29 października 2013

Poznań w Matrasie - sobotnie spotkania z Autorami

Akcja mająca promować poznańskich pisarzy, lokalne media, osobowości, blogi.
W czterech oddziałach Matrasa (Poznań M1, Poznań Malta, Poznań King Cross, City Center) w cztery weekendy listopada pojawią się cztery grupy wielkopolskich autorów.



W listopadowe soboty, w każdym poznańskim oddziale księgarni Matras będzie można spotkać się z autorami książek.

Harmonogram spotkań w poznańskich księgarniach Matras.
Wszystkie spotkania zaczynają się o godzinie 16.00


9.11.2013 r
Galeria Malta - Krystyna Januszewska, Magdalena Kawka
M1 - Joanna Opiat-Bojarska, Robert Ziółkowski
King Cross - Iwona J.Walczak, Ryszard Ćwirlej
City Center - Małgorzata Hayles, Anna Zgierun-Łacina, Anna Rybkowska

16.11.2013 r.
Galeria Malta - Joanna Opiat-Bojarska, Robert Ziółkowski
M1 - Małgorzata Hayles, Anna Zgierun-Łacina, Anna Rybkowska
King Cross - Krystyna Januszewska, Magdalena Kawka
City Center - Walczak, Ćwirlej

23.11.2013 r.
Galeria Malta - Hayles, Rybkowska
M1 - Walczak, Ćwirlej
King Cross - Opiat-Bojarska, Ziółkowski
City Center - Kawka, Januszewska

30.11.2013 r.
Galeria Malta - Walczak, Ćwirlej
M1 - Januszewska, Kawka
King Cross - Hayles, Rybkowska, Zgierun-Łacina
City Center - Opiat-Bojarska, Ziółkowski




Strona na FB - Poznań w Matrasie. Lubię to!


Oczywiście będę na spotkaniach, a na moim blogu będzie można przeczytać relację :) Już rozpoczęłam czytanie książek. Uważam, że to fenomenalny pomysł promujący naszą lokalną literaturę... Zapraszam na stronę internetową akcji, można tam znależć konkursy i wiele cennych informacji o Autorach :)

Spotkajmy się w Matrasie :)

Zapraszam :)

Anna M.


28 października 2013

"Jak zostałem premierem" Robert Górski w rozmowie z Mariuszem Cieślikiem



Rozwiązanie konkursu na skecz, który poprawi mi paskudny ostatnio humor....


 
Wiele razy już pisałam, że kabaret jest dobry na wszystko. Całe szczęście, że spotykam ludzi, którzy mają podobne zdanie na ten temat. Choć trzeba też przyznać, że nie wszystko, co współcześni kabareciarze prezentują jest godne uwagi. A jeśli już troszeczkę mnie poznaliście, wiecie dobrze, że nigdy nie piszę o życiu w teorii, bo to absurd. I książki, i inne tematy, które podejmuję na moim blogu są odzwierciedleniem mojego życia i mają na nie konkretny wpływ.... Nie czytam książek, które nie mnie nie inspirują do działania, nie oglądam bezsensownych filmów i programów, również i kabaret jest dla mnie źródłem do przemyśleń i sposobem na życie. Przykład wyjaśniający? Proszę bardzo... 



Jest taki skecz Kabaretu Moralnego Niepokoju: "Jadłopodawca". Widziałam go setki razy, a za każdym kolejnym głośniej się śmieję. Teksty znam już na pamięć..., ale zadawałam sobie zawsze te same pytania: "Ależ oni mają wyobraźnię i talent.. Ciekawe, jak wymyślają taki hit? Skąd biorą pomysły na taką abstrakcję?". Kilka tygodni później trafiłam wraz ze znajomymi do pewnej restauracji na krakowskim Kazimierzu, tuż obok Synagogi Tempel. I ku naszemu zaskoczeniu, menu ni jak nie dało się zrozumieć. Co prawda była z nami jedna Francuska, ale fakt, że pozostałe osoby znały polski nie pomagał w kwestii zrozumienia polskiego przecież menu. Kilka dobrych minut rozgryzaliśmy zagadkę, aż tu nagle zjawił się nasz wybawca - kelner. Przynajmniej tak nam się na początku wydawało. Kolejnych 20 minut (tak, tak, tyle nam zajęło złożenie zamówienia) to był jeden wielki kabaret. Nasz kelner okazał się 100% naśladowcą Górskiego z "Jałopodawcy", choć pytany zupełnie nie rozumiał, o co nam chodzi, bo nigdy rzeczonego skeczu nie widział a o KMN nawet nie słyszał. Wtedy właśnie zrozumiałam, że to, co oglądam w TV, to nie jest jakaś abstrakcja. W życiu zdarzają się spotkania, sytuacje, które są swoistym kabaretem na żywo. Poznałam wielu ludzi, dla którym śmiech jest pasją życia, którą zarażają innych. Gdy moje koleżanki płakały ze śmiechu w owej restauracji, ja przez łzy obserwowałam sympatycznego kelnera, jak z radością rozmawiał z innymi klientami. Nie było to wymuszone, sztuczne, nie błaznował, nie rozmieszał na siłę. Było w nim coś naturalnego, czego nie da się opisać. Był sobą i sposobem tego "bycia" zarażał innych śmiechem i noszoną w sobie radością....



Ale chciałam pisać o książce Górskiego... Kochami, takim kimś jest dla mnie również Robert Górski. Widziałam chyba wszystkie skecze kabaretowe w jego wykonaniu. Czasem wystarczy, żeby wyszedł na scenę... Nic nie musi mówić, a i tak widownia umiera wprost ze śmiechu. Pamiętam  wczesne skecze  KMN: "Dżin z butelki", "Wizyta księdza", seria o "Badylu", czy "Historia świata i Polski według KMN" - są doskonałe. Potem wyśmienity udział Górskiego w projekcie "Spadkobiercy", gdzie w każdej improwizowanej przecież scenie znosił się na wyżyny kabaretowego geniuszu... 


W książce "Jak zostałem premierem" mamy wszystkiego po trochu. Jest w niej i garść opowieści scenicznych, trochę zwierzeń, żartów. Mamy wreszcie wspomnienia z dzieciństwa i wczesnej młodości. Znajdziemy w niej zapis tekstów popularnych skeczów, no i oczywiście zdjęcia i anegdoty. A wszystko układa się w jedną, blisko dwustu stronicową, odpowiedź Roberta Górskiego na pytanie "Jak zostałem premierem?". Dla nieobeznanych z tematem, ostatnim hitem KMN jest cykl "Posiedzenie sejmu", gdzie Górski wciela się w postać premiera Tuska. Zresztą sami musicie to zobaczyć....  




NOTKA O KSIĄŻCE
wydawnictwo: Znak literanova
data wydania: 5 listopada 2012
liczba stron: 200
moja ocena: 6 /6





Serdecznie dziękuję wszystkim za nadesłane skecze. Bawiłam się świetnie, no i przyznaję, poprawiliście mi humor :)

A oto skecz, który rozbawił mnie do łez, zresztą nie pierwszy raz, bo znam go od lat....


