29 sierpnia 2014

"Chris o Poranku: Miłość, życie i karma Enchilady" Louis Chunovic






"Być może Joel Fleichman jest jedynym dyplomowanym lekarzem w małym miasteczku Cicely na Alasce, ale prawdziwym uzdrowicielem jest tam pewien, czasami nieco za bardzo włochaty miejscowy disc jockey i największy luzak w okolicy, niejaki Chris Stevens. Wiernym słuchaczom rozgłośni K-BEAR rozproszonym na całym obszarze okręgu Arrowhead na Alasce, facet ten znany jest jako Chris-o-Poranku".




Lata 90-te i ukochany serial "Przystanek Alaska". Przez lata nasiąkałam filozofią mieszkańców Cicely, patrzyłam na świat z ich dość oryginalnej perspektywy i odbywałam duchowe pielgrzymki za reniferem. Bliscy mi byli (i nadal są) wszyscy mieszkańcy tego małego miasteczka, ale bratnią duszą od zawsze i na zawsze jest Chris Stevens. Jego wolny duch i filozofia życia wpłynęły na moje postrzeganie siebie i innych, słuchając jego audycji w radiu odnalazłam własne "ja" i stworzyłam hierarchię moich priorytetów.  



"Chris potrafi zapędzić się o wiele dalej niż każdy z nas, ale potrafi też do nas wrócić, zawsze przynosząc ze sobą coś ciekawego".



Chris zawsze był wizjonerem, twórcą idei, tym, który nie bał się wprowadzać je w czyn. Nie można go do końca przeniknąć i zrozumieć. To artysta pochłonięty pasją, która dla przeciętnego widza może być mroczną destrukcją. Miłośnicy serialu z pewnością pamiętają jego pomysł wystrzelenia z katapulty fortepianu. Oglądając tylko ten jeden odcinek można uznać go za szaleńca, bluźniercę, ale ci, którzy znają Chrisa wiedzą, że to wyraz jego bezgranicznej miłości do muzyki. To książki i muzyka ukształtowały jego charakter i wyrwały z paszczy zła, by przez rożne koleje życia doprowadzić do spełnienia w sennym miasteczku na końcu świata. 









Dla Chrisa nie istniały rzeczy niemożliwe, rozmawiał z duchami Indian, a pocałunek Meggie przywrócił mu utracony głos. Był lokalnym playboyem, filozofem, doradczą, szamanem, a gdy trzeba było również pastorem (po korespondencyjnym kursie). Wierzył, że sny są pocztówkami wysyłanymi przez naszą podświadomość, a świat składa się z tego materialnego i duchowego, z tym, że ten duchowy jest rzeczywistym. Chris znał życie, jak nikt inny, doświadczył opuszczenia, biedy, lęku o życie i pustki istnienia. Chodził po granicach  rzeczywistości i snu. Mieszkał nago w jaskini gdzieś w Meksyku, zaczytywał się w książkach, poszukiwał siebie. Zrozumiał, że wolność jest zadaniem na całe życie, gdy odsiadywał wyrok za kradzież samochodu. Niepokorny outsider... Gdy znalazł odpowiedź na pytanie o sens życia, postanowił nie marnować ani jednej chwili więcej niż to, co już stracił. 



"<<W połowie tej podróży zwanej życiem znalazłem się w ciemnym lesie zagubiony na bezludziu. Boże, jakże trudno jest wyjść z tego dzikiego, gęstego i niebezpiecznego lasu, na samą myśl o którym ciągle nadstawiałem uszu. Jest to tak gorzki orzech do zgryzienia, że nawet śmierć nie wydaje się być dużo gorsza>> To z Dantego, który również ciężko przeżywał kryzys wieku średniego. I pomyśleć, że było to w XIV weku, a 600 lat później ciągle musimy przez to przechodzić. To właśnie w połowie naszego ziemskiego żywota, naszego continuum, gdy nasze życie jest w delikatnej i bardzo kruchej równowadze i gdy oglądając się za siebie widzimy, jak daleko zaszliśmy, wtedy dochodzi do nas, że nasza przeszłość nie jest jakimś tam śladem w gęstej kniei, ale jaśnieje niczym ogromny ocean, a na niej niczym maleńkie punkciki, jak małe okręty unoszą się nasze przeżycia zupełnie czasem pochłaniane prze to ogromne morze. <<Nel mezzo del cammin di nostra vita mi retrovai per una selva oscura che la dirritta via era smarita>>. Wznoszę toast na cześć mego kryzysu wieku średniego, przezywanego gdy miałem zaledwie lat 22, owego pamiętnego roku. Morze zapomnienia, niepowodzeń i zupełnego zaślepienia. jak by na to nie patrzeć, moi grodzy przyjaciele, to był najlepszy stracony rok mego życia".




