27 listopada 2013

"Dziecko śniegu" Eowyn Ivey





Od zawsze kocham zimę, a co za tym idzie fatalnie czuję się latem... Pamiętam, że w dzieciństwie potrafiłam godzinami bawić się idąc ze szkoły, lepiłam bałwany, jeździłam na sankach, chodziłam na ślizgawki, a mama wiele razy zabraniała mi jeść śnieg... Uwielbiałam małe, białe płatki i wcale nie chodzi o te śniadaniowe.... ;) Na szczęście powoli robi się zimno... Wychodząc rano do pracy nadal lubię iść pieszo i wdychać mroźne powietrze... 



 Kiedy więc zobaczyłam w księgarni na półce książkę Eowyn Ivey "Dziecko śniegu" i jej prześliczną okładkę, nie mogłam się powstrzymać...  A potem czytałam ją w każdej wolnej chwili ignorując wszystkich i wszystko, nawet pisanie "papierów" do szkoły, zapominając o jedzeniu i planach na wieczór... 




Co mnie tak zafascynowało? 
Przepiękna i okrutna baśń z dalekiej Północy, gdzie dni są krótkie, noce zimne, a świat na wieki skuty lodem. W małym domku na Alasce mieszka starsze małżeństwo, Jack i Mabel, i choć zawsze marzyli o dziecku, niestety są wciąż sami. Z dnia na dzień oddalają się od siebie, zapominają o łączącym ich uczuciu, mijają się bez słowa. Pewnej zimy gdy zaczyna padać śnieg, coś się zmienia. W mroczną noc Jack i Mabel  urzeczeni pięknem złowrogiej zimy wychodzą na podwórze i lepią bałwana...  Cóż, właściwie małą dziewczynkę, a potem ubierają ją w płaszczyk, czapkę i rękawiczki. Przemarznięci, po kilku godzinach wracają do domu, zapada noc, a na polach szaleje zamieć jakiej świat nie widział. Następnego dnia, gdy wychodzą przed dom, nie ma już ulepionego poprzedniej nocy bałwana. Jest tylko mroźna cisza i .... ślady maleńkich bucików prowadzące wgłąb lasu od miejsca, gdzie znajdowała się śnieżna dziewczynka... 



To dopiero początek historii, opowieści o nadziei, miłości i wierze w szczęśliwe jutro nie cofającej się przed niczym... Tajemnicza Faina zawsze pojawia się wraz z pierwszy śniegiem i znika, gdy do doliny przychodzi wiosna... Jest dzieckiem śniegu, tajemnicza, szczera, prosta i niewinna niczym oczekiwane od lat dziecko. Ale ma też drugie oblicze... Potrafi być zimna, okrutna, nigdy nie daje się zniewolić i podporządkować, a gdy się gniewa, sprowadza na świat śnieżną zawieruchę... Czy potrafi kochać i czy da się pokochać innym? Jaką prawdę ukrywa w gniewnych oczach? Czy jest dzieckiem śniegu, czy tylko zagubioną w lesie czyjąś córeczką, szukającą rodziny? Czy z małej dziewczynki wyrośnie na równie piękną kobietę? Czy zostanie w dolinie na zawsze? A może odejdzie równie tajemniczo, jak się zjawiała? Czy w imię miłości poświęci to, co kocha najbardziej? I kim jest? 



Książka Eowyn Ivey to również przepiękna opowieść o życiu w świecie lodu, o trudzie przetrwania na Alasce, o pięknie dzikiej natury. Czytając opowieść o śniegowej dziewczynce zatraca się granicę między rzeczywistością a baśnią, i podąża się w górę rzeki, gdzie nigdy nie topnieje śnieg... Oczami wyobraźni widziałam zorzę polarną oświetlającą noce w dzikim lesie. Szłam razem z Fainą w góry, podglądając okrutny los słabszych, których czeka z jej rąk mroźna śmierć. Z nią zasypiałam pod gołym niebem, patrzyłam w jej błękitne jak lód oczy i starałam się odgadnąć, o czym myśli i kim jest...



"Dziewczynka otwarła oczy i spojrzała na nich oboje, zaciskając usta. (...) Mabel wstała i zatrzymała się na chwilę za jej plecami, wciągając głęboko w nozdrza woń dziecka - świeży śnieg, górskie zioła i brzozowa kora. Delikatnie pogładziła jej włosy czubkami palców. Być może to jednak wcale nie był sen".



Och.... rozmarzyłam się i odpłynęłam wraz z lodowatym wiatrem wprost na Alaskę... Tak bardzo czekam na śnieg... na pierwsze płatki, które otulą świat. Co prawda w mieście nie jest tak piękne, jak u mnie w domu, na wsi..., ale zawsze można pójść na mały spacer do lasu, nad jezioro, z dala od ubłoconych chodników. A wtedy magia zaczyna działać, wtedy można dostrzec wśród padających białych płatków Fainę, dziecko śniegu...



Anna M.

Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził. Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)



NOTKA O KSIĄŻCE

autor: Eowyn Ivey
tytuł: "Dziecko śniegu"
wydawnictwo: Pascal
data wydania:  25 października 2013
liczba stron: 448

moja ocena:  6+/ 6



25 listopada 2013

Spotkanie w Matrasie - Joanna Opiat-Bojarska i Robert Ziółkowski







Kolejna sobota i kolejne spotkanie. Aż strach pomyśleć, że to już przedostatnie...  Co ja będę robiła w grudniowe soboty?


To spotkanie było dla mnie wyjątkowe, ponieważ zgodziłam się je... poprowadzić. Tak, tak, dobrze przeczytaliście! Nigdy tego nie robiłam, ale uznałam, że nie jestem jeszcze za stara na "pierwszy raz"... Postanowiłam nie myśleć i zachować się zupełnie inaczej, niż zazwyczaj. W liceum usłyszałam, że przenigdy mam się  nie wypowiadać publicznie, no i że jedynym językiem obcym, jakiego będę się musiała uczyć całe życie, będzie język polski.  Na przekór mojej polonistce i zmorze mojej młodości - dyrektorowi- postanowiłam zaryzykować i spróbować... Takie rozliczenie z przeszłością i mała, prywatna zemsta! Wróciły wszystkie lekcje polskiego i historii, ale odgoniłam demony... głównie dzięki pysznemu tortowi czekoladowemu w jednej z cukierni w King Crossie... 


 Prowadząca z mnie żadna, muszę się jeszcze sporo nauczyć, ale najważniejsze co osiągnęłam, to uwierzyłam, że to, co mi wmawiano przez całe liceum jest kłamstwem... No i już nigdy nie będę żartowała, że Ibisza, że to słabeusz, bo prowadzenie spotkań jest mega trudne, ale i niesamowicie dużo można się nauczyć i wyciągnąć wnioski na przyszłość.... 


 


Jeszcze o jednym muszę wspomnieć - dla mnie ogromnie ważny był też cały tydzień poprzedzający spotkanie. Przeczytałam wszystkie książki zaproszonych Autorów, miałam okazję rozmawiać z nimi na Facebooku, no i książki.... zaprzyjaźniłam się z bohaterami opowieści, cały czas żyli w mojej świadomości... Cudowne doświadczenie....






Ale przejdźmy do relacji. I na początek duży plus dla Ekipy Matrasa w King Crossie. Ze spotkania na spotkanie jest coraz lepiej... O by tak dalej...



A teraz najważniejsze! 
Autorzy: 



Joanna Opiat-Bojarska
Joanna Opiat-Bojarska - mieszkająca w Poznaniu absolwentka poznańskiej Akademii Ekonomicznej. Część życia spędziła w Gnieźnie. Zadebiutowała w październiku 2011 powieścią obyczajową "Kto wyłączy mój mózg?" polecaną przez Agatę Młynarską i Annę Maruszeczko. To miała być jedyna książka, którą chciała napisać. Niestety wpadła w uzależnienie. Od pisania, oczywiście. Po wydaniu kolejnych powieści obyczajowych "Blogostan" i "Klub Wrednych Matek" wpadła w zbrodnicze towarzystwo. W "Gdzie jesteś,Leno?" zaczęła romans z policją. To namiętne uczucie popycha ją do planowania coraz to nowszych zbrodni. Prywatnie – żona, matka i szczęśliwa właścicielka różowego laptopa. To tylko potwierdza uzależnienie. Na razie jednak nie zamierza się leczyć. Woli zabijać. Autorka: „Kto wyłączy mój mózg?”, „Blogostan”, „Klub Wrednych Matek”, „Gdzie jesteś, Leno?






