27 lutego 2013

"Czekolada" Joanne Harris

...to nie grzech... Na szczęście!






tytuł: Czekolada
autorka: Joanne Harris

wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 24 maja 2000
tytuł oryginału: Chocolat
liczba stron: 368
moja ocena: 4/6

      No i jestem w kropce! Pierwszy raz muszę przyznać, że film podobał mi się bardziej niż książka. No cóż. Co konkretnie mam na myśli? Nie podoba mi się schemat: Kościół = zły, zabobonny, zaściankowy. Na szczęście jest to wizja Kościoła z dawnych lat. Dziś chrześcijaństwo wygląda zupełnie inaczej, jest tu miejsce dla każdego z nas, jest też miłość, zrozumienie i dialog. "Każdy święty chodzi uśmiechnięty", a w wielu Kościołach po Mszy św. jest herbatka i ciasteczka. U mnie tak bywa :)  Przynajmniej ja taki Kościół znam i taki chcę tworzyć. Ale w historii było rożnie, i mam wrażenie, że o tym jest ta książka.  To bardzo trudna lektura dla mnie, osoby wierzącej i ufającej, że dobro kryje się w każdym człowieku. Być może autorka zna tylko negatywne oblicze Kościoła, i takie ukazuje w swojej powieści...

    Ksiądz, rygorystyczny, powściągliwy, o purytańskim obliczu, stara się zapanować nad duszami swoich owieczek. W Lansquenet jest on jedynym prawodawcą i stróżem moralności.  Boi się, że odrobina czekolady, odrobina ustępstwa zniszczy obietnicę życia wiecznego:

Ogarnia mnie jakaś rozpacz, ściera duszę, po trochu ją zmniejsza. Podobnie katedrę mogą z biegiem lat niszczyć osady kurzu i piachu. Czuje, jak ta rozpacz kruszy moją stanowczość, moją radość, moją wiarę.. Chciałbym przeprowadzić ich przez ciężkie próby, przez głuszę. A cóż ja tu mam? (...) Diabeł jest tchórzem, nie pokazuje swego oblicza. Jest bezszelestny, rozprasza się i milionami cząsteczek przenika, wpełza w ludzką krew, w ludzkie dusze".

    Vianne Rocher przybywa do tego małego francuskiego miasteczka wraz z ciepłym wiatrem. W Wielkim Poście otwiera cukiernie vis a vis kościoła. Wraz z córka Anouk, jak niegdyś z matką, błąka się po świecie nie mając domu, rodziny, stabilizacji i poczucia bezpieczeństwa.  Często zastanawia się, czy nie osiąść gdzieś na stałe.

"Patrząc na słońce zastanawiam się nie stąd ni zowąd, z jakim uczuciem bym spoglądała, jak ono wschodzi wciąż nad tym samym horyzontem za pięć - może za dziesięć, może za dwadzieścia - lat. Ta myśl jest dziwnie oszałamiająca, wywołuje lęk i tęsknotę (...) Sprzedaje marzenia, małe przyjemności, słodkie nieszkodliwe pokusy, które zwabiłyby rzesze świętych do przebierania wśród orzechów i nugatów..."

    Vianne ucieka przed przeszłością, przed lękiem, przed nieokreślonym bliżej wrogiem. Ucieka przed sobą i przed ciągłą ucieczką. To kobieta tajemnicza, chce wreszcie żyć...   Kocha magię czekolady, której smak poznała w dzieciństwie.  Po matce odziedziczyła umiejętność czytania w ludzkiej duszy. Ale alchemia i pasja kryła się w przyrządzaniu czekolady:

Kiedy pracuję uwalniam się od wszelkiej myśli, oddycham głęboko. (...) Połączone wonie czekolady, wanilii, rozgrzanej miedzi i cynamonu odurzają, wspaniale sugestywne; jest w tym surowy zapach ziemi południowoamerykańskiej, gorąca żywiczna wonność lasów deszczowych. Przenoszę się teraz. Jestem z Aztekami przy ich uświęconych obrzędach: Meksyk, Wenezuela, Kolumbia (...) Cofnięcie się do czasów, kiedy świat był większy i bardziej dziki (...) ludzie czcili ziarno kakaowe. Przypisywali mu czarodziejskie właściwości".

     Książka zawiera przepyszne opisy przyrządzania czekolady i za to ją polubiłam. Czytając kolejne strony czuje się zapach kakao i wanilii. Przyznam się szczerze, że zanim zamknęłam książkę przeczytawszy ostatnią stronę, zjadłam kilka tabliczek czekolady... No cóż, nie mogłam się powstrzymać :) Szkoda tylko, że kartki nie pachną tylko cappuccino, ale i niechęcią do Kościoła. Z drugiej strony to tylko książka...

     Pod tym względem film jest uroczy. Pierwsze skrzypce gra w nim czekolada, a negatywny wydźwięk zostaje złagodzony przez wprowadzenie fikcyjnej postaci burmistrza. To on prezentuje nienawiść do odmienności, sarkazm, dwulicowość i lęk przed drobnymi  przyjemnościami. Skupia w sobie wszystkie negatywne cechy.  Steruje młodym i niedoświadczonym księdzem, który ostatecznie buntuje się i idzie za prawdą i dobrem w swym sercu.  Z tego względu film bardziej do mnie przemawia. Nie jest jednostronny i pokazuje wszystkie kolory i odcienie charakterów czy to ludzi  Kościoła, czy to ludzi władzy. Ostatecznie dobro zwycięża... Za to pokochałam film, a książkę.... za czekoladę...





     Hmm.  Ja zakochałam się w czekoladzie. Na szczęście nikt w Kościele nie zabrania mi jej jeść. Uffff :) :) :)  Może dlatego czekolada obok kawy, sprawia, że zapominam o wszystkich troskach. Dietetycy pewnie określiliby to mianem uzależnienia. ale ja wole myśleć, że to magia drzewa kakaowego. Nic nie może się równać ze smakiem czekolady, kiedy w niedzielne popołudnie (po Mszy oczywiście) siadam w fotelu, wyjmuję książkę i tabliczkę czekolady. I to nic nie szkodzi, że w poniedziałek trzeba będzie iść pobiegać lub na popływać. Słodycze są tego warte :)




Anna M.

Nadzieja umiera ostatnia...

  
    Od kilku dni jestem ogromnie zmęczona... Oczy same mi się zamykają i marzę tylko o kawie, kocyku i podusi. Może to wina zimy, wiosny lub, jak powiedział mi wczoraj znajomy, zbyt dużej ilości snu ;) W domu ok, w pracy ok, w życiu prywatnym, jak zawsze, bez zmian. Skończyłam pisać scenariusz przedstawienia "Piotruś Pan" i poczułam ulgę i satysfakcję. Moja polonistka z liceum nie uwierzyłaby, że potrafię coś napisać, co nie jest wzorem matematycznym ;) A jednak cuda się zdarzają :)

      Znów kupiłam kilka książek... Nie potrafię się powstrzymać w księgarni. Kolejny raz przyszły mi do głowy myśli, że może faktycznie za dużo wydaję pieniędzy na książki, zamiast kupić sobie jakiś ciuch.  Ale nadzieja umiera ostatnia. Wczoraj podczas "interesującego" spotkania metodycznego mój kolega obwieścił mi z radością, że kupił 30 nowych książek. Nie pytam w ogóle ile pieniędzy to kosztowało, ale poczułam, że ten świat jest jednak do uratowania. Są jeszcze ludzie, którzy lubią czytać i cieszą się z zakupu książki. Tajemnicza nić porozumienia, kiedy widzę, że ktoś czyta, albo pokazuje mi nową książkę. Wiem, że są ludzie, którzy noszą ze sobą książki, niczym drogocenny skarb i zawsze mają coś do czytania przy sobie. To niewidzialna społeczność, bez zbędnych słów przekonywania, że czytanie jest ok. Wczorajszy dzień przyniósł mi nadzieję, nie wszystko musi się kręcić wokół telewizji, internetu, powierzchownych czy wirtualnych znajomości, programów reality-show. Może i należę do ludzi "starej daty", ale lubię mieć w domu książki, kocham czytać i od dziecka jednym z moich marzeń jest napisać książkę. Może kiedyś.... gdzieś.... 
  