 


Uwielbiam ich... I tak się zabawnie złożyło, że przypominają mi mojego Jadłopodawcę...

Książkę otrzymuje   Veronnie Isabella Miller  



Anna M.


27 października 2013

"Między wariatami" Marcin Meller

Część pierwsza...
Świat bez fikcji, czyli o tym, co widać, gdy zdejmiemy różowe okulary...


Świat jest inny niż nam się wydaje... Mam dom, mam pracę, pieniądze (no dobra, ich akurat najczęściej nie mam), mam rodzinę, przyjaciół, książki. Żyję w kraju, gdzie od dawna panuje pokój. Nie wiem, co to głód, nędza i ból. Nie boję się o swoje życie, nie muszę uciekać przed nikim. Ale świat nie kończy się na moim małym podwórku, on się zaczyna zaraz za nim. 




Z przerażeniem czytam książkę Marcina Mellera. Coś tam wiem o świecie, zawsze interesowałam się rożnymi akcjami organizacji humanitarnych, wspieram dzieci na misjach, wielu spośród moich znajomych jest aktywnie zaangażowanych w niesienie pomocy w najdalszych zakątkach świata. Historia i tragedia innych nie były mi nigdy obojętne. Sama jakiś czas miałam kontakt z ocalałymi z holokaustu, a w Muzeum Auschwitz bywałam średnio dwa razy w miesiącu. Słuchałam ich opowieści, pracowałam na rzecz dialogu. Myślałam, że już nic nie jest w stanie mnie zaszokować. Myliłam się...


Wojna, dla nas Polaków, to bolesny rozdział historii, ale niestety dla wielu to dziś już tylko historia. Uczymy się o tym w szkole, albo i nie, bo godzin coraz mniej... Wojna to mgliste wspomnienie dziadków, opowieści o głodzie snute przy zastawionym stole. Ale są kraje, gdzie toczy się dziś wojna, gdzie giną ludzie, gdzie dzieci zabijają dzieci, gdzie nikt już nie wie, dlaczego... i nikt już nie ufa nawet najbliższej rodzinie, nie wiadomo bowiem, czy to przyjaciel, czy już wróg. 


Jedną z historii, którą relacjonuje Marcin Meller, jest los dzieci wojny w Ugandzie. "Wojna Ducha Świętego" to mroczny i brutalny rozdział w dziejach tego kraju. Jakieś 25 lat temu Alica Lakwena, córka wiejskiego katechety, obwołała się prorokinią Ducha Świętego i stworzyła zbrojną armię. W Ugandzie rozpoczęła się krwawa wojna domowa, oddziały Alicy były bezwzględne. Ale to nie koniec, po klęsce jej oddziałów i  ucieczce do Kenii, Armią Pana dowodził jej kuzyn, Kony. Od 1988 roku napadali na szkoły, zabijali lub uprowadzali  dzieci, chłopców wcielali do armii, dziewczyny gwałcili lub wysyłali na pierwszą linię frontu. Szacuje się, że uprowadzono 20 000 dzieci (najmłodsze miały 5 lat). Część z nich uciekła po kilku miesiącach, latach. wiele nie wróciło nigdy, szacuje się, że zginęły lub zostały sprzedane na organy , albo wcielone do armii w Sudanie. Te, które jednak wróciły, nie potrafiły żyć normalnie, były agresywne, często atakowały najbliższych. To dla tych dzieci  utworzono World Vision - ośrodek dla dzieci wojny. W latach 90-tych był w nim Marcin Meller i rozmawiał z dziećmi. Koszmarna relacja  została zamieszczona w książce.


Świat jest zupełnie inny, niż nasze cukierkowe, bezpieczne podwórko. Odszukałam w Internecie stronę World Vision... Można przerazić się ogromem zła i cierpienia zadanego dzieciom, które nie ze swojej winy stały się "automatami do zabijania" i już nie potrafią żyć bez strachu i lęku. Dzieci wojny nawet podczas pokoju nadal toczą walkę i cierpią nie za swojej winy.  Dziś przebywające w ośrodku dzieciaki na nowo uczą się żyć, uśmiechać, i choć nadal trwają walki, wierzyć w pokój... Nikt nawet nie próbuje pytać o ich przeszłość....

Czas nie leczy ran, ale daje nadzieje...


"Te, które wracały z buszu prosto do domu i szły do szkoły, nie chciały siedzieć w ławkach; czaiły się przy drzwiach, żeby móc w razie czego uciec. Albo zrywały się nagle, krzycząc "nadchodzą!". (...) Kiedy przybywają do ośrodka, nikomu nie ufają, a już zwłaszcza dorosłym. Kryją się, gdy widzą żołnierzy, nie chcą podawać własnych imion, często nie potrafią powiedzieć, skąd pochodzą. Siedzą całymi dniami nieruchomo, nie odzywając się do nikogo. Terapeutom łatwiej jest trafić do najmłodszych, starsze mają na sobie ciężką do przebicia skorupę. Wszystkie są szalenie agresywne. Kiedy przybywają do nas, mają poczucie, że są bezwartościowe, że ich życie nie ma sensu".


To tylko jedna z historii opisywanych w książce. Narazie przeczytałam pierwszą część dotyczącą relacji z frontu... Ale już to pokazuje mi, jak mało wiem...


Świat bez fikcji, inny niż ten z kolorowych gazet i komedii romantycznych, inny niż mój bezpieczny kąt, moje życie... Marcin Meller pisze o wojnie, zwykłych ludziach próbujących żyć między jednym a drugim bombardowaniem. Pisze o polityce ONZ i oddaniu zwykłych ludzi z organizacji humanitarnych. Gdy jedni uciekają z terenów ogarniętych wojną, w obozach uchodźców pozostają tylko ci, którym naprawdę zależy na potrzebujących. Pozostają też korespondenci wojenni, którzy narażają swoje życie, aby świat dowiedział się, jaka jest prawda... Zostają misjonarze, lekarze, wszyscy, którzy swoje życie oddają za życie innych. To oni są bohaterami tych opowieści:

"Mam ich wszystkich przed oczami. Takich jak Dawid, który nie wiadomo ile razy uniknął śmierci w ciągu pięciu lat w Południowym Sudanie. Amerykanie, Anglicy. Irlandczycy, Włosi, Francuzi, Skandynawowie, Holendrzy, Australijczycy.... Niektórzy przyjeżdzają z pobudek religijnych, drudzy uważają, że ich kraje wzbogaciły się na nieszczęściu Afryki i czas spłacić dług. Jeszcze inny uciekają od swojej małej stabilizacji.Wszyscy w niezwykle ciężkich warunkach ratują ludzkie życia. Włóczą się z rebeliantami, aby ci łaskawie pozwolili na przejazd ciężarówek z żywnością dla potrzebujących. Paolo, 27-latek, był porządnym yuppie, zarabiał krocie pracując jako komputerowiec w luksemburskim banku. - Któregoś dnia zrozumiałem, że nie mogę tak spieprzyć własnego życia. Forsa i zupełna pustka. Zgłosiłem się do Lekarzy Świata. Wysłali mnie do Bośni. - Teraz Paolo pracuje dla Międzynarodowej Akcji Walki z Głodem (AICF)"


Można zadać sobie pytanie: a ja? Co robię, aby na świecie zapanował pokój, aby ludzie nie musieli uciekać z własnego kraju przez wojną, albo w poszukiwaniu wody i jedzenia? Ciągle zadaję sobie takie pytania....