Robert Ziółkowski

 Robert „Ziółek” Ziółkowski- rocznik 1967. Przez szesnaście lat służył w polskiej policji. Jego kariera wiodła od „zwykłego krawężnika” , poprzez dochodzeniówkę, wydział zwalczania przestępstw gospodarczych do specjalisty wydziału kryminalnego KWP w Poznaniu. Ostatnie lata pracował w Zespole Poszukiwań Celowych wielkopolskiej komendy. Zespoły te zostały powołane w 2001 roku, w każdej z komend wojewódzkich policji. Ich zadaniem było ściganie najgroźniejszych przestępców w kraju, ukrywających się przed wymiarem sprawiedliwości. Powstały one na podstawie doświadczeń wywiadu izraelskiego, ścigającego terrorystów z Czarnego Września po zamachu w wiosce olimpijskiej w Monachium. Stworzono wtedy w Mossad-zie specgrupę o nazwie „Gniew Boga”. Pierwsze tego typu policyjne jednostki utworzyła policja niemiecka. Ścigały one członków terrorystycznej grup Bader-Meihoff. Polska policja przejęła wzory z Bundeskryminalamt. Wielkopolskie ZPC uchodzi za najlepszą tego typu jednostkę w Polsce. Zespół w, którym pracował autor zajmował się poszukiwaniem ukrywających się : zabójców, bandytów, gangsterów, handlarzy narkotyków oraz odnajdywaniem uprowadzonych dzieci. Dokonywali od kilkudziesięciu do stu zatrzymań rocznie. Policjanci z ZPC prowadzą poszukiwania w kraju i poza granicami, skutecznie ściągając do polskich więzień , zbiegłych bandytów. Poznańskie ZPC „usadziło” między innymi „Makowca”, członków gangów „Borusia” i „Drewniaka”. Ich akcje są szeroko komentowane w mediach. Autor na bazie swoich doświadczeń napisał książkę pt. „Łowcy Głów”. W październiku br ukazała się jego nowa pozycja nosząca tytuł „Wściekły pies”. Robert Ziółkowski jest absolwentem Akademii Rolniczej i Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. Zajmował się dziennikarstwem, działalnością samorządową, biznesem. Z zamiłowania żeglarz i podróżnik. W jego książkach możemy odnaleźć echa podróży po Bałkanach, Azji czy afrykańskich bezdrożach. [źródło]






W Matrasie byłam już o 15.30 i jak zwykle buszowałam w regałach. Niestety jest przed pierwszym, więc z zakupów nici.... Ale sam widok książek mnie uspokaja.... Autorzy pojawili się w Księgarni w świetnych humorach i tak naprawdę rozmowa rozpoczęła się chwilę przed 16.00 jeszcze bez mikrofonów, stresu i pośpiechu.  Było to bardzo przyjemne popołudnie, a czas mijał, jak zaczarowany...






Pierwsze pytanie, jak na belfra przystało, dotyczyło ulubionych książek z dzieciństwa... Pan Robert przyznał, że zawsze czytał i do dziś czyta bardzo dużo, opowiadał o ulubionych książkach, i tu uwaga, wcale nie kryminałach, ale o  ....  "Winnetou". Natomiast pani Joanna czytała Chmielewską, "Anie z Zielonego Wzgórza" i "Pana Samochodzika". Ale przyznała też, że w szkole nie bardzo lubiła pisać, bardziej interesowała ją... matematyka. Swoją drogą może to tłumaczy pewną systematyczność i planowość pisania książek. Pani Joanna ma zawsze szkic historii, którą opisuje, a wszystko jest przemyślane i zaplanowane. 



Czas na rozmowę o konkretach!
Pierwsza książka Joanny Opiat-Bojarskiej  to próba ujęcia doświadczeń związanych z chorobą. Początkowo autorka swoje emocje odsłaniała na blogu, dopiero później, za namową męża napisała książkę. "Kto wyłączy mój mózg" to opowieść nie tylko o chorobie, ale o dzieciństwie i młodości, a wszystko spięte klamrą własnych emocji. Książka jest szczera, a Autorka nie chowa się i nie oddziela od czytelnika, nie stawia też granicy, nie zostawia dla siebie części przeżyć związanych z chorobą i powrotem do zdrowia. Tym urzekła mnie i Autorka i książka. Dawno nie czytałam tak szczerej i otwartej opowieści. Pani Joanna zaznaczyła, że to książka pisana nie dla podziwiania jej samej, nie dla wzruszania czytelnika, to książka pisana dla siebie, a potem dla innych...Każdy, kto ma chwile zwątpienia może po nią sięgnąć i uwierzyć, że mimo ograniczeń trzeba walczyć i żyć... a ograniczenia znikną...

Pani Joanna oczywiście opowiadała też o pozostałych książkach. Mnie osobiście zachwycił "Klub Wrednych Matek". Być może właśnie w tej książce odnalazłam kilka moich przyjaciółek, może trochę siebie i moje pragnienie... dziecka. Ale i tęsknotę za naszymi spotkaniami i plotkami. A tak przy okazji dziś właśnie byłam u jednej z Matek, choć oczywiście nie wrednych,  i obserwowałyśmy jej brzuszek i dzidziusia w nim ukrytego, który akurat... dostał czkawki... Może nie lubi ciasteczek, a zjadłyśmy ich sporo...


Podczas sobotniego spotkania w Matrasie niejedną tajemnicę też zdradzono... Pani Joanna przyznała, że posty zmieszczone w "Blogostanie" są autentycznym komentarzami z jej bloga. Wow! To nie jest zatem wymyślony "bajer" dla czytelników, ale rzeczywiste reakcje na komentarze internautów! Niesamowite. Jeszcze większy szacunek dla Autorki... Przy tej okazji trochę porozmawialiśmy sobie o Internecie, blogach i wirtualnej rzeczywistości... Dalsze plany? Cóż, po "Gdzie jesteś, Leno?" romans z kryminałem nadal się rozwija i możemy się spodziewać książki jeszcze bardziej mrocznej i tajemniczej... Pozostaje zatem z niecierpliwością wyczekiwać... Jedno jest pewne, na pewno nie będzie to książka dla dzieci.... ;)





A jak to było z literackim debiutem Roberta Ziółkowskiego? I tu trochę osobistych refleksji.... Czytałam książki pana Roberta i czułam ogromny podziw dla jego osoby i pracy w policji. Moje doświadczenia z policją są prawie żadne, no może poza jedną lekcją w zeszłorocznej 6a, kiedy to zaproszona do szkoły pani policjantka opowiadała o konsekwencjach ich zachowania (a było o czym mówić). Ogólnie, gdy widzę policje zaczynam się zastanawiać, czy wszystko robię dobrze, nie wiem, skąd to mam, ale czuję ogromny lęk i respekt. To chyba kwestia wpojonego w dzieciństwie szacunku dla munduru i służby społeczeństwu. Z takim samym lekiem i powaga szłam na spotkanie. Irracjonalny lęk... A tu.... niespodzianka. Pan Robert to przesympatyczny człowiek, z ogromnym poczuciem humoru i w niczym nie przypominający moje wyobrażenie policjanta.... na szczęście! A co najważniejsze, bardzo ciekawie opowiadał i o swojej pracy i o książkach  przytaczając jednocześnie wiele anegdot z prywatnego życia... 