Ciekawość była dla Chrisa pierwszym stopniem do piekła, ale nie mógł się powstrzymać przed uczynieniem tego kroku. Za wiedzę trzeba płacić. To błogosławieństwo i przekleństwo człowieka. W jednej chwili można wszystko stracić, bo dzikość ludzkiej natury pcha nas ku nieznanemu. Twierdził, że czasem musi zrobić coś złego, aby poczuć, że żyje. Pewne rzeczy trzeba zostawić w spokoju, nie powinny być osądzane, ponieważ nie posiadamy ich, lecz jesteśmy tylko małą częścią wszechświata.





kultowa scena z fortepianem




Chris, dzięki za wszystko... Mam nadzieję, że nadal tworzysz, piszesz... Gdy pójdę spać, będziesz siedział w radiu i czytał tym, którzy patrzą nocną w niebo w poszukiwaniu swojej gwiazdy północnej. Wiem, że jutro obudzi mnie Twój głos...



"Znacie mnie wszyscy. Zawsze byłem studentem tego życia, nigdy nauczycielem. Raczej gąbką, niż fontanną. (...)  Jest 6:15 rano. Temperatura 48 stopni Fahrenheita w miasteczku Cicely na Alasce, która znajduje się na północnoamerykańskim kontynencie, na planecie zwanej Ziemią. Tu mówi wasz Chris-o-Poranku z rozgłośni KBHR".



Anna M.






27 sierpnia 2014

"U2 o U2" Neil McCormick



 


Książka "U2 o U2"  mnie zawstydza. Dlaczego? Przecież to historia zespołu rockowego, opowieść o czterech nastolatkach, którzy dziś, po czterdziestu latach nadal są na szczytach list przebojów. Wielokrotnie też już pisałam, że kocham muzykę rockową, ale U2 to coś więcej niż muzyka. U2 łączy w sobie rock, pasję, prostotę, humanitaryzm, filozofię życia, religię. U2 to też kontrowersje, gigantyczne pieniądze, luksus i kosztowne koncerty. Jak połączyć te dwa bieguny i jak znaleźć prawdę? 





Napisano wiele książek o U2, gazety na całym świecie rozpisują się ilekroć Bobo zabierze głos, ale jaka jest prawda? Książka McCormicka jest wyjątkowa, autor bowiem oddaje głos chłopakom z zespołu.  Jest to rodzaj wywiadu, ale i czegoś więcej - to spowiedź, wspomnienia, odkrywanie tajemnic, opowieść o zespole, inspiracjach i motywach pisania konkretnych piosenek. U2 opowiada o sobie, ale i mitycznym już świecie rock and rolla, innych zespołach, które wpadały w otchłań używek i dużych pieniędzy. To podróż przez świat muzyki, koncertów, religii, czy pomocy humanitarnej, zmieniającej się filozofii życia, głębszego i ostrzejszego widzenia świata z jego problemami.Książka staje się przewodnikiem, dzięki któremu odnajdziemy drogę poprzez słowa, nuty i myśli.




Bono od lat mnie zawstydza. Nie jest katolikiem, nie jest nawet w pełnym słowa znaczeniu protestantem, jednak jego wiedza o Biblii, religii, jego duchowość i wiara w Boga są czymś, czego ja długo jeszcze się będę uczyła. Widzi więcej, niż przeciętny człowiek, patrzy na świat zza swoich słynnych ciemnych okularów, dostrzega to, co dla mnie wielokrotnie jest zakryte: biedę, niesprawiedliwość społeczną, głóg, dyskryminacje. I można wytykać mu, że żyje ponad stan, opływa w luksusach... Co z tego, skoro jednocześnie przeznacza na pomoc humanitarną więcej pieniędzy, niż większość lansowanych w telewizji "dobroczyńców". Nie należę bynajmniej do "fanatycznych fanek", wolę krytycznie patrzeć na świat i wybierać to, co jest  w nim dobrego i motywującego do rozwoju. Tak też jest w przypadku U2. Wiele rzeczy podziwiam, tyleż samo krytykuję i odrzucam,  zabieram ze sobą w drogę to, co mnie rozwija jako człowieka. Ciągle na nowo idę i odkrywam nowe światy, a Bono nadal mnie zawstydza. Nic na to nie poradzę...