      Wczorajszy dzień przyniósł mi nadzieję...  W bezimiennym tłumie nastawionym na szybką konsumpcję dużej ilości informacji, newsów, plotek, idę z nadzieją, że świat to coś więcej niż sensacja, wiadomości z pierwszych stron gazet, buty celebrytów czy spekulacje o konklawe. Jestem już tym wszystkim zmęczona. Ilość informacji, które nieproszone przelatują przez moją głowę mnie przeraża. Czas się zatrzymać i zająć życiem. Czas zwolnić, poczuć życie.  Koniec z powierzchownością i prześlizgiwaniem się po powierzchni życia. Już nie wystarcza nam czasu na prawdziwe emocje, realne uczucia i prawdziwe życie. A ja kolejny raz uświadomiłam sobie, że warto żyć!  Nic nie daje większego szczęścia i spokoju niż radość z każdego dnia, świadomość każdej chwili i bycie "tu i teraz".


"Nie szukaj kogoś, kto cię wyzwoli i nada twojemu życiu sens. Możesz to zrobić tylko ty sam. Uśmiechaj się, dbaj o siebie, bądź dla siebie przyjacielem. Jedyne więzienie, jakie naprawdę cię ogranicza, istnieje w twoich myślach" ("Planeta Dobrych Myśli" Beata Pawlikowska)




"Nie spiesz się, znajdź swój rytm. Wszyscy dookoła mogą gnać, pędzić i ścigać się z czasem. Ty nie musisz. Mądry biegacz nie patrzy na innych podczas maratonu. Dobry himalaista nie patrzy niecierpliwie na szczyt. Każdy ma swój własny rytm, w którym najlepiej się dzieją wszystkie sprawy. Więc nie spiesz się, odetchnij i spokojnie ruszaj przed siebie" ("Planeta Dobrych Myśli" Beata Pawlikowska)

 Dziś czytam "Czekoladę"...   Zwalniam odrobinę....  A Wy? Co o tym wszystkim myślicie?

Nadzieja umiera ostatnia...


Anna M.


22 lutego 2013

"O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu" - Haruki Murakami

 "Ból jest nieunikniony. Cierpienie jest wyborem"  



   

tytuł: "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu" 
autor: Haruki Murakami

wydawnictwo: MUZA
data wydania: 14 kwietnia 2010
tytuł oryginału: Hashiru koto-ni tsuite kataru toki-ni boku-no kataru koto
liczba stron: 192

moja ocena 5/6





   Bieganie jest wyborem, bieganie jest częścią nas. Co sprawia, że człowiek budzi się o świcie, zakłada buty, wychodzi z domu, biega, męczy się, wraca do domu, bierze prysznic i idzie do pracy? Większość z nas, gdy zadzwoni budzik, przestawia go na 10 minut drzemki, po czym leniwie człapie do łazienki. Ja niestety przez ostatnie kilka miesięcy należę do tej drugiej grupy, choć kiedyś biegałam nawet 10 km dziennie. Świetnie potrafię się usprawiedliwiać: druga praca, powrót do domu ok. 19.00, zmęczenie, jedzenie w biegu, spotkania ze znajomymi połączone z pysznymi deserami, zima, śnieg, brak czasu. I tak, nawet nie wiem kiedy i jak, przestałam nagle biegać... pływać, chodzić na siłownie.  Obudził się we mnie mały leniuszek: wieczory z książką i kawcią, muzyka, a rano odkładanie momentu wypełźnięcia z łóżka, aż będę na granicy spóźnienia do pracy. 
    Przeglądając blogi, natrafiłam na "Szelest stron" i recenzję książki: "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu" -   Haruki Murakami. Przeczytałam ją i zatęskniłam za bieganiem. To swoistego rodzaju pamiętnik, rozliczenie się z czasem, który mija.  
    Haruki przygotowuje się do kolejnego maratonu, opisuje trening, zmaganie się ze sobą, z swoimi ograniczeniami i wiekiem. Wspomina początki swojej pasji biegania oraz moment, w którym zajął się pisaniem. Opowiada o triatlonie, niepowodzeniach i godzeniu się z coraz gorszymi wynikami. Czas mija... ale biegaczem jest się do końca - ono nadaje rytm i sens życiu. Dyscyplina pozawala na zachowanie fizycznej sprawności i chęci do życia. 



"Moja potrzeba samotności pozostała niezmienna. Z tego powodu ta godzina czy więcej, którą poświęcam na bieganie, pielęgnowanie pozbawionego słów czasu dla siebie, jest ważna dla utrzymania przeze mnie dobrego mentalnego samopoczucia. Kiedy biegnę, nie muszę z nikim rozmawiać ani nikogo słuchać. Jedyne, co muszę, to przyglądać się mijanej okolicy. Nie byłbym w stanie obejść się beż tej części dnia. (...) O czym dokładnie myślę, kiedy biegnę? Nie mam zielonego pojęcia. (...) Biegnąć, nic nie robię, tylko biegnę. Zasadniczo biegnę w pustce. Innymi słowy, biegnę po to, by osiągnąć pustkę".

    Dlaczego ja biegałam? Kochałam wstawać o świcie i biec wzdłuż rzeki lub w lesie. Zawsze wybierałam samotne miejsca. Obserwowałam budzące się słońce, walczyłam ze zmęczeniem, słuchałam swojego oddechu i powoli uwalniałam się od myśli, emocji i tego wszystkiego, co nazywam  codziennością. To był czas tylko dla mnie i tylko ze sobą się zmagałam. Zawsze więcej, zawsze dłużej i intensywniej. Cudowny czas i zmęczenie, które sprawiają, że żyjesz. Radość istnienia.


"Bieganie, na równie z trzema posiłkami dziennie, snem, sprzątaniem i pracą, weszło na stałe do mojego rozkładu dnia. Gdy stało się czymś naturalnym, przestałem się wstydzić, że biegam".

     Nie liczą się wyniki, statystyki czy dystans. Liczy się sama przyjemność z biegania. Jestem tylko ja i to, co mogę zrobić, to, na co mnie stać, to, kim jestem i kim chcę być. Na wszystko inne przyjdzie czas.  Życie staje się prostsze, spokojniejsze.  Każdy dzień staje się przygodą i wyzwaniem, aby bardziej poznać siebie i świat wokół nas. Tak, tęsknie za bieganiem! Koniec wspominania, koniec lenistwa. Wczoraj wyjęłam z szafy moje buty, idzie wiosna, będzie cieplej i .... wczesnym rankiem, nad Wartą,  znów będzie można samotnie pobiec ...  Kocham to!!!!




 "Ból jest nieunikniony. Cierpienie jest wyborem"


Anna M.

