13 maja 2017

„Minimalizm po polsku” Anna Mularczyk-Meyer






"Czas nie jest z gumy. Jeśli się chce mieć go więcej, trzeba lepiej nim gospodarować, a co za tym idzie - nauczyć się mówić <<nie>>"













Otworzyłam "Minimalizm po polsku" na dosyć przypadkowej stronie, chcąc przejrzeć najpierw jej zawartość, zanim się zagłębię w treść. I uderzyło mnie jak grom z jasnego nieba! To jest to! Uporałam się już ze sprzątaniem otoczenia - pozbyłam się wszystkiego, czego nie używam, co było zbędne i zaśmiecało mój świat. Ale to jeszcze nie dawało mi spokoju i wolności. Zaczęłam czytać książkę Anny Mularczy-Meyer i to jedno zdanie sprawiło, że poczułam jak odchodzi cały mój niepokój. Minimalizm i slow life to przede wszystkim oczyszczenie sfery duchowej i emocjonalnej, i autorka niesamowicie mi w tym pomogła. Rzeczy to tylko rzeczy - łatwo je wyrzucić, oddać, obyć się bez większości z nich. Ale uczucia? Emocje? Relacje? Okazuje się, że można żyć w minimalistycznym otoczeniu, ale ilość zajęć, bałagan w kalendarzu, nadmiar obowiązków, pogoń za złudnym sukcesem sprawiają, że nadal będziemy przytłoczeni światem. Jedynym rozwiązaniem wydaje się być wprowadzanie ograniczeń również w tej dziedzinie. Jest to o wiele trudniejsze, bo często niezauważalnie brniemy w toksyczne relacje, miotamy się między równymi aktywnościami, za dużo kupujemy, a w konsekwencji musimy na to więcej pracować. W dalszej kolejności zadłużamy się, aby zaimponować sobie i innym lub zrekompensować sobie zły dzień. Potem już tylko jak po równi pochyłej staczamy się w coraz większy chaos. Zaśmiecamy nasze umysły podobnie jak nasze domy. 


"Nie chcę ślizgać się po powierzchni, ograniczać do zdawkowych znajomości czy bezrefleksyjnego pochłaniania dóbr kultury. Wolę obejrzeć dwa razy ten sam spektakl - i go zrozumieć - niż być na bieżąco ze wszystkimi premierami. Mieć kilku sprawdzonych i życzliwych przyjaciół zamiast zastępów wirtualnych znajomych, na których nie będę mogła liczyć w trudnych chwilach"



Anna Mularczyk-Meyer zaleca zrobienie porządku w swoim wnętrzu, a w swojej książce również opowiada, jak sama przeorganizowała swój czas, jak zajęła się finansami, uwolniła od przymusu konsumpcjonizmu, a co za tym idzie, przestała pracować ponad normę, bo i przestała żyć ponad stan. Dotychczasowa pensja zaczęła jej wystarczać na skromniejsze, ale bardziej spokojne i szczęśliwe życie, mogła więc zrezygnować z udzielania korepetycji i w to miejsce zacząć spełniać swoje marzenia. Przestała ciągle oglądać się za siebie, gonić wczorajszy dzień i zarywać noce na nadganianie zaległych projektów. Oj jak bardzo mnie to zaciekawiło! Przecież to cała ja! Jakbym czytała o własnych problemach. Co więcej - też chcę uwolnić się od tego, co sprawia, że każdego ranka budzę się już zmęczona nadchodzącym dniem...! Przestać przejmować się opiniami innych, przestać żyć życiem, jakiego oni oczekują, a nie takim, którego ja pragnę. Przestać brać na siebie dodatkowe obowiązki, bo inni nauczyli się, że można na mnie zrzucić wszystko, a ja i tak nie odmówię i ogarnę.


"Zewnętrznym obserwatorom może się wydawać, że minimalizm skupia się wyłącznie na rzeczach. Jeśli jednak stosuje się go konsekwentnie, wykracza daleko poza sferę materialną i służy osiągnięciu spokoju ducha i jasności umysłu. Pozwala uświadomić sobie własną siłę, samodzielnie kształtować swoje otoczenie, nauczyć się żyć chwilą i w pełni doświadczać tu i teraz, bez oglądania się na przeszłość i ciągłego wybiegania myślami w przyszłość. Krótko mówiąc, minimalizm pozwala uprościć życie. Niektórym trudno w to uwierzyć, ponieważ są przekonani, że życie nie może być proste". 



Świat przyspiesza, a ja już nie chce biec, by za wszelką cenę dotrzymywać mu kroku. Jestem zmęczona ciągłym wyścigiem szczurów, narzuconymi przez innych wartościami, ciągłą potrzebą porównywania się i nieustanną rywalizacją na każdym polu...



"Zamiast pielęgnować w sobie poczucie niezadowolenia z tego, kim jesteśmy i w jakim okropnym kraju żyjemy, spróbujmy zacząć dostrzegać dobre strony. (...) Żeby jednak się cieszyć pięknem przyrody i czerpać radość z uroków jesieni czy zimy, trzeba najpierw je zauważać. Czyli zacząć być obecnym. gdy nie pamiętamy niedawno przeczytanych książek i obejrzanych filmów, gdy nie jesteśmy w stanie przypomnieć sobie szczegółów emocjonującej rozmowy i wydaje nam się, że Wigilię  i Wielkanoc dzielą zaledwie dwa tygodnie, to wyraźny znak,że żyjemy na autopilocie. Jeśli go nie wyłączymy, będziemy nadal jechać na piątym biegu, nie wiedząc nawet dobrze, w jakim kierunku zdążamy". 








Wyłączam zatem mojego autopilota i zaczynam żyć :)




"Jeżeli życie jest podróżą, nie chcę, żeby było wycieczką objazdową o napiętym programie. Chcę na każdym etapie mieć czas nacieszyć się widokami. Poznać dobrze swoich współtowarzyszy i dowiedzieć się czegoś o ludziach spotykanych po drodze. Zobaczyć coś więcej, niż oferuje standardowy pakiet atrakcji. Zawędrować na bezdroża i w rzadko odwiedzane zaułki. Iść w swoim tempie, niepoganiana przez żwawych animatorów". 





Anna M.





7 maja 2017

"Magia sprzątania" Marie Kondo



Żyję w małym, wynajętym mieszkanku na 12 piętrze. Nie mam nawet balkonu, choć okno balkonowe z barierką istnieje. Swoją drogą wiedziecie jak takie okno nazywa się w nomenklaturze biur wynajmu nieruchomości? To "balkon papieski"! Niewiarygodne, jak dobry marketing może zmienić ponurą  rzeczywistość na coś "ekskluzywnego". Doprawdy - szczęściara ze mnie - mam nie jakiś tam zwykły balkon, gdzie mogłabym posiedzieć latem, ale mam "balkon papieski"... Ale nie narzekajmy, jeszcze dwa lata temu wynajmowałam tylko mały pokoik, a teraz? Całe mieszkanie, i to z balkonem papieskim! 


Jednak po początkowym entuzjazmie samodzielnego mieszkania na "dużej" przestrzeni, zaczęłam się w nim dusić, ilość rupieci zwyczajnie mnie przytłaczała, nic nie mogłam znaleźć i zaczęłam się źle czuć... "duchowo". Po co ja mam tyle niepotrzebnych rzeczy, kiedy stałam się zbieraczem, inni nie mają tego wszystkiego, chce pomagać biednym, a sama co?  Ubrania leżą wszędzie, mam kilka zbędnych telefonów komórkowych, całą szafę starych plecaków i jeszcze więcej zakurzonych książek. KONIEC. Czas zmienić coś w moim życiu...  Dodatkowo jakiś czas temu zafascynowałam się nurtem minimalizmu, ale nigdy nie miałam odwagi wprowadzić go na swoje "podwórko". W jedzeniu - ok! "Slow Food" się sprawdziło. Ale prawdziwy minimalizm? Z jednej strony mnie fascynował, a z drugiej przerażał...


