29 czerwca 2013

"Zapomnij patrząc na słońce" Katarzyna Mlek


 autor: Katarzyna Mlek


wydawnictwo: Oficynka


data wydania: 22 marca 2013
liczba stron: 255


moja ocena:  5+ / 6







Książka i historia w niej opisana jest wstrząsająca! Myślałam, że przeczytam ją w jedną noc, ale musiałam kilkakrotnie odkładać książkę na półkę, by po uspokojeniu się, do niej wrócić. Autorka konsekwentnie buduje napięcie, budzi w czytelniku przerażenie, ale jednocześnie zachęca do czytania dalej, choć z lękiem i z niecierpliwością kolejnych stron. Ciekawość bierze górę - czytam dalej...


Historia Hanki, małej dziewczynki z biednej, śląskiej rodziny, wydaje się niewiarygodna. Ale takich rodzin jest wiele.

Ojciec, Janusz, jest bierny, łagodny i trochę nieporadny, ale troskliwie opiekujący się córką. Pracuje w kopalni, bierze często nadgodziny, aby powiązać koniec z końcem i zapewnić rodzinie przetrwanie...  Matka, Sabina - cóż... alkoholiczka, chłodna, nieczuła na to, co dzieje się w domu, odreagowująca na córce życiowe niepowodzenia. Matka tylko dlatego, że urodziła dzieci, ale na tym koniec. Więcej dla nich dobrego nie chce i nie może już zrobić... Dalej już tylko potrafi je krzywdzić.  Hanka - dziecko niezwykłe, bo nawet dorosły miałby problem z udźwignięciem bagażu, który od urodzenia spoczywa na barkach dziewczynki. Jej świat to lęk i obawa, czy matka się obudzi, w jakim będzie nastroju, i czy znów będzie biła i krzyczała. Tak wyglądają dni. Każdy z nich jest podobny do siebie i zostawia na ciele znaki - sińce. A noce? Noce stają się jeszcze straszniejsze. Gdy wszyscy śpią, Hanka często się budzi i krzyczy wołając ojca. Dlaczego? Miewa sny, koszmarne sny... Można powiedzieć - każde dziecko ma koszmary i czasem boi się ciemności. Ale Hankę odwiedza złowieszczy i okrutny kruk, zabiera w nieznane, dziobie do krwi, gdy ta nie chce go słuchać. Powoli zaciera się granica snu i jawy, nie zawsze można się obudzić, nie zawsze warto to zrobić... Bo rzeczywistość budzi kolejne lęki i zmierza do dramatu... 


Powieść Katarzyny Mlek jest wielowątkowa, pełna drastycznych scen i budząca uśpione w nas emocje. Nie można łatwo odnaleźć wszystkich jej poziomów, co sprawia, że czytelnik często pozostaje z pytaniami i musi szukać odpowiedzi, by zrozumieć świat. Nie wszystko jest fikcją, jak na początku nam się wydaje, a pochopne oceny z upływem stron stają sie niepewne. Autorka w mistrzowski sposób kreuje postacie głównych bohaterów, nakreśla ich psychologiczne portrety i sprawia, ze nie można ich jednoznacznie ocenić, nawet okrutną i nieludzką Sabinę... Nic nie jest proste i oczywiste co sprawia, że autorka zmusza czytelnika do zajęcia stanowiska wobec tego, co dziś dzieje się na świecie, w wielu rodzinach. Książka nie pozostawia nas biernymi, czytelnik musi zmierzyć się z własnymi emocjami i lękami. Razem z Hanką zadać sobie pytania o sens snów, o rolę kruka, o przyszłość, o realizm i szaleństwo.

Polecam powieść Katarzyny Mlek "Zapomnij patrząc na słońce"! To lektura wymagająca, ale niezmiernie potrzebna i ważna.  Budzi w nas resztki człowieczeństwa i nie daje spokojnie zasnąć, póki nie zmierzymy się ze skrywanymi w głębi duszy emocjami. Ale uwaga: odpowiedzi, jakie znajdziemy nie zawsze są wygodne, ale z całą pewnością będą do bólu prawdziwe...