20 lutego 2013

"Piotruś Pan i Wendy" James Matthew Barrie

Wendy i ja, czyli o sztuce latania raz jeszcze...



tytuł: Piotruś Pan i Wendy
autor: J.M. Barrie 
wydawnictwo: Znak

tytuł oryginału: Peter and Wendy
liczba stron: 227
moja ocena 6/6




    Na chwilę znów jestem dzieckiem i marzę, i śnię, i tęsknię za Piotrusiem... za Nibylandią, za zabawami w Indian i piratów... 

  Przeczytałam książkę "Piotruś Pan i Wendy" (James Matthew Barrie) ze względu na moje dzieci w szkole. Jestem odpowiedzialna za Koło Teatralne dla maluszków i chcę w tym roku wystawić z nimi Piotrusia Pana. Dzieci przyjęły pomysł bardzo entuzjastycznie, same zdecydowały, jaką rolę chcę zagrać i ku mojemu całkowitemu zaskoczeniu, nie było kłótni... Co za ulga... Czytanie książki było świetną zabawą, zwłaszcza, że starałam się natychmiast wyobrażać sobie moje aniołki grające na scenie. Czeka nas mnóstwo pracy, muszę jeszcze stworzyć scenariusz :) a potem rozdać role. Wspólnie zrobimy scenografie i kostiumy :) Mocno wierzę, że się uda.W końcu z każdego uśmiechu dziecka rodzi się wróżka, wiem, że one mi pomogą! Rozsypią magiczny pył i pofruniemy :) Nie potrafię już latać, ale moje dzieci mają jeszcze mnóstwo wyobraźni i w zupełności wystarczy, aby stworzyć Nibylandię. 

"Jestem stara, Piotrusiu.  Mam o wiele więcej niż dwadzieścia lat. - Już dawno dorosłam. - Obiecałaś, że nie dorośniesz!  -Nie mogłam temu zapobiec".
    
   Podobnie jak Wendy, ja również dorosłam, choć bardzo starałam się pozostać dzieckiem. Dorosłam świadomie, pozostawiając dziecięce zabawki w kartonie na strychu.  Na chwilę znów jestem dzieckiem i marzę, i śnię, i tęsknię... za beztroskim czasem dzieciństwa. Nie wierzysz, że Nibylandia istnieje nie na niby? Nie wierzysz? Właśnie umiera kolejna wróżka! Bo dorośli przestali wierzyć, zapomnieli, jak być dziećmi. Klaśnij w dłonie, a Dzwoneczek ożyje i znów będzie rozsypywał srebrny pył. Dzieci będą mogły wyobrażać sobie wszystkie cudowne rzeczy i bawić się i śmiać.  To dla nich, my dorośli, musimy wciąż wierzyć w piękniejszy świat i sprawić, by świat dziecka zawsze był kolorowy i pełen magii i słońca. Wtedy będą miały odwagę i siłę, aby dorosnąć toczyć walki ze swoim własnym Kapitanem Hakiem. Pozwólmy im być dziećmi, najdłużej jak to możliwe, a potem pomóżmy dorosnąć :) Bądźmy przy nich i zawsze zostawiajmy otwarte okno, aby zagubione dzieci znalazły w naszym sercu dom... 

Anna M. 
dorosła... :) 

19 lutego 2013

"Przygody Piotrusia Pana" James Matthew Barrie


W każdym z nas mieszka radosne dziecko :)





tytuł:"Przygody Piotrusia Pana" 
autor:  James Matthew Barrie
wydawnictwo: GREG
data wydania: 2012  
tytuł oryginału: Peter Pan and Wendy, Peter Pan in Kensington Gardens
liczba stron: 184
moja ocena: 6/6







      Idąc do pracy, codziennie rano i popołudniu przechodzę przez park. Zazwyczaj nie zwracałam na to uwagi,  byłam daleko myślami: praca, dom, zmęczenie, pośpiech, co zrobić na obiad? Ale od kilku tygodni coś zaczęło się zmieniać. Park otulił się śniegiem, a mróz malował srebrzące się obrazy. Znalazłam śliczną alejkę i choć to dłuższa droga, zaczęłam tamtędy wracać do domu. Z każdym dniem park ożywał w mojej wyobraźni... Idąc tamtędy, słucham zazwyczaj Il Divo i przyglądam się przyrodzie, rano zaspanej podobnie jak ja, a wieczorem cichej i spokojnej. 



      Czy w moim parku są elfy? Oczywiście! Czy widziałam kiedykolwiek któregoś z nich? Jasne, że nie! Ale one zawsze mnie obserwują..., uśmiechają się i przesyłają mi dobre myśli i swój promienny uśmiech. Czasem pocieszają, a nawet ocierają łzy. Nigdy nie jestem sama: elfy, ptaki, no i moje dzieci. A ja? Ponury dorosły? Nie, bo dzięki elfom i moim milusińskim przypomniałam sobie, co to znaczy być dzieckiem. Pamiętam, że podczas moich pierwszych praktyk pedagogicznych, jeszcze na studiach, przyglądałam się bacznie nauczycielkom klas I-III. W mojej głowie powstał obraz pani profesor: ładnie ubranej, buciki na obcasie, teczka i kawa. Z takim "ideałem" trafiłam do szkoły.... Przyrzekłam sobie, że też będę taką nauczycielką... I tu zjawił się Piotruś Pan i wszystko przestało być takie oczywiste... Najpierw trzeba przypomnieć sobie, co to znaczy być dzieckiem, nauczyć się na nowo patrzeć na świat oczami 6 - latka, pozbyć się schematów i "oczywistych oczywistości". Bawiąc się z dziećmi, trzeba stać się w pewnym sensie jednym z nich, bo dorosły nigdy nie zostanie zaproszony do ich magicznego świata. A jest to kraina marzeń, fantazji i ... tego, co niewidzialne. Zamieniłam więc buty na obcasie na adidasy, a elegancki żakiecik na wygodne jeansy i T-shirt.  Ponoć z każdego uśmiechu dziecka rodzą się elfy... Może dlatego z czasem zaczęłam je dostrzegać, bo dzieci śmiały się coraz głośniej. Uśmiech jest jak słońce - dodaje kolorów naszej codzienności. Ale prawdziwe wyzwanie to nauczyć się latać. Przepraszam, przypomnieć sobie latanie. Jeżeli prawdą jest, że każdy z nas był kiedyś ptakiem, zanim stał się dzieckiem, to oznacza, że mamy w sobie pragnienie wzbicia się na skrzydłach naszych marzeń. Dorosłość powoli zabija w nas ideały, odbiera radość z małych rzeczy i ciekawość świata. Spieszymy się do pracy i nie zwracamy uwagi na nic poza nami samymi. Nawet Piotruś Pan prawie zapomniał, jak się lata, ale nie poddał się:


"I dobrze, że o tym nie pomyślał, bo byłby w końcu stracił wiarę w swoją możliwość latania, a kto utraci wiarę w siebie, nigdy już nie wzbije się ponad ziemię"



