31 maja 2014

"Snowden. Nigdzie się nie ukryjesz" Glenn Greenwald

czyli  "Ktoś" cały czas patrzy...



Jeśli chcesz, żeby nikt nie wiedział, gdzie jesteś, co robisz, o czym mówisz, wyłącz telefon i koniecznie wyjmij z niego baterie lub włóż go do zamrażalnika. Prywatne dane i zdjęcia przechowuj na laptopie, którego nigdy nie podłączałeś do internetu. Płać wyłącznie gotówką... Paranoja? A może zwykłe środki bezpieczeństwa? Zapewne każdy z nas spotkał się w życiu z sytuacją, kiedy ktoś coś podsłuchał, dopowiedział i sfabrykował. Ktoś uzyskał poufne informacje, które później wykorzystał...  Czy jesteśmy zatem bezpieczni? Czy możemy się bronić?




Kilkanaście lat temu, w telewizji swoje "5 minut" miał program "Big Brother". Koncepcja programu była prosta i szokująca: w domu zamknięto grupę ludzi, podłączono kamery i mikrofony we wszystkich pomieszczeniach, nawet pod prysznicem, i świat obserwował zachowanie uczestników show. Co jakiś czas znudzony reżyser wymyślał zadania, aby wymusić określone reakcje swoich ofiar. Wtedy w mediach pojawiły się głosy, że to naruszenie prywatności i tania rozrywka. Oczywiście wszyscy wiedzieliśmy, że uczestnicy programu zgodzili się na taką inwigilację, a mimo to nawet  i oni w pewnym momencie wpadli we własne sidła i starali się schować przed kamerami, wielu nie wytrzymywało presji...

Był też kultowy już film "Matrix". Trochę z innej beczki, ale również opowiadający o wirtualnym świecie, gdzie wszystko można zaprogramować, nawet smak potraw, a najmniejszy ruch śledzą specjalni, wirtualni agenci. Tym razem jednak społeczeństwo podłączone do Matrixa nie wie, że w realnym świecie tak naprawdę ludzie są żywicielami maszyn, a działa i żyje jedynie ich świadomość sztucznie generowana przez program komputerowy. 

Nie mija wiele lat i pojawiają się portale społecznościowe, gdzie logując się, można w jednej sekundzie powiadomić kilkuset znajomych o tym, że zjedliśmy śniadanie. Kliknięcie "Lubię to" stało się wyrazem uznania i aprobaty, a dla milionów użytkowników wyznacznikiem swojej wartości jako ludzi. Wszystko staje się publiczne, a otworzenie jakiegoś linku powoduje, że za każdym następnym logowaniem, Facebook wyświetla nam profilowane reklamy. Wielu zastanawiało się wtedy, skąd "komputer" wie, jaką stronę chwilę temu odwiedziliśmy?


To wszystko niewinne przykłady, czasem fikcja, jak w przypadku filmów, czasem odrobina niewygodniej prawdy o naszej naiwności w udzielaniu intymnych informacji na portalach społecznościowych. Ale co byście powiedzieli, gdyby przyszedł ktoś i ujawnił skrywaną latami tajemnicę, że to wszystko prawda? Uwierzylibyście, że żyjemy w Matrixie, obserwowani prze Wielkiego Brata i nieustannie inwigilowani. Żyjemy w społeczeństwie, gdzie kamery na ulicach, w sklepach śledzą każdy nasz ruch. Możemy odtworzyć czas, miejsce i listę naszych zakupów, bo przecież najczęściej płacimy kartą. Logowanie się do internetu pozostawia milion śladów, linków, historię odwiedzanych stron. Piszemy setki sms-ów, e-maili, czatujemy ze znajomymi. Godzinami rozmawiamy przez telefon, a nawet, gdy go nie używamy, stale nosimy przy sobie... Szokujące? Ale przecież w większym, czy mniejszym stopniu o tym wiemy i bardziej lub mniej świadomie się na to zgadzamy... 






Nie wiedzieliśmy jednak jednego - "ktoś" zbiera i przechowuje te dane śledząc każdy nasz ruch i wiedząc o nas wszystko. "Ktoś" wie, o czym i z kim czatujemy, zna treść naszych e-maili, historię konta bankowego, nasze upodobania, treść rozmów telefonicznych, "ktoś" dawno rozszyfrował nasze kody i "naiwne" hasła bezpieczeństwa. "Ktoś" czyta nasze sms-y, może podłączyć się do kamery w naszym laptopie, a nawet użyć naszego "wyłączonego" telefonu do podsłuchu. I ten "Ktoś" może i wykorzystuje to! I nie jest to jakiś szalony haker, ale... PAŃSTWO! Skąd to wiemy? Od Edwarda Snowdena... Rok 2013 - jedna z najgłośniejszych afer związanych z administracją rządową USA. Młody, niewinnie wyglądający chłopak zdecydował się opowiedzieć światu, w jaki sposób NSA wie o nas wszystko, i to nie tylko o obywatelach Stanów Zjednoczonych, ale o każdym dowolnym człowieku na naszej planecie... Tysiące ścisłe tajnych dokumentów zostały ujawnione przez dziennikarzy "The Guardian" i "The Washington Post", za co zresztą obie gazety otrzymały Nagrodę Pulitzera. Informatorem był właśnie Snowden.



O Edwardzie Snowdenie słyszał już chyba każdy i już chyba wszystko. Dziesiątki wywiadów, analiz. Największe stacje telewizyjne i gazety tygodniami zajmowały się aferą podsłuchową. Śledziliśmy ucieczkę Snowdena do Rosji... Ale to tylko i aż interpretacje i domysły dziennikarzy szukających sensacji. Natomiast w maju światową premierę miała książka Glenna Greenwalda "Snowden. Nigdzie się nie ukryjesz", której autor jako pierwszy nawiązał kontakt z, wtedy jeszcze, anonimowym informatorem. Potem wraz z Laurą Poitras poleciał na spotkanie ze Snowdenem do Hongkongu, a po kilku dniach przesłuchań, nagrań, opracowań dostarczonych przez niego tajnych dokumentów, opublikował serię wstrząsających artykułów w "The Guardian". Książka jest przedstawieniem z pierwszej ręki  historii największego w dziejach skandalu podsłuchowego.



"Prawdziwą miarą wartości człowieka nie jest to, w co mówi, że wierzy, ale co robi w obranie swoich przekonań. (...) Nie chcę żyć w świecie, w którym nie ma prywatności ani wolności, w którym gasi się tę wyjątkową wartość internetu. (...) Świat robi się coraz gorszy. Na swoim stanowisku widziałem, że państwo, a szczególnie NSA, pracuje ręka w rękę z prywatnymi firmami technologicznymi, by uzyskać dostęp do komunikacji między ludźmi. (...) Zdałem sobie sprawę,ze budują system, którego celem jest eliminacja wszelkiej prywatności, globalnie. Tworzony, by NSA mogła gromadzić, przechowywać i analizować wszystkie przekazywane droga elektroniczną wiadomości".