Być może i w naszych koszmarach pojawia się kruk, ale zapominamy o nim rankiem, bo kiedyś rodzice tuląc nas z płaczu w środku nocy powtarzali: "Zapomnisz o tym, gdy popatrzysz na słoneczko", "to tylko koszmar"...


Czy to na pewno tylko sen?


Anna M. 
Książka przeczytana w ramach współpracy 

i dzięki uprzejmości wydawnictwa     
      


dziękuję bardzo :)
 


28 czerwca 2013

Wakacyjne plany czytelnicze ;)



Witam już wakacyjnie :) Oj - słodkie lenistwo ;) Zwłaszcza, że mam zwichniętą nogę w kostce i niestety z moich planów podróżniczych muszę chwilowo zrezygnować, aż wyleczę kontuzję.



Postanowiłam zrobić spis książek, które kupiłam w roku szkolnym, ale niestety nie miałam czasu przeczytać. Wakacje to doskonała okazja na nadrobienie zaległości, pamiętam, jak tupałam w sklepie i kleiłam się do witryny, żeby zdobyć te książki...  Mój kolega zabrania mi wchodzić do księgarni, a empik omijamy z daleka, bo wie, że w moim przypadku skończy się to debetem na karcie... Właścicielka mieszkania dziwi się, że poczta odwiedza nas kilka razy w tygodniu z paczką... (to uciążliwe ponoć)  Ale koniec!!!!!  :) Odkryłam paczkomaty :) :) :) Hi Hi ! No i zrobiłam interes roku ;) Sprzedałam mojemu ukochanemu braciszkowi mój czytnik ebook-ów (Pyruska), a sama zamówiłam z Amazonu ślicznego Kindelka :) CUDO! Nawiasem mówiąc, mój brat jest przykładem tego, że w każdym wieku można zacząć czytać książki. Pamiętam, że w dzieciństwie nienawidził książek, i ja, albo mama czytałyśmy mu lektury i opowiadałyśmy, żeby chociaż miał 2 z polskiego. A teraz? Ma 31 lat i od 3-4 lat pochłania książki jedna za drugą i nikt nie wie, kiedy i jak to się zaczęło! SZOK! Widać - to się ma we krwi i nie da się tego zwalczyć - to moja mama przecież w dzieciństwie dostała nagrodę za przeczytanie wszystkich książek w naszej wiejskiej bibliotece ;)


Ale wróćmy do moich planów na wakacje:
















                  "W dżungli zabija się anioły ..." Binka de Breton








         
    







              "Rok biblijnego życia" A. J. Jacobs










          "Kontakt" Carl Sagan 








          
    










              "Dzień miodu" Annia Ciezadlo


















        Stephen Clarke - Seria "Merde" (mam chyba wszystkie :)

















i wiele innych, na które się "przypadkowo" natknę w księgarniach :)



Anna M.
eioba

26 czerwca 2013

Lektura obowiązkowa na wakacje dla każdego nauczyciela




Rok szkolny się kończy. Jeszcze tylko dwa dni i wakacje.

Dla mnie to był wyjątkowo ważny rok, pełen wzlotów i twardego lądowania na... ;) Praca w szkole nie należy do łatwych, ale kocham dzieciaki i dla nich to robię. Wszystko inne nie jest warte wspominania.  Postanowiłam polepszyć sobie nastrój i przeczytać ponownie dwie książki: "Helena Keller" Alicji Kaczyńskiej i "Historia mojego życia" Helen Keller. Zawsze do nich wracam...




tytuł: Helena Keller
autor:


wydawnictwo: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne
data polskiej premiery: 1998
liczba stron:  350

moja ocena:  / 6



 


Piszę zatem dziś o wielkiej osobie i jednym z moich autorytetów - Anne Sullivan. To tak dla podkreślenia, że pedagogiem jest się cały czas, a nie tylko bywa czasami ...


Kim była Anne? Hmmm, niewiele mamy o niej wiadomości w języku polskim, ale wystarczy poszukać czegoś o Helen Keller, a zawsze będzie się pojawiało nazwisko Anne Sullivan. Nauczycielka i uczennica są nierozłączne na kartach historii. 