Anna M.

P.S. Nie skończyłam jeszcze czytać, zbyt dużo kosztuje mnie to emocjonalnie... Nie cała książka traktuje o wojnie. Marcin Meller z dużą dozą humoru opisuje również rzeczywistość współczesnej Polski. Ciekawa jestem tej lektury... Tak więc  c.d.n.



NOTKA O KSIĄŻCE
wydawnictwo: Wielka Litera
data wydania: 25 września 2013 
liczba stron: 463



eioba

21 października 2013

"Był sobie książę" Rachel Hauck





tytuł: Był sobie książę
autorka: Rachel Hauck


wydawnictwo: Święty Wojciech
data wydania: 9 października 2013
liczba stron: 436

 moja ocena: 5+  / 6







I znów minął dzień "pod znakiem czytania". Ale to oczywiście, jak zawsze,  nie moja wina. Miałam zamiar tylko przeczytać kilka stron, potem jeden rozdział... Tymczasem minęło kilka godzin, a ja wciąż siedziałam z książką w ręku, kubkiem kawy i zupełnie już zimnym obiadem. 


Uwielbiam komedie romantyczne, i ta książka taka właśnie jest. To baśniowa opowieść o miłości, która nie mogła się wydarzyć, a jednak... "Był sobie książę" jest odpowiedzią na głód miłości w świecie targanym przez rozwody, zdrady, czy też samotność. Potrzebujemy miłości, ale tej prawdziwej, ze szczęśliwym zakończeniem, z pięknym napisem "i żyli długo i szczęśliwie".  Dowód? Proszę, oto kilka banalnych przykładów... Cały świat z wypiekami na twarzy śledził ślub stulecia księcia Williana i Kate, a późniejsze narodziny ich dziecka stały się świętem już nie tylko narodowym, ale wręcz światowym. Każdy z nas marzy o księciu z bajki, i mówiąc z przymrużeniem oka, nawet Fiona ze Shreka czekała na swojego wybawcę. Rachel Hauck poszukuje odpowiedzi na odwieczne pytania: czy spotkam tego jedynego? Czy się zakocham? Czy będziemy szczęśliwi?


Autorka wymyśla dwa światy oddzielone od siebie nie tylko geograficznie oceanem, ale przede wszystkim etykietą, konwenansami, dyplomacją, sztywnymi zasadami, historią i tradycją. Ona - zwyczajna Amerykanka, którą po 12 latach wspólnego życia porzucił narzeczony. Czy go kochała? Nie, ale bała się być sama, nie miała odwagi zaryzykować i znaleźć prawdziwą miłość, nie chciała porzucić bezpiecznego planu. On - książę uciekający na chwilę od smutnego obowiązku małżeństwa z rozsądku i odwlekający moment, kiedy będzie musiał wbrew sobie zostać mężem i królem. Spotykają się nagle, w zwykłych okolicznościach, nic o sobie nie wiedzą. Dzieli ich wszystko, łączą dwie rzeczy - miłość i wiara w Boga i Jego opiekę.


Przeczytałam książkę jednym tchem, i muszę powiedzieć, że chociaż zazwyczaj nie czytam romansideł, to ta powieść urzekła mnie delikatnością języka, subtelnością opisów i swoistym "klimatem". I choć fabuła jest przewidywalna, to mimo wszystko, nie można się powstrzymać przed czytanie o tym, co oczywiste. Polubiłam główną bohaterkę i jej zwariowaną rodzinkę. Susanna jest zwykłą dziewczyną, prawie w moim wieku, miła, sympatyczna. Na małej wyspie wszyscy ją znają i kochają, a jednak jest zamknięta w sobie i swoim zaplanowanym świecie, który właśnie runą w gruzach. Narzeczony zrywa z nią po 12 latach, wyrzucona z pracy musi wrócić do domu i pomóc w rodzinnym biznesie - stanąć za ladą w barze. Nie traci nadziei i powierza siebie Bogu, wtedy zdarza się cud - spotyka Nathaniela. On również nie planował miłości, zwłaszcza, że politycznie była ona niemożliwa, groziła skandalem dyplomatycznym i rozpadem królestwa. Ale miłość, nawet taka cukierkowa i baśniowa, wymaga trudnych i odważnych decyzji. I nawet w powieści o księciu z bajki, potrafi pokazać, że jest prawdziwa. 


Polecam książkę "Był sobie książę" tym wszystkim, którzy na chwilę zapomnieli, że miłość się zdarza. To nie  mit, czy filmy z Meg Rayan lub Julią Roberts. Miłość może się zdarzyć w życiu każdego z nas, czasem ta baśniowa, czasem trudna i wymagająca. Chociaż w powieści Rachel Hauck miłość jest szczera, bezinteresowna, czysta i romantyczna, a przez to dziś jakoś wydaje się być trochę już nierealna, to jednak czasem warto sobie przypomnieć, że ona taka właśnie jest. I to jest piękne, daje nadzieję i niektórym, jak mnie samej, wiarę, że kiedyś się wreszcie  przytrafi...


Anna M.

Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził. Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)



Dziękuję za możliwość przeczytania książki



20 października 2013

projekt PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ - siódmy przystanek

 
U !-nochi    (14-20.10.2013)



 14.10.2013       Pierwsze spotkanie z książką
  


!-nochi napisała na swoim blogu:

"Kochani, tak się szczęśliwie złożyło, że zostałam wybrana przez Gąskę kolejną uczestniczką akcji "Przeczytaj i podaj dalej". Akcja została wymyślona przez Annę Matysiak. Blogerka pozwoliła swojej książce na to, by spełniła swoje podróżnicze marzenia i w ten sposób książka przemierza nasz kraj wzdłuż i wszerz.