 

Książki KonMari spadła mi z nieba. Kupiłam ją, nie ukrywam, z lekkim zażenowaniem. Ja i książka w stylu "perfekcyjna pani domu" - porażka. Oj, jak bardzo się myliłam. Marie Kondo choć całe swoje życie zajmuje się profesjonalnym sprzątanie, więcej uwagi poświęca porządkowaniu swojej duszy, niż mieszkania. Pisze o radości życia w poukładanym i funkcjonalnym otoczeniu, o jasnym umyśle w jasnym domu. Obiecuje wolność od przymusu posiadaniu wielu rzeczy w zamian za kilkanaście godzin uczciwego sprzątania według jej wskazówek. Zaryzykowałam i ... nie zawiodła mnie. Wolność przychodzi już w trakcie pozbywania się niepotrzebnych rzeczy, ubrań, książek, nagromadzonych latami dokumentów. Umysł podąża za tym, co robimy i również układa swoje wspomnienia, myśli, troski i na nowo "odkurza" marzenia.






Zatem - książka KonMarie, sporo wolnego czasu (u mnie cały weekend) miotła, ścierka i dużo worków na śmieci.... 


ZACZYNAMY!  

UBRANIA


rzeczy odwiozłam do jednej z organizacji pomocowych


Zabrzmi to nieprawdopodobne, bo znana jestem  z tego, że ciągle chodzę w jeansach i T-shirtach, ale miałam tyle uzupełnienie już niepasujących na mnie ciuchów, że mogłabym otworzyć Lumpeks :) Moja znana powszechnie przypadłość - efekt jojo - sprawiła, że miałam w szafie rozmiarówkę od 38 do 52! Co więcej - często tą samą bluzkę w kilku rozmiarach! To mój genialny wynalazek - wydawało mi się, że jeśli noszę ten sam ciuch, to nie widać, że tyję, a ja powiększałam rozmiar bluzki czy spódniczki, a nikt nie wiedział o tym. Genialne! Wymaga to tylko opatentowania :) I choć w rozmiar 38 już nigdy się nie wcisnę, to marzyłam o nim latami. Nic z tego, niestety nie pomogło nawet powieszenie swego czasu sukienki na lodówce. W końcu wszystko wylądowało w wielkich workach i  komuś na pewno się przyda, często są to ubrania, które miałam tylko raz na sobie i ... jakoś mi się przytyło (doprawdy nagle!).


"Żeby móc w pełni cieszyć się rzeczami, które są dla ciebie ważne, musisz najpierw pozbyć się tych rzeczy, które spełniły swój cel. Wyrzucanie rzeczy, których nie potrzebujesz, nie jest ani marnotrawstwem, ani powodem do wstydu. Czy możesz z pełną szczerością stwierdzić, że cenisz coś, co leży na dnie twojej szuflady? Gdyby rzeczy miały uczucia, z pewnością nie byłyby z tego powodu uszczęśliwione. Uwolnij je z więzienia, pomóż im opuścić tę bezludną wyspę, na która je skazałaś. Puść je wolno z wdzięcznością. Nie tylko ty, ale i te przedmioty zyskają nowy blask"

Pierwszy raz w życiu mam w szafie tylko to, co na mnie idealnie pasuje... 


KonMari radzi, aby pozostawione rzeczy składać w charakterystyczny sposób i układać w szafie pionowo. Początkowo pomyślałam, że to dziwaczne, ale przyznaję - zajmują one w ten sposób o wiele mniej miejsca :) A widok poskładanych ubrań daje wytchnienie i organizuje naszą przestrzeń. Bezcenne!




KSIĄŻKI


Przez lata nagromadziłam potworne ilości książek. Wielu z nich nawet nie przeczytałam. Co kilka miesięcy tylko przerzucałam je z miejsca na miejsce, dbając tylko, żeby były należycie wyeksponowane. Cóż, wkradł się w moje życie mały snobizm - wiadomo, kto dużo czyta, musi być przecież mądry. Usiadłam zatem przed moimi regałami i zaczęłam rozmawiać z książkami, opowiedziałam im o moim szalonym pomyśle i ku mojemu zdziwieniu same się zgodziły. Chyba one równie miały dosyć leżenia latami na półce, pewnie wolą być przez kogoś czytane. Wstałam i zaczęłam wyjmować te, które miały zmienić właściciela. Na koniec wszystko spakowałam i zaniosłam do kilku regałów miejskich w nadziei, że ktoś się nimi zajmie. Kilka też zostawiłam w tramwaju. I powiem Wam jedno - niesamowicie oczyszczające doświadczenie. Teraz na półkach mam tylko to, do czego chcę wracać, co przez lata mnie kształtowało i nie powala o sobie zapomnieć :)





"Książki to tak naprawdę papier - kartki pokryte drukiem i połączone ze sobą. Mają one służyć jako lektury i źródło informacji dla czytelników. To zawarta w nich informacja jest znacząca, przez samo stanie na półkach nie nabierają one znaczenia. Czytamy książki, żeby doświadczyć czytania. Książki, które przeczytałaś, są już częścią twojego doświadczenia, ich treść żyje w tobie, nawet jeżeli tego nie pamiętasz. (...) Zatrzymaj tylko te książki, których sam widok na półkach cię uszczęśliwia, te, które naprawdę kochasz".






Jeszcze na koniec jedna rada:


"Ukryj porządki przed rodziną. W wyniku maratonu sprzątania powstaje góra śmieci. Na tym etapie niespodziewana wizyta eksperta od recyklingu pod postacią matki może wyrządzić więcej szkód niż trzęsienie ziemi" 



Święte słowa! Mieszkam jakieś 150 km od od domu rodzinnego, ale niestety coś wspomniałam w rozmowie telefonicznej o moim pomyśle. No i wpadłam po same uszy... Mama poradziła mi, żebym nie oddawała książek, ale ... schowała je do szafy, której nie używam - to przecież tak samo, jakby ich nie było...  ;)



DWA DNI PÓŹNIEJ...

Sprzątanie zajęło mi całe dwa dni. Zaczynałam o 6.00, kończyłam przed północą. Przez większość czasu... jeździłam windą.  Efekt przerósł moje oczekiwania. POLECAM...


mały pokój, kiedyś w nim mieszkałam, ale teraz pełni rolę garderoby


Moja droga do minimalizmu została rozpoczęta.... Niestety została mi do wysprzątania jeszcze kuchnia. Marie Kondo radzi, aby najtrudniejsze emocjonalnie rzeczy zostawić na koniec... Dojrzewam do tego...



Anna M.

P.S. Teraz czytam "Minimalizm po polsku" Anny Mularczyk-Meyer. Polecam również kanał na YouTube i blog Oresta Tabaki :)





2 maja 2017

"Życie pasterza. Opowieść z Krainy Jezior" James Rebanks






Opowieść Jamesa Rebanksa jest dla mnie bardzo osobistą historią - trochę moją własną, choć w zupełnie przeciwnym wydaniu. Z tego powodu czytałam książkę bardzo powoli, dokładnie i niemal z namaszczeniem. Odkładałam ją na kilka dni, aby po wielu przemyśleniach wrócić do lektury. Wiem, że zabrzmi to sloganowo, ale z pewnością zmieniła mnie i moje podejście do wielu spraw. Już od pewnego czasu czułam w kościach, że coś się we mnie zmienia. Ja - pierwsza buntowniczka w rodzinie, która zawsze chciała mieszkać w mieście, a nie na jakiejś wsi, potem uczyła się z całych sił, żeby ze wsi wyjechać, a jedyną możliwością utrzymania się na studiach było dodatkowe stypendium naukowe i poświecenie mojej mamy. Świat to było miasto, a miasto było całym moim światem... Do czasu... Historia autora jest zupełnie przeciwna. Rebanks od najmłodszych lat kochał swoją wieś, dom, życie pasterza. Nie skończył szkoły, jak wielu w jego stronach, bo wolał pracować i zajmować się owcami. Po jakimś czasie, trochę zmuszony, zdaje maturę, aby udowodnić wszystkim w rodzinie, że nie jest głupi, dostaje się na studia, ale nadal wraca do Krainy Jezior, by wreszcie na stałe osiąść na ojcowiźnie. 