Helen Keller (ur. 27.06.1880) traci wzrok i słuch mając zaledwie 19 miesięcy. Od tego czasu świat dla niej "znika", a dziewczynka przestaje się rozwijać - żyje w ciszy i ciemności.  Rodzina nie może się z nią porozumieć i mała powoli staje się "dzika" niczym zwierzątko. Jest jednak bardzo inteligentna i mając 5 lat zaczyna sama sobie zdawać sprawę, że inni ludzie mówią (dotyka ich warg i zaczyna rozumieć, że muszą w ten sposób się porozumiewać). Nie może jednak niczego im przekazać, nic nie rozumie... Zapewne  pozostałaby w ciszy i ciemności, gdyby nie nauczycielka, która przyjeżdża do niej z Bostonu - Anne  Sullivan.







Anne pochodzi z biednej rodziny i jako dziecko również była niewidoma.  Trafia do przytułku, a później do Szkoły Perkinsa dla Niewidomych. Dyrektor zauważa jej talent i zachęca do nauki. Po kilku latach, na skutek operacji, odzyskuje wzrok i ukończy szkołę z najlepszym wynikiem. Jest młoda, ambitna i całkowicie pochłonięta pasją nauczania. Zostaje wysłana do domu państwa Keller... I tu zaczyna się przygoda, praca oraz przyjaźń trwająca prawie 50 lat i będąca inspiracją dla wielu pokoleń pedagogów, wychowawców i innych ludzi na całym świecie. Anne musi znaleźć klucz do świata małej Heleny. Ale jak przemówić do dziewczynki, jak wyjaśnić jej, że istnieją słowa, zdania i gdy je pozna, będzie mogła zrozumieć świat? Upór, spryt, ogromne zaangażowanie sprawiło, że nauczycielka nie poddaje się.





Anne  "literuje" każde słowo Helenie na rączce, jak matka mówiąca do dziecka mimo, że ono nie rozumie, co to słowo oznacza. Helen broni się przez tym, nie wiedząc, że to drzwi na świat. Anne uważa, że z czasem dziewczynka skojarzy, że dany znak oznacza konkretną rzecz, że znaki układają się w wyrazy, a te komunikują to, co mamy w myślach i to, czego chcemy. Jednak praca jest trudna i z pozoru bezsensowna. Helena powtarza znaki, ale nie rozumie, że każdy oznacza coś innego. Przełomem staje się wydarzenie przy pompie wodnej, kiedy Helena pierwszy raz wiąże wodę ze znakiem na ręce. Od tego czasu nauczycielka i uczennica każdą sposobność wykorzystają na naukę. Helena poznaje świat już nie tylko przez zmysł dotyku, ale w umyśle - poprzez pojęcia i definicje.




Fragment filmu o Anne Sullivan ("Cudotwórczyni")  i słynna scena z wodą...



Anne Sullivan uratowała życie małej Helence - wyrwała ją z pułapki samotności i otworzyła przed nią cały świat... Helen Keller skończyła studia, nauczyła się kilku języków obcych, jeździła wraz ze swoją nauczycielką po świecie prowadząc spotkania i wykłady. Opanowała nawet technikę czytania z ruchu warg przykładając palce do ust i gardła mówiącego, z czasem sama nauczyła się również mówić.  Helen Keller została pisarką, angażowała się w pomoc upośledzonym, spotykała z wielkimi tego świata. Dowiodła, że wszyscy jesteśmy równi, a ciężką pracą można osiągnąć wszystko. A Anne? Czego mnie uczy? Uporu, cierpliwości, dobroci i tego, że trzeba tylko znaleźć klucz do serca drugiego człowieka i odkryć jego możliwości...


Jedną z najlepszych książek pokazujących drogę Helen Keller jest jej autobiografia "Historia mojego życia" - polecam! Czytając zapiski kobiety, która nie słyszy i nie widzi, a mimo to opisuje kolory, muzykę, wzrusza się nad sztuką, ma ulubionych malarzy, mam pewność, że rację ma autor  "Małego Księcia" - "On ne voit bien qu'avec le coeur. L'essentiel est invisible pour les yeux" (Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu).



autor:

tytuł oryginału: The story of my life

wydawnictwo: Czytelnik
data polskiej premiery: 1978
liczba stron:  332

moja ocena:  / 6







Anne Sullivan zawsze będzie dla mnie niedościgłym wzorem do naśladowania...


