30 lipca 2014

"Przygody Lorda Ślizgacza" Bruce Dickinson





Ha, ha, ha... Tak musi się zacząć mój dzisiejszy post. Od lat lubię Bruca Dickinsona jako wokalistę Iron Maiden. Pierwszy raz słuchałam ich u Kasi w domu, miałam 16 lat i cały świat zawirował. Potem dopiero dowiedziałam się co to za muzyka, kto to śpiewa i że niczego innego już nie chcę słuchać. Miłość do rocka i metalu przetrwała przez te wszystkie lata, tylko moi ulubieńcy się troszkę zestarzeli (bo ja oczywiście wcale:). Ale jest nadzieja, są już nowi szaleńcy! Wracając do Dickinsona, oczywiście jako nastolatka zakochałam się w jego buntowniczej naturze i ... długich włosach, podobnie jak w Bon Jovim, Ozzym Osbourne.. Potem byli jeszcze m.in. Timo Kotipelto, Ville Valo, Bono i Eddie Vedder. Cóż, słuchałam wielu podobnych muzyków (z rodzimych choćby Artur Gadowski). Nawet studia teologiczne nie zmieniły mojej miłości do tego typu muzyki, a mój chłopak miał długie włosy i słuchał Jima Morrisona. Dużo się zmieniło w moim życiu od czasów szalonej młodości, pracuję w poważnej instytucji, płacę rachunki, próbuję związać koniec z końcem... Jedno się nie zmieniło, nadal z sentymentem włączam płyty, zakładam słuchawki i nadal czuję ten dreszcz prawdziwej muzyki, emocji i buntu, a nie tandetnego popowego plastiku. 




Dlaczego Bruce Dickinson? Ma niewyobrażalne poczucie humoru, i wbrew stereotypom, jest inteligentny. Lubię jego głos, a piosenki Iron Maiden mają to "coś" i nie zmieniło się to od lat. Cenię go za jeszcze jedną rzecz, bardzo mi bliską, Bruce wymyka się wszelkim stereotypom i zaszufladkowaniu. Świat zna go jako jednego z najlepszych wokalistów, frontmana heavymetalowej grupy Iron Maiden. Szalony, nieobliczalny, nieziemski głos i charyzma (przemilczając oczywiście wady - po co skupiać się na czymś, co posiada każdy). Ale jest też druga strona Bruca. Cóż, na co dzień mąż, ojciec, czasem pisarz, czasem aktor, przede wszystkim jednak... pilot! Tak, tak, Dickinson pracuje jako pilot Boeinga 757 w brytyjskich liniach lotniczych Astraeus Airlines. Hmm, z takim pilotem mogłabym latać codziennie ;)







Nie mogłam się oczywiście powstrzymać i sięgnęłam po książkę Bruca Dickinsona "Przygody Lorda Ślizgacza" Zabawna okładka i pozornie dziecinny tytuł nie powinny Was zmylić, to zdecydowanie książka NIE dla dzieci, z dużym akcentem na NIE. Nie jest to też chyba książka dla dorosłych, tych normalnych... cokolwiek to znaczy... Coś w tej okładce nie pasuje! Tak, czcionka stylizowana na Iron Maiden i wszystko jasne, to pozycja przeznaczona dla fanów zespołu, jego muzyki i tego wszystkiego, co ze sobą ona niesie. Powiem tak, dla zagorzałych i bezkompromisowych fanów Dickinsona. Ja do nich zdecydowanie nie należę, ale dzielnie brnęłam przez kolejne strony, aż do momentu, gdy powiedziałam sobie "dosyć, poddaję się".




Bruce napisał:

"Książka ta powstała w rozmaitych pokojach hotelowych w całej Europie w roku 1987. Skończona została w maju w Tokio. Wszystkim kierownikom hoteli, którzy z życzliwością dostarczali stosów hotelowej papeterii osobliwemu, długowłosemu mężczyźnie o czwartej nad ranem - wielkie dzięki".



Cóż powiem tak, nie wiem, ile Bruce wypił alkoholu, albo czegoś innego, że w jego głowie powstało coś takiego i nie wiem, ile trzeba wypić, żeby przetrwać do końca lekturę. A ponieważ jestem abstynentką, niestety nie dałam rady przebrnąć przez to "wiekopomne dzieło". Jeśli ktoś myśli ze "Pięćdziesiąt twarzy Greya" jest wulgarne, nie czytał jeszcze "Przygód lorda..." Dobra, podobał mi się czarny humor rodem z Monty Pythona, cudnie, że pojawił się Eddie - "maskotka" Maidenów, ale cała reszta nadaje się do zamkniętego zakładu doktora Freuda... Sorry Bruce, kocham jak śpiewasz, ale proszę nie pisz już nic więcej :)




Dla równowagi i jako odtrutkę włączam piosenkę "Tears of The Dragon" i staram się zapomnieć o książce. 



Anna M.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recent Posts