Pan Robert Ziółkowski przyznał, że w młodości  myślał o pisaniu, a pierwszą czytelniczką opowiadań była pani polonistka, potem jednak odłożył pisanie, zajął się pracą w policji, rodziną, domem. Wrócił do pisania, gdy odszedł z policji... Pierwsza książka "Łowcy głów" to zbiór opowiadań o pracy Zespołu Pooszukiwań Celowych. Skąd inspiracje? Życie jest tak barwne, że można z niego czerpać całymi garściami. Bohaterów można spotkać na ulicy, wystarczy zatrzymać się i przyjrzeć. Nie mogła się powstrzymać i nie zapytać o poczucie humoru. Wiele razy podczas lektury wybuchałam głośnym śmiechem, nawet moja współlokatorka była zdziwiona, co ja takiego zabawnego czytam....  Humor policyjny jest czasem czarny, ale taki być musi. Policjanci na co dzień spotykają się z całym złem tego świata  i muszą w jakiś sposób się chronić, a humor w tym pomaga...  Autor zdradził, ze dostarczycielem śmiesznych historii jest m.in. jego kolega, który zawsze jest w stanie coś wymyślić, by rozbawić innych. Niewyczerpanym źródłem pomysłów byli się również sympatyczni panowie pod sklepem z piwem, czy z tak znanej z serialu "Ranczo" przysłowiowej ławeczki... A dla zaznajomionych z tematem perełka - historia gangstera z tatuażem: "Veni, Vidi, Vici" jest jak najbardziej autentyczna! Śmiałam się do łez...  Ale życie nie składa się tylko ze śmiechu, praca w policji to przede wszystkim trud, zmęczenie, poświecenie, codzienny widok zła, śmierci i próba radzenia sobie z tą rzeczywistością. W życiu nie ma krystalicznych postaci, nie ma ich również w książkach Roberta Ziółkowskiego. I w "Łowcach głów" i we "Wściekłym psie" główni bohaterowie to ludzie z krwi i kości, którzy stoją przed trudnymi wyborami, i których życie zależy od podjętych decyzji, dobrych lub złych.  


O ile pierwsza książka to też pewnego rodzaju rozliczenie z przeszłością, druga zawiera natomiast wątki autobiograficzne, historie przyjaciół. Mogłabym godzinami słuchać o filozofii życia według pana Roberta... Niesamowicie ciekawa sprawa! A plany na przyszłość? Trudno to określić, może coś o Afryce, może bohaterowie przeniosą się do Ugandy i tam "popracują", a może... No właśnie tego Autor już nie chciał nam zdradzić... Ale przyjdzie czas i może się dowiemy, gdy sięgniemy po kolejną jego książkę :)






Na koniec Autorzy zachęcili do czytania polskich autorów i zajęli się podpisywaniem książek. Szkoda, że czas tak szybko minął. Z mojej strony jeszcze raz składam ogromne podziękowania pani Joannie i panu Robertowi za okazaną cierpliwość i wszelką pomoc. Dziękuję za serdeczność i wsparcie w stawianiu pierwszych kroków już nie tylko jako czytelnik zamknięty w zaciszu swojego pokoju...  


DZIĘKUJĘ i PRZEPRASZAM za ewentualne potknięcia i błędy.... Zapewniam, że "nauka nie pójdzie w las"...



Anna M.


24 listopada 2013

Projekt PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ - przystanek dziewiąty


Postanowiłam "uwolnić" jedną książkę... Mam nadzieję, że przyłączycie się do zabawy..


Wybrałam powieść/dziennik "Dzika droga" Cheryl Strayed (tutaj znajdziesz moje przemyślenia po lekturze)  Chciałabym, aby książka, która opowiada o trudnej i fascynującej jednocześnie drodze, odbyła własną drogę. Marzy mi się książka żyjąca własnym życiem, taka, która szuka swoich czytelników i spisuje własną historię.  



 zasady udziału w PROJEKCIE znajdziecie tutaj.






 Przystanek dziewiąty!



U Basi        (5-23.11.2013)




Miło mi bardzo, że mogę zamieścić relację z kolejnego przystanku "Dzikiej Drogi". Tym razem Cheryl zagościła na trochę dłużej w jednym miejscu... Widocznie i autorka i książka i Czytelniczka tego potrzebowały. Nigdzie nam się nie spieszy... 

Dziękuję za miłe słowa i zapraszam do udziału w PROJEKCIE

Anna M.






 5.11.2013      -     Książka już jest u Basi G.


 Basia pisze:

Bardzo, na prawdę bardzo dawno nie spotkało mnie nic tak miłego..... Weszłam na bloga Gai  i tak sobie czytam akcja...hmmm myślę sobie bardzo fajny pomysł...  Dlaczego nie spróbować iiiiiii..... UDAŁO SIĘ... Nie wiem jak to możliwe bo w ostatnim czasie szczęście raczej mnie omija. Może to jakiś znak..... Tak powieść autobiograficzna Cheryl Strayed "Dzika droga" zagości w moich progach. DZIĘKUJE:)
(...)

Przyłączyłam się do tej akcji ponieważ uwielbiam nowe doświadczenia.... Ta akcja ma w sobie jakąś TAJEMNICZĄ MOC która przyciąga... Zapraszam do uczestnictwa... Książka jest już w drodze. Niedługo zagości u mnie. Refleksjami o książce podzielę się jak ją już przeczytam... Fascynujące jest to, że dzika droga gościła już w kilku domach i każdy czytelnik pozostawił w niej jakiś ślad.... teraz moja kolej. MOŻE TY BĘDZIESZ KOLEJNYM SZCZĘŚLIWCEM:)"
[więcej na blogu Basi





23. 11.2013    -      Relacja z pobytu "Dzikiej drogi" u Basi G.




Basia na swoim blogu napisała: 


"Wiele godzin spędzonych nad autobiografią Cheryl Strayed pozwoliło mi również troszkę z dystansem spojrzeć na swoje życie. Po części wraz z bohaterką przebyłam swoją własną drogę by spojrzeć na siebie inaczej. Podczas czytania książki byłam zafascynowana pięknem dzikiej przyrody. Sam pomysł samotnej podróży w dziczy wywołał we mnie uczucie strachu. Radości dostarczyły mi między innymi piękne opisy miłości matczynej.Czasami z moich oczu płynęły łzy-śmierć matki albo jak im się wydawało najbardziej humanitarny sposób uśmiercenia konia mamy Cheryl. Nadzieja towarzyszyła mi zawsze-czasami powtarzałam sobie w myślach RUSZAJ CHERYL DASZ RADĘ.... Czasami byłam zła na bohaterkę za jej lekkomyślność brak zdecydowania. Ostatnim ale najważniejszym uczuciem które mi towarzyszyło podczas lektury (ważnym dla mnie osobiście) była wiara w dobro ludzi...... Dzięki dobroci zupełnie obcych ludzi Cheryl cała obolała od ciężaru wielkiego plecaka i momentami zrezygnowana i skłonna by zawrócić SZŁA DALEJ I WYGRAŁA TA WALKĘ...


 

Cieszę się, że mogłam pozostawić swój ślad. Mogłam zapoznać się z zapiskami które pozostawiły moje poprzedniczki. To było bardzo fascynujące bo mogłam skonfrontować moje przemyślenia na temat książki z zapiskami które w niej znalazłam. Książka ta zdecydowanie ma swoja duszę i na pewno te które stoją bezwiednie na pólkach w bibliotece jej zazdroszczą.....:) Podróży, nowych miejsc i poznania nowych ludzi którzy z wielkim sercem gościli ją w swoich domach....  