Anna M.
eioba

23 czerwca 2013

"Księga Kodów Podświadomości" Beata Pawlikowska





autor: Beata Pawlikowska




wydawnictwo: G+J Książki
data:19 czerwca 2013
liczba stron: 431

moja ocena:  / 6




Beata Pawlikowska należy do moich ulubionych autorów, często słucham również jej audycji w radiu, czytam blog i publikacje, oglądam programy w tv. Dlaczego? Pisałam o tym już przy okazji recenzji innych jej książek - jest ona dla mnie przykładem i dowodem na to, że można być szczęśliwym i spełnionym w życiu, świat może wyglądać pozytywnie, a człowiek nie jest marionetką w rękach ślepego losu. Wbrew pozorom jej publikacje dla mnie osobiście są paralelne z Biblią i moją wiarą... Lubię wyzwania i kocham eksperymentować, dlatego często stosuję się do jej rad (poza jedną jedyną - nigdy nie przejdę na wegetarianizm, tego nawet nie zrobię dla Szymona Hołowni, sorry, ale jestem stworzona jako w 100% mięsożerna istota). 


Dziś o najnowszej książce Beaty, czyli o "Księdze kodów podświadomości". Jest to już drugi tom z cyklu "W dżungli podświadomości". Jak zwykle pierwsze czytanie książki zajęło mi jedną noc, ale na tym nie koniec! Czytam drugi raz, potem pewnie jeszcze kolejny... Książka jest fascynująca nie tylko ze względu na swoją treść, ale przede wszystkim na osobiste doświadczenie autorki. Lubię czytać o ludziach i teksty ludzi, którzy bazują na swoim prywatnym doświadczeniu, a nie mądrzą się i błyskają wiedzą wyczytaną w podręcznikach, albo jeszcze gorzej, swoje kompetencje opierają wyłącznie na zdobytym tytule! Wielokrotnie miałam kontakt z takimi ekspertami i nic nie wyniosłam z tych spotkań, a w tym przypadku, czerpię z mądrości Beaty całymi garściami. Oczywiście z pewnym krytycyzmem oraz w zachowaniu i poszanowaniu mojej religii...


"Księga kodów podświadomości" zawiera m.in. listę kodów, jakie nasza podświadomość nosi w sobie i których używa do pojmowania, postrzegania świata wokół nas. Kody zostały zapisane w dzieciństwie i miały służyć do naszej obrony, dziś jednak są często powodem kłopotów i fałszywego obrazu nas samych i negatywnych relacji ze światem i ludźmi. Działamy często nie wiedząc o motywach naszych decyzji... Jesteśmy nieszczęśliwi, manipulujemy innymi, bierzemy udział w wyścigu szczurów, a nasze życie przecieka nam przez palce... Cenię Beatę Pawlikowską za serię tych książek, ponieważ w prosty sposób opowiada o trudnych i zawiłych kwestiach psychologii. Kto kiedyś miał zajęcia z psychologii lub interesuje się rozwojem psychiki ludzkiej potwierdzi moje słowa. Oczywiście w mądrych podręcznikach i w slangu branżowym te mechanizmy noszą inną nazwę, ale ich działanie i wpływ na nasze zachowanie pozostaje ciągle ten sam. 

Jedyne wyjście z błędnego koła nieszczęścia to poznać siebie samego, spojrzeć w swoje oblicze, ale uwaga, prawdziwe oblicze i pokochać siebie. Tylko wtedy można zacząć troszczyć się o siebie i zacząć zmieniać to, co nie jest mną, czyli to, co mnie krzywdzi. Autorka podaje różne kody i sposoby ich rozkodowania. Droga nie jest prosta i krótka, ale warto w nią wyruszyć, bo przecież każdy z nas chce być szczęśliwy, chce być sobą i żyć prawdziwie, a nie w jakimś psychologicznym Matrix-ie. Gdy zaczynasz poznawać te mechanizmy, wiesz, że życie może być inne. Wystarczy odkryć siebie i nie dać sobą manipulować, być szczerym i otwartym na to, co w sobie nosimy. Nie bać się zadawać samemu sobie bolesne i trudne pytania. Szukać odpowiedzi i zajmować się tylko tym, co najważniejsze, co rozwija i jest dobre...


