27 lutego 2013

"Czekolada" Joanne Harris

...to nie grzech... Na szczęście!






tytuł: Czekolada
autorka: Joanne Harris

wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 24 maja 2000
tytuł oryginału: Chocolat
liczba stron: 368
moja ocena: 4/6

      No i jestem w kropce! Pierwszy raz muszę przyznać, że film podobał mi się bardziej niż książka. No cóż. Co konkretnie mam na myśli? Nie podoba mi się schemat: Kościół = zły, zabobonny, zaściankowy. Na szczęście jest to wizja Kościoła z dawnych lat. Dziś chrześcijaństwo wygląda zupełnie inaczej, jest tu miejsce dla każdego z nas, jest też miłość, zrozumienie i dialog. "Każdy święty chodzi uśmiechnięty", a w wielu Kościołach po Mszy św. jest herbatka i ciasteczka. U mnie tak bywa :)  Przynajmniej ja taki Kościół znam i taki chcę tworzyć. Ale w historii było rożnie, i mam wrażenie, że o tym jest ta książka.  To bardzo trudna lektura dla mnie, osoby wierzącej i ufającej, że dobro kryje się w każdym człowieku. Być może autorka zna tylko negatywne oblicze Kościoła, i takie ukazuje w swojej powieści...

    Ksiądz, rygorystyczny, powściągliwy, o purytańskim obliczu, stara się zapanować nad duszami swoich owieczek. W Lansquenet jest on jedynym prawodawcą i stróżem moralności.  Boi się, że odrobina czekolady, odrobina ustępstwa zniszczy obietnicę życia wiecznego:

Ogarnia mnie jakaś rozpacz, ściera duszę, po trochu ją zmniejsza. Podobnie katedrę mogą z biegiem lat niszczyć osady kurzu i piachu. Czuje, jak ta rozpacz kruszy moją stanowczość, moją radość, moją wiarę.. Chciałbym przeprowadzić ich przez ciężkie próby, przez głuszę. A cóż ja tu mam? (...) Diabeł jest tchórzem, nie pokazuje swego oblicza. Jest bezszelestny, rozprasza się i milionami cząsteczek przenika, wpełza w ludzką krew, w ludzkie dusze".

    Vianne Rocher przybywa do tego małego francuskiego miasteczka wraz z ciepłym wiatrem. W Wielkim Poście otwiera cukiernie vis a vis kościoła. Wraz z córka Anouk, jak niegdyś z matką, błąka się po świecie nie mając domu, rodziny, stabilizacji i poczucia bezpieczeństwa.  Często zastanawia się, czy nie osiąść gdzieś na stałe.

"Patrząc na słońce zastanawiam się nie stąd ni zowąd, z jakim uczuciem bym spoglądała, jak ono wschodzi wciąż nad tym samym horyzontem za pięć - może za dziesięć, może za dwadzieścia - lat. Ta myśl jest dziwnie oszałamiająca, wywołuje lęk i tęsknotę (...) Sprzedaje marzenia, małe przyjemności, słodkie nieszkodliwe pokusy, które zwabiłyby rzesze świętych do przebierania wśród orzechów i nugatów..."

    Vianne ucieka przed przeszłością, przed lękiem, przed nieokreślonym bliżej wrogiem. Ucieka przed sobą i przed ciągłą ucieczką. To kobieta tajemnicza, chce wreszcie żyć...   Kocha magię czekolady, której smak poznała w dzieciństwie.  Po matce odziedziczyła umiejętność czytania w ludzkiej duszy. Ale alchemia i pasja kryła się w przyrządzaniu czekolady:

Kiedy pracuję uwalniam się od wszelkiej myśli, oddycham głęboko. (...) Połączone wonie czekolady, wanilii, rozgrzanej miedzi i cynamonu odurzają, wspaniale sugestywne; jest w tym surowy zapach ziemi południowoamerykańskiej, gorąca żywiczna wonność lasów deszczowych. Przenoszę się teraz. Jestem z Aztekami przy ich uświęconych obrzędach: Meksyk, Wenezuela, Kolumbia (...) Cofnięcie się do czasów, kiedy świat był większy i bardziej dziki (...) ludzie czcili ziarno kakaowe. Przypisywali mu czarodziejskie właściwości".