"Wściekałbym się z tego powodu, gdyby nie to, że bardziej niż cokolwiek innego pomogła mi zobaczyć, kim jestem. Dzięki niej przekonałem się, że dla wielu ludzi nowoczesne życie jest do niczego. Że nie daje ono wyboru. Oferuje im przyszłość tak nudną, że nie mogą się doczekać weekendu, aby się upodlić. Wymaga od nich bardzo wiele, w zamian nie daje prawie nic. Nie widzi w nich żadnej wartości" (s.123)


Książka jest magiczna, pełna zapachów mojego dzieciństwa, krajobrazów wyjętych ze starych zdjęć i prawdy o życiu, której nie poznacie, jeśli nie wsłuchacie się we własne wnętrze. James Rebanks opisuje codzienność w Krainie Jezior, wieś, swoje sielskie dzieciństwo, studia na Oxfordzie, powrót na farmę i swoją pracę. Prawdziwa uczta i sentymentalna podróż na wieś, jaką pamiętam, gdzie czas odmierza się porami roku, wschodem i zachodem słońca. Zakochałam się w jego sposobie opowiadania o wydawałoby się prostym życiu, ale nic bardziej mylnego. Dla mnie jest to życie świadome celu, zgodne z naturą i dające pełnię, o której ja przez większość swojego tylko mogłam pomarzyć. Autor zabiera nas w niesamowitą wędrówkę po górach swego dzieciństwa, łąkach i pastwiskach. Przekazuje stare podania pasterskie i broni statusu pracy na roli jednocześnie obalając mity o wsi. 


"Byłem - i cały czas jestem - przekonany, że dom to najbardziej interesujące miejsce i wykonuje sie w nim najbardziej pożyteczne zajęcia. (...) Miałem wrażenie, że cały współczesny świat usiłuje pozbawić mnie takiego życia, jakie chciałem prowadzić" (s.116-117)







Jeszcze zanim wpadło mi w ręce kilka książek o powrocie do świadomego i spokojnego życia, wyczuwałam, że coś się dzieje. Miasto mnie męczy, ciągły wyścig szczurów, milion spraw do załatwienia na wczoraj, wszędzie ludzie, gwar i hałas.  Zaczęłam tęsknić za moim domkiem na wsi, choć przez jeszcze długi czas nie mam możliwości powrotu tam na stałe, to mam przecież mój domek na wakacje. Wymaga oczywiście gruntownego remontu, ale nie to jest ważne, samą mnie zaskoczyło powolne i jakby niezauważalne przesunięcie akcentów w moim życiu. Stopniowo dałam sobie spokój z byciem zawsze online, cała dobę pod telefonem, przestałam gonić za pochwałami w pracy, już nie interesuje mnie bycie wszędzie i nigdzie jednocześnie, ograniczyłam grono koleżanek i czas z nimi spędzany, a do tego wszystkiego uregulowałam swój tryb życia na o wiele spokojniejszy. Wyrzuciłam telewizor, bo uznałam, że nie muszę wiedzieć wszystkich serwowanych newsów ze świata. W zamian czytam mnóstwo książek, reportaży, felietonów. Starannie dobieram informacje. Pogodziłam się z faktem, że nie muszę mieć "super mocy" i ogarniać wszystkiego niczym perfekcyjna pani domu, perfekcyjna nauczycielka, idealna kobieta itd. Żyje na 100% i ani grama więcej. Daję sobie prawo do błędów, które potem naprawiam i wyciągam wnioski, staram się żyć świadomie "tu i teraz' i cieszyć się tym, co mam. Całkowicie "zrewolucjonizowałam" moją kuchnię, dotychczasowe diety wyrzuciłam do kosza, a postawiłam na gotowanie wszystkiego w domu, sama robię kefir, ser, masło, piekę chleb i gotuję z naturalnych produktów. I... ku własnemu zaskoczeniu.... chudnę. Chodzę na spacery i robię sobie drobne przyjemności, zamiast odkładać całą kasę na "święte nigdy".... Powoli odnajduję radość.







Książki o takim życiu, powrocie do korzeni, spokoju i podążaniu za odkryciem siebie i pokochaniem tego kim się jest, pozwoliły mi utwierdzić się w przekonaniu, że ja też chcę tak żyć... Przestałam się ograniczać murami miasta, przy czym miasto rozumiem nie jako miejsce, ale sposób patrzenia na świat, mentalność i hierarchie wartości. Nadal mieszkam w mieście i jeszcze pewnie długo tu będę, ale w moim małym M0 na 12 pietrze stworzyłam sobie moją oazę i nagle życie stało się o wiele prostsze, bardziej smakuje i każdego wieczoru wiem, że tak chcę żyć!







Polecam książkę "Życie pasterza" nawet najbardziej zdeklarowanym mieszczuchom! Zawsze to miła odskocznia od wszechogarniającego betonu...  Można się w jednej chwili z zatłoczonej miejskiej ulicy przenieść do spokojnej Krainy Jezior i zapomnieć o całym świecie... Ale ostrzegam - taka wyprawa jest niebezpieczna - można ją zakończyć poszukując w necie domku na wsi ... na sprzedaż... 





Anna M.





30 kwietnia 2017

Nowe dziecko w rodzinie :)




Kochani, znów mniej mnie tu było...



Kilka usprawiedliwień:

*  W szkole wchodzimy już na ostatnią prosta do wakacji, czyli szaleństwo wycieczek, wystawiania ocen proponowanych, poprawiania ocen, wywiadówek i tony dokumentacji...


* Powstaje własnie powolutku mój nowy blog (całkowicie o tematyce szkolnej... no prawie). Ale wiecie, coś w rodzaju "BELFER. Życie i twórczość..."   Nie oznacza to jednak rezygnacji z tego bloga, zwyczajnie muszę troszkę więcej czasu poświecić najmłodszemu dziecku....  Blog nosi dumna nazwę "MATMA  FOREVER"







Ale czytam, czytam... Ostatnio "Życie pasterza", "Szczęśliwy X" i "Mądrość pustyni". 

Pozdrawiam z zimnej i deszczowej Majówki :)

Anna M. 


















15 kwietnia 2017

"Wytrwać w biegu" R. Kałaczyński, R. Berkowska







Kilka dni temu naprawiłam moje stare i już mocno wysłużone buty do biegania - zwyczajnie w miejsce dziur naszyłam kolorowe motywy. Wczoraj po kilkuletniej przerwie wyszłam pobiegać - dziś chwilowo "umieram"..., ale tęsknię za bieganiem i wrócę do niego, choćby miało to bardzo długo trwać i równie bardzo boleć. Udało mi się w ostatnim roku schudnąć 27 kg, więc teraz pora powoli wrócić do tego, co kochałam. 









Kilka dni temu wpadła mi w ręce książka o bieganiu, a raczej o zmaganiu się ze sobą samym i o sile jaką daje sport. Książka niezwykła, bo napisana bardzo prosto, zwyczajnie, bez zbędnego idealizmu, bo napisana przez alkoholika, któremu bieganie uratowało życie. Ryszard Kałaczyński jest przykładem człowieka, który jeśli zechce może osiągnąć wszystko lub wszystko stracić. On wybrał pierwszą opcję, poprawka, był zmuszony wybrać ratowanie siebie, bo wcześniej  stracił siebie już bardzo mocno. Postawił zatem na bieganie, a były to lata, kiedy w Polsce raczej biegaczy wytykano palcami, a na małej wsi stał się wręcz obiektem kpin. Nie poddał się, biegał uparcie zamiast pić ze swoimi dawnymi kolegami spod sklepu z piwem. Biegał coraz więcej, choć pracował przecież ciężko w gospodarstwie, które zresztą ratował z długów.