Powinno być więcej takich akcji albo podobnych dotyczących czytania książek. Nie oszukujmy się coraz mniej ludzi czyta książki........tak naprawdę nie wiedza co tracą. Jaka to wielka przyjemność usiąść z książka w ręku i zajrzeć do jej duszy. Utożsamić się z bohaterami albo po prostu zastanowić się CO JA W DANEJ SYTUACJI BYM ZROBIŁ LUB ZROBIŁA...... Muszę się przyznać,że w ostatnim czasie i ja do tych leniuchów należałam.......aż mi strasznie wstyd....:( Na pewno nie ma dobrego wytłumaczenia na takie zaniedbanie z mojej strony......ale wiem jedno DZIKA DROGA uświadomiła mi że to był mój błąd i obiecuję POPRAWĘ:)  Jeżeli pojawi się znowu taka okazja to ja jestem otwarta proszę pamiętajcie o  mnie:)
 
Chciałabym SERDECZNIE POZDROWIĆ MOJE POPRZEDNICZKI

(...)

   Chciałabym również podziękować w szczególności Annie M która zapoczątkowała tą akcje oraz Gai która zaufała mi i powierzyła naszą podróżniczkę DZIKĄ DROGĘ. Serdecznie dziękuję i pozdrawiam:) Z zaciekawieniem będę śledziła dalsza drogę książki która ma swoja duszę i niesie wraz ze sobą magię......"

[więcej znajdziecie tutaj]











23.11.2013   -    Prodróż...



 


Książka wędruje do....  Eleny.














od Anny M.





Kochani, bardzo się ciesze z nadsyłanych przez was zdjęć! To tylko dowód na to, że mój PROJEKT ma sens, i że książka żyje swoim życiem a Cheryl nadal podróżuje...


Dziękuję wszystkim i zapraszam do udziału....


Anna M.




21 listopada 2013

"Blogostan" Joanna Opiat-Bojarska





Wpadłam bez reszty... Jestem książkoholiczką i nie zamierzam się leczyć... Powód? Kocham czytać... Od zawsze i na zawsze...  Początkowo czytałam dużo literatury fachowej, teologii, historii, trochę z psychologii i pedagogiki... Potem sięgnęłam po literaturę faktu i pamiętniki. Przez moje życie przewinęło się też sporo książek dotyczących holokaustu i II Wojny Światowej. Przyszedł również czas na powieści i na szczęście tylko krótki romans z science fiction, o czym chciałabym zapomnieć... Od kilku miesięcy mój stan się pogarsza, czytam o świcie, przed pracą, w pracy, czytam podczas "okienek" w planie, zamiast w ty czasie nadrobić zaległości w papierologii szkolnej. Czytam w autobusie, w domu i kawiarni, czytam nawet podczas reklam czekając na ulubiony film. To już trzeba leczyć..., ale ja nie zamierzam nic z tym robić...




Otwierając książkę zaczynam nowy etap życia, zatracam się w innej rzeczywistości, tracę kontakt ze światem.. Mogę kilka godzin siedzieć w fotelu, wypić kilka kubków kawy (ostatnio rozważam nawet zakup ekspresu), leżeć na dywanie i śledzić losy bohaterów, a potem myśleć o nich, jak o dobrych znajomych... Mój świat się rozszerza, nic mnie już nie ogranicza... Po zamknięciu książki często szukam materiałów na dany temat. Gdy ostatnio czytałam "Wściekłego psa" Roberta Ziółkowskiego przez kilka dni oglądałam seriale policyjne, specjalnie znalazłam w necie stare odcinki "Dempsey i Makepeace na tropie", stałam się ekspertem od odcisków palców, bo akurat odbierałam paszport i tym sposobem wkroczyłam z impetem do bazy danych (na szczęście nie wykryto mnie wśród przestępców). Czytanie pochłania mój czas, pieniądze, myśli. Nie mogę i nie chcę się już zatrzymać...  Każda nowa książka kusi mnie, zaprasza do swojego świata, a bohaterowie nagle stają się mi bliscy i nie potrafię tak zwyczajnie przerwać czytania, nie chce im tłumaczyć, że już nie chcę ich słuchać, że pora na szare, zwyczajne życie... 



Dlaczego to wszystko piszę? Właśnie skończyłam czytać "Blogostan" Joanny Opiat-Bojarskiej. To opowieść o młodej dziewczynie, która zaczyna pisać bloga, zupełnie niewinnie, przynajmniej początkowo. Sylwia może w ten sposób opowiedzieć o tym, co przeżywa, a nie ukrywajmy - jej życie jest pełne przygód, radości, problemów, sukcesów i porażek... Niepostrzeżenie coraz bardziej wnika w wirtualny świat i zapomina o zwyczajnym życiu. Jej blog staje się z dnia na dzień bardzo popularny,  a sama autorka, choć anonimowo, to jednak zaczyna mieć wiernych czytelników, odpowiada na kilkadziesiąt maili i komentarzy dziennie... Świat bez laptopa czy dostępu do Internetu przestaje być interesujący i Sylwia zatraca się w wykreowanym przez siebie świecie... Nasza blogerka sprawdza skrzynkę mailowa kilka razy dziennie, a jedynymi przyjaciółmi stają się "enter" i "odśwież"...  Wpada powoli w błogostan...


Książka mną wstrząsnęła... To nie tylko zabawna, lekka i przyjemna opowieść o powszechnym dziś zjawisku, czyli o blogowaniu. To przede wszystkim opowieść o samotności, o poszukiwaniu w sieci bliskości, o pragnieniu bycia wysłuchanym... Dzięki komentarzom i mailom mamy złudne poczucie, że istniejemy, że komuś jesteśmy potrzebni. Nie wystarcza nam swoje towarzystwo i odbicie w lustrze. Niestety coraz częściej przeglądamy się w pustych oczach internautów. Łudzimy się, że oni nas znają i rozumieją, żyjemy dla nich... a nasze poczucie wartości jest uzależnione od ilości lajków na Facebooku... Takie jest dzisiejsze pokolenie dzieci Internetu... Autorka świetnie ten świat uchwyciła i opisała z każdej możliwej perspektywy. Mamy zatem punkt widzenia głównej bohaterki, jej marzenia, sukcesy i porażki, mamy również sugestie i spostrzeżenia jej bliskich, a także świat wykreowany z komentarzy internautów... Tylko, czy Sylwia i każdy z nas, kochani czytelnicy, odnajdzie się w realu? Czy potrafimy odłączyć dostęp do Internetu? Choć na chwilę być poza zasięgiem? Co o tym sądzicie? 



Kończę już pisać... Godzina  23.05..... pora wylogować się z bloga.... no i pójść spać, bo jutro ciężki dzień... Dobranoc... kochani.... jeśli tam oczywiście jesteście ;)


Jeszcze tylko poczytam trochę, tylko kilka stron nowej książki.... Chwila zapomnienia, szybciej bijące serce, dreszcz niepewności, czy książka mi się spodoba, nieśmiałość przy poznaniu bohaterów...

Naprawdę tylko  kilka stron....


Anna M.



NOTKA O KSIĄŻCE

tytuł: "Blogostan"
autor:

wydawnictwo: Replika
data wydania:  29 maja 2012
liczba stron: 308

 moja ocena: 5 / 6

17 listopada 2013

Krystyna Januszewska i Magdalena Kawka w Matrasie!




W sobotę odbyło się już drugie spotkanie z cyklu "Poznań w Matrasie". Tym razem w księgarni w King Crossie gościły dwie wspaniałe pisarki: Magdalena Kawka i Krystyna Januszewska. Rozmowę prowadził Maciej Duda, a ja przysłuchiwałam się z wielkim zainteresowaniem ...



 

Musze już na samym początku zaznaczyć, że wczorajsze spotkanie było dla mnie wyjątkowe z kilku względów. Pierwszy to konkurencja na zewnątrz, czyli Targi Motoryzacyjne. Gdy dotarłam na miejsce i usłyszałam, jak tuż przy wejściu do księgarni jest głośno, przeraziłam się, że zupełnie znikniemy i nie będzie można nic usłyszeć z naszej rozmowy.  Ale nie zagłuszyli nas, nie daliśmy się!!! :) Siedząc sobie w Matrasie poczułam, że czytanie ma sens, że przyjemnie jest porozmawiać o książkach, zanurzyć się na chwile w czymś głębszym niż życie toczące się w markecie, między zakupami, jedzeniem, konkursami, samochodami. Druga kwestia to przesympatyczna atmosfera wewnątrz księgarni, czyli bardziej miła rozmowa na wspólny temat niż zwykła "przepytywanka" autorów... A to po części zasługa również prowadzącego, który w umiejętny sposób trochę pytał, trochę prowokował, trochę bawił nas wszystkich. No właśnie o tym też trzeba koniecznie wspomnieć - o uśmiechu, ciepłym i przyjemnym klimacie rozmowy w ten chłodny sobotni dzień. Atmosfera była nieziemska! Już wcześniej pisałam na Facebooku, że miło spędzić popołudnie wśród książek, pijąc kawę i rozmawiając z pisarkami, których książki chętnie przeczytałam.