Dla mnie to, co pisze Beata Pawlikowska jest spójne z moją wiarą i religią. Często się śmieję, że ona pisze dokładnie to samo, co Szymon Hołownia, tylko z innej perspektywy. Szymon odnosi się do relacji z Bogiem i poznania  prawdziwego siebie w byciu chrześcijaninem, a Beata mówi o poznaniu siebie jako człowieka. Jedno i drugie dotyczy prawdy. A tylko prawda się liczy i może wyzwolić nas od smutku, nieszczęścia, fikcji i lęku. 


Do naszego wnętrza prowadzą duże, stare drzwi... Może nigdy nie były otwierane, ale warto je uchylić, wejść do środka i poznać siebie, a potem wyjść na zewnątrz, do świata i być szczęsliwym człowiekiem.






Ja zaryzykowałam, a Ty?


Polecam :)
Anna M
eioba

21 czerwca 2013

Nibylandia ocalona!



Długo mnie nie było.... wybaczcie, ale praca nad przedstawieniem "Piotruś Pan" tak mnie pochłonęła, że zapomniałam o realnym świecie. Ale za to razem z moimi uczniami przeżyłam cudowne chwile w Nibylandii...

Wraz z Kołem Teatralnym dla klas II i III wystawiliśmy dwa spektakle dla społeczności naszej szkoły. 


scena już czeka na małych aktorów...


Scenariusz powstał na podstawie dwóch książek:  "Piotruś Pan i Wendy""Przygody Piotrusia Pana" (autor: James Matthew Barrie). 


Cóż mogę napisać? Przyznam szczerze, że było to ogromne przedsięwzięcie, nie ze względu na efekt finalny (choć ten był wspaniały), ale na pracę dzieciaków włożoną w przedstawienie. Scenariusz był bardzo elastyczny i dzieci same zmieniały role, wymyślały scenografię i, ku mojemu zdziwieniu, nawet na występie dostosowywały tekst do sytuacji. Moje małe urwisy zaangażowały się na 200%. Dla każdego napisałam rolę dostosowaną do jego możliwości, ale podczas prób, dzieci otwierały się i niektóre odważyły się nawet poprosić o więcej tekstu do nauczenia. Cudownie było obserwować ich grę..., choć trzeba przyznać szczerze, że same próby były ogromnie wyczerpujące... i fizycznie i psychicznie, bo opanowanie 30 dzieciaków to wyczyn na miarę Oskara! Ilość wróżek i elfów zmieniała się z próby na próbę, piraci dezerterowali systematycznie z zajęć, a scena batalistyczna przenosiła się często na rożne piętra szkoły, bo piraci gonili chłopców nie na scenie a po korytarzach! Ale bawiliśmy się fenomenalnie!!! I to się liczy... Nic tak nie rozwija, jak kreatywność i elastyczność...



cudnie tańczyły
Kiedy myślałam, że już nic nie może się niezwykłego wydarzyć, wpadłam na genialny pomysł nauczenia elfy tańczyć do muzyki z filmu "Marzyciel". Zrobiłam dla nich nawet 13 nenufarów. Nocka zarwana, ale widok maleńkich elfów budzących się ze snu, a każdy w rączce trzymał maleńką lilię wodną - bezcenne! Dziewczynki aż tupały z zachwytu, gdy tylko mogły wziąć kwiatki w swoje maleńkie łapki. Cieszę się, że sprawiłam im tyle radości... I muzyka.... czysta POEZJA...  (no pomijając fakt, że przez przypadek jednego elfa oblaliśmy wodą, ale dzielnie się otrzepał i zagrał dalej swoją rolę). Dziewczynki były zachwycone! Publiczność również!