Glenn Greenwald przedstawia kulisy całej afery, pierwsze maile od Cincinnatusa, bo taki pseudonim przyjął informator. Autor prowadzi nas przez zawiłą kwestię publikacji artykułów i walkę z czasem, kto pierwszy odważy się zaryzykować ujawnieniem prawdy. Nakreśla świat powiązań dziennikarzy z Białym Domem i próby wywierania presji. Wreszcie przedstawia prawdziwe oblicze Snowdena i motywy jego postępowania. Greenwald omawia również szereg dokumentów, wyjaśnia kontekst ich powstania i interpretuje tajne dane dotyczące inwigilacji zarówno Amerykanów, jak i mieszkańców innych państw, nawet sojuszników. Do pozyskiwania i przechowywania tylu danych NSA używa tajnych serwerów, satelitów, podwodnych kabli światłowodowych. Coraz częściej jednak korzysta z danych firm internetowych i telekomunikacyjnych oraz z osobistych komputerów...











Polecam książkę wszystkim tym, którym sprawa wolności i prywatności leży na sercu, a także tym, którzy naiwnie myślą, że jesteśmy bezpieczni...



źródło: David Miranda/Facebook




Kilka dni temu Glenn Greenwald i Luara Poitras znów spotkali się z Snowdenem, tym razem w Rosji, pierwszy raz od czasów nagrania w Hongkongu. O czym rozmawiali? Jeszcze nie wiadomo, nikt nie podsłuchiwał...









Anna M.



Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził, miej odwagę zabrać głos w dyskusji.
 Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)



eioba

29 maja 2014

"Psy z Karbali. Dziesięć razy Irak" M.Górka, A.Zadworny




Wojna wygląda zupełnie inaczej niż w "Czterech Pancernych i Psie", a misja stabilizacyjna "Iracka Wolność" okazała się w rzeczywistości misją wojenną. Nikt nie wiedział czego się spodziewać, każdy po przyjeździe na miejsce przeżywał wstrząs...


Książka Górki i Zadwornego pokazuje wojnę taką, jaka jest. Autorzy przedstawiają w niej los tych, którzy zdecydowali się iść za życia do piekła. Jedni w nim pozostali już na zawsze, inni wrócili do kraju i umierają na raty walcząc o odszkodowanie lub lecząc się w klinikach ze syndromu stresu bojowego. Dziesięć opowieści, dziesięć dramatów, dziesięciu "bohaterów", jedna wolna.



Gdy w 2003 roku Bush zapewniał opinię publiczną, że Irak gromadzi arsenał broni masowego rażenia, świat przyzwolił na inwazję wojskową. Wojna jednak nie ma twarzy ani Saddama Husajna, ani tym bardziej Georga Busha. Wojna to zwykli ludzie, którzy w imię czasem złudnych idei, ryzykują własnym życiem. Wielu z nas się wydaje, że człowiek żołnierzem się rodzi, a przynajmniej od wczesnego dzieciństwa marzy o chwyceniu za broń. Nic bardziej mylnego. Na wojnę jadą również ci, których los przypadkowo wtłoczył w koło historii. Są byli rolnicy, inżynierowie, archeolodzy. Skuszeni przygodą, pieniędzmi, chęcią zobaczenia świata, lecą w nieznane i szybko przekonują się, że wojna nie ma nic z amerykańskich filmów akcji. Jest za to lęk, stres, adrenalina, rozkaz, kurz i upał. Nie ma miejsca na brawurę i ryzyko. Jest walka o życie, wyjazdy na patrol, akcje rozminowywania, kolejny dzień wojny, brudnej wojny...



Kilka obrazów z Iraku....


Chorąży Tomasz Kloc dopiero po sześciu operacjach pozbył się odłamków irackiej bomby. Życie uratował mu nóż amerykańskie firmy Leatherman. Dostał go od sapera jeszcze podczas misji pokojowej w Libanie. Nowy nóż dostał prosto z Ameryki, o pieniądze z ubezpieczenia walczył latami. A przecież był jednym z najlepszych, to z nim ministrowie robili sobie zdjęcia, no, ale wtedy był na wojnie...


Oblężenie City Hall... Kto kontroluje Karbale, ten ma w rękach cały środkowy Irak. Na obrzeżach miasta stacjonowali wtedy Polacy. Jest święto... 2 kwietnia, autobus z martwym kierowcą wbija się w tłum pielgrzymów i żołnierzy... Szczekanie psów nocami i szturm zamachowców na City Hall. Brak jedzenia, amunicji, nadziei. Polacy bronią się przez 4 dni i noce. Strach, krew, śmierć kolegów... Sukces Naszych i piątej nocy już nie słychać w Karbali szczekania psów... Po wszystkim "do City Hall przyjeżdża z Babilonu dowódca polskiego kontyngentu generał Mieczysław Bieniek. Czerwony beret, nienaganne wąsy, dopasowany mundur, okulary w stylu Top Gun i amerykańskie gwiazdki generalskie na polskim uniformie. Razem z nim jest telewizja, która pokaże później w Karbali migawkę z generałem, co się kulom nie kłania. takie życie żołnierza. Nie zawsze zbiera laury ten, kto się napocił. (...) Jakie odznaczenia dosłały Foksy? Żadnych, ani polskich, ani amerykańskich. Oficjalnie nie braliśmy udziału w tych walkach - mówi major Biedziak".


Zespół stresu bojowego... Weterani  leczą się miesiącami, czasem latami. Ciągle słyszą ujadanie psów...


Co robi Jurek Owsiak na wojnie? Ubrany w koszulkę z pacyfką pojechał do Iraku. Zabrał jedno dziecko na leczenie do Polski. Był rok 2005, a armia potrzebowała promocji i propagandy. "Że jesteśmy tam, żeby pomagać, a nie zabijać. Że leczymy ludzi za nasze pieniądze. Robimy coś naprawdę dla nich. W taki sposób pacyfista na koszt armii poleciał na wojnę"


Strach? "Co wy wiecie o strachu?" Odwaga, upór i wyuczone zachowanie w sytuacji stresowej. Ale nawet najlepsi się zacinają, wymiotują, płaczą. Wszystko ok, gdy robią to po akcji, nigdy w trakcie. Wybuch miny-pułapki, pożar hummera, kontrowersje wokół braku pomocy ze strony sanitariuszy, jednym słowem - wojna, której tu w Polsce nie jesteśmy w stanie zrozumieć i sobie wyobrazić.


Czego szuka w Iraku archeolog? Tomek Burda wyjechał na wojnę za pasji do historii. Irak, a w nim polska baza, leży dokładnie na terenie starożytnego Babilonu. Tylko tyle, że miasto zostało zrównane przez amerykanów z ziemią. Burda ratował co się dało... a potem oskarżono Polaków o dewastacje stanowisk archeologicznych. Tomasz wyjechał, ale woja uzależnia. Wrócił więc, ale już z bronią, jako żołnierz...


To tylko kilka obrazów... Polecam książkę Górki i Zawodnego. Odsłania drugą twarz wojny, twarz, której nie znamy. Iracka Wolność? Misja stabilizacyjna? A może okrutna wojna?... A tam jest zupełnie inaczej, niż wszyscy myśleli. Dlatego takie książki są potrzebne, choć przyjęcie tego, o czym mówią jej bohaterowie może być trudne...





I jeszcze jedna twarz wojny w Iraku - Waldemar Milewicz.  Ostatni dzień życia, strzały, a później ściganie latami jego zabójców. Ale o tym nic nie napiszę, nie potrafię.. 





