkać. Jej przyszłość to ciężka praca na służbie za kawałek chleba. Amy nigdy się nie skarżyła, była posłuszna, niewiele mówiła, z nikim się nie przyjaźniła. Była sama w obcym dla siebie, choć rodzinnym, miejscu. Nierozumiana przez ludzi, stworzyła sobie swój własny świat: dobry, ciepły, pełen miłości i zrozumienia. Tylko ona sama, nikt więcej, na zawsze pogrążona w myślach i pragnieniach snuła się brzegiem morza.... Rodzina, mieszkańcy osady, a nawet czytelnik zaplanowali już jej życie, nie dali jej nadziei na szczęście, nie pozwolili marzyć. Amy była zbyt pospolita, by mieć prawo do własnych myśli i uczuć. 





filmowa Amy

"Amy miała trochę wyobraźni. Miała jej nawet więcej, niż trzeba, aby zrozumieć cierpienie i kierować się litością. Zakochała się wśród warunków, które nie zostawiają pod tym względem żadnych wątpliwości: bo trzeba wyobraźni, aby w ogóle sobie stworzyć poczucie piękna, a tym bardziej, aby odkryć swój ideał w niezwyklej postaci".






Może i dziewczyna pogodziłaby się ze swoim losem, gdyby nie pewnie sztormowy dzień. Morze wyrzuciło wtedy na brzeg tajemniczego człowieka. Nikt wcześniej nie widział nic podobnego, człowiek ów nie mówił w żadnym znanym języku, był dziki i groźny. Ludzie bali się go niczym samego diabła. Z czasem uznali go za obłąkanego i żebraka. Zamknięty w chlewie dla świń, stal się parobkiem. Tylko jedna osoba okazała mu zrozumienie i dała mu kawałek chleba. Była to Amy. Janko, góral z Karpat, nauczył się języka, a nawet wyjaśnił swoje tajemnicze pochodzenie, opowiedział o wielkiej podróży do Ameryki i zatonięciu okrętu. Ale jego opowieść nie dawała mu prawa do bycia człowiekiem w oczach mieszkańców miasteczka. Na zawsze naznaczony, obcy, żebrak i rozbitek, poganin, góral. Świat zdecydował - musi zostać wykluczony!




Janko
"Nie lubił mówić o tych swoich przejściach; miałem wrażenie, że przeżarły mu duszę jakimś ponurym zdumieniem i gniewem. Z pogłosek obiegających okolicę jeszcze wiele dni po jego przybyciu wiemy, że ktoś nachodził rybaków w West Colebrook i straszył ich, stukając mocno w obite deskami ściany chat i wykrzykując przenikliwym głosem dziwne słowa wśród nocy"





Okrutny los sprawił, że tych dwoje się spotkało. Ten sam los najpierw zadrwił z Amy, skazując ją na życie w poniżeniu, potem kolejny raz zażartował sobie z ubogiego górala, rzucając go do obcego i wrogiego świata. A potem pozwolił tym dwojgu zakochać się w sobie, co musiało ściągnąć gniew przeznaczenia...




Oparty na motywach opowiadania Josepha Conrada film urzeka od pierwszych ujęć. Jest równie tajemniczy i pełen niedopowiedzeń, jak sama Amy. Zresztą czasem nie potrzeba wielu słów, by wyrazić tęsknotę za szczęściem. Morze, skały, życie i śmierć, której nie da się łatwo oszukać. Jak już pisałam, lubię Amy Foster. Kocham jej upór, siłę i odwagę. Na przekór wszystkim postanowiła zaufać, uwierzyła, że może pokochać i wyjść ze swojej latami budowanej twierdzy. Czy jednak ta miłość wystarczy, aby przeciwstawić się ludziom? Czy nie zabraknie im sił do walki z uprzedzeniami? Życie jednak bywa okrutne, nawet, gdy kochasz... Czy można odmienić swój los? A jeśli morze upomni się o raz wyrwane mu życie?










Polecam też  audiobook online w języku angielskim (brytyjskim!)


Anna M.