     Książka zawiera przepyszne opisy przyrządzania czekolady i za to ją polubiłam. Czytając kolejne strony czuje się zapach kakao i wanilii. Przyznam się szczerze, że zanim zamknęłam książkę przeczytawszy ostatnią stronę, zjadłam kilka tabliczek czekolady... No cóż, nie mogłam się powstrzymać :) Szkoda tylko, że kartki nie pachną tylko cappuccino, ale i niechęcią do Kościoła. Z drugiej strony to tylko książka...

     Pod tym względem film jest uroczy. Pierwsze skrzypce gra w nim czekolada, a negatywny wydźwięk zostaje złagodzony przez wprowadzenie fikcyjnej postaci burmistrza. To on prezentuje nienawiść do odmienności, sarkazm, dwulicowość i lęk przed drobnymi  przyjemnościami. Skupia w sobie wszystkie negatywne cechy.  Steruje młodym i niedoświadczonym księdzem, który ostatecznie buntuje się i idzie za prawdą i dobrem w swym sercu.  Z tego względu film bardziej do mnie przemawia. Nie jest jednostronny i pokazuje wszystkie kolory i odcienie charakterów czy to ludzi  Kościoła, czy to ludzi władzy. Ostatecznie dobro zwycięża... Za to pokochałam film, a książkę.... za czekoladę...





     Hmm.  Ja zakochałam się w czekoladzie. Na szczęście nikt w Kościele nie zabrania mi jej jeść. Uffff :) :) :)  Może dlatego czekolada obok kawy, sprawia, że zapominam o wszystkich troskach. Dietetycy pewnie określiliby to mianem uzależnienia. ale ja wole myśleć, że to magia drzewa kakaowego. Nic nie może się równać ze smakiem czekolady, kiedy w niedzielne popołudnie (po Mszy oczywiście) siadam w fotelu, wyjmuję książkę i tabliczkę czekolady. I to nic nie szkodzi, że w poniedziałek trzeba będzie iść pobiegać lub na popływać. Słodycze są tego warte :)




Anna M.

4 komentarze:

  1. Z natury nie ciągnie mnie do słodyczy, ale po tym wpisie nie mogłem się powstrzymać i tabliczkę czekolady pochłonąłem. Pytanie: czy zło Kościoła przedstawiona jest tylko pod postacią księdza, czy też w innej formie (opisy, dygresje autora)?

    OdpowiedzUsuń
  2. W postaci księdza skupiają się poglądy i postawy ludzi Kościoła z zamierzchłych czasów. Niestety jest to bardzo negatywny obraz i, moim zdaniem, krzywdzący dla dzisiejszego chrześcijaństwa... No cóż

    Ja pokochałam film i książkę za pasję do tworzenia czekolady, za tajemnicę pradawnych przepisów, odwagę bycia sobą i indywidualizm głównej bohaterki.

    Pozdrawiam słodko i czekoladowo...

    P.S. Ja również nie oparłam się dziś pokusie pysznej czekolady. A czytam właśnie "Klub miłośniczek czekolady" i już na pierwszej stronie mamy słowa: " W sytuacjach kryzysowych lekiem, po który zawsze sięgam, jest czekolada z ziaren kakaowca z jednej konkretnej plantacji na Madagaskarze. Nie ma takiej przypadłości - nie w tym wszechświecie - której by nie wyleczyła. To lekarstwo na wszystko, począwszy od złamanego serca, skończywszy na bólu głowy. A jedno i drugie przytrafia mi się nader często, możecie mi wierzyć". Podpisuję się pod tymi słowami w 200%

    OdpowiedzUsuń
  3. Oglądałam tylko film i był po prostu uroczy. Książkę też chętnie przeczytam, chociaż boję się efektów ubocznych w postaci dodatkowym kilogramów.

    OdpowiedzUsuń
  4. Polecam jeszcze "Rubinowe czółenka" tej samej autorki. Fakt - to były czekoladowe dni - w przenośni i dosłownie, ale cóż.... BYŁO SŁODKO! I tego się trzymajmy. Pozdrawiam niedzielnie...

    OdpowiedzUsuń

Recent Posts