Anna M.
P.S. Dziś Dzień Weterana... Pamiętajmy  tych, o których nikt nie pamięta...




Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził, miej odwagę zabrać głos w dyskusji.
 Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :) 

25 maja 2014

"Syn Hamasu" Jusuf Musab Hasan



Maleńki kraj na mapie świata, od zawsze serce konfliktów. Kannan, Izrael, Palestyna, czy zwyczajnie Ziemia Święta - kawałek najświętszej przestrzeni dla trzech wielkich religii. Notuje się, że sama Jerozolima była aż 19 razy równana z ziemią... Miasto Pokoju... w stanie wojny...






Książkę "Syn Hamasu" miałam w rękach już kilkakrotnie, zawsze jednak, z niewiadomych powodów, odkładałam ją. Tym razem zaciekawił mnie artykuł "Zielony Książe" Pawła Smoleńskiego w Gazecie Wyborczej, po którym odszukałam na mojej półce książkę i zaczęłam czytać.



Jusuf Musab Hasan jest synem jednego z założycieli Hamasu. Został wychowany jako muzułmanin, gorliwy zwolennik ideologi swego ojca. W więzieniu został zwerbowany przez izraelskie tajne służby bezpieczeństwa Bet Szin. Początkowo wrogo nastawiony do propozycji zdrady ojca i narodu, z czasem odkrywa, że Hamas jest złem zarówno dla Izraela, jak i dla samych Palestyńczyków. Musab był agentem w latach 1997 - 2007 i zapobiegł wielu samobójczym zamachom. Ale jak doszło do tego, że dziedzic Hamasu, syn jego duchowego przywódcy, wystąpił  przeciw rodzinie, którą kochaj najbardziej na świecie? Kiedy pękło w jego sercu nieskazitelne oblicze islamu? 


Musab ma 17 lat, wierzy w ideologie swego ojca, chce walczyć z Izraelem, organizuje broń, ale tafia do więzienia i po wielodniowych torturach godzi się na współpracę tylko dlatego, aby wyjść na wolność i zemścić się na Bet Szin. W kolejnym więzieniu styka się z radykalnym odłamem Hamasu. Widzi, jak Palestyńczycy torturują braci w imię swojej ideologii. Po wyjściu na wolność, wraca do rodziny, ale jest już innym człowiekiem. Zaczyna współpracować z Izraelem, w Jerozolimie poznaje grupę chrześcijan,  spotkania biblijne i lektura Nowego testamentu zaprowadzą go do chrztu, który przyjmuje potajemnie w 2005 roku. Musab był jednym z najważniejszych izraelskich szpiegów, przekazywał cenne informacje o terrorystach, brał udział w wielu  akcjach.



"Chciałbym podzielić się z Wami czymś, co pozwoliło mi przetrwać, aż do tej pory: cały ten bagaż winy i wstydu, który nosiłem przez ostatnie lata to niewygórowana cena, jeśli może uratować choć jedno niewinne życie. Ilu ludzi doceni to, co zrobiłem? Pewnie niewielu, ale to nic. Wierzyłem, że postępuję słusznie, i nadal tak uważam. To przekonanie jest źródłem wewnętrznej siły, która pomaga mi pokonywać kolejne etapy mojej życiowej podróży, Każda uratowana kropla niewinnej krwi daje mi nadzieję i motywuje, by wytrwać, aż do końca. Wszyscy zapłaciliśmy już wysoką cenę, a jednak ciągle napływają nowe rachunki wojny i pokoju".



W styczniu tego roku powstał film dokumentalny "Zielony Książę"(reżyseria Nadav Schirman). Niestety w Polsce jest niedostępny, poza małymi pokazami w Warszawie i Wrocławiu. Sprawdziłam też na izraelskich stronach - znalazłam trailer.








Książka "Syn Hamasu" opisuje drogę wewnętrznej przemiany młodego Musaba. Pokazuje też zakłamanie polityki Jasira Arafata, demaskuje jego pokojowe oblicze i daje pogląd na złożoność dramatu zamachów samobójczych. Tu nie ma prostych odpowiedzi... i decyzji... Musab chcąc przerwać krwawy terror intifady Al-Aksa musi donosić na swoich przyjaciół...

"W dniu, w którym postanowiłem zrobić wszystko, co w mojej
mocy, aby powstrzymać szaleństwo wojny, zacząłem gromadzić informacje o planach Marwana Barghutiego i przywódców Hamasu. Informacje te przekazywałem agentom Szin Bet, którzy starali się za wszelką cenę udaremnić działania tych ludzi. W Szin Bet nadano mi pseudonim Zielony Książę: zielony w nawiązaniu do barwy flagi Hamasu, a książę - do pozycji mego ojca, jednego z królów Hamasu. W wieku dwudziestu dwóch lat zostałem jednym z najcenniejszych współpracowników Szin Bet - byłem jedynym agentem ulokowanym w Hamasie, który miał styczność z militarnym i politycznym skrzydłem ugrupowania i który mógł infiltrować pozostałe frakcje palestyńskie"




W 2010 roku Musab opowiedział  też swoją historię w telewizji....







Przyznaję, książka "Syn Hamasu" poruszyła mnie pod wieloma względami.  Długo zapewne jeszcze będę o niej myślała i próbowała zrozumieć przesłanie Musaba.


"Dopóki będziemy szukać wszędzie wokół, a nie dostrzeżemy problemu w nas samych, konflikt na Bliskim Wschodzie nigdy się nie skończy. W jego rozwiązaniu nie pomoże nam religia (...) Rozwiązania nie przyniesie również wolność polityczna. (...) Prawda i przebaczenie to jedyne rozwiązanie problemu bliskowschodniego. Jeśli zależy nam na pokoju między Izraelczykami i Palestyńczykami, nie chodzi już o to, by znaleźć rozwiązanie. Wyzwanie polega na tym, by być tym pierwszym, który odważy się owo rozwiązanie przyjąć i zastosować".


Anna M.



Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził, miej odwagę zabrać głos w dyskusji.
 Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)

24 maja 2014

Mój plan na urodziny....





Zrobiłam sobie prezent na urodziny... no dobra... kilka prezentów :) Zbierałam je od jakiegoś czasu właśnie na dzisiejszy wieczór, noc i jutrzejszy dzień... Zatem wyłączam telefon, nie odbieram maili, wyciągam wtyczkę od telewizora z kontaktu... Wszyscy wyjechali, zostaję sama i delektuję się chwilą! Świat zbyt szybko pędzi, ale urodziny są zawsze dla mnie czasem, by się zatrzymać :) Zapowiada się noc wśród książek... A jutro pyszna kawa i cudne śniadanie! W końcu szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę...



Moje prezenty..



Hmmmm.... na którą by się tu skusić ... w pierwszej kolejności? Aaaa, no i płyta Doorsów... i już naprawdę jestem szczęśliwa... ;)


Anna M.