11 sierpnia 2018

"Głaskologia" Miłosz Brzeziński




Modne od lat słowo "motywacja"... W szkole odmieniane przez wszystkie przypadki, te rokujące i te genialne i te, którym już tylko owa motywacja może pomóc przejść z klasy do klasy... Gdy na kolejnym szkoleniu słyszę "może nie umiesz go dostatecznie mocno zmotywować do nauki?" to zwyczajnie poddaje się. A kto mnie kiedykolwiek nauczył motywować innych, albo siebie? Jakoś nie przypominam sobie! Na studiach? Absurd. Znajomi i rodzina? Raczej demotywują. Telewizja? O matko, lepiej nie zagłębiać się. W pracy? Pozostawiam bez komentarza... Zatem jak motywować siebie i innych? 







I tu przychodzi z pomocą książka "Głaskologia". Kiedyś od bardzo mądrej szkolnej pani psycholog usłyszałam: "wiesz, bo dzieci trzeba chwalić, dostrzegać w nich dobro, które mają, nauczyć się patrzeć na nie tak, aby widzieć to, co mają fajnego". To był mój pierwszy rok pracy i dziś już wiem, że Aldona miała 200% racji. Ale system wciąga w swoją bezduszna machinę, przecież na sprawdzianach podkreślamy błędy, wyłapujemy potknięcia, oceniamy, wpisujemy setki uwag i nagan, a pochwał raczej w dzienniku brak. Jak to zmienić? Jak wrócić do entuzjazmu pierwszych lat pracy?  Mi już trochę o tym przypomnieli sami uczniowie, o czym pisałam we wcześniejszych postach. Dziękowałam im za to milion razy, ale wydaje się, że nie rozumieją, jak wielką zmianę we mnie wywołali... 







Uwielbiam słuchać szkoleń, filmów  z udziałem pana Miłosza Brzezińskiego. Jego poczucie humoru i porównania sprawiają, że czasem śmieję się nawet w publicznych miejscach wywołując powszechne poruszenie. Tak, tak, "Głaskologii" słuchałam na okrągło i wszędzie, chyba ze 3 razy z uśmiechem na twarzy przesłuchałam całą książkę. Jest genialna, trafia do mnie każde słowo w niej zawarte, wszystkie badania, porównania, przykłady i teorie. To jest banalnie proste! Głaskać i tyle! Ale mądrze! I o to tu chodzi... Można przez to zdziałać więcej, niż nam się wydaje, a życie może być lepsze, bardziej satysfakcjonujące. 




Już na początku autor zaskoczył mnie genialnym (jak dla mnie w 100%)  porównaniem naszych zasobów do kubeczka czekolady. Każdy z nas ma pusty kubeczek, zrobić coś dobrego dla kogoś, to dolać mu do kubeczka gorącej czekolady. Jeden mały gest, każde dobre słowo, komplement, uśmiech i chlup - dolewka czekolady. Nawet jeśli pozornie nic z tego nie mam, że jestem miły, to jest jak inwestycja, bo jeśli będę głodna, to mogę podejść do tej osoby i łyżeczką zabrać trochę czekolady z jej kubeczka. Mogę, ale tylko wtedy, gdy dolewałam wcześniej czekolady. Dobro trzeba gromadzić, zbierać, mieć odłożone na później.  Przyznaję, że ta metafora trafiła do mnie i zmieniła moje patrzenie na bycie dobrym, miłym, docenianie i motywowanie innych. A czekoladę kocham, więc możliwość dzielenia się nią, by potem ktoś mi dolał tego gorącego, słodkiego i pachnącego złota, kiedy będę zmęczona, zziębnięta i smutna, jest ofertą nie do odrzucenia!



Ale czekoladowa metafora to nie jedyny atut książki. Urzekły mnie przedstawione i omówione w niej liczne badania naukowe potwierdzające moc motywacji, komplementów i bycia zwyczajnie  wobec innych i siebie. Rozdział o prawieniu komplementów jest bezcenny, a ten o ich przyjmowaniu i returnowaniu rzuca nowe światło na naszą czasem fałszywą skromność, bo tak nas niestety kiedyś nauczyli...