      Dlaczego sięgnęłam po książkę "Przygody Piotrusia Pana"? Nie wiem... chyba elfy mi podpowiedziały, co przeczytać. A może sam Piotruś Pan się zjawił, gdy spałam? Zawsze mam uchylone okno... Albo moje dzieci przypomniały mi beztroskie lata  na wsi. Pamiętam, że razem z bratem mieliśmy domek na drzewie, bawiliśmy się godzinami, a latem jedliśmy w nim obiad, który mama przynosiła nam i zostawiała w koszyku. Biegaliśmy boso po łące i próbowaliśmy złapać małe kaczuszki. Oczywiście nigdy nam się nie udawało. Ale za to potrafiłam przekupić mlekiem sprytne kociaki, które później chodziły za nami i drapały nas swoimi pazurkami.... Pamiętam szałas zbudowany w lesie i pierwszą wspólną wyprawę poza granice lasu z dziećmi naszych sąsiadów. Zrobiliśmy kanapki, spakowaliśmy plecaki i jak to zazwyczaj bywa, nic nie powiedzieliśmy mamie. Oficjalnie mieliśmy przecież zakaz oddalania się od domu. Ale ciekawość dziecka jest silniejsza, zatem odważnie postanowiliśmy sprawdzić dokąd prowadzi leśna ścieżka i co jest po drugiej stronie lasu. Hmmm las to za dużo powiedziane, ale dla nas wtedy to był cały świat... My też chcieliśmy już na zawsze pozostać dziećmi, i w złożyliśmy nawet w naszym szałasie ślubowanie, że nigdy nie będziemy mieli więcej niż 10 lat.... :) Dawno o tym zapomniałam, moich towarzyszy zabaw nie widziałam odkąd skończyłam 12 lat i z rodzicami przeprowadziliśmy się do innego domu. To było 20 lat temu... zapomniałam o kotkach, łące, wiankach plecionych z polnych kwiatków, o puszczaniu latawców i kąpielach w rzece. Dawno nie bawiłam się w "chowanego" i nie spałam na sianie, i całe lata nie piłam jeszcze ciepłego mleka prosto z wiaderka....


mała Ania (wtedy jeszcze widziałam elfy :)



      Znalazły mnie dopiero elfy i przypomniały, że każdy z nas był kiedyś dzieckiem, a to, co dorosłemu wydaje się nudne i oczywiste, dla dziecka jest najbardziej "tajemniczą tajemnicą" wszechświata. Za każdym kwiatkiem, kamykiem czy krzaczkiem chowa się mały elf, który lubi robić psikusy. Ptaki opowiadają sobie przedziwne historie, a drzewa szumią o dawnych czasach. Świat wstrzymuje oddech i z całych sił stara się nam przypomnieć, że bycie dzieckiem to najwspanialsze zajęcie pod słońcem. Ale czy my, dorośli, potrafimy jeszcze je dostrzec?



                                                               


Anna M.


17 lutego 2013

"Jestem nudziarą" Monika Szwaja

W szkole nigdy nie jest ... nudno


 

tytuł: Jestem nudziarą
autorka: Monika Szwaja

wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 2003
liczba stron: 320

 moja ocena: 5/6





 Skończyłam czytać kolejną książkę... i to kolejną o szkole i nauczycielach, a ściślej - o nauczycielce. Agata ma 30 lat, nie ma męża i uczy w szkole i jak sama o sobie mówi - jest nudziarą. Do tego nie potrafi się malować i ubiera się jak stara panna. Oczywiście ma też dwie zbzikowane przyjaciółki i próbuje sobie jakoś mniej więcej radzić w życiu... Hmmm czyżby mi to coś przypominało? Chyba ze mną nie jest aż tak źle... 

       Nie będę streszczała książki. Nie to jest moim zamiarem na tym blogu. Czytałam z przyjemnością, znam bowiem dobrze pracę pedagoga.  I tu muszę powiedzieć, że od dłuższego czasu mam "frajdę" z pracy w szkole. Po dwóch latach małego "rozwodu" z posadą nauczyciela, wróciłam do moich milusińskich z nieukrywana radością i tęsknotą! Kiedyś pewnie sama napiszę o tym książkę, bo materiałów (raczej komediowych) starczyłoby mi na niejeden tom. Póki co skupiam się na uczeniu i na odnajdywaniu równowagi miedzy życiem prywatnym (aktualnie takowe nie istnieje) a pracą. Niestety nie bardzo mi się to udaje. Moja mama mawia, że przecież szkoła i ja to jedno, nie rzadko przychodzę do pracy wcześniej i wychodzę długo po zakończeniu lekcji kpiąc sobie z internautów, którzy na rozmaitych forach wypisują bzdury o pracy w oświacie. Od dłuższego czasu przestałam się też przejmować komentarzami rodzinki, że mogłabym wrócić na wieś, zająć się inną pracą i więcej zarabiać (np jako księgowa).  Ale ja lubię Poznań, uwielbiam zgiełk miasta i kocham dzieci. Czuję się tu dobrze i nie planuję kolejnej separacji z zawodem. Mam zamiar zostać dumną emerytką, chyba że wcześniej biurokracja i "papierologia" mnie wykończy ;)

      Co kocham w szkole? No cóż... To czysta magia i pasja :) Nie można tak zwyczajnie tego opisać, wyjaśnić i określić...  Jako dziecko zawsze kogoś czegoś uczyłam. Na nieszczęście przeważnie musiałam pomagać bratu, który do szkoły miał zawsze pod górkę. W liceum, razem z koleżankami założyłyśmy kółko matematyczne i wymieniałyśmy się dodatkowymi zadaniami.  Z punktu widzenia dzisiejszego nastolatka - jakiś absurd :) No ale czasy były inne - bardziej "romantyczne"... Na studiach organizowaliśmy w akademiku  naukowe wieczory - było jedzenie (głównie pizza), muzyka i "wkuwanie" przed egzaminami. 

      Zawsze uwielbiałam przekazywać innym to, czego sama się nauczyłam.  Uparcie szukałam odpowiedzi na wszystkie pytania wszechświata. Dziś z radością patrzę na moje dzieciaki, które w miarę upływu czasu stają się coraz bardziej samodzielne. Lubię ich ciekawość i iskrę wiedzy, która sprawia, że nic nie jest oczywiste. One pomagają mi nie zapomnieć, co znaczy być dzieckiem, jak patrzeć na otaczającą nas rzeczywistość. Dzięki nim codziennie zachwycam się małymi rzeczami, które wspólnie odkrywamy. I co tu dużo ukrywać - "Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat" (Janusz Korczak) I to dosłownie! A przynajmniej ja nie mogę się powstrzymać od śmiechu.... kiedy jestem z moimi urwisami.... 



Ja  wychowuję je, a one mnie...  Codziennie się uczę, jak być dobrą nauczycielką :) No dobra, my tu gadu gadu, a jutro moi milusińscy mnie zamęczą. Ostatnio uczę się uruchamiać pewien telewizor w pewnej sali i jak narazie 1:3 dla telewizora... :) Ale jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa! Żaden sprzęt nie pokona mojej oczywistej inteligencji... mam nadzieję ;)


 I jeszcze jedno:
 Monika Szwaja - oficjalna strona :)

Anna M.




10 lutego 2013

"Stowarzyszenie Umarłych Poetów" Nancy H. Kleinbaum

 ... czyli o poezji, życiu... i nauczycielach....


tytuł: "Stowarzyszenie Umarłych Poetów"
autor: Nancy H. Kleinbaum
wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
data wydania: 2012 
tytuł oryginału: Dead Poets Society
liczba stron: 160
moja ocena: 6/6
   

Nie lubię poezji, od dłuższego czasu unikam wszelkich stowarzyszeń, ale .... jestem nauczycielką. Przyszedł zatem czas na książkę Nancy H. Kleinbaum "Stowarzyszenie Umarłych Poetów".

  
      Lata temu widziałam film i przyznaję, byłam zachwycona! Znów czytam poza planem, ale widać taka ze mnie "poetycka" dusza. Jutro wracam do szkoły po chorobie i postanowiłam jakoś "wejść w klimat". Uwielbiam być nauczycielem, kocham dzieciaki, lubię moją szkołę, ciężko znoszę chorobowe i nudę. Niedzielne popołudnie postanowiłam zatem spędzić na czytaniu. Od jutra będę miała mniej czasu, bo zaległości w dokumentacji (jak zawsze mam tu spore pole do popisu) pewnie już się piętrzą. Ale jak mawiała  Scarlett O'Hara: "Nie chcę o tym teraz myśleć. Pomyślę o tym jutro".


