27 października 2013

"Między wariatami" Marcin Meller

Część pierwsza...
Świat bez fikcji, czyli o tym, co widać, gdy zdejmiemy różowe okulary...


Świat jest inny niż nam się wydaje... Mam dom, mam pracę, pieniądze (no dobra, ich akurat najczęściej nie mam), mam rodzinę, przyjaciół, książki. Żyję w kraju, gdzie od dawna panuje pokój. Nie wiem, co to głód, nędza i ból. Nie boję się o swoje życie, nie muszę uciekać przed nikim. Ale świat nie kończy się na moim małym podwórku, on się zaczyna zaraz za nim. 




Z przerażeniem czytam książkę Marcina Mellera. Coś tam wiem o świecie, zawsze interesowałam się rożnymi akcjami organizacji humanitarnych, wspieram dzieci na misjach, wielu spośród moich znajomych jest aktywnie zaangażowanych w niesienie pomocy w najdalszych zakątkach świata. Historia i tragedia innych nie były mi nigdy obojętne. Sama jakiś czas miałam kontakt z ocalałymi z holokaustu, a w Muzeum Auschwitz bywałam średnio dwa razy w miesiącu. Słuchałam ich opowieści, pracowałam na rzecz dialogu. Myślałam, że już nic nie jest w stanie mnie zaszokować. Myliłam się...


Wojna, dla nas Polaków, to bolesny rozdział historii, ale niestety dla wielu to dziś już tylko historia. Uczymy się o tym w szkole, albo i nie, bo godzin coraz mniej... Wojna to mgliste wspomnienie dziadków, opowieści o głodzie snute przy zastawionym stole. Ale są kraje, gdzie toczy się dziś wojna, gdzie giną ludzie, gdzie dzieci zabijają dzieci, gdzie nikt już nie wie, dlaczego... i nikt już nie ufa nawet najbliższej rodzinie, nie wiadomo bowiem, czy to przyjaciel, czy już wróg. 


Jedną z historii, którą relacjonuje Marcin Meller, jest los dzieci wojny w Ugandzie. "Wojna Ducha Świętego" to mroczny i brutalny rozdział w dziejach tego kraju. Jakieś 25 lat temu Alica Lakwena, córka wiejskiego katechety, obwołała się prorokinią Ducha Świętego i stworzyła zbrojną armię. W Ugandzie rozpoczęła się krwawa wojna domowa, oddziały Alicy były bezwzględne. Ale to nie koniec, po klęsce jej oddziałów i  ucieczce do Kenii, Armią Pana dowodził jej kuzyn, Kony. Od 1988 roku napadali na szkoły, zabijali lub uprowadzali  dzieci, chłopców wcielali do armii, dziewczyny gwałcili lub wysyłali na pierwszą linię frontu. Szacuje się, że uprowadzono 20 000 dzieci (najmłodsze miały 5 lat). Część z nich uciekła po kilku miesiącach, latach. wiele nie wróciło nigdy, szacuje się, że zginęły lub zostały sprzedane na organy , albo wcielone do armii w Sudanie. Te, które jednak wróciły, nie potrafiły żyć normalnie, były agresywne, często atakowały najbliższych. To dla tych dzieci  utworzono World Vision - ośrodek dla dzieci wojny. W latach 90-tych był w nim Marcin Meller i rozmawiał z dziećmi. Koszmarna relacja  została zamieszczona w książce.


Świat jest zupełnie inny, niż nasze cukierkowe, bezpieczne podwórko. Odszukałam w Internecie stronę World Vision... Można przerazić się ogromem zła i cierpienia zadanego dzieciom, które nie ze swojej winy stały się "automatami do zabijania" i już nie potrafią żyć bez strachu i lęku. Dzieci wojny nawet podczas pokoju nadal toczą walkę i cierpią nie za swojej winy.  Dziś przebywające w ośrodku dzieciaki na nowo uczą się żyć, uśmiechać, i choć nadal trwają walki, wierzyć w pokój... Nikt nawet nie próbuje pytać o ich przeszłość....

Czas nie leczy ran, ale daje nadzieje...


"Te, które wracały z buszu prosto do domu i szły do szkoły, nie chciały siedzieć w ławkach; czaiły się przy drzwiach, żeby móc w razie czego uciec. Albo zrywały się nagle, krzycząc "nadchodzą!". (...) Kiedy przybywają do ośrodka, nikomu nie ufają, a już zwłaszcza dorosłym. Kryją się, gdy widzą żołnierzy, nie chcą podawać własnych imion, często nie potrafią powiedzieć, skąd pochodzą. Siedzą całymi dniami nieruchomo, nie odzywając się do nikogo. Terapeutom łatwiej jest trafić do najmłodszych, starsze mają na sobie ciężką do przebicia skorupę. Wszystkie są szalenie agresywne. Kiedy przybywają do nas, mają poczucie, że są bezwartościowe, że ich życie nie ma sensu".


