3 czerwca 2014

"Eli, Eli" Wojciech Tochman





Podróże, zdjęcia, wakacje, albumy na Facebooku, pliki z setkami zdjęć naszych pociech... Zwiedzamy, odpoczywamy, nudzimy się, a wszędzie towarzyszy nam aparat. Fotkę wartą miliony można zrobić zwykłym telefonem komórkowym. Czy jednak kadrujemy prawdziwy świat? Czy to tylko tania podróbka i nieudolna próba zrobienia świetnego ujęcia, którym później będzie można się pochwalić wśród zazdrosnych znajomych? 


Wojciech Tochman w swojej książce "Eli, Eli" zabiera nas z aparatem w swój świat, ten bez fikcji, Photoshopa, bez ustawiania światła i robienia makijażu. Okiem reportera i fotografa pokazuje nam prawdę o życiu. Nie jest to też świat jednoznacznie czarno-biały i moralnie przejrzysty. Każdy fotograf stoi bowiem przed dylematem: chwycić za aparat czy pomóc? Ludzie oglądają zdjęcia reporterskie z różnych wojen, klęsk głodu, slumsów, i... poza chwilową zadumą nad artyzmem i dramaturgią ujęcia, nie ma większej reakcji. Z jednej strony zatem Tochman próbuje wstrząsnąć dzisiejszym widzem, aby uważniej oglądał świat i dostrzegał jego "drugi plan", a z drugiej strony książka dotyka tematu etyki dziennikarskiej, szuka granic, których nie wolno przekraczać...



Kilka lat temu świat obiegło zdjęcie dziecka z Sudanu autorstwa Kevina Cartera. Już sama historia życia fotografa jest niezwykle dramatyczna i skłania do refleksji. Tak na marginesie, muszę się w nią zagłębić, zaintrygowało mnie jego życie i śmierć... Jest w nim wiele odcieni szarości... Ale to innym razem... Wróćmy do zdjęcia...



"Losu ani na­zwi­ska dziec­ka z Su­da­nu nie zna­my. Wie­my je­dy­nie, jak wy­glą­da­ła tam­ta chwi­la: fo­to­graf dłu­go cze­kał na atak sępa. Wiel­kie roz­po­star­te skrzy­dła nad wą­tlut­kim cia­łem – tak to so­bie wy­obra­ził. Efek­tow­nie, dra­ma­tycz­nie. Ale się tego nie do­cze­kał. Zro­bił więc zdję­cie sępa w bez­ru­chu. Świet­nie wy­szło. I od­go­nił go. Tak twier­dził. A in­nym ra­zem mó­wił, że tyl­ko usiadł i pła­kał. Tak czy in­a­czej dziew­czyn­ce nie po­mógł. Swo­je tro­feum opu­bli­ko­wał w „The New York Ti­mes” i do­stał Na­gro­dę Pu­lit­ze­ra. Ja­kiś czas po­tem po­peł­nił sa­mo­bój­stwo. Dziś jest ido­lem tych, któ­rzy fo­to­gra­fu­ją, ale nie ro­zu­mie­ją, co wi­dzą. (...) A spró­buj­my z jego opi­nią po­dy­sku­to­wać, od­waż­my się za­py­tać o dziew­czyn­kę z sę­pem, upo­mnieć się o to ano­ni­mo­we afry­kań­skie dziec­ko, do­cie­kać, jak mia­ło na imię. Pa­pa­raz­zi śmier­ci i ich wiel­ko­miej­scy wiel­bi­cie­le na­tych­miast pod­nio­są wrzask: nie ro­zu­mie­cie ję­zy­ka fo­to­gra­fii! In­te­re­su­je ich fo­to­gra­fia dziec­ka z sę­pem, nie dziec­ko. (...) Męka, strach, upokorzenie. Im częściej i dłużej na to patrzymy, tym ludzkie cierpienie mniej nas porusza. Kto odpowiada za tę perwersyjną przemianę? Czy i do kogo mieć o nią pretensje? Fotografowie odrzucają odpowiedzialność. Odpowiedzialne jest spojrzenie, czy raczej oko, które przetwarza wszystko, na co patrzy. Oko widza. Ale wcześniej oko fotografa, oko obiektywu. Fotograf jest niewinny?"