 

Magdalena Kawka jest autorką książek: „Sztuka latania”, „Alicja w krainie konieczności”, „Rzeka zimna”, poradnika dla rodziców przedszkolaków „Przygody Kosmatka kilkulatka” oraz najnowszej „Wyspa z mgły i kamienia”. Ale najlepsza i najpiękniejsza książka to ta, jeszcze nie napisana.

Magdalena Kawka o sobie pisze:

"Ukończyłam socjologię ma Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, ale socjologiem się nie czuję. Czuję się za to „hodowana” przez swoje koty, które do perfekcji opanowały sztukę manipulowania swoją panią.

Imałam się w życiu różnych zajęć: byłam kwiaciarką, dziennikarką oraz urzędnikiem, choć w to ostatnie czasami trudno mi uwierzyć. Współpracowałam z kilkoma pismami. Kilka lat temu postanowiłam całkowicie poświęcić się pisaniu, na co pozwoliło mi posiadanie Wybitnie Wyrozumiałego Męża ;)…" [źródło]





 Krystyna Januszewska – zodiakalna Waga. Dobry znak, szczególnie dla kobiety. Pisze, żeby nie przeminąć z wiatrem, często o tym mówi, jakby książki miały jej zapewnić nieśmiertelność i że ważne, żeby pisać jak jest, bo kiedyś inni napiszą o nas nieprawdę. To podkradła Piłsudskiemu.
Chyba ma jego teraz na tapecie. Obsesyjnie martwi się upływem czasu i czy zdąży coś jeszcze napisać zanim… wiadomo, każdego z nas to czeka. Do tego ten listopad.
„Księżyc w ostatniej kwadrze, połowę swoją oddał ciemności, a drugą na użytek ziemi. Tam nigdy w życiu nie polecę, Księżyc mi się nie marzy. A marzeń jest tyle, ilu ludzi. Jedni śnią o luksusie, niektórzy o miłości, a jeszcze inni o nocy w Monk’s House w Rodmell. A Mela marzy o wyjściu na wolność”. Cytat z powieści pod tytułem „Ostatnia kwadra księżyca”.
[źródło]



Rozmowa toczyła się na przeróżne tematy oczywiście związane z pisarstwem, książkami, ale i miejscem kobiet w literaturze, i jako bohaterek, i jako autorek, pisarek. Pan Maciej nie dawał za wygraną i prowokował: Czy w Polsce można być autorką? Jak to się stało, że nasze pisarki zaczęły pisać? Gdzie szukać inspiracji? Czy nie boją się szufladkowania? Co z feminizmem w środowisku literackim?


Pani Krystyna Januszewska opowiadała o fascynacji twórczością i postacią Ewy Lach, której książki czytała zastanawiając się, jak można napisać powieść w tak młodym wieku. Wtedy i u niej zrodziła się myśl, aby wyjść ze świata pamiętników i napisać coś dla innych. Zawsze otaczały ją książki, ale jak przyznaje, przyszło życie i chęć pisania została gdzieś przysypana codziennością, choć była głęboko schowana w sercu. Dopiero po latach myśli zostały przelane na papier... Dla pani Krystyny  pisanie jest miejscem, gdzie można zostawić wszystko, życie i jego problemy...  i zacząć tworzyć...   


Natomiast Magdalena Kawka przyznała, że jest niespokojną duszą, która nie miała nigdy czasu się zatrzymać, robiąc wiele i angażując się w różne projekty. Ale w pewnym momencie zajrzała do swojego wnętrza i to, co zobaczyła w sobie zaczęło się okładać w litery, litery w słowa, zdania i tak powstały książki.




Nie sposób było uniknąć pytań związanych z początkami pisarstwa. Pierwsze książki, wyróżnienia, sukcesy. Wszystkiego było po trochu: szczęście, przypadek, ciężka praca, przemyślana fabuła, czasem spontaniczny zryw... Ale prowadzący był czujny i przyznając, że intrygują go kobiety w literaturze powrócił na  drogę, którą wszyscy podążyliśmy od początku spotkania, a mianowicie poszukiwanie odpowiedzi na pytania: jak wygląda literatura kobieca? Czy można dzielić, klasyfikować, wręcz szufladkować autorów, pisarzy? Gdyby zapytać mężczyznę, co sądzi o literaturze kobiecej, co by odpowiedział? Czy istnieje literatura męska? 


Pani Krystyna Januszewska opowiadała m.in. o Virginii Woolf i jej "feminizującej" twórczości. Przyznała, że chciałaby zamknąć się z jej książkami i pamiętnikami i dosłownie wgryźć się w to, co pisała. "Chcę was prosić, abyście pisały książki najrozmaitsze, nie cofając się przed żadnym tematem, od najbanalniejszej po najbardziej ambitne. Starajcie się zdobyć pieniądze i możliwości, które pozwolą wam podróżować, rozmyślać o przeszłości i przyszłości świata, czytać książki i snuć marzenia, wałęsać się (..) zapuszczając wędkę w najgłębszy nurt życia" (Virginia Woolf). Pani Krystyna troszeczkę przybliżyła nam historię kobiet i ich emancypację. Przyznam, że poczułam się dumna, że jestem  kobietą i że mam prawo pisać, czytać, kształcić się i mogę opowiedzieć o tym, co myślę, czuję. 









Dyskusja była bardzo interesująca. Magdalena Kawka broniła też zdania, że nie można szufladkować kobiet, które piszą. Błędne jest przekonanie, że skoro napisała to kobieta, to na pewno to będzie płytkie, nudne i ckliwe. Nie wolno powielać stereotypów. Mężczyźni nie zawsze rozmawiają o filozofii, kulturze, czy historii. Równie często plotkują, dyskutują o tym wszystkim, o czym rozmawiają kobiety. Trudno uciec od stereotypów, ale trzeba próbować. Literatura kobieca to nic innego, jak postrzeganie świata przez kobietę, nic więcej, ale niestety jako kobiety, dostajemy mnóstwo etykietek. Czasem walczymy i udowadniamy, że kobieta nie jest głupsza i dajemy się wciągnąć w szufladkowanie. W życiu spełnia się wiele ról, kobietą się jest między innymi. Obie panie przyznały, że to trudny temat, bo z jednej strony może denerwować patrzenie na ich twórczość przez pryzmat płci, ale z drugiej nie chcą uciekać od swojej kobiecości, wrażliwości i sposobu patrzenia na świat. W każdej książce jest cześć z autorki i jej wizji świata, zawsze to będzie patrzenie kobiety... Ale kobiety piszą równie ambitnie, twórczo, głęboko poruszając ważne tematy, co mężczyźni. Piszą o tym samym, ale oczami kobiety... Od tego nie uciekniemy. Mężczyzna i kobieta patrząc na ta samą rzeczywistość dostrzegają tylko inne jej odcienie...


Uff... Ale się rozpisałam, bardzo mnie to zaintrygowało. Od dawna nie uczestniczyłam w tak głębokiej i ważnej dla mnie dyskusji. Pani Krystyna i pani Magdalena zainspirowały mnie do przemyśleń o roli kobiety i mężczyzny w tworzeniu, w literaturze. Długo jeszcze po powrocie do domu żyłam poruszanymi treściami.




