2 sierpnia 2013

Dzieci to skarb, o który trzeba się troszczyć...




Dziś, a właściwie wczoraj w nocy, nagle przypomniałam sobie moje liceum... Nie mogłam zasnąć i aż do 3.30 oglądałam stare zdjęcia i wspominałam dawne czasy. Dlaczego? Nie wiem... choć może wiem...




LICEUM 
czyli polski i historia -  mój koszmar...



Chodziłam do Liceum Ekonomicznego, ponieważ po klasie 8 nie wiedziałam dokładnie, kim chce być. Zawsze kochałam matematykę, a nie wiedziałam, czy będzie rodziców stać na studia (pochodzę z małej wsi). Wybór padł na "ekonomik". I faktycznie, czułam się w nim, jak ryba w wodzie.  Wydawało mi się, że jestem w 100% umysłem ścisłym...W liceum zatem wybrałam profil "rachunkowość i finanse" plus, ku mojej rozpaczy, rozszerzony niemiecki. I do tego moja wychowawczyni była germanistką, a dyrektor uczył nas historii - gorzej być nie mogło... Tak myślałam do czasu, gdy napisałam moją pierwsza "pracę klasową" z polskiego... Okazało się, że jestem zbyt dużą indywidualistką, jak na ramy tej szacownej uczelni i nerwy mojej pani prof. od języka polskiego. Dziwna sprawa, na polskim zawsze słyszałam komentarz, że moje prace i wypowiedzi są zwięzłe, ubogie językowo, koszmarne stylistycznie i za mało w nich oryginalności. Za to na matmie, jeszcze w podstawówce, mój ukochany nauczyciel zwykł mawiać: "Matysiak, czy ty raz mogłabyś wyliczyć zadanie najprostszą metodą zamiast szukać swojej własnej drogi! To nie polski, żeby błądzić po wyżynach myśli!"... Do dziś tego nie rozumiem... 


Ale wróćmy do opowieści.. Przez rok, tak mi się wydaje z perspektywy czasu, moja polonistka rwała włosy z głowy. Sytuację pogarszał fakt, że w naszej klasie była słynna w całej szkole Katarzyna C. - redaktorka, z tego co pamiętam, gazetki szkolnej, liderka koła polonistycznego, niepokorna, z tradycjami rodzinnymi, nadzwyczaj utalentowana polonistycznie. Jej prace za każdym razem były odczytywane publicznie jako wzór dla nas szaraczków... Gdy rozmawiałam z Kasią, zazwyczaj potrzebowałam słownika trudnych wyrazów, bo jak podkreślał nauczyciel historii - znałam tylko 500 słów... Całe 4 lata liceum, każda lekcja języka polskiego była dla mnie koszmarem i stresem... Za każdym razem miałam inne zdanie niż większość uczniów i totalnie inne niż wspominana Katarzyna C. I za każdym razem ona dostawała celujący, a ja trzy... (chyba tylko raz moja praca otrzymała 5 i raz została przeczytana).


I wtedy moja polonistka zrobiła najmądrzejszą rzecz pod słońcem. Pewnego pięknego dnia, po kolejnej mojej słynnej trójce z rozprawki zaproponowała, żebym zaczęła pisać pamiętnik... Miałam zapisywać wszystko, co mi przyjdzie do głowy i zacząć wreszcie czytać lektury. Posłuchałam jej - tzn. odnośnie pamiętnika, z lekturami było już znacznie gorzej... To była najlepsza nauczycielka polskiego, jaką spotkałam... I też miała na imię Anna :)


Zapisywałam moje myśli przez kolejne lata, coraz bardziej otwierając się na słowa, czytałam różne książki, szukałam swojego zdania i ku rozpaczy mojej polonistki, zawsze je prezentowałam podczas lekcji. Już do rangi legendy urosły moje spory o Judyma z "Ludzi bezdomnych" lub słynna odpowiedz na pytanie: "Co poeta miał na myśli"  - "nie wiem, nie powiedział mi osobiście". Jednym słowem - nie byłam łatwym uczniem :)


Ale koniec końców, na maturze otrzymałam 5 - mała "zemsta" na dyrektorze ;) Nie dałam mu satysfakcji krytykowania mnie na maturze ustnej ;), choć myślę, że pod koniec IV klasy znałam już więcej, niż jego wymyślone słynne 500 słów ... Lata walki o swoje ja (głownie z Katarzyną C.) też przyniosły efekty - dziś  nikt nie wmówi mi, że jestem gorsza od innych. Choć oczywiście na studiach burzliwie przezywałam kompleks pt.  "Basia B". Dziś wiem, kim jestem i nie muszę niczego udowadniać. Nie żyję już w cieniu, ale "buzię wystawiam do słoneczka"...