23 maja 2014

"W dżungli zdrowia" Beata Pawlikowska




Wszystko niby wiem: przetworzona żywność niszczy organizm, brak snu powoduje wycięczenie i choroby, cukier uzależnia i odbiera jasność myślenia. Tak, wszystko to wiedziałam już wcześniej, ale jakość nie przejmowałam się tym zbytnio. Wiedzieć a zastosować to dwie różne rzeczy. W dzisiejszym świecie łatwiej jest jeść niezdrowo, szybko i dużo, niż zdrowo i racjonalnie. Coś o tym wiem, bo za każdym razem, kiedy walczyłam o zdrowe odżywianie, chudłam kilkanaście kilogramów (raz nawet 42 kg), ale kiedy wracałam do pizzy, coli i śmieciowego jedzenia, tyłam i traciłam zapał do życia. Od jakiegoś czasu znów gotuję, chodzę na zakupy, czytam etykiety i właśnie teraz potrzebowałam ksiażki Beaty Pawlikowskiej. Już wcześniej śledziłam jej zalecenia dietetyczne, a ostatnio oglądam też jej propozycje kulinarne w "Pytaniu na śniadanie".






"Ty jesteś odpowiedzialny za swoje zdrowie. Nie państwo, nie rząd, nie lekarz ani producent żywności. Tylko ty. Bo to ty decydujesz o tym, co jesz, pijesz i jaki prowadzisz tryb życia".










  • Dlaczego zatem jemy coś, o czym wiemy, że jest niezdrowe i szkodzi?
  • Dlaczego uzależniamy się od sztucznych smaków i przestajemy się dziwić, że wszystko smakuje tak samo?
  • Dlaczego wierzymy reklamom i nie reagujemy na kłamstwa w nich zawarte?


Przyzwyczailiśmy się do smaku, ideału, koloru. Jemy przyzwyczajeniami,  wrażeniami, wzorcami. Jabłko musi być doskonale okrągłe, bez skazy, wtedy wydaje się być zdrowe. Ale zdrowy wygląd nie znaczy, że coś jest zdrowe. Trzeba się obudzić i wyrwać z niewoli narzucającej się przez reklamy i sugestie specjalistów od sprzedaży produktu. Jeśli przez 33 lata karmiliśmy się śmieciami, to naturalne jest, że za nimi będzie nasz organizm tęsknił. Pora oduczyć się złych nawyków... I tak, wiedziałam to wszystko zanim przeczytałam książkę, powiedzmy, że wiedziałam,  ale nie przyjmowałam za pewnik... ale czasem trzeba, żeby ktoś przypominał mi o tym, i mówił i pisał i powtarzał. Zło jest krzykliwe i wszędzie je słychać i widać. Fast foody są na każdym rogu ulic, każde spotkanie w gronie przyjaciół "uświetnione jest" śmieciowym jedzeniem.  Dobro musi zawalczyć, aby zostało wysłuchane... Ale pora się obudzić, pora wejść do "Dżungli życia", bo to moje życie!



To taki miły prezent na moje urodziny ...
Zatem do dzieła!

Anna M.




22 maja 2014

WILD :)



Kochani :)
Na Facebooku Cheryl Strayed pojawiła się wiadomość:



"Bound for Telluride Mountainfilm Fest packing my favorite duffle bag. This was the crew gift from producers Reese Witherspoon and Bruna Papandrea. That's a fairly exact reproduction of my tattoo, which the production commissioned the original tattoo artist to do. And don't get all worked up folks, I'm going to the film festival to talk about my book. The movie isn't out yet. But it will be on December 5th. I'm counting the days!"




cherylstrayed.com



Nareszcie! Pogłoski i zapowiedzi o filmie pojawiały się już rok temu i nic... Teraz jest przynajmniej potwierdzone przez Cheryl, że film jednak będzie i to już w ... grudniu, czyli w Polsce nie wiadomo kiedy...  Cóż, pozostaje podszkolić mój angielski :)




I przy okazji - mój projekt PRZECZYTAJ  I  PODAJ  DALEJ nadal zawieszony z powodu Nicoli, a jak się ostatnio dowiedziałam, również Cath. Dziewczyny przetrzymywały książkę, nie napisały recenzji, a Nicole nada ciągle mnie zwodzi... Z ostatnich moich facebookowych rozmów z Nicole, obiecała wysłać do mnie książkę za 2 tygodnie. Tylko, że to już druga taka obietnica... Nie będę również cytowała jej odpowiedzi na moje zapytania o książkę... Szkoda nerwów...  Ale cóż - nadal mam nadzieję, bardzo mi zależy, żeby książka wróciła.... i dalej wędrowała....



Anna M.








21 maja 2014

"Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę" Agnès Martin-Lugand






Diane jest szczęśliwa, mieszka w Paryżu, gdzie prowadzi kawiarnie literacką.... spełnienie marzeń. Mąż ją ubóstwia, wszędzie słychać śmiech córeczki. Przecież szczęśliwi ludzi czytają książki i piją kawę... Szczęście przerywa jedno wydarzenie, wypadek... Colin i Klara odchodzą na zawsze, a Diane przez rok nie jest w stanie wyjść z domu... Naciskana przez rodzinę i za radą przyjaciela (i tu niezastąpiony Feliks) postanawia wyjechać, uciec od bólu. Wybiera Irlandię, kraj, który jej mąż zawsze chciał zobaczyć. Wynajmuje dom na odludziu i zaszywa się przed światem, sobą i ludźmi. Nie na długo... Na plaży spotyka swojego nowego sąsiada Edwarda i od razu dochodzi do kłótni. I tak przez wiele tygodni... Edward zdaje się być gburem i odludkiem. Diane również nie chce mieć nic wspólnego z ludźmi. A do tego ciągle pada, a plaża jest jedynym miejscem, gdzie może się wypłakać... To również ulubione miejsce Edwarda... Czas wydaje się przemijać, jak deszcz nad irlandzką plażą.



Książka "Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę" tylko z pozory wydaje się być romansem. Poznajemy bowiem dwoje ludzi zranionych przez życie, którzy starają się mimo to żyć... Nie zawsze happy end w naszym tego słowa rozumieniu jest najlepszym wyjściem. Nie zawsze można o wszystkim zapomnieć, nie zawsze miłość przetrwa wszystko... Czasem trzeba wrócić do przeszłości, aby na nowo ją poukładać, czasem potrzeba na to dużo czasu..



Przyznaję, że czytając książkę przypomniała mi się inna opowieść i film jednocześnie. Myślę tu o "P.S. Kocham Cie!" Podobny motyw śmierci i poszukiwania ukojenia, wspólny dla obu zapach Irlandii, ten sam trudny wybór... Agnès Martin-Lugand pokazuje dramat dwojga ludzi, którzy, by zbudować coś nowego, muszą uporać się z przeszłością. To chyba nam się wydaje, że miłość leczy wszelkie rany... Niestety nic bardziej mylnego... Drugi człowiek nie może być lekarstwem na ból, który nosimy w sobie. To różne komedie romantyczne próbują nam wmówić, że wystarczy się zakochać i znikną wszystkie dotychczasowe problemy... Książka "Szczęśliwi ludzie..." na szczęście pokazuje świat takim, jakim on jest, nawet, gdy ostateczny wybór rani wiele osób... i chciałoby się krzyczeć "Nie, przecież nie tak to miało być!". Tylko, że tak w życiu często bywa, coś o tym wiem...