Dla mnie wybór Gąski był ogromnym wyróżnieniem, ponieważ ten projekt ma moim zdaniem w sobie ziarenko magii. Gratuluję inicjatorce akcji wspaniałego pomysłu. Zatrzymanie się na chwilę u mnie tego podróżnika będzie dla mnie samej niesamowitą przygodą. Możliwość pozostawienia w podróżującej książce śladu po sobie będzie dla mnie wielkim przeżyciem. Gąsko, raz jeszcze dziękuję za ten wybór - Tobie i Przemkowi. ;)"
 20.10.2013         "Dzika droga u !-nochi



!-nochi napisała na swoim blogu obszerną recenzje. Zamieszczam tylko fragmenty:


 "Bardzo cenię sobie książki, w których światem przedstawionym jest dzika natura. Tutaj było jej wiele, bo przecież tym jest szlak Pacific Crest Trail, którym podążała bohaterka. Jednak szczerze? Znaczna część książki była dla mnie dość monotonna pomimo opisów traumatycznych przeżyć bohaterki oraz jej przygód na szlaku – zdarzało się więc spojrzeć na dolny róg by sprawdzić numer strony. Można powiedzieć, że tak jak bywało monotonne przedzieranie się przez szlak w samotności, tak i ja odczuwałam to poprzez lekturę. Przez większość książki bohaterka drażniła mnie swoim brakiem dojrzałości oraz charakteru. 26-letnia Cheryl miewa rozterki niczym 16-latka. Pojawia się mnóstwo takich sformułowań jak to, że czuje coś, ale zarazem coś zupełnie odmiennego. Toleruję swego rodzaju ambiwalencję, ale bez przesady. W końcu doprowadziło mnie to do rozważań na temat tego jak to się stało, że Cheryl w ogóle podjęła się takiej wyprawy, skoro nie potrafi zdecydować nawet o tym czy kogoś kocha i tęskni czy też nie może na niego patrzeć. Jej mama nazwała ją poszukiwaczem, ja nazwałabym ją po prostu dzieckiem. Czasem miałam wrażenie jakby bohaterka sama sobie zaprzeczała. Jednak staram się dostrzec to, że przecież wyruszyła w tę podróż, aby odnaleźć samą siebie, bo sama nie mogła już siebie znieść. A skoro i ja nie mogłam to znaczy, że autorka świetnie opisała swój stan ducha. Ostatecznie uważam książkę za dobrą. Jestem pełna podziwu dla Cheryl: tego jak bardzo przesunęła swój horyzont oraz jak dzięki temu odnalazła siebie samą. Gdyby to była tylko zwykła powieść, jakaś tam fikcja literacka - to co innego. Jednak to historia, która zdarzyła się naprawdę i dlatego moim zdaniem robi wrażenie. Te trzy dni, które spędziłam na lekturze nie były ani trochę stracone.



Lekturę niesamowicie ubarwiały mi refleksje i komentarze poprzednich czytelniczek. Kiedy czytając jedną stronę widziałam przebijający długopis, nie mogłam doczekać się jej odwrócenia. To samo uczucie towarzyszyło mi kiedy zaczynałam czytać lewą stronę, a jakiś komentarz miał miejsce na stronie prawej. Czytanie tych refleksji, zgadzanie się z nimi jak i wręcz przeciwnie było wspaniałe. To była naprawdę świetna przygoda. Czułam obecność poprzednich czytelniczek, które nie były anonimowe jak to zwykle bywa, kiedy książkę wypożyczy się z biblioteki. Nigdy nie posądziłabym także siebie o to, że z taką przyjemnością będę bazgrać po książce.

"zaznaczam jesiennym listkiem najpiękniejszy moim zdaniem fragment książki"




21.10.2013  Kolejna droga...

kolejny przystanek dla „Dzikiej drogi” u Gai




Od Anny M.
Kochani :) Tak się cieszę, że książka "żyje"... Mam wrażenie, że jest to prawdziwa droga, którą każda książka powinna przebyć. Nic nie daje takiej "frajdy", jak świadomość, że książka nie leży na półce, ale jest czytana!
Pozdrawiam wszystkie uczestniczki i czekam na więcej :)
Anna M. 


19 października 2013

"Książę Kaspian (Opowieści z Narni)" - C.S. Lewis



Moje powroty i droga do starego świata...


 Dawno nie było mnie w Narni... Trudno to wyjaśnić, bo przecież w każdą środę czytamy "Opowieści z Narni" podczas spotkań Koła Literackiego w naszej szkole. Jednak to prawda, nie byłam od dawna w Narni...


Od kilku dni szukałam sposobu, aby uspokoić swoje myśli. Jest dopiero październik, a w pracy zamieszanie, jakby to był co najmniej maj. Ilość obowiązków trochę mnie przytłacza, znajomi radzą, abym z czegoś zrezygnowała. Tylko z czego? Wszystko, co robię w szkole, robię dla dzieciaków, innego sensu tej pracy nie widzę. Każda z rzeczy jest dla nich i tak naprawdę tylko to się liczy. Nie jest ważne, że zapominam o zjedzeniu kanapki, nie ważne, że ciągle gdzieś zostawiam książki, albo moje nieszczęsne klucze i później wściekam się, gdy ich muszę po lekcjach szukać. Już dawno zapomniałam o tym, że znów ksero nie działa i musiałam kupić toner do domu, żeby drugi raz wydrukować sprawdziany (pierwsza kopia zaginęła oczywiście na odcinku ksero - pokój nauczycielski, a potem wspomniane ksero przestało w ogóle działać). I chyba również nie warto się przejmować całą sytuacją związaną z pewną osobą, z którą w tym roku przyszło mi współpracować... A jakby tego było mało, to wczoraj miałam lekcje obserwowaną i... to była chyba najbardziej beznadziejna lekcja w moim dotychczasowym życiu nauczycielskim. Ale na pocieszenie dodam, że godzinę później, gdy zupełnie wyczerpana poprowadziłam ten sam temat w innej klasie 6, moja "młodsza młodzież" podziękowała mi za ciekawe zajęcia, sami ustalili termin sprawdzianu i dali... cukierka "krówkę" na dobry początek weekendu... 



Zatem, jak już pisałam, długi czas nie byłam w Narni. Wczoraj nagle przyszła mi do głowy natrętna myśl: "otwórz książkę, a poczujesz się lepiej". Nie mogłam sobie znaleźć miejsca... Po wieczornej, bardzo trudnej  rozmowie, byłam zmęczona i zła na cały świat. Wróciłam do domu, wysprzątałam i wyszorowałam dokładnie pokój, zrobiłam sobie kawę i wzięłam kąpiel.  Zła na cały świat, a konkretnie na jedną osobę, postanowiłam poczytać o wojnie w Kosowie. Ale ... myśl o Narni nie dawała mi spokoju.. Popatrzyłam na książki leżące na półce i jedna z nich była lekko wysunięta zapraszając nieśmiało, abym ją otworzyła. "Książę Kaspian"... Narnia kolejny raz zawładnęła czasem, minęły godziny zanim zamknęłam opowieść o Aslanie, Łucji i samej sobie. A później... włączyłam DVD i obejrzałam Disneya-owską adaptacje. Zasnęłam w środku nocy... śniąc o Aslanie i Narni...