"Wierzyłem i nadal wierzę, że szczerość potrafi odblokować człowieka zarówno na płaszczyźnie twórczej, jak i duchowej. Bycie szczerym względem siebie to najtrudniejsza rzecz na ziemi. (...) I Thew A Brick Through A Window to piosenka o niekochaniu samego siebie. W lustrze widzisz swoje odbicie i masz ochotę je stłuc. Nie mam pojęcia, skąd to się bierze. Staram nie specjalizować się w nienawiści do samego siebie, ale ona i tak wkrada się często. Wina to dla mnie bezsensowne uczucie. Popełniasz błąd, starasz się go naprawić, przepraszasz i idziesz na przód". (s.212)



U2 zafascynowało mnie lata temu, ale dopiero stosunkowo niedawno zaczęłam rozumieć treść i sens ich przesłania dla świata. Każda piosenka powstała jako odpowiedź na konkretne wydarzenie, hołd ważnym osobom, czy wezwanie do pomocy. Wielokrotnie Bono próbował wykrzyczeć prawdę i zwrócić uczy świata na konkretny zepchnięty na margines problem. Dziś słuchając U2 słyszę echo różnych wydarzeń. Kiedy w radiu rozpoznaję głos Bono wiem, że to nie będzie zwykłe pięć minut relaksu, ale kolejna próba wyrwania mnie ze świata fikcji i pustej konsumpcji. Te kilka nut sprawia, że chcę być lepszym człowiekiem...



I na koniec dwie piosenki, które są dla mnie bardzo ważne...



"We can't fall any further if
We can't feel ordinary love
And we cannot reach any higher
If we can't deal with ordinary love"








"In the name of love
What more in the name of love
In the name of love
What more in the name of love

Early morning, April 4
Shot rings out in the Memphis sky
Free at last they’re took your life
They’re could not take your pride"










Anna M.




LINKI

oficjalna strona U2

polska strona fanow U2











24 sierpnia 2014

"Ania z Szumiących Topoli" Lucy Maud Montgomery








"Nocą wszędzie słychać dziwne szepty. Ale gdy nadejdzie Jutro, nie będę się bała niczego..." (s.56)




Wracam do Ani zawsze, kiedy potrzebuje jej pomocy lub chwili zapomnienia. Dziś chcę powrócić do tego beztroskiego momentu, kiedy to po raz pierwszy przekroczyłam próg szkoły jako nauczycielka...  Wszystko było nowe, w głowie miałam mnóstwo pomysłów na zreformowanie oświaty, a w sercu sporo lęku, czy sobie poradzę z tymi małymi łobuzami. Uczyć innych to największa odpowiedzialność i najbardziej szalone wyzwanie. Kocham to robić! Po ośmiu latach pracy nadal mam głowę pełną pomysłów, wiem, że oświaty nie da się zreformować, choć na moim małym poletku nadal próbuję, a lęk zniknął, gdy zobaczyłam uśmiechnięte buzie moich milusińskich. A że w zeszłym roku szkolnym uczyłam czternaście klas, tych uśmiechów było sporo. Potrafiły rozproszyć najciemniejsze chmury... Są takie chwile w życiu nauczyciela, których się nie zapomina. Dla mnie najważniejszą lekcją są odwiedziny byłych uczniów. Oczywiście przeraża mnie to, że oni są już tacy "mali dorośli", bo wtedy czuję się staro. Wiedzą jednak, że zawsze mogą przyjść i zwyczajnie pogadać. Z drugiej strony lubię na nich patrzeć i słuchać, jak radzą sobie w swoim własnym życiu... Jestem z nich dumna, bo mimo wielu problemów  tworzą swoją własną przyszłość.




Niedługo rozpoczyna się nowy rozdział w mojej pracy. Dostałam wychowawstwo :) Już nie mogę się doczekać pierwszych zajęć i tego, co przyniesie "Jutro" :) Zawsze pokrzepiały mnie przygody Ani jako nauczycielki. Niejednokrotnie i mnie spotykały podobne historie... zwłaszcza te zabawne. Uczniowie pękali ze śmiechu, a ja razem z nimi. Grunt to mieć dystans do siebie :) Doskonale zatem rozumiem Anię Shirley. Tylko Gilberta brak...











I na koniec jedna z błyskotliwych myśli, które zawsze powodują uśmiech na mojej twarzy: "nawet jeśli nie jesteś całkowicie szczęśliwa, wychodząc za mąż, to jest wysoce prawdopodobne, że bardziej nieszczęśliwa już nie będziesz" (s.165).


A co mają powiedzieć stare panny??? No słucham???



Anna M.






23 sierpnia 2014

"Książka kucharska Ani z Zielonego Wzgórza" Kate Macdonald Buttler



 

"No, no, dość już tych niemądrych pieszczot. Wolałabym, abyś lepiej wypełniała moje polecenia. Co się tyczy gotowania, mam zamiar zacząć cię uczyć tego w najbliższych dniach. Ale jesteś tak roztrzepana, Aniu, że chciałabym, byś się trochę ustatkowała i nauczyła cierpliwości, zanim zacznę naukę. Stojąc przy kuchni, musisz mieć uwagę skupioną, a nie wpadać w zamyślenie nad cudami przyrody" (Ania z Zielonego Wzgórza")





Kochani, nie mogłam się powstrzymać. Upiekłam ciasteczka na podwieczorek! Wiem, wiem, jestem na diecie, ale domowe wypieki są bez konserwantów, barwników i... cóż... tak jakoś potrzebowałam czegoś słodkiego! Jak mawiała Ania - jutro będzie wolne od błędów :)


Wzięłam do ręki "Książkę kucharską Ani z Zielonego Wzgórza" Kate Macdonald Buttler. Autorka jest wnuczką Lucy Maud Montgomery i z pewnością się zna na kanadyjskiej kuchni przełomu XIX i XX wieku.