       Dziś o szkole, ale spokojnie, nie będę pisała o pracy. Kiedyś wydam zbiór anegdot, które jakoś dziwnie mi się trafiają z zadziwiającą częstotliwością. Będę wtedy na emeryturze, będę mieszkała w małym domku na wsi i miała ogromną bibliotekę. Pojawia się tylko jeden problem - jak trafnie zauważył jeden z moich uczniów, na emeryturze już długo nie pożyję. No cóż taki system pracy w naszym kraju... Dlatego czytam na zapas... :) Napiszę teraz coś, co się w głowie moim milusińskim w szkole w głowie nie mieści - byłam kiedyś dzieckiem i chodziłam do szkoły i nie było to przed II Wojną Światową, choć w zeszłym stuleciu. Horror! Moje dzieciaki urodziły się już w XXI w., więc to dla nich i tak szok, że można żyć tak długo :) i nie mieć jeszcze męża i własnych dzieci :) Ale tak, tak, chodziłam do szkoły i też miałam nauczycieli. Polskiego nie lubiłam, tzn. lubiłam, ale jakoś nigdy nie myślałam tak jak autor wiersza czy powieści. Moje zdanie było też oczywiście całkowicie odmienne od zdania nauczycielki. Ale miałam również ulubione przedmioty: matematykę, chemię i technikę. Spotkałam w moim życiu wspaniałych nauczycieli (w podstawówce, w liceum i na studiach, ale i poza szkołą, przewodników w życiu). Pokazali mi moją własną drogę, nauczyli ufać sobie. I nie twierdzę, że miałam tylko samych dobrych nauczycieli, bo... bywało różnie. Ale każdy z nich zmuszał mnie do myślenia, do podejmowania decyzji, do walki, pracy i poszukiwań. To im zawdzięczam mój indywidualizm, który ludzi czasem doprowadza do szału, ale który pozwala mi być sobą. Moi przewodnicy pokazują mi cel, udzielają rad, ale nie podejmują za mnie decyzji, nie żyją za mnie. I tu ogromne podziękowania dla mojej Mamy, bo pewnie nie raz miała stan przedzawałowy, gdy komunikowałam moje kolejne nowe pomysły. :) Sporo tego było...

     Czytam książkę Nancy H. Kleinbaum i widzę mojego nauczyciela, któremu wiele zawdzięczam. Ale wróćmy do książki:

"Ilu z nich udało się dokonać choć odrobinę z tego, do czego byli zdolni - zanim zorientowali się, że jest już za późno? Czy w pogoni za wszechwładnym bogiem sukcesu... nie pogubili swoich chłopięcych marzeń? Trzeba wam wiedzieć, że większość z tych dżentelmenów użyźnia teraz ziemię pod cmentarnymi żonkilami! A jednak, jeśli tylko mocno wytężycie słuch, usłyszycie ich wołanie. Zbliżcie się do nich - zachęcił. - Nachylcie się. Śmiało. Słyszycie? Słyszycie ich głos? W sali zapanowała cisza. Niektórzy chłopcy niepewnie nachylili się ku fotografiom.
- Carpe diem - wyszeptał Keating niskim głosem. - Chwytajcie dzień. Uczyńcie wasze życie niezwykłym".


 Ja uczynić życie niezwykłym? Co zrobić, kiedy nie ma się pieniędzy, znajomości, mieszka się na wsi i wszędzie daleko? Otóż... istnieje w nas maleńki zakątek, tylko nasz całkowicie - dusza! Sprawia ona, że jesteśmy ludźmi, że każdy ma taką samą wartość i godność, niezależnie od tysięcy drobiazgów, które w tym świcie liczą się bardziej niż samo człowieczeństwo. W niej są ukryte nasze marzenia, ideały i cele.



"(...) nauczycie się smakować słowo. Bez względu na to, co jeszcze w życiu usłyszycie, pamiętajcie, że słowo i idea mają moc zdolną zmienić świat".
 "Jeśli z przekonaniem i uporem dąży się ku swoim marzeniom, osiągnie się zwycięstwo,
które w zwykłym dniu nie jest dostępne".


      Nigdy nie jest za późno na marzenia, nigdy nie można się poddawać. Trzeba żyć, cieszyć się życiem i kochać. Długo nie rozumiałam tych słów. Ale pomógł mi mój przewodnik w życiu, kiedy na ostatnim przed jego śmiercią spotkaniu, powiedział mi: "niczego nie żałuj, nie oglądaj się za siebie, nie patrz na komentarze innych ludzi -  żyj i nie odkładaj niczego na później. Odwagi..."


 "Nagle Keating wskoczył na swoje biurko i powiódł okiem po klasie.
- Dlaczego tu stanąłem? - zapytał.
- Żeby być wyższym? - zasugerował Charlie.
- Stanąłem tu, by przypomnieć samemu sobie, iż ciągle powinniśmy zmuszać się do
innego patrzenia na świat. Stąd wszystko wygląda inaczej. Zapewniam was. Jeśli nie
wierzycie, stańcie tu sami. No, proszę. Każdy po kolei. - Keating zeskoczył na podłogę".




      Życie to coś więcej niż jedzenie, spanie i praca. Sens ma tylko bycie sobą, życie w zgodzie z własnym wnętrzem. Trzeba tylko odkryć, kim jestem. Do tego zachęcali mnie moim nauczyciele, przewodnicy, mentorzy. Było ich wielu, w szkole, w pracy, często byli to ludzie, którzy z pozoru zwyczajni, jednak stawali się moimi autorytetami w najważniejszej kwestii - życiu pełnią swojego istnienia. Wielu z nas zatrzymuje się, nie rozwija skrzydeł, bo boi się, co zobaczy w lustrze, gdy zacznie się sobie przyglądać. Otóż "odwagi" - ten głos każdy z nas nosi w sobie. Trzeba tylko uspokoić wnętrze, żeby go usłyszeć. 


"Moi drodzy żacy, w człowieku tkwi nieodparta potrzeba bycia akceptowanym. Za wszelką cenę musicie jednak zaufać tym cząstkom swojej osobowości, które wyróżniają was spośród innych i sprawiają, że jesteście niepowtarzalni. Nawet jeśli wyróżniająca was cecha jest dziwna czy nieakceptowana"



Szukajmy zatem takich nauczycieli, jak Keating. Oni są wśród nas, ich słuchajmy i za nimi podążajmy.


:)
Anna M.
P.S. Uciekam przygotować się na jutrzejszy dzień w szkole :)




9 lutego 2013

Lubię to!

      
       Psycholodzy twierdzą, że w dzisiejszych czasach można uzależnić się od wszystkiego. Szczera prawda! Większość z nas nie może funkcjonować bez dostępu do informacji, internetu czy Facebooka. Polecam tekst Kominka: "Nie ma nic ciekawego na sieci po dwudziestej drugiej" Przyznaję, że ja również mam problem z wyłączeniem choć na chwilę telefonu komórkowego, często sprawdzam maila i mam konto na Facebooku. Ale jeszcze nie wszystko stracone, nadal mam przebłyski zdrowego rozsądku i od czasu do czasu ograniczam korzystanie z internetu. Ale to wciąż za mało. Kilka dni temu przeczytałam wpis "Jak się nie dać FOMO?" i muszę stwierdzić, że przyszedł czas na zmiany. 
      