Bieganie wycisza, uspokaja, pozwala spojrzeć na wszystko z dystansu. Przestają się liczyć kłopoty, a rozpoczyna się praca nad sobą, swoimi słabościami, które tylko pozornie są czysto fizyczne. W czasie biegu można poukładać sobie świat na nowo... Tęsknię za tym... Powrót do biegania nie jest taki prosty, mięśnie zapomniały jak się biega, mózg walczy o odrobinę lenistwa, a codzienne obowiązki wydają się zagłuszać wszystko inne. Dlatego cieszę się, że trafiłam na książkę "Wytrwać w biegu", ponieważ szybko zbiła argumenty mojego rozleniwionego ciała. Życie kanapowca może i jest łatwe, ale czy chcę tak spędzić życie? Mój mózg szybko zareagował walcząc o swoje: "przecież jesteś już za stara na bieganie". Hmmm, nastolatką nie jestem, to prawda, ale przecież biegać można w każdym wieku (pan Ryszard jest po 50-tce). Ok, ale mój niezawodny mozg wytacza kolejny argument, żebym dała sobie spokój: "nic ci to nie da, nie masz czasu na bieganie, nawet ze zwykłymi sprawami nie dajesz rady czasowo". Możliwe, ale przykład bohatera książki pokazuje, że jeśli dobrze poukładać sobie w głowie priorytety, to i te pół godzinki na bieg  na początku się gdzieś znajdzie. Ryszard Kałaczyński jest rolnikiem, codziennie ciężko pracuje, a mimo to, pobił Rekord Guinnessa - przebiegła 366 maratonów w 366 dni. Nie miał wielkich sponsorów, nie było telewizji, nie robił tego dla kasy. Ale miał cel - codziennie założyć buty i choćby nie wiem co się działo przebiec te 42 km. I udało się! Czego mnie to uczy? Nie ważne co robisz, gdzie jesteś, kim jesteś i jakie masz możliwości czasowe, finansowe - ważne, że chcesz, że robisz to, co kochasz i że robisz to tylko dla siebie.


Anna M.


LINKI

- oficjalna strona Ryszarda Kałaczyńskiego


- wywiad o bieganiu, życiu i motywacji do biegania





23 marca 2017

"Kato-botoks - Trzy sposoby odmładzania duszy" Szymon Hołownia




Ostatnio zrobiłam sobie przerwę od FB, od dłuższego czasu nie mam telewizora, nie czytam informacji w Internecie, nie interesuje się lokalnymi plotkami. Zdarza mi się po pracy wyłączyć telefon i zwyczajnie żyć. Dlaczego? Chyba zmęczyło mnie to wszystko, co serwują reklamy, nie mam ochoty już podporządkowywać się określonym modom i trendom, nie chce mi się obsesyjnie zabiegać o opinie innych osób, a ich zdanie na mój temat mało mnie już obchodzi. Zemdliła mnie ta cała komercyjna papka... Zamiast "rozmieniać się na drobne" postanowiłam skupić się na tym, co w życiu najważniejsze... I jak zwykle Szymon Hołownia trafił w "10" z momentem publikacji swojego pierwszego audiobooka. 

Dziś świat nie potrzebuje kolejnych motywujących liderów – nasz świat potrzebuje ukojeniana które najlepszym sposobem jest specjalna „potrójna recepta”. - SZYMON HOŁOWNIA



OD WYDAWCY

Zobowiązania, kredyty, poczucia niepewności, samotność, szalone tempo życia. Te wszystkie zmartwienia dnia codziennego sprawiają, że pojawiają nam się zmarszczki… Nie tylko te mimiczne, ale znacznie poważniejsze – zmarszczki na duszy, przez które czujemy, że powoli umieramy. Od tysięcy lat ulegamy tym samym skłonnościom: pożądliwości oczu, pożądliwości ciała i pysze. Nie jesteśmy jednak skazani na ich niszczący wpływ, istnieje bowiem kato-botoks, czyli sprawdzona przez lata potrójna recepta. Jest nią: post, modlitwa i jałmużna. Jeśli te trzy pojęcia kojarzą Ci się z życiorysem średniowiecznych świętych… to jest to dla Ciebie genialna okazja odświeżenia swojej codzienności człowieka XXI, gdzie obok Facebooka i wirtualnej rzeczywistości, zwyczajnie chcemy czuć, że nasze życie jest dobre i ma sens.





Przesłuchałam od początku do końca, od końca do początku i jeszcze wybiórczo poszczególne fragmenty. Potem usiadłam i zaczęłam się na poważnie zastanawiać, jak to się stało, że w pędzie życia zagubiłam siebie, dlaczego cały czas wmawiałam sobie, że przecież to wszystko co robię, robię dla siebie, z myślą o sobie itd. itp. Co za brednie!!! Odnalezienie się w tym życiowym bałaganie zajęło mi trochę czasu, teraz zaczynam to wszystko sprzątać, trzeba wyrzucić niepotrzebne rzeczy, emocje, relacje, i na nowo poukładać sobie życie. Nie, nie, kochani - nie na podstawie książki Hołowni, czy kogokolwiek innego, ale w szczerej rozmowie ze samą sobą, mając w ręce moją starą, wytartą i jakoś zwyczajnie wybrudzoną Biblię, ale i idąc za wskazówkami autora "Kato-botoksu". Zresztą od kilku dobrych miesięcy moje życie się powoli zmienia. Niestety nie tak szybko, jakbym chciała, bo pewne sprawy wymagają jeszcze pozamykania, a niektóre mosty trzeba spalić, ale powolutku zawracam na właściwe tory. 



Audiobooka polecam ze szczerego serca - ale uwaga, mnie Hołownia tak kopnął w tyłek, że długo nie mogłam siedzieć. Nie będę tutaj streszczała tego, co autor miał na myśli, bo każdy sam musi się zmierzyć z tym, co kryje się w zakamarkach jego duszy, serca, czy jak tam chcecie sobie to miejsce nazywać. Ale to jazda bez trzymanki tylko dla odważnych, czyli dla tych wszystkich, którzy nareszcie chcą zacząć żyć, oddychać pełną piersią i być zwyczajnie "tylko", a może "aż" ludźmi. 



Anna M.









19 marca 2017

"Chata" William P. Young / czyli Kto się naprawdę z życiu liczy...



"Przez większość czasu twardo stoję przy nim, ale w inne dni - kiedy świat betonu i komputerów wydaje się jedynym realnym - tracę orientację i zaczynam mieć wątpliwości"




Identyfikuję się z tymi słowami w 100%. Dlatego sięgnęłam po "Chatę", zresztą ostatnio sporo czytam tego typu literatury. Wróciłam też do czytania Biblii - po kilku latach usprawiedliwiania się, że przecież nie mam czasu, że inne równie ciekawe książki czekają, że może jutro, bo dziś mam jeszcze do poprawienia sprawdziany. A czas mijał i ja sama zaczęłam odczuwać, że duszę się w świecie betonu i komputerów. 


Potrzebowałam swojej własnej chaty, miejsca w sercu, gdzie chowam wszystkie codzienne smutki, miejsca, które przeraża ogromem swojej historii i dramatu, ale może być miejscem na nowy początek.  


Nie będę opowiadała o książce, myślę, że historia jest dosyć znana, w końcu "Chata" znajdowała się przez 49 tygodni na pierwszym miejscu listy bestsellerów New York Timesa. Zresztą krótką notkę od wydawcy zamieszczę na końcu wpisu. Dla mnie ważna była sama lektura i stopniowe odkrywanie dawno już zapomnianych prawd. I nie mówię tu o różnych alegoriach, sposobie przedstawienia Boga, czy wyjaśniania trudnych kwestii dogmatycznych w sposób przystępny dla kompletnie "zielonego" czytelnika (choć jako teolog i biblista przyczepiłabym się do kilku uproszczeń). Pod tym pierwszym zachwytem kryje się prawdziwa wędrówka, do której zapraszają mieszkańcy chaty. 


"Uczysz się jak żyć kochanym. Ludziom nie jest łatwo to pojąć. Ty zawsze miałeś kłopoty z dzieleniem się. - Jezus zaśmiał się i mówił dalej: - Ta więc chcemy, żebyś wrócił do nas, a wtedy my przyjdziemy, urządzimy w tobie swój dom i zamieszkamy razem. To prawdziwa przyjaźń, a nie wyimaginowana. Będziemy wspólnie podróżować przez życie, twoje życie, prowadzić dialog. Ty zaczniesz czerpać z naszej mądrości, a my... będziemy wysłuchiwać twoich narzekań, gderania, pretensji i..." (s.198)


Taki obraz relacji z Bogiem jakoś do mnie zawsze przemawiał. Nie wciskanie się w pobożnościowe modlitewki i paplanie bezmyślnych formułek, ale wspólna relacja, fascynująca podróż i prawdziwa przyjaźń. Takie zaufanie, że można zwyczajnie usiąść wspólnie przy kawie z ciachem i pogadać, pośmiać się, ale i ponarzekać (to akurat częste u mnie). Zbyt daleko idące uproszczenie? Możliwe, ale przecież wiara jest zachętą do prostoty w tym dobrym tego słowa rozumieniu. Uważam, że w świecie, w którym jesteśmy zalewani ogromem niepotrzebnych informacji, a nasz umysł rozpraszany krzykliwymi bodźcami, potrzebna jest taka chata, gdzie w ciszy i spokoju możemy posłuchać siebie i Boga. Może rozmowa z Nim na początku będzie pełna pretensji, wyrzutów i zwykłej wściekłości, jak u naszego bohatera, ale później czas i miłość zacznie zmieniać naszą relację.