Książka ma raczej kiepskie recenzje u czytelników. Ok, romans. Ok, przewidywalny. Ok, nic odkrywczego. Miło jednak przeczytać coś, co nie wymaga co dwie kartki szukania w Wikipedii wyjaśnień... Zresztą po mojej ostatniej "przygodzie" z wampirami, wszystko wydaje się być literaturą z górnej, no dobra, średniej półki. Jak dla mnie przyjemna książka. Jeśli ktoś się skupia tylko na wątku romansu, to już jego problem. dla mnie o wiele ciekawsze było poznanie dramatu głównych bohaterów. Cóż, może po prostu zwyczajne życie i jego historie nie przemawiają do wybujałej wyobraźni większości czytelników?



Anna M.


Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził. Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)


20 maja 2014

"Pensjonat na wyspie" Colleen Coble





Hope Island - maleńka wyspa, kilkunastu mieszkańców i stary pensjonat. Tajemnicze miejsce i niezwykli ludzi, których losy splatają się ze sobą. Tu wszyscy się znają, a jednak każdy ma jakąś tajemnicę.


Libby jest konserwatorem zabytków i zamierza na wyspie odrestaurować kilka budynków. Nie wie, że los połączy ją z ciągnącymi się kilometrami plażami. To na Hope Island odnajdzie swoją rodzinę, o której nic nie wiedziała. Ojciec zapisuje jej w spadku połowę wyspy, ale przyrodnie rodzeństwo nie zamierza łatwo się poddać. Vanessa i Brent są nieufni, zranieni i patrzą na siostrę przez stereotyp dziedziczki, która z pewnością wszystko sprzeda, aby się szybko wzbogacić.

Nicole - wspólniczka i przyjaciółka Libby, przyjeżdża na wyspę, aby przygotować projekt renowacji. Zostaje porwana na plaży, budzi się na maleńkiej wysepce na środku oceanu, gdy nadchodzi sztorm. Co kilka dni jedzenie przywozi jej tajemniczy chłopak...

Alec jest kierownikiem Straży Przybrzeżnej, lata helikopterem, ratuje ludzi. Gdy na wyspę przyjeżdża Libby pomaga jej w poszukiwaniach przyjaciółki. Sam wychowuje siostrzeńca Zacha, którego rodzice zginęli w katastrofie lotniczej. 

Jest też tajemniczy inwestor, który za wszelką cenę chce kupić pensjonat. I jest tajemnica, stara legenda...




Hope Island - mała wyspa, z pozoru cicha, spokojna, ale gdy nadchodzą życiowe sztormy, wszystko wydaje się być trudne i niebezpieczne. Pomaga wiara w Boga i przyjaźń. Libby wraz z listem od ojca dostaje naszyjnik, który ten nieustannie nosił. Litery na poszczególnych koralikach prawie się wytarły z biegiem lat. Libby mogła jednak przeczytać skrót od znanego pytania "Co zrobiłby Jezus?" Powoli i z trudem będzie się od tej pory kierowała w życiu tym pytaniem patrząc na świat oczami wiary... Czy znajdzie przyjaciółkę? Czy odzyska rodzinę?


Książka Colleen Coble trudna jest do zdefiniowania. Trochę jak kryminał z wątkami sensacyjnymi, trochę romans, trochę książka z pogranicza religii. Mamy tu wszystko... Kłamstwa, miłość, emocje, wiara, tajemnica, ruiny, jaskinia przy plaży, życiowe wybory, rodzina - wszystko to splata się na przepiękną opowieść. Autorka nic nie narzuca, nie zmusza czytelnika do wiary w Boga, ale delikatnie pokazuje, że chrześcijanin to zwyczajny człowiek. Niestety przyzwyczailiśmy się do stereotypu, że jeśli już ktoś wierzy, to trzeba o nim myśleć w kategoriach: kościół, modlitwa, zakon, ksiądz, niedościgły święty, długa spódnica, smutna, kontemplacyjna mina, spuszczony wzrok. Nic bardziej mylnego i autorka doskonale to uchwyciła. Zabiera nas na małą wyspę nadziei, gdzie wszystko może się wydarzyć, ale trzeba o to zawalczyć. Ważne jest to, co nosimy w sercu, nasze wybory, postawy, nasza wiara.


"Pensjonat na wyspie" wciąga od pierwszej strony, autorka stopniowo buduje napięcie, doskonale kreśli głównych bohaterów, a przy tym przepięknie oddaje uroki zapomnianej przez świat wyspy, jej tajemnic i starych legend. Można zapomnieć na chwilę o zgiełku miasta i cieszyć się słońcem przebijającym między kolejnymi stronami powieści. Polecam książkę na wakacje, można na chwilę przenieść się na plażę, posłuchać o czym szumią rozbijające się o brzeg morskie fale. Może usłyszymy w nich znajomy głos...




Anna M.





NOTKA O KSIĄŻCE 

autor:  Colleen Coble
tytuł: "Pensjonat na wyspie"



wydawnictwoŚwięty Wojciech 
data wydania: 11 czerwca 2014



liczba stron: 364




MOJA OCENA: 5+ / 6
 
 
Serdecznie dziękuję za możliwość przedpremierowego przeczytania powieści 
Wydawnictwu Święty Wojciech









Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził. Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)



19 maja 2014

"Akademia Wampirów" Richelle Mead





Kadr z filmu "Drakula" z 1992 roku
Wampiry... 
Od wieków krążą opowieści o nieśmiertelnych istotach żywiących się krwią niewinnych. Któż z nas nie słyszał legend z dalekiej Transylwanii o potężnych hrabim Drakuli? Jeśli ktoś nie widział "Wywiadu z Wampirem" nie zrozumie, w czym tkwi fascynacja tą tematyką... Piękne, szlachetne i niebezpieczne istoty stały się legendą... 




Niestety w ostatnich latach mamy jakiś bum na wampiryzm. Powstają setki książek, filmów, komiksów. Nawet poważne uczelnie wprowadzają wykłady o Edwardzie i Belli. Moje dzieci przynoszą na lekcje jakieś okropne lalki Monster-cośtam. Otacza nas świat komercji i tandety, który wkradł się również do literatury.  W księgarniach półki w dziale fantastyka dla młodzieży uginają się od setek książek z kolorowymi okładkami, na których widnieją piękne dziewczyny i przystojni chłopacy. A wszystko to ponoć wampiry. Nawet na lekcji rozmawialiśmy o tym, czy istnieją złe książki i czy ich czytanie może szkodzić... Zapewne zaraz odezwą się fanki Edwarda i innych takich tam, bo z forów internetowych wiem, że potrafią być bezwzględne, ale uważam, że tak - książki mogą być złe i szkodliwe. Nie chodzi tu o jakąś magie, ale o bardziej prozaiczne rzeczy: komercjalizacje i spłycenie tematyki, niski poziom literacki, banalna fabuła, niepotrzebny erotyzm.



To tylko moje zdanie, ale moje dzieciaki namówiły mnie na przeczytanie czegoś, powiedzmy, "innego". Wybór padł na "Akademię Wampirów" Richelle Mead. Poszłam nawet dalej i obejrzałam film, który, jak mnie zapewniano, miał być hitem na miarę "Zmierzchu". Nie poddałam się i przeczytałam nawet drugi tom owej "Akademii...". Może jestem już za stara, może to nie ten temat, choć Drakula nadal mnie fascynuje, może chodzi o przesyt mrocznymi książkami, a może te książki są podróbką prawdziwej gotyckiej literatury. Nie wiem... Kochani robiłam naprawdę wszystko, żeby "wciągnąć się" w te książki, ale po drugim tomie powiedziałam: STOP. Przepraszam, ale moja psychika i wrażliwość więcej nie wytrzymają... Dlaczego?




