13 kwietnia 2014

"Sezon maczet" Jean Hatzfeld






Kwiecień... za chwilę Święta Wielkanocne, a potem maj i trochę spokoju w szkole.... Wszystko budzi się do życia i mam nadzieję, że ciepło i słońce na dobre pozostaną z nami... Tylko moje lektury pozostają mroczne i pełne okrucieństwa. Coś każe mi patrzeć na świat bez różowych okularów, ktoś ciągle wyciąga mnie ze świata fikcji i pcha w stronę ludzkich tragedii... Nadal pozostaję w tematyce ludobójstwa w Rwandzie. Jakoś nie mogę się uwolnić od tego tematu. Nie mogę spać po nocach, śnią mi się koszmary i chyba muszę doprowadzić to do końca.  Kolejną książką, którą przeczytałam to "Sezon maczet" Jeana Hatzfelda. To druga cześć trylogii o Rwandzie tegoż autora. "Sezon maczet" czytałam z przerwami, odkładałam ją na kilka dni, by później wrócić do tej przerażającej lektury. W "Nagości życia" Jean Hatzfeld rozmawia z ocalałymi z okolic Naymaty. Teraz postanawia wrócić w to samo miejsce i spotkać się z oprawcami...





Notka o autorze (na stronach Wydawnictwa Czarne):




Jean Hatzfeld (ur. w 1949 roku) — reporter, korespondent wojenny, pisarz. Opisywał upadek komunizmu w Europie Środkowej, pracował jako korespondent wojenny z objętych kryzysem zbrojnym krajów Bliskiego Wschodu, na Haiti, w Kongu, Algierii i Burundi, trzy lata spędził w byłej Jugosławii, gdzie został ranny podczas ostrzału Sarajewa. Doświadczenia te zaowocowały dwiema książkami: L’air de la guerre (1994) oraz La guerre au bord du fleuve (1999). W 1994 roku wyruszył do Rwandy. Opublikował trzy książki poświęcone rwandyjskiej wojnie domowej: w 2000 roku Nagość życia. Opowieści z bagien Rwandy (uhonorowaną m.in. Nagrodą im. Pierre’a Mille’a i Francuską Nagrodą Kultury), w 2003 roku Sezon maczet, za którą otrzymał Nagrodę im. Josepha Kessela i Nagrodę Femina Essai, oraz Strategię antylop, wyróżnioną w 2007 roku Nagrodą Médicis, jedną z najbardziej prestiżowych francuskich nagród literackich. W Polsce książkę tę uhonorowano w 2010 roku Nagrodą im. Ryszarda Kapuścińskiego. Za książkę Ostatni wyścig Jean Hatzfeld otrzymał Nagrodę im. Tristana Bernarda przyznawaną twórcom piszącym o sporcie.









Jean Hatzfeld powrócił do Rwandy i, choć początkowo nawet nie chciał myśleć o rozmowach z Hutu, tym razem jego reporterska dociekliwość kazała mu dalej szukać odpowiedzi na pytania, których nikt nigdy nie ośmieli się zadać... W więzieniu w Rilimie autor odnalazł kilkoro ze sprawców rzezi z 1994 roku.  Opowieści, które owi "bohaterowie" książki snują są przerażające i bezlitośnie szczere. Nasi rozmówcy opowiadają o niedawnych wydarzeniach bez emocji, wstydu, czy skruchy. Często sami nie potrafią wyjaśnić, jak do tego doszło i dlaczego sięgnęli po maczety. Wstrząsające argumenty, że była to tylko zwykła praca, nic więcej, sprawiają, że zaczęłam się kolejny raz zastanawiać nad ludzką naturą i naszą skłonnością do okrucieństwa. Jak to jest, że jeden człowiek nagle przestaje widzieć w swoim sąsiedzie drugiego człowieka? Kolega, żona, dziecko przestają być dla niego ludźmi, a stają się "czymś". Jaki jest mechanizm sięgania po przemoc? Kiedy tracimy kręgosłup moralny i jak można zatrzymać zło? Wśród oprawców możemy znaleźć zwykłych rolników, nauczycieli, urzędników, czy gorliwych chrześcijan. Ale w kwietniu 1994 roku ci zwykli, uczciwi ludzie chwycili za maczety, jak zresztą codziennie. Od dziecka posługiwali się tym narzędziem w pracy na roli. Ale nie poszli ścinać bananowców czy karczować lasu, ale poszli zabijać... I tak, jak wcześniej, po "pracy" wracali do domów, do rodzin... Kolejny dzień i kolejna do wykonania "robota". Żaden z rozmówców nie próbuje się usprawiedliwiać, czasem tylko chce zrozumieć własne zachowanie, a czasem nie poznaje już siebie...