" - Gdy siedzę tutaj z tobą, nie wydaje mi się to wszystko takie trudne. Ale kiedy pomyślę o swoim normalnym życiu w domu, nie wiem, jak mógłbym spełnić twoją prośbę. Jak każdy dążę do tego, aby mieć nad wszystkim kontrolę. Polityka, ekonomia, system społeczny, rachunki, rodzina, zobowiązania... potrafią przytłoczyć człowieka. Nie wiem, jak to zmienić.
- Nikt tego od ciebie nie wymaga (...) Ja chcę jedynie, żebyś powierzył mi to, co masz, i zaczął obdarzać ludzi wokół siebie taką samą miłością, jaja nas łączy. Nie musisz ich zmieniać ani przekonywać. Masz ich kochać bez żadnych warunków czy planów" (s.204)


kadr z filmu "Chata"




Książka nie jest może najwyższych lotów, ale warto się w nią zagłębić, chociażby tylko po to, żeby sobie przypomnieć, co oznacza życie w harmonii, przyjaźni, czy prawdzie. Na jedną chwile można zapomnieć o troskach dnia codziennego, nieustannej bieganinie i gonitwie za czymś, co tak naprawdę wcale się nie liczy. A co jeśli powiem, że to prawda? Ciągle szukamy w życiu czegoś, co nie daje spełnienia: kolejne awanse, uznanie, pieniądze, inny samochód, nowe ciuchy. Kiedy wreszcie będziemy nasyceni? Nigdy, bo wszechobecny wyścig szczurów nie może nas wypełnić pokojem. Przeciwnie, kierowanie się opiniami i oczekiwaniami innych wprowadza tylko chaos w nasze życie. Sama tego ostatnio doświadczyłam. Zupełnie pogubiłam się w ludzkich osądach, w tym co mam robić, a czego nie, bo to podoba się lub nie komuś, kogo zdanie tak zwyczajnie nic nie znaczy w kontekście świata, życia, wieczności. Przestałam ufać sobie, a zaczęłam z lękiem patrzeć w przyszłość. Ale w porę zorientowałam się w jaką machinę zostałam wciągnięta. Powiedziałam sobie: dosyć! I wracam do tego, co się liczy...

"Mark, jeśli coś się liczy, wtedy wszystko się liczy. (...) Ponieważ ty jesteś ważny, wszystko, co robisz jest ważne. Za każdym razem, kiedy wybaczasz, świat się zmienia, za każdym razem, kiedy wkładasz w coś serce, świat się zmienia, każdy dobry uczynek, widoczny lub niewidoczny, jest spełnieniem moich celów i później już nic nie jest takie samo" (s.265)



Anna M.






OD WYDAWCY

Najmłodsza córka Mackenziego Allena Phillipsa Missy została porwana podczas rodzinnych wakacji. W opuszczonej chacie, ukrytej na pustkowiach Oregonu, znaleziono ślady wskazujące na to, że została brutalnie zamordowana, ale ciała dziewczynki nie odnaleziono. Cztery lata później pogrążony w Wielkim Smutku Mack dostaje tajemniczy list, najwyraźniej od Boga, a w nim zaproszenie do tej właśnie chaty na weekend. Wbrew rozsądkowi Mack przybywa do chaty w zimowe popołudnie i wkracza do swojego najmroczniejszego koszmaru. Jednakże to, co tam znajduje, na zawsze odmienia jego życie. 

W czasach, gdy religia staje się coraz mniej istotna, „Chata” zmaga się z ponadczasowym pytaniem: „Gdzie jest Bóg w świecie tak pełnym niewysłowionego bólu?”. Odpowiedzi, które dostanie Mack, zadziwią Was, i być może odmienią tak jak jego. 












15 marca 2017

Belfer na diecie...



Na jakiejś diecie jestem chyba permanentnie od czasu studiów, zostałam nawet niedoścignionym przykładem efektu jo-jo ;) Chudnę, tyje, chudnę, tyję, tyje i potem znów chudnę... a lata lecą... Motywacja dla każdej próby była inna: rok 2004 - znaleźć faceta, 2006 - sprawić, żeby koleżanki pękały z zazdrości, 2010 - chciałam wyjechać na misje, 2016 - założyłam się z mamą o kasę (i wygrałam).


Obiecałam sobie jednak, że ten ostatni raz schudnę tak na stałe i tylko dla siebie. Mam jeszcze 20 kg do zrzucenia i chciałabym wreszcie wrócić do ukochanego niegdyś biegania. 



Dlaczego jem? Hmmm - bo kocham jeść, a chyba jeszcze bardziej uwielbiam gotować i piec ;) Nic tak nie poprawia mi humoru, jak muffinki, i nic tak nie cieszy, jak widok rosnącego ciasta drożdżowego. No i oczywiście nic tak nie dołuje, jak pękające na tyłku spodnie... Po długich przemyśleniach postanowiłam postawić na morderczy trening P90X i INSANITY, robiłam ten program kilka lat temu i jakoś przeżyłam, choć nie skończyłam go... Tym razem jednak jestem bardzo zdeterminowana i nie odpuszczę. Przeczytałam masę książek o zdrowym jedzeniu i ćwiczeniach (to właśnie robiłam, gdy mnie tu nie było... no może poza "szalonym" czasem w szkole), na Youtube widziałam chyba wszystkie filmiki z poradami ekspertów o P90X, zakupiłam potrzebny sprzęt (przy INSANITY nie był mi wcześniej potrzebny) i do dzieła ;)


zrobienie batoników na początku diety nie wróży może sukcesów, ale spokojnie, dam radę... 



Zrobiłam sobie m.in. domowe batoniki proteinowe, bo jedno jest super w tym programie - podczas jednej sesji traci się nawet 1000 kcal, zatem mogę jeść słodkości (oczywiście umiarkowanie)... i nadzieja na kawiusie z ciachem nie umiera...


Ciasto czekoladowe z czerwonej fasoli :)



Polecam też książki:

Roll Rich "Ukryta siła"

Jurek Scott  "Jedz i biegaj" 

Wellington Chrissie "Bez ograniczeń" 




Będziecie trzymać kciuki??? Jest tam kto???


Anna M.





10 lutego 2017

„Adwokat” Randy Singer



Jezus widziany oczami rzymskiego prawnika? Proces Pawła z Tarsu opisywany zza kulis? Ewangelia spisana jako pismo prawnicze w celu obrony Apostoła? 




Czemu nie! Dla mnie genialne!


Taka jest właśnie książka Singera "Adwokat". Jest tu mnóstwo wątków historycznych dotyczących Rzymu i Jerozolimy. Autor bardzo dokładnie odtworzył też starożytne zwyczaje zarówno te religijne, jak i społeczne czy sądowe. Przyznam, że przeczytałam ją jednym tchem i polecam ją innym. Nie byłabym sobą gdybym jednak nie napisałam kilka osobistych refleksji...




Zawsze byłam osobą głęboko wierzącą, ale teraz z perspektywy czasu wydaje mi się, że moja wiara była bardzo płytka, oparta bardziej na tradycji i przyzwyczajeniach niż na relacji z Bogiem. Potem zdarzyło się kilka złych wyborów życiowych i otworzyły mi się oczy. W religii nie chodzi wcale o ilość odmówionych modlitw, obecność na każdym nabożeństwie czy gimnastykowanie się z przykazaniami. Chrześcijaństwo to relacja, związek, intymność z Kimś, kto jest dla nas najważniejszy. I jak w każdym związku zdarzają się chwile euforii, intymności, radości, ale i ciche dni, kłótnie, czy chęć rzucenia wszystkiego.  Zrozumiałam to kilka lat temu i od tego czasu pracuję nad tym związkiem.