statek Kapitana Haka
Dla piratów mój brat zbudował prawdziwy statek! Cóż - to była jego wolna sobota, ale czego się nie robi dla dzieciaków i dla siostry. I dla pizzy!!!!!   Nawet sprzedawca z Castoramy nie chciał wierzyć, że z paneli podłogowych może powstać łódź piracka... Oj ludzie mają małą wyobraźnię ;) Statek miał i kotwicę i banderę... Kapitan Hak był zachwycony. Świetnie się przy tym bawiliśmy, jedyny problem: gdzie go zbudować, bo szkoła zamknięta w weekend, a ja mieszkam na 12 piętrze! Z pomocą przyszła jedna z kochanych nauczycielek, statek powstawał w jej garażu, tego dnia przeszły 3 burze, a my ugotowałyśmy dla wszystkich pyszne spagetti ;) Dziękuję za pomoc i wsparcie :) Nawet pocięłyśmy jej stare prześcieradło na maszt! W myśl zasady: "diabeł tkwi w szczegółach"! Wszystkim tak bardzo spodobała się nasza łajba, że już następnego dnia dziewczyny ze świetlicy pożyczyły nasz okręt na konkurs piosenki o morzu... Ale frajda!!!!

Nie było łatwo, ale wszystko staję się nieważne,  gdy widzisz uśmiech dziecka... Temperamenty dzieci są różne, dzieci nic nie udaja i są szczere na scenie..., lubię uczyć się od nich prostoty...  Wiem, że dla tego konkretnego dziecka samo wyjście na scenę było już ogromnym sukcesem. Nic nie jest w stanie przyćmić jego uśmiechu i dumy, gdy przeczytało swoje zdanie i zeszło z wymalowanym na twarzy poczuciem zwycięstwa!!!! Dla mnie to jest największy sukces... Być może jestem inna, ale dla mnie bardziej liczy się zaangażowanie i praca dziecka, zabawa na scenie i frajda z tworzenia czegoś, o czym dzieci marzyły, niż IDEALNE przedstawienie. 

Janusz Korczak mawiał: "Gdy uśmiecha się dziecko, uśmiecha się cały świat". Byłam zmęczona, czasem niepotrzebnie może zła na znieczulicę niektórych koleżanek... Cóż... Jak mawiał klasyk: zawsze są "plusy dodatnie i plusy ujemne..." A ja swój temperament też mam niezły ;)  Ale uśmiechy dzieci, dla których to robię, spowodowały, że mój świat się do dziś śmieje... One są tego warte :)  Wierzę w to, że najważniejszy jest uśmiech dziecka... To jest najistotniejsze... Jak powiedział Dzwoneczek: "elfy i wróżki powstały ze śmiechu dziecka"... Dziękuje tym, którzy też w to wierzą i wspierają... Muszę tylko popracować nad lepszą komunikacją i asertywnością... Ale z przedstawienia na przedstawienie idzie mi lepiej ;)


Piotruś Pan, Wendy i Dzwoneczek lecą do Nibylandii...



Dziękuję zatem Pani Dyrektor i WSZYSTKIM nauczycielkom i nauczycielom 
zaangażowanym w to przedstawienie. 
Zwłaszcza Gosi, Hani, Ani, Ani i praktykantce Ani... Bez Was ostatniego dnia nie dałabym rady! 
 Kocham szkołę i pracę z dziećmi :) :) :) :)


Specjalne podziękowania również dla... K.S. - za wsparcie i telefon odnośnie scenografii, który podniósł mnie na duchu ;)

A w nowym roku szkolnym planujemy wystawić "Alicję w Krainie Czarów"!



eiobaAnna M.

11 czerwca 2013

"Last minute. 24 h chrześcijaństwa na świecie" Szymon Hołownia




 autor: Szymon Hołownia

wydawnictwo: Znak
data wydania: 7 listopada 2012
liczba stron: 352
moja ocena:  6 ! / 6




OD WYDAWCY:  "Miłośnik egzotycznych lotnisk i najgorszych hoteli Szymon Hołownia – przemierzył setki tysięcy kilometrów, aby odkryć dla nas chrześcijaństwo na nowo.

Kardynał Maradiaga, kandydat na papieża, pilotował dla niego śmigłowiec w Hondurasie. Od księdza komandora US Navy na Guam dowiedział się, że w amerykańskiej armii też można zostać świętym. Miejsca spotkania z koptyjką Mariam nie ujawni nigdy – w Egipcie wydano na nią wyrok śmierci za porzucenie islamu. Dotknij chrześcijaństwa w jego niezwykłej różnorodności. Poczuj się częścią wspaniałej wspólnoty, żywej 24h na dobę. Złotówka ze sprzedaży każdego egzemplarza książki zostanie przeznaczona na sierociniec Kasisi Children’s Home w Zambii".