 



Narnia to dla mnie obraz tego,  kim mogłabym być i kim chcę być. Narnia to prawda o sobie samym i o tym, czym jest wiara w dobro. Wreszcie Narnia to mój cel. W niej wszystko jest proste: dobro jest dobrem, a zło jest złem. Slogan? Nie... To my zaprowadziliśmy w naszym świecie "porządek" na marę człowieka, wymyśliliśmy sobie władzę, podległych, pieniądze i debet na koncie, kredyty i ciągły wyścig szczurów. Nie widzimy już dobra, prawdy, piękna. Nawet czasu nie mamy, żeby zobaczyć, że nie widzimy. To inni wyznaczają nam kierunek ślepego marszu po nic. Jedynym ratunkiem pozostaje świat fikcji. A zatem tworzymy kolejne złudzenia, kupujemy, by czuć się bogatsi, krzyczymy, żeby ugruntować swoja pozorną władzę,  żebrzemy o chwilę uwagi i pozory akceptacji. A Narnia czeka. Aslan czeka i wszystko, co może sprawić, że będziemy sobą. W Narni nie można udawać kogoś, kim się nie jest, ona odsłania nasze prawdziwe oblicze. I kiedy brudna, zmęczona, głodna i wściekła na świat przeniosłam się do Narni, zobaczyłam, że  się kolejny raz zgubiłam w gąszczu osądów, opinii i iluzji świata dążącego do zagłady. A potem...zaczął padać deszcz. Nie pamiętam, czy w Narni, czy za oknem, czy to łzy spływające po policzkach. Wiem jedno - przyniósł ukojenie, umył moją umorusaną brudem świata twarz, zmył błoto i nareszcie rozpoznałam siebie. Ostatnią rzeczą, którą pamiętam, był głos Aslana i krzyk księcia Kaspiana "za Narnie". Już wiem, czego mi brakowało - wolności, prawdy, miłości. Kaspian wrócił na tron, dzieci do Londynu, a ja... kolejny raz powróciłam mojej Narni...



Ciągle zastanawiam się, dlaczego tak łatwo zgubić Narnię? Klucze to rozumiem, książki - zdarza się, ale dlaczego gubimy sens naszej egzystencji? Dlaczego ulegamy iluzji świata, w którym liczą się tylko pieniądze, pozycja, władza i kłamstwa? Kaspian żyje w takim świecie stworzonym już nie przez Aslana, ale przez  Telmarów. Nie zna starej Narni, ale słyszał o niej zakazane podania i szeptem przekazywane legendy. Nosi w sobie głód prawdy i chęć powrotu do Narni, tej prawdziwej. Idzie za głosem swego mistrza, szuka śladów dawnego świata. Świetność krainy Aslana przeminęła, pozostały już tylko ruiny, ale i na nich można zbudować jeszcze przyszłość. Potrzeba trochę wiary, nadziei i miłości. Na nowo trzeba stać się dzieckiem i niczym Łucja, widzieć wszędzie dobro i zawsze mieć nadzieję. 




Kocham Narnię i będę do niej często wracała, gdy tylko Aslan zawoła mnie po imieniu...

Anna M.



NOTKA O KSIĄŻCE

autor: C.S. Lewis
tytuł oryginału: Prince Caspian

cykl wydawniczy: Opowieści z Narni (tom 2)
wydawnictwo: Media Rodzina
data pierwszego wydania za granicą: 1951

obecne wydanie: 2008
liczba stron: 222

moja ocena: 6 / 6
eioba

18 października 2013

Nowości Wydawnictwa Świętego Wojciecha





Poruszająca opowieść o tym, że w życiu spełniają się nawet najbardziej niezwykłe marzenia!


Ich życie to dwa różne światy. On jest księciem. Ona zwykłą dziewczyną. Ale wszystko się zmieni, gdy ich drogi połączą się na wyspie St Simons. W czasie letnich wakacji książę Nathaniel nieoczekiwanie spotyka Susanne, która zdobywa jego serce. Jednak ich wspólna przyszłość nie jest tak prosta, jakby chcieli. Książę ma obowiązki, a napięta sytuacja polityczna nie sprzyja podejmowaniu spontanicznych decyzji, których kierunek wyznacza serce. Zobowiązania wobec rodziny i kraju, a także czekająca na księcia narzeczona będą trudnymi przeszkodami do pokonania na drodze do miłości.
Kto zwycięży – jego królestwo, czy jej serce?


Narody i wyróżnienia:
1 CBA Amazon Bestseller







 








 Amanda odpowiada na modlitwę nieznajomej i… rozpoczyna niezwykłą podróż.

Mniej więcej rok temu Amanda Vance urządzała wraz z mężem pokój dla dziecka, którego narodzin oczekiwali już wkrótce. Dziś pokój ten jest pusty, podobnie jak serce Amandy. A w najbliższych dniach czeka ją świętowanie w gronie licznej i wielodzietnej rodziny męża, co budzi jej ogromną obawę. Nadto musi jeszcze zdecydować, czy jest już gotowa wrócić do swej dawnej pracy, na oddział intensywnej opieki dla noworodków. Za dużo naraz.
Nieoczekiwanie Amanda otrzymuje propozycję, by towarzyszyć swej starszej sąsiadce, Emily, w podróży do Izraela. To okazja nie tylko, by zobaczyć Jerozolimę, ale i odsunąć na chwilę wszystkie troski. Amanda przyjmuje więc zaproszenie Emily.
Niezwykły splot zdarzeń sprawia, że w Jerozolimie młoda Amerykanka staje się odpowiedzią na modlitwę nieznajomej kobiety. Ale czy jej własne wołanie zostanie wysłuchane?

Wspaniała historia, pełna emocji i głębokiego duchowego piękna.
Debbie Macomber, najlepsza amerykańska autorka wg rankingu „New York Timesa” (2012 i 2013) oraz „USA Today.”

Davis Bunn – wykładowca akademicki, podróżnik, pisarz o międzynarodowej sławie, swobodnie poruszający się po różnych gatunkach literackich. Trzykrotny zdobywca Christy Award. Jego książki, tłumaczone na kilkanaście języków, sprzedały się w łącznym nakładzie ponad 7 000 000 egzemplarzy. 






Więcej zobacz na :   www.swietywojciech.pl








14 października 2013

KONKURS na poprawę humoru...





Lucjan... nie dzwoń do mnie po pijaku....


Od kilku dni jest mi jakoś... smutno. Sama nie wiem, może to kwestia pogody, pory roku, natłoku pracy w szkole, czy zwyczajnie włączył się "mały maruda". Wszelkie dotychczasowe sposoby poprawy nastroju zawodzą, albo są nieaktualne. Czekolada? NIE... Plotki? NIE ... Nawet kupno nowej książki nie pomogło...! Wczoraj na szczęście znajomy wpadł na rewelacyjny pomysł i oglądaliśmy Amelię (ja chyba ze dwudziesty raz), to zawsze działa. Jest to jeden z tych filmów, na którym płaczę ze śmiechu. Ale o Amelii innym razem. Dziś polepszyłam sobie humor ... kabaretami. Rozłożyłam poduszki na dywanie, zrobiłam sobie kanapki, wzięłam laptopa, otworzyłam plik zatytułowany "w razie depresji" i wyszukałam pierwszy zamieszczony tam kabaret. Po 2 godzinach oglądania, 3 kawach i paczce orzechów włoskich smutki minęły... Uwielbiam kabaret....