Dużo dobrych myśli, ale i praktycznych rad. Ćwiczenie z codziennym pisaniem trzech dobrych rzeczy, które zrobiłam danego dnia, wykonywałam już dawno (nawet polecałam innym ten sposób na uwierzenie we własne siły). Zupełnie jednak nie zdawałam sobie sprawy, że można iść o wiele dalej i pisać również, dzięki jakim moim cechom te rzeczy zrobiłam, jak to zrobiłam, co mi to dało? GENIALNE


Do dzieła, pora na głaskanie siebie i innych :)








Anna M.






15 lipca 2018

"Mózg nastolatka. Jak przetrwać dorastanie własnych dzieci" Frances E. Jensen, Amy Ellis Nutt








Tytuł mówi sam za siebie. I choć nie mam własnych dzieci, to w pracy jestem przecież wychowawcą gromadki 13-nastolatków. Juz jakiś czas temu zauważyłam, że moje "dzieciaczki" (a jestem z nimi od maluszków), dawno już wyrosły z przysłowiowych pieluch. Ostatnie półrocze poruszałam się po omacku szukając potrzebnej mi wiedzy. Mogłabym tupać nogami, tęsknić do czasów, kiedy uczyłam moje dzieci wiązać buty, ale postanowiłam, jako odpowiedzialny dorosły, zmierzyć się z mrożącym krew w żyłach tematem "zbuntowany nastolatek". 



Pierwsze zderzenie z tym "innym światem" miałam już za sobą - przecież od pół roku uczyłam 3 klasę gimnazjum. Już wcześniej pisałam, że był to dla mnie niesamowity czas, bo moi gimnazjaliści nauczyli mnie o pracy z młodzieżą więcej, niż studia, podyplomówki i kursy razem wzięte. Z drugiej strony głosy niektórych nauczycieli, że ich nie da się zrozumieć, sprawiły, że przeszła mi przez głowę niepokojąca myśl - a może jednak da się to jakoś wyjaśnić na tyle, aby nie stać po dwóch stronach barykady?  Zaczęłam szukać w necie książek i wykładów na ten temat i ... okazało się, że jest ich mnóstwo. Na pierwszy ogień poszły książki o neurologii i biologii. Pomyślałam, że zanim zacznę zgłębiać triki wychowawcze, może lepiej byłoby zrozumieć, co się tak naprawdę zaczyna dziać z moimi uczniami? Dlaczego nagle przestaję ich poznawać i rozumieć?


"Jak to się dzieje, gdy kończą czternaście, piętnaście czy szesnaście lat? Jak to jest, że słodkie, grzeczne, szczęśliwe i dobrze sprawujące się dziecko, które znamy od ponad dziesięciu lat, staje się nagle kimś, kogo w ogóle nie poznajemy?" (s. 26)


No właśnie!!!!! A to wszystko jeszcze przede mną? Przecież czeka mnie po wakacjach klasa 7 i 8!!! 



Nie będę streszczała książki, bo nawet nie wiedziałabym jak to zrobić, żeby nie pominąć jakiejś ważnej kwestii. Mój egzemplarz jest cały popisany, z kolorowymi znacznikami, komentarzami na marginesie. Powiem tak - czytałam z zapartym tchem i co kilka stron otwierałam buzie ze zdziwienia lub wykrzykiwałam "o kurcze, dokładnie jak moje dzieci" lub "to dlatego tak zrobił/zrobiła". Niestety też muszę przyznać, że z powodu mojej ignorancji i nieznajomości tego, co zachodzi w głowach moich dzieci na poziomie neurologii, wiele razy źle je oceniałam, za dużo wymagałam i zwracałam uwagę na rzeczy, które były od nich zupełnie niezależne. We wrześniu będę musiała je za to przeprosić... 