Lubię czytać książki o tematyce religijnej, kocham oglądać filmy i rozmawiać z przyjaciółmi na ten temat. Uwaga: książki i filmy muszą mnie zaskoczyć, a że jestem z wykształcenia biblistka, niełatwo to osiągnąć. Wybieram zatem zawsze pozycje traktujące o religii nie w sposób oczywisty, paciorkowy i dewocyjny. Nic tak mnie nie złości jak filmy o Jezusie przedstawiające Go w białych szatach, nieziemsko przystojnego i już za życia odczłowieczonego. Natomiast książka "Adwokat" wpisuję się według mnie w ten dobry trend przedstawiania historii chrześcijaństwa w zupełnie normalny, spokojny i ludzki sposób. Mamy tutaj Jezusa, który zachwyca rzymskiego prawnika, a jednocześnie jest dl niego zupełnie niezrozumiały ze swoją religią. mamy wreszcie ogarniętego misją głoszenia Słowa Pawła. Kim jest Paweł? My znamy go wyłącznie z Biblii, czasem nieświadomie ograniczany jego życie do tych kilkunastu opisanych wydarzeń. Tymczasem to zwykły człowiek, jak ja i ty, który marzył o czymś, bał się, kochał życie i nade wszystko wierzył Bogu. Ale to nie wszystko, widzimy też całą drogę, jaką musi przejść nasz bohater, Teofil, od spotkania z Jezusem do poznania Pawła. I tu pozostawię was samych, bo ta droga dotyczy każdego z nas...


Anna M.











29 stycznia 2017

"Lion. Droga do domu" Saroo Brierley





Saroo ma 5 lat, mieszka razem z mamą i rodzeństwem w małej miejscowości w zachodnich Indiach. Jego dni upływają na pilnowaniu młodszej siostry, żebraniu i zabawie z braćmi. Nigdy nie oddalał się od domu, choć często matka zostawiała go samego nawet na kilka dni. Pewnego dnia brat zabiera go ze sobą na stację kolejowa... Mały Saroo zasypia na peronie. Budzi się w nocy i szukając brata, wchodzi do pustego wagonu, po czym znużony ponownie zasypia. Dalej można się już spodziewać rozwoju wydarzeń... Budzi się rano w pędzącym pociągu, ogarnia go panika, ale drzwi sa zamknięte i nie może się wydostać. Jest za mały, by go zauważono... Przez wiele godzin jest sam, przerażony i głodny. Gdy wreszcie pociąg się zatrzymuje, wysiada na największym dworcu kolejowym jakim widział, jest w... Kalkucie. Błaga ludzi o pomoc, ale nie pamięta dokładnej nazwy swojej miejscowości, nie wie jak się nazywa, jak się okazuje po latach, nawet swoje imię źle wymawia. Żyje na ulicach Kalkuty wielokrotnie dosłownie cudem unikając śmierci. Potem trafia do Domu Dziecka i zostaje adoptowany przez rodzinę w dalekiej Australii. Po 25 latach, dzięki rozwojowi techniki, postanawia odnaleźć "drogę do domu" - rozpoczyna najpierw podroż we wspomnienia, potem po mapie, by wreszcie stanąć w na pamiętnej stacji kolejowej... 





Świat mnie często przeraża, może nie - nie świat - ludzie, którzy tak go urządzili. Od samego dzieciństwa mam wtłoczoną ideę równości. Nic tak mnie nie złości, jak niesprawiedliwość społeczna, różnice klasowe, ksenofobia, czy nietolerancja. Moja mama zawsze mi powtarzała, że to tylko marzenia i złudne idee, że jeśli nie dostosuję się do "świata", będzie mi się ciężko żyło. Ja jednak byłam uparta. Po części sprawdziły się przepowiednie mamy - faktycznie wyznając takie wartości jak równość, sprawiedliwość, pomoc, prawda, nie jest lekko w życiu. Wiele razy musiałam rezygnować z czegoś, nawet wyrzucano mnie z pozornie pro-life'owych organizacji, bo zawsze chciałam więcej... Nie mam pięknego domu, ani odłożonych oszczędności na koncie, nie jeżdżę na zagraniczne wakacje. Co mam? Swoje ideały, coś, co sprawia, że jestem sobą i lubię siebie :) Dlaczego o tym piszę? Bo ta historia pokazała mi, ze w życiu liczy się coś więcej niż pieniądze, status społeczny, praca czy sukces. Na nasze szczęście składa się to, kim jesteśmy, jaką mamy linię życia, co sprawiło, że każdego dnia możemy śmiało stawiać nowy krok do przodu, bez poczucia wstydu... Ja wciąż uczę się żyć...











Życie pisze rożne scenariusze.  Saroo odnalazł drogę do domu, jednak życie na ulicach Kalkuty na zawsze odcisnęło na nim swoje piętno. Z drugiej jednak strony stał się silniejszy, mógł patrzeć na świat oczyma osoby, która przetrwała niezależnie od wszystkiego i dlatego ma w sobie siłę i pasję do życia. Cena była wysoka, a przecież nie jest on jedynym dzieckiem na ulicach miast świata. Dziś wiele slumsów jest przepełnionych małymi dziećmi, których nikt nawet nie dostrzega. Mając świadomość, że wielu się nie udało, można być wdzięcznym losowi za szanse na normalne życie. Ja jednak nie mogę zapomnieć o tych, którzy nie zostali odnalezieni i adoptowani, o tych, którzy nie mieli szans na przeżycie, o tych, którym nikt nie pomaga. Nie wiem, co z tym uczuciem zrobię, nie wiem, gdzie mnie ono zaprowadzi, wiem tylko jedno, jestem ogromną szczęściarą, że urodziłam się w takim a nie innym kraju, mam to, co mam i nigdy nie czułam głodu, nie byłam bezdomna, nie musiałam żebrać. Czy jestem przez to lepszym człowiekiem? Nie, nie jestem, wiele razy nie wykorzystałam mojej szansy na szczęście mimo sprzyjających okoliczności. Zbyt często narzekam, widzę świat w ciemnych barwach... Ale mimo wszystko jestem szczęściarą... i na pewno mam dług wobec tych wszystkich, którzy tyle szczęścia, co ja, nie mieli...



Anna M.




24 stycznia 2017

"Running. Autobiografia mistrza snookera" Ronnie O'Sullivan







O snookerze nie wiem nic, no prawie nic - wiem tyle, że to jakaś odmiana gry w bilard??? Przepraszam znawców za moją ignorancję...  Lubie oglądać sport w telewizji, a ponieważ jestem chora i uziemiona w łóżku, a do tego trwa Australian Open, całe dnie (właściwie to noce z uwagi na różnicę czasu) spędzam gapiąc się w ekran. W przerwach między meczami Eurosport transmitował Turniej Masters z Londynu, w którym Ronnie O'Sullivan, jak zwykle ponoć, rozgromił przeciwnika...   Spojrzałam na półkę z książkami i ... jest - mam autobiografię O'Sullivana. Przyznam - obserwowanie gry było torturą, ironicznie powiem: "co za zwroty akcji"..., ale książka to już zupełnie inna bajka.  W przeciwieństwie do samego snookera jest to dosyć chaotyczna opowieść Ronnie'go o grze, swoich nałogach, bieganiu, szczycie kariery, odwykach, rozwodzie, braku pieniędzy, triumfie, terapii, idolach, skandalach i wreszcie o tym, co najważniejsze - wyjściu z tego bagna... Autor przeskakuje miedzy faktami i wydarzeniami, nie trzyma się chronologii, powtarza całe rozdziały, ale to tylko nadaje smak tej opowieści i sprawia, że czytelnik wie, że to prawdziwa spowiedź geniusza. 







"Gdyby nie bieganie, moja kariera by już dawno upadła. Bieganie to moja religia, system wartości i przekonań, coś, co mnie uspokaja. To niezwykle bolesna i wymagająca dziedzina sportu, ale również jedyna, która pozwala mi osiągnąć najwyższy stan duchowy. Chciałbym zarazić swoją pasją biegania wszystkich - ci, którzy złapali już tę fazę, zrozumieją, o czym piszę w książce. Być może znajdą tu kilka cennych wskazówek. Innych być może ośmielę do wyjścia na świeże powietrze w poszukiwaniu zbawiennego zastrzyku serotoniny" (s.14)



Dlaczego ta historia jest mi tak bliska? Cóż, moje najlepsze lata to te, kiedy biegałam... Gdy  z różnych powodów przestałam, wszystko zaczęło się sypać, bardzo przytyłam i zamieniłam się w kanapowca. Coś jest magicznego w tym sporcie, coś, co nie pozwala o nim zapomnieć. Dziś cały czas myślę o powrocie na ścieżki biegowe (choć nadal muszę sporo schudnąć), a historia O'Sullivana bardzo mnie w tym utwierdziła. 