"Akademia Wampirów" to historia o dwóch przyjaciółkach. Lissie jest wampirem i należy do królewskiego rodu Dragomirów, czyli jest Morojem (szlachetna rasa czystej krwi). Każdy Moroj, szczególnie z rodu królewskiego ma swojego Strażnika - Dampira (mieszańca). Strażnikiem Lissie jest Rose, przebojowa i zbuntowana nastolatka. Wszystkie młode wampiry i ich strażnicy mieszkają i uczą się w akademii św. Władymira.  Moroje uczą się posługiwać magią, którą dziedziczą wraz z krwią. Natomiast Dampiry w myśl zasady "najpierw Moroj, Strażnik zawsze drugi" ćwiczą się w sztukach walki, aby ochraniać wampiry. Są jeszcze ci źli, czyli Strzygi - okrutne wampiry, które zabijają te dobre wampiry. Zawiłe? A dopiero zarysowałam podział na tych "dobrych" i tych "złych", choć w trakcie czytania bohaterowie staja po różnych stronach i często trudno nadążyć za ich wyborami i zdefiniować ich postawę. 




Tom I to opowieść o samej akademii. Rose i Lissie buntując się przed zasadami w niej panującymi, uciekają do świata zewnętrznego. Przez 2 lata udaje im się żyć i uciekać przed wszystkimi - Morojami z akademii i Strzygami. Ale wszystko, co zabronione szybko się kończy i nastolatki wracają do szkoły. Tam Lissie uczy się panować nad swoimi nadnaturalnymi zdolnościami, a Rose poznaje legendę Akademii, potężnego Strażnika Dymitra. No i oczywiście Rose się zakochuje, ale jak to bywa, niestety nie jest im pisane być razem, bo zasada jest okrutna - życie Strażnika to poświęcenie i wyłącznie ochrona Wampira, nie ma miejsca na własne pragnienia i szczęście osobiste. Dymitr uczy Rose sztuk walki, aby mogła w przyszłości zostać Strażnikiem. Ale w Akademii jest zdrajca, który czyha na życie Lissie...




 


II tom "W szponach mrozu" to kontynuacja wątków z "Akademii Wampirów". Dziewczyny nadal uczą się w szkole, w głowach mają plotki, ciuchy, kosmetyki, zabijanie strzyg, no i miłość. Poznajemy matkę Rose i ich wzajemne dość trudne i skomplikowane relacje. Autorka zabiera nas do kurortu narciarskiego na Święta Bożego Narodzenia. Moroje i Strażnicy ukrywają się przed coraz śmielszymi atakami Strzyg.  Rose coraz lepiej walczy i niedługo stanie przed możliwością zdobycia pierwszego tatuażu Strażnika. Czy będzie w stanie pokonać wroga? Czy strata przyjaciela i poczucie winy nie odbiorą jej odwagi? To tylko niektóre pytania. Poza tym rozwija się miłość Lissie i Christiana, no i możemy śledzić walkę z zakazanym uczuciem pomiędzy Rosą a Dymitrem. Szkoda, że autorka zupełnie niepotrzebnie postawiła na podteksty erotyczne i tanie chwyty. A film już tylko na tym się opiera... Nie wierzę, że nastolatki takie są, nie podsuwajmy im taniej literatury, a tym samym nie przyzwyczajajmy ich do wyłączania myślenia...




"Pocałunek cienia" - tom III.

Książkę przeczytałam w 3 godz. Nic specjalnego, choć mam wrażenie, że im dalej w las, tym ciemniej, czyli każda kolejna część jest słabsza... Na tym chyba skończę lekturę.. Znów wracamy do Akademii. Tym razem nasze nastoletnie wampiry mają egzaminy, a Rose odkrywa, że widzi duchy. Długo ukrywa swój dar, a kiedy prawda wychodzi na jaw, nawet Dymitr jej nie wierzy... choć chłopak stara się, jak może... W końcu kocha Rose i takie tam... Strzygi wciąż atakują, a ich celem staje się właśnie ukochany Rose... Teraz to ona będzie musiała dokonać wyboru, czy strzec Lissie, czy może wyruszyć na poszukiwanie Dymitra, który staje się jednym z tych złych... Niestety kolejny raz mam wrażenie, że gdzieś już to widziałam? Zaraz, zaraz, przecież już kiedyś mieliśmy Angela z "Buffy", Damona Salvatore z "Pamiętników...", czy wreszcie mój ulubiony do wyśmiewania wątek z "Czarodziejek"... Cóż, niczym mnie autorka nie zaskoczyła... To chyba pożegnanie z serią.. Aż się boję ekranizacji kolejnych części...



Cały cykl "Akademii Wampirów" to sześć tomów... Chyba nie dam rady wszystkich przeczytać, chociaż pewnie powinnam, żeby mieć własne zdanie na całość tematu. Niestety ta autorka i ten cykl zupełnie mnie nie przekonują. Trochę to przypomina sagę "Zmierzch", trochę łączy wątki z  "Pamiętników Wampirów" i "Czystej krwi". Nic nowego, nic odkrywczego i zaskakującego. Jednym słowem - przeciętne! Wolę mojego Hrabiego Drakulę...



Anna M.

 


Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził. Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)

eioba

18 maja 2014

"O Jeruzalem!" Dominique Lapierre, Larry Collins




14 maja przypada żydowskie święto  יום העצמאות  (Jom Ha-Acmaut), czyli Dzień Niepodległości Izraela. Palestyńczycy w tym samym dniu obchodzą  يوم النكبة, al-Nakba - Dzień Katastrofy. To  trudny temat,  często zafałszowany, stronniczy i nie do końca zrozumiały.  W historii tych dwóch narodów nie ma stron czarnych i białych, są tylko różne odcienie szarości. Nam, ludziom Zachodu, trudno jest zrozumieć ten konflikt, często też naszymi opiniami i jednoznacznymi sądami pogarszamy sytuacje, a wizja pokoju oddala się nieuchronnie. Zawsze jednak trzeba mieć nadzieję...





Dziwne, ale kilka dni wcześniej była u mnie moja koleżanka jeszcze z czasów, gdy mieszkałam w Krakowie. Przywiozła mi jedną z walizek, która u niej zostawiłam (wstyd się przyznać, ale jeszcze sporo rzeczy u niej czeka, aż znajdę czas, by odwiedzić miasto, które tyle mi dało). Minęły dokładnie dwa lata i zupełnie zapomniałam, co znajduje się w owej walizce, tak jakby to był "wehikuł czasu".... A tam były.... oczywiście książki, wśród nich "O Jeruzalem!" Dominique Lapierre, Larry Collins.  Czytałam ją wiele razy, z chęcią więc wróciłam do lektury. Dla mnie to szczególny temat, ponieważ od dziecka bliski jest mi dialog międzyreligijny i międzykulturowy, potem doszło do tego zaangażowanie w działania na rzecz pokoju. Będąc w Krakowie, i trochę we Francji, starałam się poznać judaizm, pracowałam jako wolontariusz w Centrum Społeczności Żydowskiej na Kazimierzu, uczestniczyłam w spotkaniach studyjnych w Auschwitz, chodziłam z przyjaciółmi do synagogi, uczyłam się hebrajskiego, francuskiego i angielskiego. Poznawałam wspaniałych ludzi i ich historie... Niestety z różnych powodów byłam zmuszona wrócić do Poznania, ale ta tematyka nadal pozostaje bliska memu sercu. Wierzę, że kiedyś jeszcze do tego wrócę...