"Nastolatki mogą wyglądać jak dorośli, nawet myśleć jak dorośli w różnych sytuacjach, a ich zdolność do uczenia się jest niesamowita, ale zwykle ważne jest, by wiedzieć, do czego nie są zdolne - jakie są ich ograniczenia emocjonalne, poznawcze i behawioralne (s.75)



Autorka jest neurobiologiem i przedstawia biologiczne podstawy tych zachowań nastolatków, które my, dorośli, niestety często błędnie przypisujemy tzw. złemu wychowaniu, hormonom, czy okresowi buntu. W większości przypadków to kwestia etapów rozwoju mózgu, kształtowaniu emocji, a nawet właściwym godzinom snu, czy eliminacji stresu. Ta wiedza z pewnością pomoże mi w nowym roku szkolnym... Ostatnie tygodnie starego roku wykorzystałam na obserwację moich dzieciaków, próbę nauki nowej komunikacji z nimi dostosowanej do nich, a nie do tego, co przywykłam oczekiwać od nich, gdy byli małymi dziećmi lub na co mogę liczyć już u  dorosłych. I wiecie co? TO DZIAŁA!!!! Zrozumiałam ważną rzecz - nie mogę oczekiwać od moich nastolatków tego samego myślenia, reakcji czy emocji, co od dzieci lub od dorosłych!!! To dwa inne światy!!!! 



Ale to nie koniec. Autorki podejmują i spokojnie wyjaśniają wiele tak denerwujących dorosłych spraw: sposób uczenia się nastolatków, ich impulsywność, brak koncentracji, późne zasypianie i jeszcze późniejsze wstawanie, zachowania ryzykowne, podatność na stres, nowe technologie, pierwsze miłości i zaznaczanie indywidualności w ubiorze, czy wreszcie zbyt głośne słuchanie muzyki...



Każdy opisany przez nie przykład wstrząsnął mną, bo mogłabym w mgnieniu oka podać imię dziecka, u którego się z tym spotkałam i które w ten własnie sposób wyprowadziło mnie kiedyś z równowagi. Ale wiedząc już, dlaczego tak się dzieje i co jeszcze ważniejsze, jak powinnam jako dorosła zareagować,  świat szkolny stał się o wiele prostszy. Nagle przestałam się tak denerwować, ciągle poprawiać uczniów pod moje oczekiwania, a pewne rzeczy, za radą autorek, uznałam na "normalne" i naturalne...  I co dla mnie chyba najistotniejsze - moje dzieciaki w ostatnim tygodniu stwierdziły, że "nareszcie przestałam się czepiać i można ze mną normalnie pogadać"... Dla mnie to ogromne wyróżnienie i tylko nie mogę sobie darować, ze tak późno zaczęłam szukać wiedzy, którą powinnam przecież otrzymać już na studiach?



"Wasze nastolatki to nie przybysze z obcej planety, lecz osoby znajdujące się w bardzo ważnym momencie rozwoju, w którym wszystko jest nie do końca zsynchronizowane" (s.309)



To oznacza, że muszę się jeszcze sporo o moich podopiecznych nauczyć. Na szczęście są wakacje, czytam mnóstwo książek, chodzę na wykłady i kursy na wydziale psychologii, a przede wszystkim - rozmawiam z młodzieżą, uczę się słuchać, dzielnie przyjmuję ich wskazówki, czasem krytykę i pracuję nad zrozumieniem tego, co właśnie przeżywają...  Dzięki, że w porę zrozumiałam, że wina za nasze "konflikty" leży głównie po mojej stronie, bo tak naprawdę nie rozumiałam, co się z nimi dzieje i jak widzą świat... Teraz mogę spróbować się nauczyć, kim są moi uczniowie... tak na prawdę, a nie kim chciałabym je widzieć...



"Nastolatki uważają, że są dorosłe, i im bardziej je tak traktujemy, tym większa szansa na to, że będą się tak zachowywać". (s.93)



Anna M.


Teraz czytam książki dr Marka Kaczmarczyka "Unikat" i "W szkole neuronów"






13 lipca 2018

"Oswoić narkomana" Robert Rutkowski








"Jest takie powiedzenie: „Uratować jednego człowieka – to uratować całą ludzkość”. Nie mam poczucia misji, żeby ratować całą ludzkość, jednak jeśli choć jeden człowiek zmieni się dzięki mojej historii, to warto książkę napisać. Mnie też kiedyś pomogła czyjaś historia, dzięki której zrozumiałem i poczułem, że zmiana jest możliwa. A byłem naprawdę mocno poturbowany przez życie".