"Posiedzenie Rządu" (KMN)



Moimi ulubieńcami są: Limo, Kabaret Moralnego Niepokoju, Łowcy.B, Neonówka, czy Paranienormalni. Każda z tych formacji ma swój niepowtarzalny styl i za to ich kocham.

Dorin Owens - moja idolka


Kiedy ciężko mi uczyć w szkole, włączam kabaret o Niebie Neonówki, albo o Katechecie na zastępstwie (Kabaret Czesuaf). Najlepszą odtrutką na politykę jest Posiedzenie Rządu Kabaretu Moralnego niepokoju. A jak chcę na chwile zejść z wyżyn intelektualnych to gapię się na tasiemiec "Spadkobiercy"  (godzinami mogę śledzić losy Dorin i Kena).




Mojżesz - ulubieniec klas VI


Na każdą okazję mam jakiś skecz. Nawet moje dzieciaki w szkole potrafią mnie rozbawić niby to przypadkiem cytując jakiś program kabaretowy. "Historie Biblijne" stały się w zeszłym roku prawdziwym hitem... Przez kilka lekcji nie mogłam prowadzić zajęć o Mojżeszu... 





Mogłabym tak pisać i pisać, a i tak nie wymieniłabym wszystkiego.... Zapomniałam np. zupełnie o Wandzi, Mariolce, czy Abelardzie... "Zmiana Nazwiska" do dziś mnie bawi, a będzie to już z kilka lat... 

Od kilku tygodni moją ulubiona piosenką jest utwór: Cyniczne Córy Zurychu Artura Andrusa.  Gdy pierwszy raz pokazał mi ją w necie mój kolega, o mało nie spadłam z krzesła... Do dziś słucham jej sobie  na MP3 w drodze do pracy.

Dosyć już o tym, co lubię. Przyjdzie jeszcze czas na opublikowanie oficjalnej listy kabaretów... 



* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *



Dziś KONKURS.  
Śmiech i dobry nastrój są zaraźliwe, a zapowiada się długa, melancholijna jesień, dlatego postanowiłam ogłosić konkurs na "rozśmieszanie".


ZASADY
1. Należy w komentarzu zamieścić link ze swoim ulubionym skeczem kabaretowym (konieczne) plus swój adres mailowy;
2. Wstawić na swój blog baner konkursowy (koniecznie);
3. Dodać mój blog do obserwowanych w Google i polubić na Facebooku (miło mi będzie, ale nie jest to konieczny warunek konkursu)
4. Konkurs trwa od 13 do 27 października. Rozstrzygnięcie 28 października. Po zapoznaniu się ze wszystkimi propozycjami, wybiorę ten skecz, który mnie najbardziej rozbawił...
5. Nagrodą jest książka "Jak zostałem premierem" Roberta Górskiego z Kabaretu Moralnego Niepokoju.



Anna M.

BANER


Create your own banner at mybannermaker.com!
Copy this code to your website to display this banner!




13 października 2013

Projekt PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ - przystanek szósty



U Gąski   (4-15.10.2013)



Kochani, mój projekt nadal się rozwija. Jestem szczęśliwa, że tyle osób mogło już przeczytać "Dziką drogę" i poznać losy Cheryl. Myślę sobie jednak, że ta książka to nie tylko pamiętnik autorki, ale i nasz dziennik - wszystkich, które czytałyśmy i będziemy czytały (albo czytali, no chłopacy, brać się do czytania, ale już!!). Każda z nas zostawia w tej książce część siebie i cześć książki zabiera do swojego życia... 


DZIĘKUJĘ WAM WSZYSTKIM. Mam nadzieję, że kiedyś książka powróci do mnie i będę mogła Was poznać dzięki zapiskom na marginesach... Strasznie jestem ciekawa, kim jesteście, co myślicie, jakie macie pasje i jak wygląda wasz świat?

Tymczasem mała relacja....



4-15.10.2013          "Dzika droga" z wizytą u Gąski


7.10.2013    Pierwsze chwile



Gąska napisała:
  
"Witam. W przeddzień moich urodzin mam dla Was niespodziankę. Ostatnio miałam okazję brać udział a akcji "Przeczytaj i podaj dalej". Jestem taka szczęśliwa, że to właśnie ja zostałam wybrana jako kolejna osoba która miała szczęście przeczytać książkę wędrującą z rąk do rąk przemierzając zakątki Polski. Nadeszła kolej bym to ja wybrała kogoś kto będzie tak jak ja mógł przeżyć przygodę z Cheryl Strayed.

Serdecznie zachęcam wszystkich do udziału dlatego, że książka jest tego na prawdę warta, a zapiski dziewczyn czytających ją przede mną pozwoliły mi poznać mały fragment ich osobowości.
(więcej o pierwszych chwilach u Gąski znajdziesz tutaj)




13.10.2013      Relacja z pobytu "Dzikiej drogi" u Gąski.


Gąska tak pisze na swoim blogu:


"Czytając książkę miałam mieszane odczucia. Początkowo stwierdziłam, że nie jest to książka która mogłaby mnie zaciekawić. Po kilku stronach zmieniłam zdanie. Bywało, że późną nocą zasypiając nad rozpoczętym rozdziałem powtarzałam sobie "Jeszcze tylko jedna strona i idę spać". Dopóki kompletnie oczy mi się nie zamknęły. Czytając miałam wrażenie, że sama podążam szlakiem za dziewczynami które czytały te książkę przede mną. Zostawiając swoje ślady w postaci notatek i podkreśleń pozwoliły mi poznać ich cząstkę. W wielu kwestiach się zgadzałyśmy, ale były też takie w których miałam odmienne zdanie.  Gdy przeczytałam ostatnią stronę powiedziałam mojemu narzeczonemu, że nie wiem co teraz ze sobą zrobić. Ciężko mi sięgnąć po coś innego po tej mojej kilkudniowej przygodzie. Chciałabym móc znów kiedyś choć przez moment trzymać tą książkę w ręku bogatszą o kolejne ślady czytelniczek które podążały szlakiem za mną. Chętnie znów wzięłabym udział w takiej akcji więc jeśli nadarzy się okazja pamiętajcie o mnie :) kto wie może i  ja kiedyś zorganizuję coś takiego. Tymczasem puszczam ją dalej w świat".

(więcej tutaj)









 Zdjęcia pokazują, że książka na stałe "wdarła się" do myśli każdej z czytelniczek...
