Mój pierwszy Dzień Niepodległości Izraela spędziłam z przyjaciółmi z Centrum Społeczności Żydowskiej. Miałam okazję spróbować różnych pyszności, pouczyć się tradycyjnego tańca żydowskiego, porozmawiać z rabinem Boazem Pashem. To był niesamowity czas, również dla mnie, bo robiłam to, co kochałam - byłam z ludźmi. Do dziś piszemy do siebie, oczywiście z czasem coraz rzadziej, bo i nasza rzeczywistość i codzienność różnią się od siebie. Oni zostali tam, w Krakowie, Paryżu, Kamerunie, Brazylii, a ja wróciłam do Poznania. Ale to już inna opowieść...





Dominique Lapierre to znany i wielokrotnie nagradzany francuski pisarz i działacz społeczny. Pisał o wyzwalaniu Paryża, o kalkuckich slamsach, o Indiach i Pakistanie. Zajmował się tematem wojny domowej w Hiszpanii. Nie same jednak książki świadczą o jego zaangażowaniu, ale to, co robi poza pisaniem. W 19981 roku założył fundacje na rzecz trędowatych dzieci z Kalkuty, współpracował też z Matką Teresą, obecnie wraz z żoną pomaga nadal w Indiach w walce z gruźlicą. Dominique poznał dziennikarza i korespondenta Larry'ego Collins'a w wojsku. Wspólnie napisali kilka książek. Przyjaźń trwała aż do śmierci Collins'a w 2005 roku.



Przyznaję - zawsze fascynowały mnie takie osoby. Książka to coś więcej niż jakaś zmyślona historia, książka to okno na świat, którego nie mogę oglądać z bliska, książka to konkretna osoba, życie, wybory, dramaty i radość. Oczywiście, że czytam powieści fikcyjne, jasne, że lubię od czasu do czasu zapomniec o całym świecie, ale jednak po jakimś czasie ten świat mnie wzywa. Szukam i znajduję, kolejną historię, kolejną zapomnianą osobę, następny rozdział czyjegoś życia. To mnie kształtuje i daje siłę do zmierzenia się z własnym życiem....




"O Jeruzalem"

Wróćmy na chwilę do książki. 29 listopada 1947 roku podczas II sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ zostaje przyjęta rezolucja nr 181 dotycząca podziału Mandatu Palestyny na dwa państwa: żydowskie i arabskie. 56 państw zdecydowało o losie mieszkańców Ziemi Świętej trzech wielkich religii. 14 maja 1948 roku Dawid Ben Gurion ogłosił Deklaracje Niepodległości Izraela. Rankiem 15 maja, w szabat, rozpoczęła się pierwsza wojna żydowsko-arabska. Jerozolima, Miasto Pokoju, stało się ziemią krwawych walk. Nie ma podziału na tych dobrych i tych złych, każdy jest ofiarą, podzielone wsie, podzielone rodziny, podzielony świat. Książka pełna jest dramatycznych historii, opisów walk i zamachów, nadziei i wiary w cud. Na tle płonącej od nienawiści Jerozolimy autorzy kreślą lody historycznych postaci, Dawida Ben Guriona, Goldy Meir czy Glubb Pasha. Słychać echo Holokaustu i tragedii II Wojny Światowej. Widzimy nową wojnę oczami zwykłych mieszkańców Świętego Miasta: Arabów i Żydów, często jeszcze kilka dni wcześniej przyjaciół, teraz fanatycznych wrogów. Książka jest poruszająca i myślę, że dobrze oddaje nie tylko dramat  tamtych dni, ale pokazuje historyczne tło dzisiejszego konfliktu. Nic nie jest czarno białe, nic nie jest proste, wszystko jest naznaczone krwią setek tysięcy niewinnych ofiar "wojny o Miasto Pokoju". Dziś potrzeba pracy i zaangażowania kolejnych setek tysięcy ludzi w odbudowanie pokoju najpierw w sercach zwykłych ludzi, potem przywódców. Pokój na papierze, choć niezwykle istotny, to jednak nie rozwiąże konfliktu między ludźmi. Ja ciągle wierzę w  רושלים (Jeruszalajim) -  Miasto Pokoju...
O... Jeruzalem!



Na podstawie książki powstał równie wstrząsający film pod tym samym tytułem.
POLECAM








Anna M.







Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził. Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)


17 maja 2014

"Pamiętnik grzecznego psa" W. Cesarz, K. Terechowicz, J. Rusinek



Po kilku tygodniach szalonej pracy, wracam do czytania. Wszystkie duże projekty zakończone, jeden przeniesiony na wrzesień lub październik... Czasem trzeba coś odłożyć w czasie... Takie życie... Pocieszam się tylko tym, że zorganizowałam uroczystość I Komunii dla moich 78 milusińskich :) A potem... wylądowałam na L4.. czyli norma :) Leżę zatem grzecznie w łóżeczku, no i nareszcie mam chwilę czasu na czytanie... Jak już wspomniałam, to był szalony czas, mnóstwo pracy, ogrom przygotowań, ale i uśmiechnięte buzie moich trzecioklasistów :) i ich rodziców :) Zupełnie jednak nie miałam czasu, ale i sił i ochoty na czytanie. Dni i tygodnie mijały, a ja byłam pochłonięta wyłącznie pracą... Coś tam niby czytałam, ale nic konkretnego, nic szalonego... Tylko jedna książka jest godna polecenia - "Pamiętnik grzecznego psa"



Czytamy ją co prawda na spotkaniach naszego koła czytelniczego w szkole, ale tak bardzo mi się spodobała, że postanowiłam poczytać ją trochę moim pierwszakom... No i się zaczęła zabawa, bo przygody szczeniaczka Winterka i jego właścicieli są przezabawne. Moje dzieci turlały się po dywanie ze śmiechu i każdą lekcję obowiązkowo musiałam kończyć czytaniem jednego rozdziału. Historia jest oczywiście spisana przez tytułowego "grzecznego" psa, Winter bowiem prowadzi pamiętnik, a kolejne rozdziały dotyczą jego przygód w nowym domu. Początkowo zagubiony, z czasem poznaje świat i uczy się, jak być miłym, kochanym i "grzecznym" pieskiem, chociaż to ostanie, nie wiedzieć dlaczego, zupełnie mu się nie udaje. Wraz z Winterkiem poznajemy mieszkańców domu, Alka i Julkę oraz ich rodziców, Hankę i Henryka. Życie psa, tym bardziej szczeniaka, nie należy do łatwych. Nasz bohater ma wiele zalet, ale z pewnością nie należą do nich bycie grzecznym i odpowiedzialnym. Jak każdy szczeniak co chwilę psoci i ku rozpaczy Hanki, nie rozumie, co złego zrobił. Świat zwierząt i ludzi różnią się od siebie, a przemyślenia i spostrzeżenia psa odnośnie ludzi często bywają zabawne i  zaskakująco trafione. Książkę polecam wszystkim miłośnikom czterech łap i mokrego noska. 