Książka Roberta Rutkowskiego to szczera spowiedź byłego narkomana, a teraz wziętego terapeuty, specjalisty od uzależnień. Przyznam, że przeczytałam ją jednym tchem. Autor opowiada swoją historię bardzo szczerze, momentami nawet powiedziałabym - brutalnie, nic nie ukrywa, nie tłumaczy się, nie upiększa... I chyba to przemówiło do mnie najbardziej. 


"Głód fizyczny trwa pięć do siedmiu dni, a głód psychiczny – wiele miesięcy, a nawet lat".


Uzależnienia są różne, ale chyba w każdym wypadku mechanizm jest podobny. No i pewnie podobnie się z tego wychodzi. 


"Trzeba podejść do tego z pełną pokorą, dystansem do samego siebie. Wtedy nie wolno sobie ufać. Wtedy przychodzi czas na <<naukę chodzenia>>."


Sama nie wiem, co o tej książce napisać. Mną wstrząsnęła, trochę mnie załamała, ale i dała nadzieję, że nigdy nie jest tak, że wszystko jest stracone. Przeczytałam ją już jakiś czas temu, ale długo nie mogłam się zabrać za napisanie czegoś na bloga. Nadal nie mogę poskładać myśli. Przez ostatnie tygodnie słuchałam nagrań i wywiadów z panem Robertem i zdecydowanie - podziwiam. Chciałaby kiedyś umieć tak rozmawiać z ludźmi, mieć tyle empatii, wyczucia sytuacji i delikatności, a jednocześnie potrafić prosto w twarz powiedzieć nawet najboleśniejsza prawdę. 



Nawet teraz nie potrafię napisać, co konkretnie mną wstrząsnęło, ale ten stan trwa. Może potrzebuję czasu, żeby przetrawić całą historię. Jak pogodzić się z faktem, że uzależnienie nigdy nie mija? Każda najdrobniejsza sytuacja może spowodować powrót do nałogu... Chyba to mnie najbardziej załamało, bo nigdy nie można powiedzieć, że się już wygrało walkę. Każdego dnia trzeba być uważnym, niezwyciężonym i upartym.  


"Wyzwalaczem wewnętrznym mogą być też stany emocjonalne. (...) HALT (czyli stop). Składa  się ono z czterech słów angielskich: hungry– głodny, angry – zły, lonely – samotny, tired-zmęczony. Każdy z tych stanów emocjonalnych jest absolutnym wyzwalaczem. Każdy z nich może uruchomić pragnienie sięgnięcia po narkotyk. A najgorzej, gdy pojawiają się razem. Trzeba cały czas się pilnować –przez okres kilku, a niektórzy nawet kilkunastu lat – żeby unikać ich skumulowania".


Jest jednak nadzieja, pan Robert od wielu lat jest czysty i co więcej -  pomaga innym wyjść z nałogu, udziela wywiadów, daje wskazówki. Dla mnie jest przykładem, że własne doświadczenia są też po to, aby pomagać innym...




Anna M.








22 czerwca 2018

"Roger Federer. Geniusz przy pracy" Mark Hodkinson



Uwielbiam oglądać grę Federera, choć uczciwie przyznaję, nie jest moim nr 1. Sorry Roger, ale wiele lat temu moje serce skradł Rafa... No, ale dziś kilka słów o Maestro...





Nie będę pisała o jego rekordach, bo chyba nie ma takiej kategorii, w której by nie prowadził. Nie chcę się też zatrzymywać na jego geniuszu w grze, bo najlepsi już analizowali jego technikę, serwis, nawet trzymanie rakiety czy ilość kroków. Znane są memy porównujące go do baletnicy, sam nazywany jest wirtuozem, Maestro. Kiedy wchodzi na kort, trybuny są jego. Robi z publicznością, co tylko mu się podoba... Nawet rywale zaakceptowali, że tłum będzie wspierał tylko jego.

Nie chcę też przekonywać Was, że talent to nie wszystko. Federer jest ponadprzeciętnie utalentowany, ale nic by z tego nie było gdyby nie fakt, że wkłada w to, co robi ogromną pracę. Całe życie podporządkował tenisowi. O tym wszystkim można zresztą przeczytać w książce.





Ja chcę opowiedzieć o tym, dlaczego tak lubię oglądać go na korcie... 