       Siedziałam sobie dziś w fotelu z kubkiem kawy zastanawiałam się nad słowem "wolność". Zadałam sobie proste pytanie: czy mogłabym zrezygnować z ciągłej potrzeby "bycia na bieżąco" ze wszystkim? W niedziele słuchałam audycji "Świat według blondynki", w trakcie której Beata Pawlikowska mówiła o negatywnym wpływie szumu informacyjnego na nasze wnętrze. Zaczęłam się nad tym zastanawiać. Nie twierdzę, że życie poza światem jest dobre, ale czy nie przesadzamy z tym "podłączeniem" do sieci zawsze i wszędzie? Przecież moja wartość nie zależy od ilości kliknięć "lubię to"! Coraz częściej spotykamy się w świecie wirtualnym, na portalach społecznościowych, coraz mniej mamy prawdziwych znajomych. Wstajemy, włączamy komputer, telewizor, idziemy do pracy, rozmawiamy o newsach, plotkujemy, wymieniamy nieistotne informacje. Podobnie postępujemy po powrocie do domu. Otacza nas szum informacji, reklamy atakują, muzyka otacza i wdziera się do naszego wnętrza. W mieście trudno nawet znaleźć ciszę. Moi uczniowie mawiają, że jak nie ma cię na Facebooku, to nie istniejesz.
     Zmieliłam świeżo ziarna kawy, otworzyłam na chwilę okno, włączyłam muzykę... na chwilę się zatrzymałam. 
        Kilka dni temu usunęłam większość wpisów na moim prywatnym profilu Facebooka, zweryfikowałam listę znajomych i ograniczyłam ich liczbę do tych, których znam osobiście i z którymi aktualnie utrzymuję kontakt. W niedzielę wyłączam telefon i nie odbieram maili. Weekend to czas tylko dla mnie, w tygodniu pracuję od rana do wieczora, spotykam się ze znajomymi, poprawiam zeszyty, przygotowuję lekcje - czyste szaleństwo! Sobota to święty czas: wspaniały poranek, kawa, pyszne śniadanie i książka... Nie ma mnie dla nikogo...Myślę, że świat przez te dwa dni przetrwa beze mnie :)

Anna M.

8 lutego 2013

"Planeta Dobrych Myśli" Beata Pawlikowska

...cogito ergo sum...

Moja ulubiona autorka - Beata Pawlikowska!
 i jej nowa książka - "Planeta dobrych myśli".

Można przeczytać w godzinę, ale można też czytać całe życie. Ja wybieram opcje drugą :) plus wprowadzanie w życie rad p. Beaty :) (Oczywiście nie mogłam się powstrzymać, żeby nie przeczytać jej jednym tchem...). Dziś jeden losowo wybrany cytat:

"Świat może ci dać tylko to, co od ciebie dostaje
Wiem jak boli samotność i strach przed odrzuceniem
Wiem jak to jest kiedy myślisz,
że musisz żebrać o uwagę
kiedy pragniesz poczuć się akceptowana i lubiana
i szukasz u ludzi potwierdzenia swojej wartości

Ale odkryłam coś
najbardziej zdumiewającego na świecie
Im bardziej szukasz miłości u innych ludzi,
tym mniej jej dostajesz
Im bardziej pragniesz akceptacji innych,
tym mniej jej poczujesz
Im bardziej oczekujesz, że inni zmienią twoje samopoczucie,
tym bardziej będziesz w rozpaczy

Dzieje się tak dlatego, że kluczem do wszystkiego jest to,
co ty sama musisz najpierw sobie dać -
żeby móc to także otrzymać od innych
ŻYCIE JEST JAK WIELKIE LUSTRO ODBIJA TO, CO W SOBIE MASZ ORAZ TO, CZEGO CI BRAKUJE"

:) prawda, że oczywiste? Hmmm, to dlaczego tak trudno dziś ludziom być szczęśliwym? Jesteśmy zabiegani, zestresowani, brakuje nam czasu dla siebie i innych.... Zabieram się do pracy nad sobą!




Tak sobie rozmyślam ostatnio (zapewne to wynik przeziębienia i ogromu wolnego czasu spędzanego w domu). Może faktycznie byłoby dobrze zastosować się do rad Beaty Pawlikowskiej. Od lat czytam jej książki, podziwiam postawę, szanuję przekonania. Po cichu zawsze mówiłam sobie, że ona to ma szczęście. Ale chwilę, przecież każdy z nas może być swoim najlepszym przyjacielem! Dlaczego tak trudno jest zaufać samej sobie, czemu wywiązujemy się z tysięcy umów, a nie dotrzymujemy słowa danego sobie. Zycie płynie, a my kręcimy się wokół tych samych problemów, nic z nimi nie robiąc... Czy to nie chore i nieracjonalne? Kogo tak szczerze chcemy zadowolić? Społeczeństwo? A ja? co ja myślę o tym, co czuję, gdzie jestem i kim chcę być. STOP. Pora się zatrzymać... Bo za chwilę obudzę się u końca życia i będę się zastanawiała, co się z nim stało. Drugiego nie będę miała, możne wiec pora zając się tym największym skarbem, jaki mam - moim własnym życiem?



Anna M.


7 lutego 2013

Bohdan Smoleń "Niestety wszyscy się znamy""

... a ich zdjęcia wiszą za zakładem..."





tytuł: "Niestety wszyscy się znamy"
autor: Bohdan Smoleń
wydawnictwo: Otwarte
data wydania: 3 października 2011

liczba stron: 264

moja ocena: 6/6
plus - bolesne rozczarowanie legendą




   
      Kabaret to moja druga pasja... Zaczęłam oglądać kabaret jeszcze zanim przeczytałam pierwszą książkę. Na smutki mam kilka sposobów: czekolada, książka, kabaret i jeszcze kilka tajnych metod ;) Dziś na polskiej scenie pojawiają się młode, ambitne kabarety, są też klasyki. Ja wychowałam się na Zenonie Laskowiku i Tey. Teksty znam na pamięć, a programy widziałam wiele razy. Sama zawsze lubiłam robić innym żarty, wygłupiać się, a mój śmiech znają wszyscy, zwłaszcza uczniowie. 


     W moje ręce wpadła niespodziewanie książka Bohdana Smolenia "Niestety wszyscy się znamy". Nadal ją czytam.....Co prawda jest to raczej wywiad o przeróżnych sprawach, ale spora jego część dotyczy również Tey. I tu przyznaję, że zaczęły się schody. O tym chciałam się z Wami podzielić. Na inne rzeczy przyjdzie jeszcze czas i miejsce na tym blogu. Dziś bardzo osobiście.


    W Tey zakochałam się równie szybko i mocno, jak w Poznaniu. Z tymi dwiema rzeczywistościami zrosłam się na wiele lat i stały się one częścią mnie. Każdy, kto choć trochę mnie zna, zgodzi się z tym, że zawsze cytuje teksty kabaretowe, a mój poznański akcent i gwara szybko mnie zdradzają. Mieszkając przez prawie dwa lata w Krakowie tęskniłam do wszystkiego, co poznańskie. Teraz znów mieszkam w Poznaniu i tu czuję się jak w domu - od 13 już lat!  O tych dwóch miastach Smoleń tak w skrócie pisze:
"W porównaniu z Krakowem Poznań jest zupełnie inny. Inne życie towarzyskie, inne dowcipy, inne relacje między ludźmi."