źródło opisu: Znak, 2012

źródło okładki: www.znak.com.pl



Kiedyś obiecałam sobie, że nie będę pisała na tematy religii, ale trudno, widocznie przyszedł na to czas. I wcale nie chodzi o pracę, bo codziennie przez kilka godzin opowiadam o Bogu. Mój wielki mentor powiedział mi kiedyś, że jeśli zajmujesz się "zawodowo" religią, to możesz stracić jej sens z oczu i nawet nie zauważyć, kiedy stałeś się praktycznie niewierzący. Trudno po pracy zajmować się tym samym i przynajmniej nie mieć tego serdecznie dosyć... Chyba, że to pasja życia.... wtedy religia nigdy nie staje się tylko pracą... Jest właśnie takim 24h ...

Ja zawsze wracam do Biblii, a dla przyjemności czytam książki Szymona Hołowni. Dlaczego Hołownia? Hmmm, jego pierwszą książkę przeczytałam jeszcze na studiach i odnalazłam w jego sposobie patrzenia na Kościół również moją wizję Wspólnoty... A potem były spotkania autorskie, kolejne książki, audycje, blog, religia.tv, a teraz STACJA7... Miło posłuchać pozytywnie zakręconego chrześcijanina, który wie, o czym mówi, i o co w tym wszystkim chodzi ;)

"Last minute. 24 h chrześcijaństwa na świecie" to książka dla mnie wyjątkowa i zakręcona, jak sam autor, ale dająca świeży powiew i nadzieję. Hołownia bowiem spakował walizkę i postanowił odwiedzić "rodzinę", czyli sprawdzić, co słychać u innych chrześcijan w świecie. Dlaczego? Jak sam mówi, żeby przewietrzyć trochę swoje spojrzenie na Kościół i pozbyć się duchoty naszych polskich sporów. Zwyczajnie - życie w czterech ścianach naszego grajdołka strasznie męczy...


Mnie również to męczy i czasem mi tu "duszno". Nie miejsce i czas na opisywanie szczegółów, ale rozumiem doskonale potrzebę zyskania nowej perspektywy powszechności Kościoła. Bardzo często zamykamy się w naszym małym światku i myślimy, że to już wszystko i wszyscy. A chrześcijaństwo to przygoda i wyzwanie. Świat jest pełen wspaniałych ludzi, niezwykłych chrześcijan, którzy żyją prawdziwą wiarą, a nie tylko pustym narzekaniem na to, czy tamto. Zapominamy, że na drugim końcu świata żyją nasi "krewni", którzy mają swoje problemy, ale może którzy również chcą nas poznać? Filipiny, Papua Nowa Gwinea, Australia, Guam, Turkmenistan i Honduras - tam też żyją chrześcijanie, a to oznacza, że z jednej strony nie jestem "pępkiem świata", ale z drugiej - nie jestem sama!  Muszę więc sobie zadać kilka pytań... Czy coś o nich wiem? Czy oni wiedzą o moim istnieniu? Co to znaczy, że Kościół jest rodziną, skoro się nie znamy? Czy możemy sobie wzajemnie pomóc?





Postanowiłam i ja udać się w podróż, by poznać moich "krewnych"... Spokojnie, nie stać mnie póki co na bilet nawet do Izraela, ale od czego mamy Internet! Od dłuższego czasu szukam rozwiązania pewnej trudnej i ważnej dla mnie osobiście sprawy..., a niestety najbliżsi znajomi "zamilkli"... Postanowiłam jednak i tym razem posłuchać kogoś bardziej doświadczonego duchowo ode mnie (czyli Hołowni) i... jeśli "lokalni chrześcijanie" mają ważniejsze sprawy na głowie, niż się spotkać i pogadać, to napisałam z prośbą o pomoc do Kościoła w... Papui Nowej Gwinei i... ODPISALI...  To zmienia zupełnie perspektywę...


Anna M.
P.S. Muszę podszkolić się z angielskiego...
eioba

Recent Posts