Uczę się od niego wielu rzeczy...


PRZYJAŻŃ...

Każdy, kto choć trochę interesuje się tenisem wie, że Roger Federer i Rafael Nadal to najlepsi kumple ever...  Wspierają się, prywatnie bardzo przyjaźnią i wzajemnie sobie pomagają... Każdy też wie, że ich mecze to ogromne widowisko. Na przestrzeni lat, co jakiś czas, zamieniają się miejscami w rankingu ATP, ich spotkania przechodzą do historii, a świat dzieli się na fanów Rafy i fanów Maestro. Wymarzone spotkanie w finale to właśnie Rafa - Federer, wtedy wiadomo - będzie się działo. I to mnie fascynuje. Przyjaźń nie ogranicza, nie każe rezygnować z własnych marzeń. Przyjacielem jest się zawsze, nawet gdy wychodzisz na kort i starasz się z całych sił pokonać rywala. Może też dlatego ich spotkania są tak fascynujące, bo znają swoje mocne i słabe strony, na korcie mają do siebie ogromny szacunek, ale też nie wahają się wykorzystać słabości przeciwnika... 



PRACA NAD SOBĄ...

Roger jest geniuszem, czas jego królowania na korcie powszechnie nazywany jest "Erą Federera"... Ale wiedzieliście, że jako junior nie rokował dobrze... Był porywczy, potrafił podczas spotkania złamać kilka rakiet, wściekać się na przeciwnika, a po przegranym meczu rozpłakać? Komentatorzy twierdzili, że ma słabą psychikę i nie da rady z presją podczas wielkoszlemowych turniejów. Ale Federer postanowił zmienić się, poznać swoje mocne i słabe strony i z roku na rok pokazał światu, że przy ciężkiej pracy można wszystko. Udowodnił, że da radę!!!! Andy Roddick powiedział kiedyś: "On uwierzył, że może chodzić po wodzie i wcale nie jest daleki od prawdy" Dziś Federer jest oazą spokoju, opanowania, precyzji, geniuszu i ogromnej kultury na kortach całego świata...  



NIGDY SIĘ NIE PODDAWAJ!

Rafa i Federer przez wiele lat rządzili na kortach. Nikt nawet nie śmiał się zbliżać do nich, a wylosowanie któregokolwiek z nich jako przeciwnika oznaczało dla nieszczęśliwca pożegnanie się z turniejem. Ale ta era miała się skończyć. Kłopoty ze zdrowiem obu otworzyły pole do rozwoju innych zawodników np. Djokovica, czy ostatnio tzw "nowego pokolenia" reprezentowanego przez Dimitrowa, Thiema czy mojego nr 3 Saschy Zvereva. I znów zwiastowano koniec ery Federer-Nadal. Zresztą obaj panowie są już grubo po 30-stce, co na realia tenisowe oznacza, że powinni już dawno korzystać z życia na emeryturze... Ale po kilku sezonach ciszy i dalekiego miejsca w rankingu, nagle świat mógł zobaczyć odrodzenie i Nadala i Federera... To wydawało się niemożliwe... a jednak! Obaj wrócili na tron, są silniejsi, mądrzejsi, grają dojrzalej, przystosowali się do nowych warunków, wieku i młodości rywali... Znów są niepowstrzymani... 





Za tydzień zaczyna się Wimbledon, najbardziej prestiżowy turniej tenisowy Wielkiego Szlema... I znów wszystkim marzy się kolejny finał Federer-Nadal... 


Anna M.
                                   




7 czerwca 2018

O tym, jak uratowali mnie pewni gimnazjaliści ....




K.S. zawsze pyta mnie, kiedy będzie nowy post. Ostatnio nawet policzył, że od miesiąca nie pisałam! No to dziś coś napiszę :) choć jak zwykle leży sterta sprawdzianów (dzięki Bogu już ostatnich w tym roku szkolnym), ale co tam :) Dodatkowo piekę chleby na szkolny festyn, a wieczorem, wiadomo - dworzec... 



Zatem dziś krótki wpis z cyklu "niecodziennik nauczycielki, czyli kobieta z klasą"...