"tylko mnie kochaj..."
Korzystając z okazji, chcę się pochwalić moim (a właściwie mojej mamy) "grzecznym" pieskiem.  Nasza Dusia jest zabawnym i prześlicznym leniuszkiem. Boi się mrówek na spacerze, i śpi tylko za swoją podusią i kocykiem. Psoci, a potem udaje,że to nie jej wina. Jest najmniejsza w domu, ale rządzi wszystkimi mieszkańcami. Nawet trzy razy większy od niej bigiel musi jej słuchać, albo wskakuje wysoko na krzesło, aby mała nie mogła go dosięgnąć łapą... Cały dom i wszyscy jego mieszkańcy zwariowali na punkcie Dusi. Jest pupilem i maskotą, ale ma swój charakterek. Kilka miesięcy temu przekonał się o tym mały Tofik, nasz sąsiad. Do dziś nie zbliża się do ogrodzenia i ucieka do domu na widok naszej Dusi. A co! Jakiś York będzie rządził? Nigdy! 







Czasem, gdy na nią patrzę, zastanawiam się co się kryje w jej głowie, o czym myśli, jeśli psy w ogóle myślą, co kombinuje? Życie bez psa byłoby nudne, czemu dowodzi przykład mojej mamy. Odkąd z bratem pamiętamy, mama nie lubiła czworonogów, choć zawsze mieliśmy psa i kota. Mam twierdziła, że szkoda czasu na psa, że to tylko zwierze i nic nie rozumie. Ale ludzie się zmieniają... Mama zakochała się w Dusi bez pamięci... a mała całkowicie to wykorzystuje. Cóż "królowa może być tylko jedna". 


I jeszcze jedna zabawna uwaga na koniec. Dusia bardzo mnie polubiła, jestem bardzo rzadko w domu, średnio 3-4 razy w roku, ale mała mnie uwielbia. Nikt nie rozumie dlaczego... Gdy tylko jestem w domu, pani/mama przestaje dla niej istnieć i przez te kilka dni Dunia chodzi za mną, domaga się jedzenia i spacerów. Często się przytula i zasypia obok mnie. Jest tylko jeden, mały problem. Od dzieciństwa jestem uczulona na psy i mam problemy z oddychaniem, a  po kilku dniach zaczynam się dusić. Cóż, miłość bywa trudna... i pełna poświęceń :)



Anna M.



2 maja 2014

A long time ago in a galaxy far, far away…




"I have a bad feeling about this"
 "May the Force be with you"



Któż z nas nie widział "Gwiezdnych Wojen"? No dobra, moja  "eks-szefowa" z Krakowa, nie miała pojęcia, co to takiego, ale to inna historia. Pozostali widzieli film i wiedzą. Zresztą dzieło George'a Lucasa weszło na stałe do popkultury. Sami często mówimy o "ciemnej stronie mocy". Każdy chłopiec chciał zostać Jedi (jeśli nie prowadził akurat Rudego i nie był Jankiem Kosem) i biegał po podwórku ze świetlnym mieczem. A Mistrz Yoda? Oczywiście zawsze mawiał coś mądrego i niekoniecznie poprawnego gramatycznie...  Dlaczego o tym piszę? Otóż ostatnio przeczytałam "Gwiezdne Wojny. Mroczne Widmo" Terry'ego Brooks'a. Nieźle się przy tym bawiłam, a przy okazji jeszcze raz (nie powiem który) obejrzałam wszystkie części "Gwiezdnych Wojen". Oczywiście książka jest wtórna w stosunku do filmu, ale mimo wszystko warto ją przeczytać. 


Lubię oglądać pierwsze epizody GW, bo ukazują tajemniczą naturę "mocy", naturę człowieka. Różni naukowcy i psycholodzy wypowiadają się, że do końca tak to nie wygląda, zresztą sama, jako teolog, nie zgadzam się z tym, że dobro i zło są sobie równe, nie ma też dobrej magii...  Ale czy o to chodzi w tym filmie? Nie. 



Od zawsze fascynowała mnie postać Anakina, przyszłego Lorda Vadera. Cudowne dziecko z zapomnianej przez wszystkich planety, nadzieja uciśnionej ludzkości, największe we wszechświecie skupisko mocy, Wybraniec, który miał zaprowadzić równowagę w całej Galaktyce. Odnaleziony przez Rycerzy Jedi, za zgodą Rady, staje się uczniem Obi-Wan Kenobi. Śliczny, mądry i dobry... Anakin Skywalker jest jednocześnie nadzieją i zagrożeniem.  Sam Obi stwierdza: "Chłopiec jest niebezpieczny. Oni wszyscy (Rada Jedi) to czują; dlaczego ty nie możesz?" Również Mistrz Yoda przeczuwa okrutną przyszłość, choć narazie nie wie jeszcze, jakie będą losy małego Jedi. Ciemna strona mocy zasłania wszystko. Yoda patrząc chłopcu w oczy wypowiada prorocze słowa: "Strach prowadzi do ciemnej strony: strach prowadzi do gniewu, gniew do nienawiści, nienawiść prowadzi do cierpienia. Czuję w tobie wielki strach". Anakin w kolejnych epizodach coraz bardziej ulega strachowi i nienawiści. Stopniowo i niezauważenie się zmienia, ostatecznie przechodzi na ciemną stronę mocy stając po stronie Imperatora. Tak to już jest, że ludzi bardziej niestety pociąga ciemność, łatwiej jest nienawidzić, oszukiwać i kłamać, niż kochać i żyć według zasad. Zaczyna się zazwyczaj zupełnie niewinnie, zło przekonuje nas, że jest dobre, a potem powoli tracimy kontrolę i wolność. Zło krzyczy, że chce nas wyzwolić od tego, co niby nas ogranicza. Wmawia, że czasem trzeba "nagiąć" zasady w imię większego dobra. Przekonuje, że przecież chcemy dobra... tylko inni nam przeszkadzają to dobro robić... Podobnie, jak Anakin, sami nie wiemy, kiedy stanęliśmy po niewłaściwej stronie, a później nie mamy już siły, aby zawrócić. Patrzymy na świat złymi oczami i widzimy tylko cierpienie, rozpacz i zbliżającą się nieuchronnie ciemność. 





Uleganie ciemnej stronie jest niebezpieczne. Rycerze Jedi uczą, że nawet pozornie mała, ale zła myśl może prowadzić do złych wyborów. Zło ogarnia wtedy człowieka i bierze go w niewolę, nadal wmawiając. zę właśnie wtedy jest on wolny. Gdy naszym życiem zaczyna kierować strach, stajemy się niewolnikami. Lęk zabija w nas wolność decydowania i wybierania, zasypuje oczy piaskiem i tracimy ostrość oglądu rzeczywistości. Strach odbiera nam prawdziwe "ja" i popycha w stronę destrukcji. Nie, nie szybko, robi to powoli, niepostrzeżenie, ale systematycznie. Jedna zła myśl, potem kolejna, lęk, nienawiść i zło...









"I have a bad feeling about this"
 "May the Force be with you"



Anna M.





Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził. Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :) 
 
 

Recent Posts