Ale spotkanie to nie tylko rozmowa o roli kobiety, to również próba opowiedzenia o warsztacie, o sposobie pisania, pomysłach. Pisarki dzieliły się z nami tym, jak tworzyły poszczególne książki, z czego czerpały inspiracje. Spotkanie przerodziło się w intymną rozmowę o sobie, swoim życiu.  Pani Krystyna Januszewska bardzo osobiście i szczerze mówiła o swoich bohaterkach i o tym, na ile czytelnik może w nich odnaleźć samą autorkę. Kim jest, dlaczego tu jest, po co żyje i tworzy? Poruszyła również o wątki biograficzne i historie rodzinne. Przybliżyła świat ukazany  m.in. w "Rozbitku...". Słuchałam jak zahipnotyzowana. Podziwiam odwagę i szczerość pani Krystyny, jej ujęcie przemijania życia i szukania odpowiedzi na podstawowe pytania o swoje miejsce w świecie. 

Również Pani Magdalena dała się skusić na opowieści o bliskich sobie miejscach, o Krecie, o bohaterkach i ich cechach, o rodzinnej miejscowości.  Bardzo miło i ciekawie słuchało się opowieści o Grzmotach i o świecie zamkniętej społeczności, gdzie od lat nic się nie zmienia, o powrocie w rodzinne strony... Pani Magdalena mówiła też o potrzebie napisania poradnika dla rodziców. Nie dla innych, ale w pierwsze kolejności dla siebie samej. Zaradziła, że czuła się zmęczona pisaniem artykułów do pism adresowanych do rodziców, w których w cukierkowy sposób musiała ukazywać macierzyństwo. Ile można słodzić? Przyznała, że książka "Przygody Kosmatka Kilkulatka" była trochę autoterapią, sposobem na opowiedzenie rzeczywistości po swojemu, szczerze z prawdziwymi emocjami. Dorzucę od siebie, że to świetna książka, i mówię to jako nauczycielka, która na co dzień zmaga się z dzieciakami w różnych sytuacjach...



Mogłabym godzinami pisać o sobotnim spotkaniu.  Było dla mnie bardzo ważnym przeżyciem, i bardzo osobistym. Dziękuję za możliwość uczestniczenia w nim, za szczerość i otwartość, za pasję i zatrzymanie się na chwilę wśród książek... za rozmowę... Z niecierpliwością czekam na kolejne ... DZIĘKUJĘ  !!!



Anna M.

 












16 listopada 2013

"Klub Wrednych Matek" Joanna Opiat-Bojarska







Ha ha ha ha! Niesamowite! Ja rozumiem, że książki to kawałek rzeczywistości, ale tym razem wpadłam po same uszy! Co ja mówię, po czubek głowy! Dlaczego? Ha ha ha ha :) :) :) Ja też należę do Klubu, ale nie matek, choć w naszym gronie tylko ja nie mam jeszcze dzieci, a rozmowy ostatnio toczą się wyłącznie na ich temat, ale do Klubu, który nazwę roboczo, Zbzikowanych Nauczycielek.  Jednak o tym za chwilę. 


Wróćmy do książki... Bohaterkami "Klubu Wrednych Matek" Joanny Opiat-Bojarskiej są cztery przyjaciółki ze studiów, które spotykają się  po kilku latach, i których życie kręci się wokół dzieci. Beata, Karolina, Sylwia i Kasia szybko łapią na nowo kontakt i umawiają się na spotkania wyłącznie w baskiem gronie się raz w miesiącu nadrabiając w ten sposób zaległości w przyjaźni. Ich życie nie jest proste, tak jak pogmatwane są drogi każdej z nas. Nieudane małżeństwo z rozsądku, ciąża z zaskoczenia, teściowa z księżyca, długie, nieudane próby zajścia w ciąże, lek, zdrady, praca, idealne małżeństwo, wyczekane, cudowne dziecko, ciąża zagrożona, ciąża z cyklu "łatwo, lekko i przyjemnie", zwolnienie z pracy, dawna miłość, mąż "nierób", mąż synuś mamusi, mamusia z obiadkami dla synusia.. Oj można by wymieniać godzinami. Samo życie. A w tym wszystkim przyjaźń i wzajemne wsparcie oddanych przyjaciółek. Dziewczyny spotykają się, aby pogadać, zwyczajnie pobyć ze sobą, ale też aby, o zgrozo dla niektórych, uwolnić się od dziecka, wyjść na chwilę z domu, podrzucić dzieciaka rodzicom, umalować się, nie myśleć o pieluchach i kolejnym karmieniu. Czy to powoduje, że są wrednymi matkami? Nie! Kochają swoje maleństwa nad życie, choć każda na swój sposób to okazuje... To, że nie chce się kolejny raz wstać w nocy, nie znaczy, że nie kocha się dziecka!. Dziś trudno to zrozumieć, bo w mediach jest moda na idealną mamusie, która świetnie wygląda, ma rewelacyjny i koniecznie drogi wózek, karmi na ulicy, robi awanturę o brak przewijaka, udziela wywiadów, jak to cudownie się rodziło rodzinnie, jest chudsza niż przed ciążą, a mąż ją wspiera i zawsze pomaga. Prawdziwe życie przebiega gdzieś obok tej bajki. Ale czy matki z "Klubu..." są wredne? NIE! Cztery dziewczyny, cztery temperamenty, cztery historie... Każda z nas może się przejrzeć w nich, jak w lustrze i odnaleźć puzzle pasujące do własnego życia...  



Książkę polecam wszystkim! Czytając "Klub Wrednych Matek" a to się śmiałam wraz z bohaterkami, a to płakałam, innym razem byłam wściekła. Dziewczyny i ich  życiowe perypetie to dla mnie świetne antidotum na współcześnie lansowany model Matki Polki w wydaniu Kasi Cichopek i Anny Muchy. To zabawnie opowiedziana historia przyjaciółek, którym świat wywraca się do góry nogami z powodu słodkiego maleństwa. A życie płynie dalej i trzeba na nowo znaleźć odpowiedni kurs, przewartościować priorytety, odnaleźć siebie i swoje ja... A przy tym świetnie się bawić... 



No właśnie! książka Joanny Opiat-Bojarskiej trafiła w sam środek mojego zwariowanego życia. Ja również mam kilka przyjaciółek, spotykamy się regularnie. Niestety ostatnio jest to trudne, wręcz karkołomne przedsięwzięcie wymagające godzin planowania, bo moje przyjaciółki mają małe dzieci lub właśnie oczekują na bejbika. Ale kilka razy dziennie wysyłamy sobie SMS, dzwonimy do siebie kilka razy w tygodniu, raz, czy dwa razy w miesiącu się spotykamy. Jest wtedy pyszny obiadek, mężowie obowiązkowo wychodzą, zabierają dzieciaki, a my... cóż...  plotkujemy, śmiejemy się, wpieramy, snujemy plany na przyszłość, albo zwyczajnie marudzimy. A co?! Czasem potrzebne jest wsparcie, rozmowa, wspólne spędzenie popołudnia.... Co nas łączy? Praca - wszystkie jesteśmy nauczycielkami i doskonale się rozumiemy, niemal intuicyjnie wiemy, co każdą z nas trapi, gryzie, co cieszy. Choć różnimy się od siebie, każda z nas ma inną sytuacje rodzinną, materialną, inaczej wygląda i inne ma pasje, to jesteśmy przyjaciółkami na dobre i na złe!  Kocham nasze spotkania, nie muszę im tłumaczyć, dlaczego jestem dziś wścieła, dlaczego czasem zmęczona, dziewczyny wiedzą, kiedy się z czegoś cieszę jak dziecko, albo oblewamy jakiś sukces, niekiedy mamy totalnego bzika i musimy odreagować. Czasem wspólnie płaczemy, najczęściej wspólnie się śmiejemy do łez... Znamy się, rozumiemy, możemy na sobie polegać...   


Kochane babeczki - DZIĘKUJĘ, ŻE JESTEŚCIE!


Anna M.