Gdziekolwiek będę (czego doświadczyłam w Krakowie) będę poznanianką, będę myślała i czuła po poznańsku. Nie potrafię tego wyjaśnić, może wystarczy, że napiszę KOCHAM TO MIASTO! Ale wróćmy do kabaretu... Wiedziałam, że mój dziecięcy, idealny obraz Teya był utopijny. Znam biografię Zenona Laskowika i Bohdana Smolenia, dużo też słyszałam o kulisach powstawania kabaretu. Znam kontekst historyczny, w jakim wtedy się żyło. Książka jednak zawiera wiele do tej pory nie znanych mi faktów, jest bardzo szczerym rozrachunkiem z przeszłością. Bohdan Smoleń nic nie ukrywa i mówi prawdę nawet, jeśli ona boli... - mnie boli... Sam otwarcie mówi:
"To było kłamstwo w żywe oczy, do czego się przyznaję"
Pisze o pieniądzach, nieporozumieniach, układach, alkoholu i systemie politycznym. To bolesny tekst dla kogoś takiego jak ja - wychowanego na kabarecie. Życie pisze swoje scenariusze, zupełnie zwykłe i proste.  I o tym jest m.in. ta książka... o życiu, które nie zawsze jest kabaretem...

      Dla mnie i dla wielu ludzi Tey na zawsze pozostanie kultowym kabaretem, bo na takie miano w pełni zasługuje! Ta kwestia nie podlega dyskusji. Dziś, gdy po latach oglądam ich stare występy, tak samo głośno się śmieje. Kiedy oglądam współczesne programy Zenona Laskowika, wiem, że to zawsze jest on - ten sam styl, ten sam błysk w oku, ta sama charyzma, ten sam geniusz - jedyny w swoim rodzaju, nie do zastąpienia...  Zresztą to samo mogę powiedzieć o Bohdanie Smoleniu. Zawsze będę im wdzięczna za to, że rozbudzili we mnie poczucie humoru, zmusili do patrzenia na świat z pewnego dystansu, nauczyli śmiania się ze siebie samej i tego, że uśmiech jest lekiem na całe zło (plus czekolada oczywiście - ale to już mój osobisty wynalazek).

      Jeszcze jedna kwestia, też bardzo osobista. Bohdan Smoleń prowadzi dziś Fundacje, pomaga dzieciom, szuka spokoju i ciszy, oderwania od estrady, zgiełku, ludzi, oczekiwań i pytań. Jego życie nie było łatwe, zarówno zawodowe jak i rodzinne.  Ale wciąż kocha życie... Zadaję sobie pytanie, jak dużo zła może człowiek doświadczyć i przetrwać? Gdzie są granice wytrzymałości? Jak zacząć żyć na nowo po tragedii, nie raz, ale kilka razy? Jak żyć?


Panie Zenonie, Panie Bohdanie - DZIĘKUJĘ !

 



Anna M. 

 P.S. Lubicie kabarety?

6 lutego 2013

Nikt nie jest samotną wyspą...



O!!!!!!!!!!!!!!!     Miła niespodzianka :) Mam pierwszy komentarz :) :) :) :) :) 

      A to oznacza, że nie jestem sama! Do tej pory myślałam, że tylko moja mama czyta tego bloga... hihihihihi No i jak znam życie to zapewne już kilkoro uczniów wpadło na mój ślad w sieci. Ale miło, że jest jeszcze ktoś :) Pozdrawiam i czekam na ujawnienie się innych... 





Hallo? Jest tam jeszcze ktoś?

Anna M.

5 lutego 2013

"Przerwana lekcja muzyki" Susanna Kaysen


"Girl, Interrupted"... światy równoległe....



 


tytuł:  "Przerwana lekcja muzyki"
autorka: Susanna Kaysen
wydawnictwo: Zysk i S-ka
data wydania: 1996
tytuł oryginału: Girl, Interrupted
liczba stron: 160
moja ocena: 6 /6 
    Co u mnie? No cóż, nadal chora... ale już bez temperatury :) No i kolejny postęp - przestała mnie boleć głowa i nareszcie mogę myśleć :)  Leżę w łóżku grzecznie, jem, śpię, kaszle, stos chusteczek, jeszcze 4 dni na antybiotyku, zapas żywności w lodówce, rosołek, owoce i herbatka z cytryną, choć nie lubię. Ale muszę się ostatecznie i definitywnie wyleczyć! Taki mam odważny plan :) Za oknem prawie wiosna, a ja uwięziona w pokoju na 12 piętrze! Trudno... Jeszcze przyjdą lepsze dni :)


     "Girl, Interrupted" Susanna Kaysen. Książka przeczytana poza planem... ale z potrzeby serca. 

Susanna Kaysen


3 lutego 2013

"Mój Egipt" Jarosław Kret

Grypa, wschód słońca i galaretka truskawkowa...
  

tytuł: Mój Egipt
autor: Jarosław Kret :)

wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 9 listopada 2011
liczba stron: 328

moja ocena 5 / 6

moja ocena autora: 6 /6  :)




 Niedzielny zimowy wieczór, a ja? A ja jestem znów chora... Kocyk, herbatka z miodzikiem i cytrynką, stos chusteczek i syropek na kaszel... i kolejny rodzaj antybiotyków :( Dużo śpię, a moje poczucie czasu dnia i nocy kompletnie zostało zaburzone.

      Ale czytam sobie o Egipcie. Przyznaję, że nie jestem fanką książek podróżniczych. Nie jestem typem kogoś, kto lubi zwiedzać. Będąc pierwszy raz w Paryżu obiecałam sobie, ze jednego dnia "zrobię" standardowy pakiet minimum i "zaliczę" wszystkie zabytki: Łuk Triumfalny, Wieża Eiffla, Père-Lachaise, Katedra Notre Dame,  Louvre, Sorbona, Panteon, Plac Bastylii,  Sacré-Cœur. Potem lubiłam włóczyć się małymi uliczkami i rozmawiać z ludźmi, poznawać kulturę. Taki ze mnie miłośnik zabytków...

     No ale wróćmy do mojej ostatniej lektury - tej o Egipcie. Ach jeszcze do jednej rzeczy muszę się przyznać - sięgnęłam po książkę "Mój Egipt" tylko dlatego, że autorem jest Jarosław Kret, czyli pan od pogody. Pamiętam jeszcze z zamierzchłych czasów moich studiów, kiedy to prawie każdego ranka Pan Jarek Kret budził mnie swoim słynnym "świt dobry" w "Kawie czy herbacie". No i dzięki jego optymizmowi, że mimo niekorzystnego frontu atmosferycznego, który akurat dziś nadciąga nad Poznań, warto jednak wstać.... bo będzie pięknie padało. 

    Taka tez jest i książka "Mój Egipt"... :) Nie mogłam przestać czytać o przygodach młodego, nikomu jeszcze nie znanego stypendysty w Kairze. Absurdy biurokracji, cierpliwość miejscowych, klimat i kuchnia doprowadzały mnie to do śmiechu to znów do łez ... ze śmiechu oczywiście.

    Rozbawił mnie kairski policjant, który stoi sobie przy drodze i wystawia mandaty bez zatrzymywania winowajcy. Taki mandat przychodzi później do domu i trzeba go grzecznie zapłacić. A u nas? Afera z fotoradarami. Absurd! Również nasze urzędniczki nie są najgorsze na świecie, bo przecież można coś załatwić w ZUS-ie. A w Egipcie? Oj nie da się, bo ciągle odsyłają nas od okienka z magicznym słowem "bukra". Jeśli chcecie się dowiedzieć, co ono oznacza, zapraszam do lektury... Autor również obala mit tradycji targowania się i z dużą dozą humoru opisuje targ wielbłądów. 