"Ta książka ma duszę. Nie jest anonimowa. Nie stoi na półce w bibliotece czekając aż ktoś ją wypożyczy. Przemierza Polskę i trafia do konkretnych posiadających imię i nazwisko czytelników. Ciekawa jestem co by powiedziała o lokatorach domów do których trafiała gdyby mogła mówić ;)"



"Choć Cheryl wydawała mi się momentami zdrowo kopnięta, stanowi dla mnie motywację. Raczej nie do pokona kilku tysięcy kilometrów, ale do walki z przeciwnościami i upartemu dążeniu do celu. Chciałabym być tak silna jak ona i nie mam tu na myśli siły fizycznej. Sama borykam się w swoim życiu z różnymi problemami, ale czy byłabym w stanie spakować plecak i ruszyć w samotną podróż mierzącą niewyobrażalną ilość kilometrów? ..A czy Ty droga czytelniczko byłabyś w stanie?"
(więcej tutaj)






15.10.2013    Książka rusza w dalszą drogę...

Tym razem udaje się do !-nochi








Jeszcze raz serdecznie dziękuję za to, że dzielicie się swoją pasją z innymi.

Pozdrawiam i czekam na więcej :)
Anna M.




12 października 2013

"I am Malala" Malala Yousafzai




Każdy z nas zmienia świat, naprawia jego maleńki kawałek. Są wśród nas jednak tacy, którzy płacą za to najwyższą cenę. Kim jest Malala? Dla mnie nadzieją, że, na szczęście, nie wszystko straciliśmy... I to w każdym możliwym znaczeniu. Nie straciliśmy szansy na pokój, sprawiedliwość i równouprawnienie. Nie możemy tracić wiary w dzieci i młodzież. Nie wolno nam zapomnieć, że na Polsce świat się nie kończy i choćbyśmy bardzo cierpieli, to i tak na świecie dzieją się znacznie bardziej dramatyczne historie.


Malala ma 16 lat, prowadzi bloga o życiu dzieci w Pakistanie, wzywa do wolności i broni prawa kobiet do decydowania o sobie. Jej głos zwrócił uwagę świata, zdobyła ogromne poparcie dla swej inicjatywy, ale i nie uszło to uwadze jej wrogów. W 2012 roku, w drodze do szkoły została postrzelona przez talibów, którzy próbowali zamknąć jej usta. Malala nie poddała się, po długim leczeniu i ucieczce z ojczyzny nadal można usłyszeć jej wołanie o pomoc dla dziewcząt na całym świecie. Kilka dni temu otrzymała Nagrodę Sacharowa, była brana pod uwagę do Pokojowej Nagrody Nobla, jeździ po świecie, spotyka się z prezydentami, przemawia na Zgromadzeniu ONZ, upomina Obamę, otwiera biblioteki, pomaga tym, o których zachodni świat zapomniał... 








"Podnoszę mój głos - nie po to, by krzyczeć, ale po to, by ci bez głosu mogli zostać usłyszani."










Dlaczego o niej dziś piszę? Z bardzo osobistego powodu - śledzę jej losy od dawna, szczerze mówiąc, liczyłam na Nagrodę Nobla dla niej, ale trudno... Do szału i wściekłości doprowadziła mnie dzisiejsza rozmowa w TV, jakoby Malali nie należała się nagroda, bo jest bohaterem z przypadku i nie może się równać z ...Wałęsą. Myślałam, że wyrzucę mój mały telewizorek z 12 piętra. Co trzeba zrobić, żeby nie zmieszali cię z ziemią? My Polacy mamy jakąś manię, że tylko my walczymy o wolność, tylko my jesteśmy najlepsi, najmądrzejsi, wzorowi katolicy itp., itd. Tymczasem na całym świecie ludzie walczą i giną za wolność, dostęp do edukacji, za wiarę i przekonania.


"...nie możemy zapominać, że miliony ludzi cierpią z powodu ubóstwa, niesprawiedliwości i ignorancji. Nie możemy zapominać, że miliony dzieci nie mają dostępu do szkół. Nie wolno nam zapominać, że nasze siostry i bracia czekają na przyszłość pełną pokoju. Pozwólcie nam prowadzić globalną walkę z analfabetyzmem, ubóstwem i terroryzmem, i pozwólcie nam wziąć nasze książki i długopisy. One są naszą najpotężniejszą bronią."

Malala wzywa do walki z niesprawiedliwością i analfabetyzmem. Właśnie w Londynie ukazała się jej książka "I am Malala". Czekam na polskie wydanie. Dziś polecam jej blog (www.malala-yousafzai.com). Nadal mam nadzieję, że nie wszystko straciliśmy, nadal ktoś jeszcze ma siły, by krzyczeć, nawet gdy inni się poddali... Nadal jest szansa na pokój!




"Jedno dziecko, jeden nauczyciel, jeden długopis i jedna książka może zmienić świat."



Anna M.

Cytaty i tłumaczenie pochodzą ze strony: dziewczynkazksiazka.natemat.pl

eioba

11 października 2013

Kocham dostawać książki :) nawet, jeśli to prezent od... samej siebie :)




 

Dzień Edukacji Narodowej dopiero w poniedziałek, ale w naszej szkole obchodziliśmy go dziś... Były życzenia od dzieci, rodziców i miło spędzony czas przy ciachu i ... plotkach. 

Oczywiście najważniejsze były dzieciaki. Maluchy z pierwszej klasy przyszły z czekoladkami (mniam), a moi szóstoklasiści, jak zawsze, szczerze sobie ze mną porozmawiali. Do dziś nie mogę się zdecydować, czy bardziej lubię maluszki, czy młodzież. Moje "smerfiki" są rozkoszne, choć należy pamiętać, że w grupie zorganizowanej zwanej klasą, są "bezlitosne"... ;) Gdy po kilku lekcjach trafiam wreszcie do moich klas 6, odpoczywam. Ale i młodzież jest "urocza". Rozumiemy się bez słów i najczęściej bez dzienniczków... Dziś, na przykład, zaskoczyło mnie zupełnie, że moja uczennica wspaniale śpiewa - nigdy bym jej o to nie podejrzewała!!!  Trochę zazdrosna, bo mi słoń na ucho nadepnął jeszcze chyba w życiu płodowym, pogratulowałam jej za kulisami. Dla takich chwil warto uczyć :) nawet, gdy wracam do domu wieczorami i wściekam się na "system"...




A po szkole i pożegnaniu ostatniego ucznia odwiedziłam ulubioną księgarnię i... sama sobie zrobiłam prezent  ;) Kupiłam książkę Oriany Fallaci "Inszallah" i w weekend będę świętowała :) A co!





"Dzięki Bogu, już weekend", więc uciekam, bo kawa stygnie i książka czeka niecierpliwie... a i czekoladki kuszą...


Anna M.



10 października 2013

Jesienne dni...



Jesień... Nie lubię tej pory roku... Uwielbiam zimę i wiosnę... No cóż... ale trzeba to jakoś przetrwać. Jedyne, co podtrzymuje mnie na duchu to przyroda. Codziennie przechodzę przez park i na chwilę zatrzymuję się, żeby pooddychać spokojem i pomyśleć chwilę o tym, jak pięknie wygląda świat.  Znalazłam nawet swoją ulubioną alejkę...