NOTKA O KSIĄŻCE:

tytuł: "Klub Wrednych Matek"
autor:

wydawnictwo: Replika
data wydania:  23 stycznia 2013
liczba stron: 276

 moja ocena: 5 / 6

15 listopada 2013

"Łowcy głów" Robert Ziółkowski



 


tytuł: "Łowcy głów"
autor:




wydawnictwo: Wydawnictwo Zysk i S-ka
data wydania: 15 listopada 2011
liczba stron: 334

 moja ocena: 5 / 6






Jako dziecko chciałam być albo nauczycielką, zakonnicą, albo konduktorem (do dziś nie rozumiem dlaczego), żołnierzem lub policjantką...  Po wielu, wielu perypetiach, przygodach i szalonych pomysłach... wybrałam pierwszy zawód, ale sentyment pozostał. Moje ulubione seriale telewizyjnie to wciąż m.in.  "Archiwum X" i "Kości". Agentka  FBI Dana Scully, czy Dale Cooper z Twin Peaks .... - to były czasy...  Z wypiekami na twarzy śledziłam ich przygody, a ciemny, mglisty klimat tajemnicy wciągał coraz bardziej...


Po książki Roberta Ziółkowskiego sięgnęłam przypadkiem, w ramach akcji "Poznań w Matrasie". Nie mogłam się oderwać od czytania i długo po północy skończyłam pierwsza z nich.  "Łowcy głów" to trzy opowieści o dochodzeniach prowadzonych przez policjantów z poznańskiego Zespołu Poszukiwań Celowych, ich poświęceniu i determinacji.  To również opowieść o ludziach, którzy dokonali złych wyborów, o ich ofiarach i tragediach przekreślających całe życie czasem jednym czynem. Każda zbrodnia niszczy życie wielu osobom, każdy zły wybór stawia nas po drugiej stronie prawa, każdy przestępca prędzej czy później zostanie schwytany, osądzony i ukarany. 



"Łowcy głów" to realny świat, bez słodzenia, widowiskowych efektów specjalnych, utartych sloganów i grzecznych chłopców. Nie znajdziecie tu hollywoodzkich trików, super bohaterów, idealnych, nieskazitelnych stróżów prawa niczym Chuck Norris. Dlaczego? Bo tacy ludzie nie istnieją. Autor opisuje środowisko, które zna z własnego doświadczenia. To ludzie z krwi i kości, osadzeni w naszych, polskich realiach. Policjanci, którzy niejednokrotnie płacą wysoką cenę, aby zwykli obywatele mogli czuć się bezpieczni. Autor przedstawia ich pracę bez gloryfikacji i cenzury sprawiając, że świat za drzwiami komisariatu staje się takim, jakim w rzeczywistości jest - do bólu realny. To ogromna zaleta tej książki!



Nikt z nas nie wie, jak wygląda prawdziwe życie policjanta, i jakie ofiary często ponoszą ludzie, których na co dzień widzimy w mundurze.  Trudne relacje, frustracja, zniechęcenie, zmęczenie, rozpad małżeństwa, nieprzespane noce, biurokracja, przepisy... Rzeczywistość daleko odbiega od seriali, superbohaterów, szybkich samochodów, eleganckich garniturów i wielkich pieniędzy. Codzienność policjanta to zwyczajny szary dzień, godziny patrolowania ulic, stosy akt do wypisania, tysiące skarg do przyjęcia i opinia publiczna patrząca na ręce i czekająca na potknięcie... A pośrodku tego wszystkiego morderca, którego trzeba ująć! Policja - przez jednych wyśmiewana, przez innych wytykana palcem i obrzucana błotem, przez niewielu traktowana z szacunkiem. Ale to oni są pierwsi na miejscu tragedii, tylko oni znają makabryczne szczegóły przestępstw, to oni mają do czynienia z psychopatami, patrzą na dramat ludzi, aresztują agresywnych mężów, odwożą dzieci do domów opieki, walczą z nieludzkim systemem, który jeden pan z drugim wymyślili siedząc w szklanym biurowcu. Dzięki nim, my zwykli obywatele nie musimy tego wszystkiego widzieć i przeżywać. Nikt, kto nie ma powołania, nie wytrzyma długo.. Ja nie dałabym rady codziennie stawać oko oko ze złem tego świata! Ale są tacy, którzy z oddaniem, każdego dnia zakładają mundur i stoją na straży prawa mimo wszystko...! Policja, choć nie jest idealna, to dzięki niej,  możemy czuć się bezpiecznie. 


Polecam książkę Roberta  Ziółkowskiego. To nie tylko opowieść o policjantach, to również opowieść o przestępcach i ich życiowych drogach, wyborach i ich konsekwencjach. Nikt nie rodzi się zły... złym się staje, czasem niepostrzeżenie przekraczając granicę między dobrem a złem, które to zło niczym trucizna powoli zabija cały organizm i pustoszy psychikę. A potem jest już tylko cierpienie niewinnych ofiar, ich rodzin, dramaty i ciche ludzkie historie...

 
 Anna M.


13 listopada 2013

"Dolina Motyli" Krystyna Januszewska








tytuł: "Dolina Motyli"
autorka:


wydawnictwo: Wydawnictwo Zysk i S-ka
data wydania: 2004
liczba stron: 199

 moja ocena: 5 / 6










Dziś "myśli osobiste"....


Miałam kiedyś dom na wsi, dom w którym się wychowałam. To był stary dom dzielony jeszcze z jedną rodziną. Obok mieszkały dwie bliźniaczki, a po drugiej stronie ulicy starsza ode mnie o kilka lat Zosia i Marzena. Wszystkie dziewczynki trzymały się zawsze razem plotkując i nieustannie zakochując się w chłopcach. Wszystkie oprócz mnie... A ja? A ja razem z moim bratem biegałam po łące na bosaka, goniłam małe kaczuszki i zbierałam żaby do wanienki koło studni. Któregoś dnia wybraliśmy się na "wyprawę", żeby sprawdzić, kto mieszka w domku pod lasem. Miałam 6 lat,  brat 5...  Wtedy poznałam mojego najlepszego kumpla... a mój brat swojego i od tej chwili cała nasza czwórka zawiązała tajny pakt przyjaźni. Te kilka lat mojego dzieciństwa były najpiękniejszymi chwilami, jakie dziecko może sobie wyobrazić. Spokojne dni, wspólne zabawy, budowanie szałasu w lesie, domek na drzewie, gra w piłkę nożną, podchody, żniwa. Czasem było też trochę niebezpieczne np. gdy mój brat i Łukasz, mając po 7 lat, postanowili  wrócić zimą  ze szkoły do domu przez las. Skończyło się poszukiwaniami do nocy i zapaleniem płuc, a ja miałam nowy obowiązek -  nie spuszczać brata z oka do końca podstawówki.  Od tej chwili łaziłam za nim krok w krok! Miał mnie dosyć! 


Nawet teraz, po latach widzę mój dom, nasz las, łąkę i dom Banasiów. A potem, w VI klasie, nagle  przeprowadziliśmy się do innej miejscowości. Nie było łąki za domem, nie było najlepszego przyjaciela, z którym wiązało mnie ślubowanie, że nigdy się nie rozstaniemy, do lasu był spory kawałek. Kilka razy z bratem pojechaliśmy zobaczyć nasz stary dom, ale wydawał się taki nierzeczywisty, jakiś obcy...

...................................