"Biegacze to zupełnie inny gatunek ludzi. Nie interesują ich pieniądze, status, praca. Chodzi im wyłącznie o to, żeby biegać" (s.225)



Doprawdy życie Ronniego nigdy nie było łatwe. Wcześnie zaczął grać wspierany przez ojca. Poświęcał wszystko, rzucił szkołę w wieku 16 lat, był najlepszy, genialne dziecko..., później jego ojca skazano na dożywocie za morderstwo, a następnie do więzienia trafia matka. Ronnie uzależnił się od alkoholu, narkotyków, rozwiódł i stracił fortunę w sądach walcząc o prawa do widywania dzieci. Cały czas grał mierząc się bardziej z własnymi wewnętrznymi demonami niż z przeciwnikiem. Przyszedł kryzys... Rezygnował z meczy, zawiesił karierę, zatrudnił się na farmie i... zaczął biegać. Mimo, że bieganie było cały czas obecne w jego życiu, to widać, że w okresie, gdy je porzucał, pakował się wyłącznie w kłopoty i wracał do nałogów,   



Nie będę opisywała całej historii, koniecznie musicie sami przebrnąć przez chaos i zawiłości życia  i kariery Ronniego. Mnie urzekł swoją szczerością, czasem brutalną prawdą o sobie, no i nie zdawałam sobie sprawy, że tak statyczny sport jakim jest snooker może generować tyle emocji u zawodników. Niebywałe! A już rozdział o idolach O'Sullivana, gdzie opisuje Rogera Federera - wisienka na torcie. Tak na marginesie własnie oglądam pojedynek na australijskich kortach Federer-Zverev. Maestro jak zwykle najlepszy, choć w drugim secie niebezpiecznie zaczyna mieć kłopoty... 



Swoją drogą sportowcy to fascynujący ludzie. My widzimy tylko maleńki wycinek ich życia, występ w zawodach, triumf. Przez wiele lat myślałam "oni to maja super życie, taki talent, tyle szczęścia". Dopiero, gdy zaczęłam uważniej śledzić życie moich idoli, więcej o nich czytać, zrozumiałam, że to, co oglądamy, to tylko szczyt góry lodowej. Cała ukryta przed okiem publiczności reszta to godziny ciężkich treningów, praktycznie zniszczone dzieciństwo, mnóstwo poświęceń, walki, kontuzji, życie na walizkach. I kiedy mistrz podnosi swoje trofeum musimy pamiętać, że jest ono okupione niesamowitym poświęceniem i tysiącem wyrzeczeń. Za to zawsze będę miała szacunek dla każdego sportowca. My zbyt często chcielibyśmy wygrywać nic nie robiąc, tymczasem mistrz patrzy na mnie i zdaje się mówić: "hej, zleź z kanapy, zacznij trenować, zrezygnuj z śmieciowego żarcia, mniej imprezuj, chodź spać wcześniej, wyrzuć telewizor, nie trać czasu na bezsensowne znajomości i przede wszystkim uwierz w siebie. Wtedy pogadamy o zwycięstwie..."







Anna M.


P.S. Skończyłam pisać, skończył się mecz! Maestro w półfinale Australian Open!





21 stycznia 2017

"Moja ucieczka na Alaskę" Guy Grieve


Alaskę noszę w sobie...




Koniec I semestru zawsze jest stresujący. Uczniowie nagle w przypływie sił poprawiają wszystko, co się da i to, czego się nie da też próbują. Nauczyciele dosłownie toną w stosie dokumentów, procedur, zadań "na wczoraj". Do tego jeszcze rady pedagogiczne, wywiadówki i jeszcze raz rady... i przepis na stres gotowy. Podczas tych kilku ostatnich tygodni moje myśli zaprzątał tylko jeden pomysł: "wiej Anka jak najdalej stąd", no i "uciekłam" na samą Alaskę. Na prawdziwą podróż długo jeszcze nie będzie mnie stać, więc kupiłam jedyny możliwy bilet w tych widełkach cenowych - książkę. Wracam zatem wieczorem do domu, zamykam drzwi, wyłączam telefon i przenoszę się na Północ. Za oknem śnieg, a temperatura w moim "M0" też jakoś dziwnie niska. Kubek kawy, świeże bułeczki, przewracam stronę  i jestem na Jukonem...





"Wyglądało na to, że spłata długu ogranicza wszystkie nasze przyjemności i potencjalne przedsięwzięcia, a ja - na domiar złego - nie mam innego wyjścia, jak kontynuować coraz bardziej opłakaną egzystencję pośród wywołujących klaustrofobię korytarzy biurowego piekła. Mijały najlepsze lata mojego życia, a ja przez osiem godzin dziennie tkwiłem w klimatyzowanym biurze, wpatrując się w monitor komputera. Kolejne trzy godziny dziennie spędzałem w samochodzie. Czułem, że znalazłem się w pułapce, i zaczynałem wpadać w panikę" (s.15)




Do tego wszystkiego dopadła mnie choroba, i to w najgorszym z możliwych momentów. Ale trudno - odciążony i przez tyle miesięcy ignorowany organizm odmówił posłuszeństwa. Nie ma ludzi niezastąpionych, i choć ciężko pogodzić mi się z koniecznością pozostania w domu, nie ma chyba innej możliwości. Wracam zatem na Alaskę, wolna od wszystkich zmartwień, razem z Guy'em Grieve'm poszukam ciszy, spokoju i sensu naszej egzystencji. Zaszyję się w zasypanym śniegiem lesie, rozpalę ogień w piecu, nastawię wodę na kawę i chyba zaczynam żałować, że nie mam whisky, o której tak często pisze autor. Zazdroszczę mu odwagi rzucenia wszystkiego i wyruszenia ku marzeniom.





Mróz, samotność, niepewność jutra, nieprzewidywalna natura i brak wygód sprawiają, że człowiek zaczyna doceniać szczegóły, cieszyć się z małych rzeczy i przestaje tęsknić za toksyczną cywilizacją. Proces oczyszczania krwi z trucizny współczesnego świata trwa, więc Guy postanawia spędzić w dziczy całą zimę. Nie jest to proste dla człowieka wychowanego w świecie o zupełnie rożnych priorytetach, niż te obowiązujące nad Jukonem. Nie jest to jednak opowieść tylko o samotności pośród śniegu, bowiem Guy spotyka w wiosce ludzi, bez przyjaźni których wiele razy zwyczajnie by zginął. Poznaje ich zwyczaje, stara się zrozumieć historię tej małej i zżytej ze sobą społeczności. Można odkryć piękno rodziny, sąsiedzkiej pomocy i tak bardzo szukanej ostatnio przeze mnie prostoty życia.



"Ileż miałem szczęścia, że rzeczywistość Alaski miała do zaoferowania o wiele więcej niż mój marzycielski umysł zdołałby sobie kiedykolwiek wyobrazić" (s.514)


Zwykła rozmowa, kawa z przyjaciółmi, życie bez pośpiechu, wyzwolenie się z presji bycia zawsze online, delektowanie się chwilą - to wszystko, czego ostatnio szukam i czytając książkę kolejny raz odnalazłam. Czytanie o czymś to jednak zupełnie coś innego niż wprowadzenie tych zmian w swoim życiu, ale autor pomógł mi utwierdzić się w przekonaniu, że najważniejsza jest droga, a nie cel. Ważny jest kolejny dzień, każda pogodna myśl, zaufanie sobie, wsłuchanie się w siebie, odnalezienie właściwej perspektywy i ustalenie nowych, ale za to w 100% własnych priorytetów.