W szkole szaleństwo, wir pracy wciąga tak bardzo, że po powrocie do domu nie mam sił na zajęcie się sobą i swoimi sprawami. Otwieram oczy w poniedziałek rano i zamykam w piątek... Nawet nie wiem kiedy, jak i dlaczego minął kolejny tydzień. Pozostaje tylko weekend na życie... Jak głosi mój ulubiony program kabaretowy -  jutro "dzięki Bogu już weekend"! A wtedy: wyśpię się, skończę poprawiać scenariusz Calineczki, napiszę scenariusz "dziennika telewizyjnego", odgruzuje mieszkanie, a potem włączę Il Divo, zamknę drzwi i napiszę coś do szuflady... 

 A w niedzielę jest u nas w Poznaniu maraton, pewnie pójdę pokibicować... No i zaszyję się wieczorem gdzieś z książką, zrobię sobie pyszną kawę i na chwilę zapomnę o całym świecie...








Anna M.


 
 

5 października 2013

"Kurs szczęścia" Beata Pawlikowska - część 2






"Wiewiórka w czasach wojny" (rozdział 12 i następne...)
 





Długo się zastanawiałam nad tym wszystkim, ale jeśli eksperymentować, to na poważnie, w końcu może dostanę Nobla w dziedzinie "zmieniam swoje podejście do świata"...?  Czytam książkę Pani Beaty bardzo wolno, robię wszystkie ćwiczenia... Przez ostatnie dwa dni obserwowałam siebie, moich znajomych, ludzi na ulicy, dzieci w szkole... Zwracałam uwagę na to, co robię, o czym myślę, jak się czuję. Już pomijam fakt, że generalnie w pracy nie mam czasu nawet zastanowić się, jaki jest dzień tygodnia, ciągle się śpieszę a i tak najczęściej za późno wszędzie jestem  i ze wszystkim mam zaległości. Pani Beata pisze o tym używając słowa chaos... I tu nie chodzi o czynniki zewnętrzne, ale o moje podejście do sprawy. Mój znajomy też twierdzi, że wszystkim za bardzo się zamartwiam i przejmuję.... Są rzeczy, na które nie ma się absolutnie wpływu, nie zależą ode mnie i nic nie mogę zrobić, a ja i tak się tym martwię i biorę odpowiedzialność za błędy innych... 





Wróćmy jednak do książki. Dziś chwilkę o wiewiórkach. Oj, Pani Beata świetnie trafiła, bo lubię reklamę pewnego banku, w której główną rolę grają dwie przeurocze wiewiórki i mniej miła sąsiadka... :) Wiewiórka z "Kursu szczęścia" to podświadomość, która dostając sprzeczne komunikaty, wychowała się w lesie pełnym strachu i braku stabilizacji. Rozpaczliwie szuka schronienia, a gdy zostaje odtrącona, coraz bardziej utrwala sobie w duszy fałszywy kod - świat jest zły, nikt mnie nie rozumie, jest niebezpiecznie, szybko trzeba znaleźć kryjówkę... 


Gdyby przeanalizować pod tym kątem własne życie, można znaleźć wiele takich kryjówek...  pieniądze, ciuchy, jedzenie, znajomi, związek, praca. Każda z tych rzeczy jest bardzo dobra, ale niewłaściwie używana i z niewłaściwych powodów, staje się toksyczna. Nawet nie zwracamy uwagi na nasze najskrytsze intencje. Wydaje nam się, że wszystko jest ok, a tu proszę, dowiedziałam się, że nie jestem wolnym człowiekiem, nie decyduję o sobie w 100%, robię coś, czego nie chcę. Z czasem narasta frustracja i strach, więc tłumimy je kolejną porcją fałszu. Aż wreszcie już nie potrafimy spojrzeć w lustro. Pani Beata w swoich książkach zachęca do tego, aby codziennie przez chwilę popatrzeć w lustro i spróbować się do siebie uśmiechnąć, powiedzieć, że się siebie lubi, ba - kocha. To wcale nie jest takie proste i tu wcale nie chodzi o napady śmiechu, bo to akurat jest powierzchowne i płytkie, ale gdy już się uspokoisz, pozostaje pustka. Patrzysz w odbicie i zastanawiasz się, kim ta osoba po drugiej stronie lustra jest? Nie znam jej, nic o niej nie wiem, nigdy z nią nie rozmawiałam, nie słucham tego, co do mnie mówi... 


Ale wróćmy do wiewiórki... Podświadomość podpowiada jej szybkie znalezienie kryjówki, czegoś lub kogoś, kto zagłuszy odgłosy wojny... I tu Pani Beata trafiła w dziesiątkę.

"Mówisz, że jesteś samodzielna. Mówisz i wierzysz w to, że dajesz sobie radę, że jesteś silna, zorganizowana, nikogo nie potrzebujesz.
Mam tylko jedno pytanie: Czy jest coś, bez czego nie wyobrażasz sobie życia? Wiem, od razu odpowiesz, że nie, bo twoja podświadomość czuje się zagrożona. Ale zastanów się przez chwilę. Na spokojnie. Nie mówimy o tym, jaka jesteś, tylko o tym, co dzieje się w pewnym zakątku twojego umysłu. No? Śmiało. Czy jest coś takiego, po co sięgasz w chwilach stresu, strachu, rozpaczy? Rzecz, albo osoba? A może jest to czynność? Coś takiego, co czujesz, że musisz zrobić natychmiast, koniecznie, i niech nikt nie próbuje cię przed tym powstrzymać? Coś takiego, że jeśli tego nie zrobisz, to będziesz rozdrażniona, zła, nerwowa? 
To jest właśnie twoja borsucza nora. I kryjówka za mrowiskiem. Rozumiesz? "

Dobra, ja też mam taką borsucza norę... Chyba każdy ma, ale nie zajmujemy się tutaj każdym...  Pani Beata podsunęła mi myśl, że pora skończyć z siedzeniem ryjkiem w mrowisku i tyłkiem w borsuczej norze. To kolejne złudzenie poczucia bezpieczeństwa...


Strach paraliżuje nas przed zmianami w życiu. Ale trzeba to zrobić, nie, nie trzeba - CHCĘ TO ZROBIĆ !!!


www.beatapawlikowska.com
"Żeby to zmienić, muszą się wydarzyć trzy rzeczy:
Musisz się zaprzyjaźnić ze swoją podświadomością.
Musisz wiedzieć jakie dobre zmiany chcesz wprowadzić do swojego życia.
Musisz podjąć decyzję o wprowadzeniu tych zmian i być bardziej wytrwały, uparty i konsekwentny niż to, co jest zapisane na twoich żelaznych tabliczkach"


Cóż, Pani Beato, powiem szczerze, od 13 lat mam zrealizowany punkt 1 i 2, ale trzeciej rzeczy jeszcze nie udało mi się zrobić... To ostatni moment, żeby zacząć wprowadzać zmiany...



Anna M.


Recent Posts