Koniec roku szkolnego, to czas podsumowań. Miejmy to zatem  z głowy:


  • w tym roku pierwszy raz w życiu chciałam ocenić sprawdzian, którego nie zrobiłam... Byłam święcie przekonana, że dzieci, go napisały i serio, nawet wzięłam do domu teczkę, do której rzekomo go włożyłam... 
  • codziennie po kilka razy chodziłam między budynkami A i B
  • wyprałam pen-drive ze wszystkimi danymi,
  • pierwszy raz wyrobiłam się z materiałem z matmy!
  • prawie zasnęłam na teście, a moje dzieciaki zanuciły mi kołysankę...

I na deser zostawiłam moją największą radość - niespodziewanie dla mnie wróciłam do nauczania religii. I chyba to mnie uratowało, a najbardziej dzieciaki... o przepraszam - młodzież! Dostałam  jedną klasę na kilkumiesięczne zastępstwo... Poszłam do nich, bo bardzo się cieszyłam, że jest to klasa gimnazjalna, ale że religia? Przecież ja już tyle lat nie uczyłam tego przedmiotu! Czy jeszcze pamiętałam, jak to się robi? Uwielbiałam uczyć, być z dzieciakami, rozmawiać z nimi i je poznawać, ale religia w gimnazjum? Toż to mission impossible. No, ale że uwielbiam młodzież, to chciałam włożyć w to całą siebie, może inaczej - zwyczajnie być sobą!!!! Nie do końca można być sobą wśród dorosłych, ale klasa - to już jest inna bajka! Tam zawsze czuję się dokładnie na swoim miejscu. No i kocham Biblię, więc nie mogło być źle... 


I co się wydarzyło pamiętnego 29 stycznia? Kupili mnie od pierwszej chwili!!!! Czym? Swoją autentycznością, otwartością, szczerością, buntem, sposobem bycia, pomysłami, opiniami, humorem... Ok przyznaję, że przez kilka lekcji musiałam odnaleźć w sobie ten kawałek mojej duszy, który przez lata przykryła biurokracja, tzw. dorosłość i świat. Hmm, weszli do klasy i zsunęli wszystkie ostatnie ławki... No dobra, mówię do siebie "Matysiak, no to będzie ciekawie"...   Ale potem, na nowo nauczyłam się być zwyczajnie sobą, ufać temu, co czuję, znów odnalazłam to coś, co zawsze tak kochałam - pasję! I pamiętam "ten" dzień (dużo, dużo później), kiedy zadzwonił dzwonek na przerwę, a oni nie wyszli z sali, ale siedzieli i czekali na dalszy ciąg lekcji... Wtedy też pierwszy raz spóźniłam się na kolejną matematykę... ale ciiiii... Uwielbiam z nimi rozmawiać, słuchać tego, co mają do powiedzenia... Są cudni, choć niestety słuchają okropnej muzyki... :) Sorry...


Czego żałuję? Chyba tego, że trafiłam do nich tak późno, za chwilę kończą szkolę i idą w świat. Ale przez lata nauczyłam się, że każdy koniec jest nowym początkiem, coś się zamyka, żeby coś się mogło otworzyć. Wiem, że idą zmiany, czuję to... Dużo mi pokazali o mnie samej, a jeszcze więcej dali z siebie tego, co dobre. I nagle wszystko, co w życiu robiłam, wszystko, co się kiedyś wydarzyło, zaczęło układać się jak puzzle... To ma sens... Teraz dopiero go widzę... 


Dziękuję, że mogę im towarzyszyć..., że pozwolili mi choć trochę poznać ich świat, że po prostu są sobą!

Anna M.

No i K.S. wiem, że się śmiejesz, że wróciłam do religii i że sprawia mi to tak wielką frajdę... Już słyszę "a nie mówiłem!"








11 maja 2018

"Ty i teraz" Lidia Jasińska



Piątkowe popołudnie, pierwszy raz od bardzo dawna zdecydowałam, że teczkę ze sprawdzianami i testami dzieci zostawiam w szkole i zaczynam... czas tylko dla mnie. A że ostatnio zwichnęłam kostkę, to tym bardziej potrzebuję spokoju... No i zbliża się szaleństwo końca roku szkolnego, produkowania miliona niepotrzebnych dokumentów, spotkań i rad, popraw ocen i walki o pozostanie żywym.. 