"Gdy chwytaliśmy Tutsi na bagnach, nie widzieliśmy już w nich ludzi. To znaczy ludzi podobnych do nas, którzy dzielą te same myśli i uczucia. To było dzikie polowanie, myśliwi byli dzicy, zwierzyna była dzika, umysły ogarniało zdziczenie. Staliśmy się nie tylko zbrodniarzami, staliśmy się jakimś drapieżnym gatunkiem w barbarzyńskim świecie. To prawda, w którą nie uwierzy ktoś, kto nie poczuł jej w mięśniach. Nasze codzienne życie było nierzeczywiste i krwawe; i to nam odpowiadało. Mogę zaproponować panu pewne wyjaśnienie; to było tak, jakbym pozwoli komuś innemu przybrać swój wygląd i skłonności serca, bez żadnych duchowych rozterek. ten zabójca był mną, gdy chodzi o przewiny i przelaną krew, lecz jego okrucieństwo jest mi obce. Przyznaję, że byłem wtedy posłuszny, przyznaję się do zabijania ofiar, przyznaję się do winy. Ale nie rozpoznaję złości tego, który na moich nogach uganiał się po bagnach, z moją maczeta w dłoni. Ta złość była jakby złością innego ja o ciężkim sercu. Najpoważniejsze zmiany w mojej osobie zaszły w jej niewidzialnych częściach, jak dusza czy uczucia. Dlatego ja sam nie rozpoznaję się w tym człowieku. Ale być może jeśli ktoś pozostaje na zewnątrz tych wydarzeń, jak pan, nie może pojąć tak dziwacznej myśli".




Do dziś nie milkną spory o odpowiedzialność za tamte "100 dni". Rządy państw wzajemnie się oskarżają o współudział czy przynajmniej milczenie. Są przemówienia, deklaracje, a nawet wiele znaczące gesty pojednania. Ale nadal nosimy ranę w sercach. Nadal nie wiemy, jak to się mogło stać, nadal milczymy, kiedy na naszych oczach w różnych rejonach świata dzieje się krzywda innemu człowiekowi.  W 2010 roku Jean Hatzfeld otrzymał za jedną ze swoich książek Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego. Powiedział wtedy (cytat za Gazetą Wyborczą):



 "Ci, którzy myślą, że Ruanda jest za daleko, mylą się. To też ich historia. Rodzi przemyślenia uniwersalne. I nie ma już wielkiego znaczenia, czy jest się Ruandyjczykiem, Żydem, Francuzem, Polakiem, Niemcem - mówi Jean Hatzfeld "Gazecie". - Wiele osób sądzi, że jeśli coś się dobrze opowie, to lepiej to zrozumiemy. A jeśli lepiej zrozumiemy, to tego nie powtórzymy. Ja tak nie uważam. Nie łudźmy się, by literatura mogła powstrzymać jakąś wojnę, tym bardziej ludobójstwo".




Cały czas łudzę się, że może jednak otworzą nam się oczy i powstrzymamy w sobie złość. Może uda nam się nie przekazać jej następnemu pokoleniu, a one kolejnemu? Ciągle wierzę, że możliwy jest pokój....



Anna M.
eioba

3 komentarze:

  1. Koniecznie muszę przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakiś czas temu na zajęciach z psychologii społecznej oglądałam film na temat masakry w Rwandzie. Ten temat nie był mi obcy i wydawało mi się, że coś o nim wiem, ale w zetknięciu z obrazami i wypowiedziami "uczestników", przeraziłam się. Dowiedziałam się też o tych książkach i bardzo chciałabym je przeczytać - słyszałam, że są dobrym świadectwem tego, co tak naprawdę się wtedy wydarzyło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba mieć otwarte oczy... i umysł... Świat to o wiele więcej, niż nasze podwórko. Często myślimy, że już widzieliśmy wszystkie tragedie. Mylimy się. Dopiero gdy przestaniemy się karmić komercyjnymi programami telewizyjnymi i tanimi plotkami o celebrytach, będziemy mogli poznać świat - ten bez fikcji.

      Usuń

Recent Posts