    Jednak najbardziej zachwyciłam się o wspinaczce na Górę Synaj. Dzięki Jarosławowi Kretowi prawie wyobraziłam sobie zachwycający wschód słońca na Synaju. Co prawda już kilka razy słyszałam o tym zapierającym dech w piersiach zjawisku, ale dopiero tym razem moja wyobraźnia rozbłysła barwami pustyni.

"Obracamy się plecami do księżyca, opieramy o murek.  Za parę chwil rozpocznie się spektakl natury. (...) Przed moimi oczami zaczyna się rozgrywać jedna z najfantastyczniejszych scen, jakie mogła wykreować Matka Natura. Przedstawienie się zaczęło. Za moimi plecami złoci się księżyc, a przede mną  ciemnogranatowe rozgwieżdżone niebo powoli zmienia kolory: z granatu poprzez różne, nigdy przeze mnie nie widziane w naturze odcienie fioletu, aż po krwista czerwień. To niesamowite zjawisko zapiera dech w piersiach wszystkich patrzących. Nastaje chwila ciszy, po czym powoli z ust obserwatorów dobywają się spontaniczne jęki zachwytu. A niebo odgrywa dalej swój kolorowy spektakl. (...) A nad tymi kamiennymi falami niebo płonie".

     Więcej o wschodzie słońca nie napisze, żeby nie psuć wam zabawy czytania i wyobrażania sobie świata. Ale wspomnę jeszcze o jednym - o kuchni. To właśnie rozdział o słodyczach powalił mnie na kolana i to dosłownie. Czytając o słodkościach nie mogłam tego tak zostawić... To tak, jakby alkoholikowi dać w prezencie książkę, której akcja dzieje się w winnicy... A zatem przeszukałam wszystkie zakamarki w domu i najciemniejsze szafki. Niestety znam siebie i wiedziałam, że prędzej czy później tak się stanie, więc mój dom pod względem cukru jest sterylny (czego nie mogę powiedzieć o kurzu). Ale... znalazłam galaretkę i oczywiście zaraz ją ugotowałam :) zanim schłodziła się w lodówce zdążyłam przespać się trochę, wyrzuciłam tuzin zużytych chusteczek, połknęłam garść tabletek, które mają mnie wyleczyć, a wiem tylko, że kosztowały majątek. A potem zrobiłam sobie kawę, wyjęłam galaretkę z lodówki, wyobraziłam sobie, że to egipski smakołyk i zapomniałam o całym świecie, o chorobie, o zimie. A na końcu książki znalazłam przepyszne przepisy. Teraz mam motywacje, żeby wyzdrowieć, iść na zakupy i poeksperymentować. A tymczasem idę zrobić sobie kolejną gorącą herbatkę z miodzikiem i kakao na potem... :)

Anna M.



1 lutego 2013

MOJA MUZYKA




Muzyka to coś więcej, niż nuty. To siła dająca odwagę, by zmierzyć się ze światem. To słowa opowiadające rzeczywistość, to poezja, której nie da się zniewolić; to bunt przeciw systemom i lek na złamaną duszę... Muzyka towarzyszy mi zawsze i prawie wszędzie. Każda emocja ma swój tytuł w konkretnej piosence, każda myśl szuka potwierdzenia w słowach ukochanych zespołów...









MOJE  WPISY  W  TYM  DZIALE:



03.01.2014         Hopkins Jerry, Sugerman Danny  "Nikt nie wyjdzie stąd żywy. Historia Jima Morrisona"

16.01.2014         Primi Michele  "Klątwa rock and rolla. Gwiazdy, które odeszły za wcześnie"

01.02.2014        Eddie Vedder inspiruje...

11.02.2014        "Bono. Święty i grzeszny"  Mick Wall 


30.07.2014        "Przygody lorda Ślizgacza" Bruce Dickinson


27.08.2014         "U2 o U2" Neil McCormick


09.10.2014         "Guns N' Roses. Najbardziej niebezpieczny zespół na świecie" Mick Wall


16.10.2014        "Leksykon buntowników" Max Cegielski
 

31.10.2014         Cieślar Artur   "Kobieta metamuzyczna"


13.12.2014         Podsiadlik Jarosław    "Być kimś, być sobą. Pierwsze 7 dni"


7.02.2016        Kisch Adam "Thirty Second To Mars"






Sport - moja druga pasja








22.02.2013         Murakami Haruki "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu" 


08.09.2013       Wellington Chrissie "Bez ograniczeń" 


15.09.2013       Roll Rich "Ukryta siła"


19.02.2013       Jurek Scott  "Jedz i biegaj" 


25.12.2013      McDougall Christopher "Urodzeni Biegacze" 


01.03.2014        Rutkiewicz Wanda  "Na jednej linie" 
                                           /wspinaczka na szczyt świata/


09.12.2014        Simpson Joe   "Dotknięcie pustki"


21.12.2014         Hugo-Bader Jacek   „Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak”
 

10.10 2015        Ralaton Aron  "127 godzin"


1.01.2016          Moro Simone  "Zew lodu"


28.01.2016         "Odkryj, że biegun nosisz w sobie" Marek Kamiński

24.10.2016  -    Lomong Lopez    "Bieg po życie. Z piekła Sudanu na olimpijskie areny" 


24.01.2017 -     O'Sullivan Ronnie   "Running. Autobiografia mistrza snookera"  








HISTORIA







W ścianie jednego z baraków w Auschwitz znajdują się słowa Georga Santayany:



 "Kto nie zna historii skazany jest na jej powtórzenie"






Historia to dla mnie coś więcej niż stare opowieści, daty i suche fakty... Czytam o tym, co się wydarzyło, bo to kształtuje moją teraźniejszość i wpływa na przyszłość... Na świecie jest wiele zła tylko dlatego, że nie umiemy wyciągać wniosków z błędów przeszłości...



Zapraszam na wędrówkę śladami tych, którzy chcą nas czegoś nauczyć...





Ligocka  Roma "Dobre dziecko"

Mayer Jack "Życie w Słoiku. Ocalenie Ireny Sendler" 



08.06.2014   -           Weiss Szewach   "Ludzie i miejsca" 

04.08.2014   -            "Takie buty z cholewami"   Szewach Weiss
                                        /polityka, życie, pasje/

29.06.2015   -        "Drzewo migdałowe" Michelle Cohen Corasanti
                                         /konflikt izraelsko-palestyński/





JĘZYK POLSKI

 czyli "Książki - moja pasja"



Kocham książki - od zawsze i na zawsze, kocham zawarte w nich historie, słowa, mądrość i prawdę. Nie czytam książek dla sportu, ilości, pieniędzy, snobizmu, czy kolejnego zapełnionego regału. Wybieram te książki, które wnoszą w moje życie coś wartościowego, może to być nawet jedno zdanie, wokół którego zbuduję nowy świat. 
Nie piszę standardowych recenzji w stylu. ble... ble... ble... "co autor miał na myśli", jaki to język jest wzniosły, czyli wstęp - rozwinięcie - zakończenie. Wystarczająco dużo takich tekstów mam na swoim koncie z czasów licealnych ;)  Taką informacje można sobie przeczytać na okładce książki lub też na każdym innym portalu czytelniczym ;)

Moim zdaniem, każda książka zasługuje, aby przeżyć zawarte w niej słowa i treści we własnym życiu. Każda kolejna historia porusza ukryte we mnie wspomnienia i nieznane obszary czekające na promyk słońca. Dlatego czytam. A gdy zamykam książkę, piszę swoje przemyślenia i żyję tym, co przeczytałam... i czekam, aż znajdzie mnie kolejna książka... :)




Recent Posts