"Swoje piekło to jednak też coś własnego"



Dziś polecam niezwykłą książkę Lidii Jasińskiej "TY i TERAZ". Pięknie wydana i niezwykle wciągająca. Oczywiście można by powiedzieć, że to "tylko" zbiór aforyzmów, ale dla mnie to "aż" zbiór aforyzmów. Można książkę przeczytać w godzinę, ale nie polecam. Ja nadal się nią zachwycam, czytam powoli, na serio i uczciwie względem siebie, bo każdy wpis wymusza zatrzymanie się, zastanowienie nad sobą, własnym życiem i ważnymi dla mnie wartościami. 

"Pozwólmy nocom o szarych dniach zapomnieć"

Mam bardzo trudny czas w życiu i staram się na nowo poukładać sobie mój świat. Zainwestowałam w zmianę sposobu odżywiania, walczę też o to, by wcześniej chodzić spać. I co dziwne - udaje mi się!!! Narazie tylko przegrywam na frocie walki ze stresem, ale to godny przeciwnik i nie doceniałam go przez tyle lat.  Jak to na wojnie, są ranni i zabici. Poległy niektóre marzenia,  niekiedy organizm odmawia posłuszeństwa, a myśli stają się ciężki i ciemne.  I o ile już powoli wyprowadziłam moje zdrowie na prostą, o tyle trzeba jeszcze się zająć duchem. I książka Lidii Jasieńskiej jest strzałem w dziesiątkę. Ostatnio nie mam czasu i chyba też ochoty czytać długich poradników (wyjątek: Beata Pawlikowska i Szymon Hołownia oczywiście:).  Książkę  "Ty i teraz" otwieram codziennie rano i czytam tylko jedną myśl, i to daje mi materiał do przemyśleń na cały dzień, a myśli sobie płyną spokojnie między codziennymi czynnościami i obowiązkami. Jest spokojniej, radośniej i chyba zaczynam odrywać się od spraw plastikowego, krzykliwego świata. Już nie muszę ze wszystkim zdążyć, dawno też zeszłam z linii startu w wyścigu o bycie lepszym, ładniejszym, mądrzejszym. Bo niby z kim się ścigam? Sama sobie wyznaczam porzeczkę,  bo też sama siebie znam najlepiej. Tego wbrew pozorom nauczyły mnie moje dzieci. W ogólnym rozliczeniu same oceny 2 są kiepskie. Ale chwilę, stop! Dlaczego mamy porównywać dzieci i ich oceny, średnie? Przez dla kogoś, kto kompletnie nie rozumie matematyki i miał zagrożenie zostaniem w tej samej klasie, otrzymanie wreszcie "dwójki" po wielu godzinach nauki, chodzenia na zajęcia wyrównawcze jest jak wejście na Mount Everest. Ale dla świata to za mało - to tylko marne 2... Nie dla mnie!!!!  Skoro mam tyle cierpliwości i wiary w moje dzieci, to dlaczego dla siebie jestem taka surowa? I tu zaczęła się moja droga i zmiana. 

"Życie to robi z ludźmi, co ludzie robią z życiem"


A ja chcę na przekór wszystkiemu, aby życie było spokojne, pełne miłości, radości i nadziei. Każdego dnia chcę się budzić ciekawa świata. Przecież mogę zrobić, co tylko zechcę! Stereotypy, ludzkie gadanie i ocenianie to tylko powierzchowny sposób bycia. Ja chcę żyć głębiej, poznać siebie, poczuć to, co naprawdę czuję, a nie co czuć powinnam. 


Kochani polecam książkę z całego serducha... zmusza do przemyśleń, daje nadzieję, budzi z marazmu. I w moim wypadku prowokuje do zadawania sobie ważnych pytań.



"Żal straconych odpowiedzi na pytania, których nie śmiano zadać"



Anna M.
P.S. Nie chcę niczego żałować :)



Książka przeczytana w ramach współpracy 
i dzięki uprzejmości wydawnictwa     

 Serdecznie dziękuję za możliwość przeczytania i zrecenzowania. 



Recent Posts