"Nawet gdyby to miało się więcej nie powtórzyć, czułem się wyjątkowo uprzywilejowany, że mogłem prowadzić proste życie z dala od nieładu i od wielu nic nieznaczących trosk, które zalewają nas każdego dnia, a przez to znaleźć się bliżej nienaruszonej prawdy. Tak wiele naszych wrodzonych instynktów tłumionych jest przez społeczeństwo, a w codziennym życiu kierujemy się w dużej mierze błędnymi celami, narzuconymi nam przez innych. Nawet w dzisiejszych czasach, przy całym postępie technologii i rozwiniętej kulturze, wziąć musi być ważne, by przynajmniej raz na jakiś czas znaleźć dzikie miejsce, gdzie ziemia i zwierzęta, które ją zajmują, mówią najgłośniej, a słońce i księżyc, dyktują rytm życia. Jedynie w ten sposób będziemy pamiętać, gdzie jest nasze właściwe miejsce w porządku rzeczy" (s.515)




 A Alaska? Cóż - ja ją noszę w sobie :) ...



Anna M.



P.S.
"Powrót do dawnego tryby życia nie był już możliwy, ponieważ zmienił się nasz sposób postrzegania świata i pozwolił nam porzucić sztuczne, związane z karierą cele na rzecz innych, pozwalających zwolnić tempo wartości, które miały się nam przydać bardziej niż jakakolwiek ilość pieniędzy czy status. Niekiedy warto więc odmówić bycia racjonalnym i odwrócić się od wszystkiego, co narzuca nam społeczeństwo. Niezależnie od tego, czy nasze przeznaczenie znajduje się na przeciwległym krańcu świata, czy w drugim pokoju, pewne jest tylko to, że życie mamy jedno i że należy ono do nas" (s.519)











2 grudnia 2016

(Nie) pokorna ...



Żyję, żyję, zaglądam tu co jakiś czas zniesmaczona nieobecnością właścicielki bloga... chwileczkę - przecież to ja... Na moje usprawiedliwienie (jak to w szkole bywa - pisane na kolanie) dodam, że aktualnie realizuje kilka projektów (czyt. zawalona jestem papierami w szkole)... 


Obiecuję poprawę - jak każdy uczeń... 


Na pociechę zrozpaczonego "tłumu" wielbicieli dodam, że dziś zostałam pokonana przez jednego z uczniów naszej szkoły, a przy okazji Mistrza Polski Juniorów w szachach (albo odwrotnie - mistrza Polski, a przy okazji ucznia Sp66). Pokonana! I to w czterech ruchach... Dzieci zachwycone, że pani nie dała w czymś rady, a ja zachwycona, że w czymś nie dałam rady... mniej zachwycona moja koleżanka... bo spóźniłam się na sadzenie choinki. Musiałyśmy grzebać w ziemi po ciemku i do dziś nie wiem, czy nie posadziłyśmy tych choinek przypadkiem u sąsiada... Oj długa historia :)


ze szkolnej dokumentacji mojej porażki...



Uciekam, odezwę się w weekend... papapa



Anna M.




29 października 2016

"Jeszcze 5 minutek" Adam Szustak OP




Kilka dni temu wybrałam się do księgarni po nową książkę Beaty Pawlikowskiej, a wyszłam z książką Szustaka. Dokładnie za każdym razem ten sam scenariusz. Cóż - kolejny dowód na to, że to książka mnie wybiera, a nie odwrotnie. 





Od dawna oglądam wszelkie serie o. Adama na YouTube - nowy cykl "SzustaRano" jest przyczyną moich uśmiechniętych poranków. Nie zawsze jednak się da włączyć filmik, czasem warto poczytać coś ot tak - dla kaprysu, refleksji, uśmiechu czy zadumy. Książka "Jeszcze 5 minutek" jest bowiem graficznym odpowiednikiem serii na kanale "Langusta na palmie" (zakończonego już cyklu, ale nadal bardzo aktualnego). Co zatem skłoniło mnie do wydania pieniędzy na coś, co mam dostępne za darmo w necie? Mój szeroki uśmiech, gdy przypadkowo otworzyłam ową książkę na rozdziale poświęconym skeczowi o Jacku Balcerzaku. Przyznam, że nie wytrzymałam ze śmiechu i po kilku minutach kupiłam książkę, by moc dalej śmiać się w tramwaju. A tak poważnie - potrzebuję ostatnio i uśmiechu i dystansu do tego, co się wokół mnie dzieje i jakiejś głębszej, choć nie zawsze poważnej, refleksji nad sobą. 





Czegoś mi ostatnio brakowało i zupełnie nie mogłam sprecyzować czego.  Z jednej strony świat wciągał mnie coraz bardziej, ogrom pracy, obowiązków i odpowiedzialności sprawił, że przestałam cieszyć się życiem. Niby szło wszystko ok, dorosłość przecież wymaga od nas powagi i poświęcenia, a życie zawsze wymusza stresowe sytuacje. Kwestia przyzwyczajenia... może nawet pogodzenia się z szarą codziennością? Tak sobie tłumaczyłam... Wstajesz rano już zmęczona, potem śniadanie, praca, obowiązki, szybki obiad, praca, znajomi, czasem drobna przyjemność (coś czekoladowego), wieczór, książka, może jakiś film i padasz znów zmęczona...  I tak mija życie - dosłownie przecieka przez palce. Ok, ok, nie narzekajmy - swoje już widziałam, przeżyłam, robiłam naprawdę szalone rzeczy, ale byłam młodsza, bez zobowiązań, bez kredytu i tego wszystkiego, co z biegiem lat uwiązało mnie w jednym miejscu... Czy tak musi być już zawsze? NIE! I tu (no ok już jakiś czas temu) zaczął się mój bunt. Mówią, że młodzież przeżywa bunt dorastania, a faceci mają kryzys wieku średniego. No dobra, to ja mam jakieś dziwne połączenie obu stanów i to w radykalnej odmianie. Ponownie łapię właściwą perspektywę i książka o. Adama bardzo mi w tym pomaga. Jedno jest pewne - warto pozmieniać to i owo, żeby żyć pełnią tego, kim jesteśmy. Brzmi górnolotnie? Możliwe, ale przynosi niesamowite efekty. Nagle zmienia się wszystko, mija stres, powraca uśmiech, a stłamszone przez lata własne ja zaczyna się odzywać i mówić czego chce... Nie muszę się na wszystko zgadzać, mam wybór... 


A wracając do książki (jak i filmików o. Adama) - polecam z całego serducha. Napisana lekko, ale z głębią. Dotyczy spraw przyziemnych, ale wymusza oderwanie się od ziemi. Porusza się w obrębie dobrze nam znanych symboli i skojarzeń, choć roztrzaskuje je i wydobywa nowe znaczenie. Uczy dystansu do siebie i brania świata na poważnie. Jednym słowem "Balcerzak by tego nie zrozumiał" :) 







Kilkadziesiąt historii i każda z własnym przesłaniem - no i oczywiście tytułowe 5 minutek na refleksję. Tyle wystarczy, by nieść to przesłanie cały dzień, by zmieniało nasze wnętrze i dawało niezłego kopniaka od samego rana :) I nagle widzisz świat trochę inaczej, mądrzej wykorzystujesz dany nam czas i, w moim przypadku, mniej przejmujesz się wszelkimi "pierdołami", które zwyczajnie przemykają obok. Moja decyzja, czy będę się nimi zajmowała, czy czymś o wiele ważniejszym - samym życiem. :) 








Anna M.

P.S. Książkę czytam bardzo wolno (tzn. już drugi raz, bo pochłonęłam ją w dwa wieczory, ale teraz wracam do systemu jedna historia na jeden poranek).  Otwiera mi oczy na siebie, na priorytety i pozbawia wymówek, by nic z sobą nie robić. Życie to największa przygoda i pewnie jedyny sensowny powód, aby być szczęśliwym. A co z przytłaczającym nas czasem światem, raniącymi ludźmi, szarugą dnia? A niech sobie będą, ja się uśmiecham, zakładam kalosze, otwieram parasol i idę dalej :) Wszystko można zobaczyć z innej perspektywy, jako wyzwanie, dar, kolejną lekcję...






Odnalazłam dawno straconą pogodę ducha :) Dzięki o.Adamie :) 






LINKI

- kanał LANGUSTA NA PALMIE

- blog o.Adama

- skecz o Jacku Balcerzaku








Recent Posts