To tylko jedna z historii opisywanych w książce. Narazie przeczytałam pierwszą część dotyczącą relacji z frontu... Ale już to pokazuje mi, jak mało wiem...


Świat bez fikcji, inny niż ten z kolorowych gazet i komedii romantycznych, inny niż mój bezpieczny kąt, moje życie... Marcin Meller pisze o wojnie, zwykłych ludziach próbujących żyć między jednym a drugim bombardowaniem. Pisze o polityce ONZ i oddaniu zwykłych ludzi z organizacji humanitarnych. Gdy jedni uciekają z terenów ogarniętych wojną, w obozach uchodźców pozostają tylko ci, którym naprawdę zależy na potrzebujących. Pozostają też korespondenci wojenni, którzy narażają swoje życie, aby świat dowiedział się, jaka jest prawda... Zostają misjonarze, lekarze, wszyscy, którzy swoje życie oddają za życie innych. To oni są bohaterami tych opowieści:

"Mam ich wszystkich przed oczami. Takich jak Dawid, który nie wiadomo ile razy uniknął śmierci w ciągu pięciu lat w Południowym Sudanie. Amerykanie, Anglicy. Irlandczycy, Włosi, Francuzi, Skandynawowie, Holendrzy, Australijczycy.... Niektórzy przyjeżdzają z pobudek religijnych, drudzy uważają, że ich kraje wzbogaciły się na nieszczęściu Afryki i czas spłacić dług. Jeszcze inny uciekają od swojej małej stabilizacji.Wszyscy w niezwykle ciężkich warunkach ratują ludzkie życia. Włóczą się z rebeliantami, aby ci łaskawie pozwolili na przejazd ciężarówek z żywnością dla potrzebujących. Paolo, 27-latek, był porządnym yuppie, zarabiał krocie pracując jako komputerowiec w luksemburskim banku. - Któregoś dnia zrozumiałem, że nie mogę tak spieprzyć własnego życia. Forsa i zupełna pustka. Zgłosiłem się do Lekarzy Świata. Wysłali mnie do Bośni. - Teraz Paolo pracuje dla Międzynarodowej Akcji Walki z Głodem (AICF)"


Można zadać sobie pytanie: a ja? Co robię, aby na świecie zapanował pokój, aby ludzie nie musieli uciekać z własnego kraju przez wojną, albo w poszukiwaniu wody i jedzenia? Ciągle zadaję sobie takie pytania....


Anna M.

P.S. Nie skończyłam jeszcze czytać, zbyt dużo kosztuje mnie to emocjonalnie... Nie cała książka traktuje o wojnie. Marcin Meller z dużą dozą humoru opisuje również rzeczywistość współczesnej Polski. Ciekawa jestem tej lektury... Tak więc  c.d.n.



NOTKA O KSIĄŻCE
wydawnictwo: Wielka Litera
data wydania: 25 września 2013 
liczba stron: 463



eioba

5 komentarzy:

  1. Lubię czytać książki, które przybliżają mi świat. Myślę, że ta jest właśnie taka. Czytałam podobną do tej, którą dzisiaj proponujesz - była to "Dzisiaj narysujemy śmierć" W. Tochmana, o ludobójstwie w Rwandzie. Zresztą o Rwandzie więcej czytałam, już sama nie pamiętam co. Byłam jak zahipnotyzowana opisem tych wszystkich okrucieństw.

    OdpowiedzUsuń
  2. planuję przeczytać tę książkę

    OdpowiedzUsuń
  3. Druga część książki to felietony i reportaże dotyczące spraw bieżących i naszej współczesnej koncepcji na świat i Polskę, trochę wspomnień z młodości i anegdot. Natomiast mnie zafascynowała część pierwsza - wspomnienia reportera wojennego. Przyznam, że ten temat jest mi bliski i bardzo często czytam i obserwuję doniesienia wojenne. Staram się śledzić na bieżąco losy uchodźców i prześladowanych chrześcijan.

    Działałam na rzecz dialogu chrześcijańsko-żydowskiego i ekumenizmu, ale to stare dzieje. Teraz w 99% pochłania mnie praca z dzieciakami w szkole, ale od czasu do czasu staram się "przemycić" ważne dla mnie treści dotyczące poszanowania dla innych, porozumienia i pomocy potrzebującym... Czas pokaże, co dalej. Mam pewne plany... ale wymaga to jeszcze dopracowania... Takie książki inspirują mnie do zmian :)

    Pozdrawiam serdecznie
    Anna M.

    OdpowiedzUsuń

Recent Posts