I klasa - najmilej wspominam właśnie podstawówkę, no może poza lekcjami w-f ;)



Dlaczego to piszę? Bo dopiero z perspektywy czasu dostrzegłam, że w życiu potrzeba pozytywnej motywacji. Dziecko, któremu będziemy powtarzali, że jest do niczego, że nie potrafi i nie nauczy się nigdy, rzeczywiście się nie nauczy. Potrzebujemy kogoś, kto nam pomoże stawić czoło rzeczywistości, nie możemy być sami. Niestety w dzisiejszym społeczeństwie bardzo często wyniki i oceny są najważniejsze. W świecie dorosłych ogarniętym "wyścigiem szczurów" ważne są osiągnięcia i nieustanne porównywanie do innych. Lepsza praca, droższy samochód, przystojniejszy mąż, mądrzejsze dzieci... Lista jest długa.  Dla mnie to bzdura!!! Nigdy się nie zgodzę z tym! Każdy z nas jest najwartościowszym człowiekiem na ziemi... Dlaczego muszę stawać na starcie i biec? Trzeba żyć swoimi ideałami, dla siebie, odkrywać wciąż na nowo siebie i spełniać swoje marzenia, nie innych... Otóż dziś już NIE MUSZĘ biec w "wyścigu szczurów"! A niech sobie Basia pisze książki i robi doktorat, a niech inni zajmują się plotkowaniem i śledzeniem cudzego życia. Jeśli komuś to poprawi samopoczucie, nich podpisuje się imieniem i nazwiskiem pod cudzymi osiągnięciami... Jego sprawa...


Ważne jest tylko jedno, aby dzieciom dać wsparcie, którego może sami często nie otrzymaliśmy. Gdyby mi ktoś w szkole powiedział, że nie jestem gorsza od Kasi C., nie musiałabym stracić tyle czasu na zrozumienie, że życie jest piękne, nawet jeśli znasz 500 słów... Dziś na szczęście jest już w szkole psycholog ( za moich czasów nikt nawet nie wiedział kto to) i pedagog, a kadra nauczycielka jest coraz lepsza. Ja też spotkałam w życiu wspaniałych ludzi, którzy towarzyszyli mi podczas trudnych zmagań szkolnych. W podstawówce - mój matematyk, w liceum - pani Profesor od rachunkowości, na studiach - mój dziekan, a podczas pierwszych lat  w zawodzie nauczycielki - p. Marek - szef z drugiej pracy. Każdy z nich był moim przewodnikiem na jakimś odcinku drogi, zwanej życiem.


Pewnie powiecie, że to, czego doświadcza uczeń  w szkole jest nieistotne, bo czym się może przejmować dziecko? Należy od niego wymagać i tyle.  Przecież każdy wie, że jest wartościowy, ale w życiu liczą się osiągnięcia i średnia.  Czyżby? A jednak czasem to, co mówią nauczyciele, rodzice i rówieśnicy głęboko "siedzi" w dziecku i dopada nas, gdy się tego nie spodziewamy... Przykład? Kilka dni temu byłam na "imprezie". Oczywiście poznałam wielu nowych ludzi... Kiedy zobaczyłam jedną z dziewczyn i przez chwile posłuchałam, o czym mówi, ni stąd ni zowąd, pojawiło się dziwnie znane uczucie - "nie jestem taka super jak ona". Ale nagle pojawił się wielki znak STOP - "Nie, faktycznie nie jesteś taka jak ona, bo jesteś sobą, tylko to się liczy - być zawsze sobą, słuchać siebie, lubić siebie i żyć zgodnie ze swoim wnętrzem".


Dziękuję moim mentorom, których spotkałam na drodze szkolnych potyczek nie tylko polonistycznych :)
Kochani nauczyciele, bądźcie dla dzieciaków przede wszystkim wsparciem...


Dzieci to skarb, który trzeba chronić... Trzeba uważnie słuchać i pomagać im stawiać pewne kroki ku samodzielności...


Anna M.



1 komentarz:

  1. Bardzo mądrze napisane, w dodatku na własnym przykładzie. Ma Pani absolutną rację, trzeba uczyć indywidualności, a szkoła robi coś wręcz odwrotnego. Pokazuje jak się dopasować, jak konurować, jak niedoceniać swoich osiągnięć, które nie są "naj"...
    Widzę, że jest Pani bardzo dobrym nauczycielem i wychowawcą. Bardzo chętnie czytałabym więcej postów na temat nauczania, pracy w szkole itd. Mam nadzieję, że będzie miała Pani ochotę dać parę rad przyszłej radzie pedagogicznej:) Szzególnie martwi mnie to, jak radzić sobie z tymi niegrzecznymi, niechętnymi uczniami. Studiuję germanistykę, a sama Pani wie z doświadczenia, jaki stosunek do tego przedmiotu i nauczjących go mają uczniowie...

    OdpowiedzUsuń

Recent Posts