Piszę to, dlatego, że książka Krystyny Januszewskiej "Dolina motyli" obudziła we mnie wspomnienia.
Poznajemy Joanne zalewską jako małą dziewczynkę, zupełnie beztroską, głową w chmurach. Joasia nie wie, co to pieniądze, lęk, praca. Ma wszystko, o nic nie musi się martwić...  Życie jednak nie jest takie proste, jak myślą dzieci... Jej świat nagle się chwieje w posadach, a dzieciństwo zostaje brutalnie przerwane przez śmierć ojca i przeprowadzkę do zimnej, szarej Warszawy. Ale Joanna to wyjątkowa dziewczynka, szybko musi dorosnąć, zająć się młodszym bratem i matką, która z dnia na dzień coraz bardziej oddala się od dzieci, przestaje pracować, zaczyna pić i wraca do uzależnienia od narkotyków. Brak pieniędzy, kłopoty w domu i brak ukochanego ojca nie zabijają jednak w Joasi nadziei. Dziewczyna pilnie się uczy, wolne chwile spędza z jedyna przyjaciółką, a nocami marzy o powrocie na wieś, do doliny motyli, do obietnicy złożonej ojcu. Czeka na jedną chwilę, na jeden świt, kiedy to nad łąkę przylatuje tysiące motyli. Dlaczego?


"Nikt nie wiedział, dlaczego tak się dzieje, dlaczego raz w roku, w samym środku lata, cała dolina na kilka godzin robiła się biała. Motyle siadały na trawie i na kamieniach nad wodą, a trzepot motylich skrzydełek słychać było już z daleka. Wszyscy czekali na ten dzień niecierpliwie i wyznaczali sobie poranne dyżury, żeby go nie przegapić. Tata opowiedział mi w tajemnicy, że motyle to ludzkie dusze, które po śmierci, raz w roku , utrzymują w niebie prezent i mogą odwiedzić świat, na którym kiedyś żyły".



motyl z ogrodu mojej Mamy ...:)



Czy Joasia zdoła odnaleźć w sobie siłę i ocali swój dom? Czy znajdzie miłość? Czy przyjaciel z dzieciństwa nadal na nią czeka? 

Polecam "Dolinę Motyli" tym wszystkim, którzy idą przez życie wierząc, że jeszcze kiedyś będzie lepiej...



Anna M.

oficjalna strona Krystyny Januszewskiej. Polecam!



12 listopada 2013

"Kto wyłączy mój mózg?" Joanna Opiat-Bojarska





 Wczoraj miałam dzień kryzysowy... Ostatnio mam za dużo na głowie (i niestety nie chodzi o piękne loki).  Ale udało mi się załatwić pilną sprawę w... Izraelu (dzięki Ci Boże, że istnieje Internet!) i jestem z siebie dumna! Na przyjaciół można liczyć zawsze i wszędzie... Ale i tak dzień mijał bez większego "wow". Chyba za dużo pracuję i myślę o dzieciakach ze szkoły, ale udało mi się skończyć teks Jasełek, bo jak tak dalej pójdzie, to Jezus się urodzi, zanim zdążę rozdać teksty... ;) Gdy stres z niewiadomego mi powodu sięgnął zenitu, postanowiłam zmienić metodę walki. Zamiast po kolejnego Rogala Marcińskiego, sięgnęłam po ... książkę. I jak zwykle długo nie wiedziałam, na którą się zdecydować -jak zwykle, to książka znalazła mnie. Krótka inspekcja półek (przynajmniej kurze pościerałam) i znalazłam tytuł pasujący do mojego samopoczucia.



Po kilku godzinach zamknęłam książkę i już wiedziałam, że sięgnę po kolejne pozycje tej Autorki. Dla mnie była to podróż do istoty bycia człowiekiem. Już kiedyś pisałam, że nie czytam książek, które nic nie wnoszą do mojego życia, nie mam czasu na bujanie w obłokach. "Kto wyłączy mój mózg?" Joanny Opiat-Bojarskiej wstrząsnęła moim człowieczeństwem. Dla mnie jest to opowieść przede wszystkim o byciu człowiekiem we wszystkich tego aspektach, to opowieść o relacjach. Choroba jest bolesnym doświadczeniem, ale drugi człowiek może pomoc nam przez nie przejść. Nawet gdy czujemy się samotni w naszym cierpieniu, jest ktoś obok, ktoś, kto tylko (lub aż) zwyczajnie jest. Własne niemoc pokazuje nam, jak jesteśmy zależni od innych. 


Główna bohaterka i zarazem autorka książki z szczęśliwego i pełnego dynamiki życia przenosi się nagle na szpitalne łóżko, z dnia na dzień nie może się poruszyć, a proste czynności muszą za nią wykonywać obcy ludzie. Nie można zrozumieć tego, co czuje osoba sparaliżowana, więc nie silę się tu na górnolotne słowa. Wiem jednak, co czuje osoba, której nagle odebrano możliwość samostanowienia o sobie, podejmowania najprostszych decyzji. Nie jest łatwo pogodzić się z własną niemocą. Największa wartośc tej książki? Autorka nauczyła mnie patrzeć na życie przez pryzmat drobnych, codziennych zdarzeń, cieszyć się każdym krokiem (nawet gdy wciąż biegam na II piętro i po całym dniu pracy mam już dosyć!). Jeden krok, jeden gest, całe życie - wolność. Często nie widzimy, ile mamy codziennie powodów do dziękowania...


Ale gdybym napisała, że jest to książka wyłącznie o chorobie, byłoby to tylko w połowie prawdą. To też historia o relacjach, o dorastaniu i, chyba co dla mnie najboleśniejsze, o przyjaźni. Joanna Opiat-Bojarska wspomina dzieciństwo, pierwsze szkolne kolonie, pierwsze spotkanie z najlepszą przyjaciółką, wspólne wypady, dyskoteki, szalone pomysły nastolatek, czy wreszcie miłość, męża i pojawienie się ukochanej córeczki. Relacje, choć brzmi to absurdalnie, są w życiu najważniejsze. Nie jesteśmy stworzeni do samotności, stajemy się ludźmi w relacjach, jakie każdego dnia nawiązujemy z innymi. Te dobre nas rozwijają i dają siłę do podejmowania kolejnych wyzwań, te toksyczne zabijają w nas radość życia... Ale przed drugim człowiekiem nie uciekniemy, tylko on może nam pomóc stać się sobą. O tym też jest ta opowieść, o przyjaźniach, czasem wzniosłych rozmowach, czasem zwyczajnych plotkach, o uśmiechu i obecności innych osób.


Często mówię: zrobię to sama, wiem najlepiej, nie potrzebuję zespołu, inni mi tylko przeszkadzają. Jestem w 200% osobą niezależną! Od kiedy zaczęłam chodzić, wszystko chciałam robić sama, nawet mamie nie pozwalam sobie pomoc. W pracy robię kilka rzeczy jednocześnie, wszędzie mnie pełno, czasem się wściekam na siebie, że doba ma tylko 24h. Gnam na złamanie karku... Pora się zatrzymać. Zacytuję tu wyjątkowo nie autorkę książki, ale Philippa Pozzo di Borgo:

"Kalectwo i choroba to ciąg załamań i poniżeń. W chwilach, gdy dostrzegamy kres, nadzieja jest tchnieniem życia: żeby je dobrze wykorzystać, trzeba wziąć DRUGI ODDECH. Maratończycy wiedzą czym on jest. To coś w rodzaju stanu łaski. Oddech uspokaja się, pogłębia, ból znika. Dusiłem się przez czterdzieści dwa lata. Dusimy się chcąc żyć zbyt szybko, okazać się najlepszym, wygrać wyścig. Ci, którzy po kilkudziesięciu kilometrach oddychają lepiej, potrafią wyobrazić sobie metę. Celem jest boska uczta, odnaleziona miłość. Wizja mety jest tu zasadnicza. MARATONU NIGDY NIE BIEGNIE SIĘ SAMOTNIE."
                                                                                  ("Drugi oddech" Philippe Pozzo di Borgo)


Sądzę, że tylko on jest w stanie zrozumieć Autorkę i wie doskonale, z czym musiała się zmagać podczas choroby.  Tę myśl Jej dedykuję na wszystkich drogach, które codziennie pokonuje.


Anna M.

P.S. Polecam blog Autorki



Notka o książce

tytuł: Kto wyłączy mój mózg?
autorka:

wydawnictwo: Wydawnictwo Zysk i S-ka
data wydania: 11 października 2011
liczba stron: 380

 moja ocena: 6 / 6

Recent Posts