Książka Wojciecha Tochmana to nie tylko świetny reportaż o prawdziwych Filipinach, nie tych znanych z folderów biur turystycznych, ale obraz slamsów Manilii. "Eli, Eli" to niezwykłe połączenie obrazu i tekstu. Myślę tu o zdjęciach  Grzegorza Wełnickiego, to one są główną osią reportażu.  Jedno zdjęcie, jedna historia, wiele pozostawionych czytelnikowi myśli... Autor nie pozostawia zdjęć bez towarzyszącej im historii. Każdy bohater zasługuje na opowieść, często dramatyczną, trudną i niewygodną dla czytelnika. Wdziera się ona do naszej świadomości i drąży jej wrażliwe zakamarki. To odziera nas ze skorupy nieczułości i dystansu. Ani fotograf, ani tym bardziej reporter nie pozwala szybko zapomnieć o zdjęciu, jak to ma miejsce, gdy tylko oglądamy albumy, nic prócz zdjęć, żadnego komentarza, żadnej ludzkiej twarzy, żadnego imienia. Tutaj nie uciekniemy przed ludźmi z fotografii, nie pozwolą nam przejść obojętnie, musimy je wysłuchać, dopiero potem możemy zdecydować, co zrobić... Nawet jeżeli zamkniemy książkę, zmieni się coś w nas... Czasem tylko i aż tyle wystarczy, tylko i aż tyle oczekują od nas bohaterzy zdjęć...


Kim są więc ludzie ze zdjęć? Przytoczę tylko kilka obrazów...
Poznajemy Edwina N. przewodnika, który zachodnim turystom pokazuje prawdziwe oblicze miasta "True Manila". Dziecko slumsów, dziś ojciec rodziny, zarabia pieniądze dając możliwość bogatym turystom zrobienia zdjęć biedy. Czy miał wyrzuty sumienia? Oczywiście, ale życie jest tu ciężkie. Jedyne, co może zrobić dla nędzarzy, to...  jedzenie, które przygotowuje w domu i daje turystom, aby zapłacili nim za zdjęcie fotografowanym ludziom. Ale to też ułuda, turysty nie obchodzi dziecko, każdy chce zrobić jak najlepsze zdjęcie biednego dziecka, nikt nie chce wysłuchać jego historii... Każdy chce zrobić sobie zdjęcie z biednym dzieckiem na rękach, nikt nie zapyta o jego imię... Ale turysta jest wybredny, jeśli trafia się chata z brezentu a w niej jeden telewizor na całą dzielnicę, turysta nie chce zdjęcia, jest zdegustowany, że jest telewizor, lodówka, wiatrak... Edwin szuka zatem ujęć bez "luksusów"... Po zdjęciach pora wracać do hotelu, wypić zimne piwo i wrócić do swojego świata. Ach, jeszcze tylko trzeba koniecznie zamieścić zdjęcia z ikonką "Lubię to" i można się już wzruszać...Co turysta może fotografować? Dzieci mieszkające na cmentarzach, ludzi pracujących za złotówkę, choroby, bo szpital daleko, a lekarstwa zbyt drogie. Turysta zobaczy dzieci porzucone na ulicy, porachunki gangów, bezsilność i śmierć. Pozna życie w slamsach, prawdziwy Onyx... Wszystko wyreżyserowane, bo turysta nie dotknie prawdziwych slamsów, od tego świata oddziela do szkło obiektywu aparatu, bariera ochronna. Czytelnik natomiast ma możliwość rozmowy z bohaterami zdjęć, poczuje ich strach, nadzieję, może nawet otworzy swoje serce... Czytelnik bowiem nie ma w dłoniach aparatu, może zatem usiąść obok dziecka i wsłuchać, co ma do powiedzenia...


To tylko kilka migawek z książki. Autor opowiada zatem o kraju, ludziach i ani na chwilę nie pozostawia nas samych z naszym poczuciem taniej empatii. Książka prowokuje do dyskusji, wstrząsa tych wszystkich, którzy nie dostrzegają świata w jego wszystkich odcieniach, drażni turystów na luksusowych plażach, daje nadzieję tym, którzy chcą poznać imiona bezimiennych... I jeszcze jedno, wreszcie prócz bułki za zdjęcie, bohaterowie mogą przemówić... tego chcą najbardziej... I to Trochman im daje... A my? Cóż, następnym razem, gdy chcesz zrobić zdjęcie, zastanów się kim jest ta osoba, jak ma na imię i poznaj jej historię. Dopiero później będziesz miał prawo zrobić zdjęcie. Może ono coś zmieni...










Anna M.



LINKI



strona Grzegorza Wełnickiego

strona Wojciecha Tochmana

Wrzenie Świata

Project PEARLS

Positive Action Foundation



Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził, miej odwagę zabrać głos w dyskusji.
 Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)



2 komentarze:

  1. Słynne zdjęcie Kevina Cartera obiegło cały świat dając sławę fotografowi, ale jednocześnie przyczyniło się do tragedii - autor zdjęcia rok po otrzymaniu nagrody Pulizera popełnił samobójstwo. Polecam książkę "Bractwo Bang Bang", w której mowa o tej odpowiedzialności osoby, która wykonuje fotografię i tego jak polowanie na atrakcyjny temat, wpływa na życie reportera.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie trochę poczytałam o Carterze i chciałabym rozwinąć ten temat...

      Usuń

Recent Posts