"Dzięki Maryli - Ania nauczyła się gotować. Nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś i ty poszła w jej ślady. Wszystkie przepisy w KSIĄŻCE KUCHARSKIEJ ANI Z ZIELONEGO WZGÓRZA powstały na podstawie wyjątków z kilku powieści Lucy Maud Montgomery o rudowłosej Ani. Jeśli uważnie przeczytasz te fragmenty, a potem postarasz się zastosować do wszystkich wskazówek, będziesz mogła uraczyć siebie, przyjaciół lub rodzinę znakomitymi przysmakami. Pamiętaj jednak o radach Maryli: bądź cierpliwa, myśl o tym, co robisz" (od Autorki)


Zatem do dzieła!
Wybrałam przepis na Rubinowe ciasteczka do popołudniowej herbaty :)



Skopiowałam przepis i marsz do kuchni!





Mała myśl z książki - tak dla mobilizacji :)




"Obie panie zasiadły wygodnie w bawialni, a Ania zajęła się przygotowywaniem herbaty i ciasteczek, tak kruchych i pysznych, że mogły wytrzymać krytykę nawet pani Małgorzaty" ("Ania z Zielonego Wzgórza")







Jeśli udałoby mi się upiec takie ciasteczka, byłabym dumna z siebie, w końcu Małgorzata Linde to nie byle kto!  Moją relację postanowiłam uwiecznić dla potomnych i nie niedowiarków.





 PRODUKTY
2 szklanki przesianej mąki (500 ml)
4 łyżeczki do herbaty proszku
do pieczenia (20 m l )
2 łyżki stołowe cukru (30 ml)
1/2 łyżeczki do herbaty soli
(2 1/2 ml)
1/2 kostki lub kubeczka masła
roślinnego (125 g)
3/4 szklanki mleka (ok. 180 m l )
1/2 szklanki czerwonego dżemu
lub galaretki (125 m l )






"Przesiej mąkę. Wsyp do dużej miski.
Dodaj proszek do pieczenia
i cukier. Wymieszaj widelcem".




"Wlej mleko i mieszaj wszystko widelcem
tak długo, aż ciasto da się
uformować w miękką kulę".









"Połóż kulę z ciasta na stolnicy posypanej
mąką, zagniataj 12 razy"




"Posyp mąką wałek do ciasta i rozwałkuj
ciasto do grubości 5 mm".




Dużą foremką powycinaj krążki
z ciasta, jeden obok drugiego. (...) Małą foremką wytnij środki w pozostałych
krążkach. Powstałe w ten sposób pierścienie ułóż szpatułką
na krążkach leżących na blasze





Moi Drodzy, zabawa w kuchni była przednia. Ciasteczka piekły się 20 min.  Zrobiłam sobie ciepłe mleko, otworzyłam okno, wzięłam książkę i podwieczorek gotowy!













No dobrze, zatem uciekam.. Zamykam komputer i przenoszę się do Avonlea, a właściwie do Złotego Brzegu, bo czytam już VI tom.


Anna M.


P.S.  Jeszcze zupełnie na koniec coś zabawnego, ale jakże prawdziwego: "Właśnie dziś rano Ania zawyrokowała: <<Jeśli wejdziesz do swego pokoju nawet o północy, zaryglujesz drzwi, pospuszczasz rolety i kichniesz, to z pewnością nazajutrz pani Linde zapyta cię o twój katar>>" ("Ania z Avonlea")




20 sierpnia 2014

"Prześladowani. Przemoc wobec chrześcijan" Lela Gilbert, Paul Marshall, Nina Shea





Art. 53 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej:
 
1. Każdemu zapewnia się wolność sumienia i religii.

2. Wolność religii obejmuje wolność wyznawania lub przyjmowania religii według własnego wyboru oraz uzewnętrzniania indywidualnie lub z innymi, publicznie lub prywatnie, swojej religii przez uprawianie kultu, modlitwę, uczestniczenie w obrzędach, praktykowanie i nauczanie. Wolność religii obejmuje także posiadanie świątyń i innych miejsc kultu w zależności od potrzeb ludzi wierzących oraz prawo osób do korzystania z pomocy religijnej tam, gdzie się znajdują.

3. Rodzice mają prawo do zapewnienia dzieciom wychowania i nauczania moralnego i religijnego zgodnie ze swoimi przekonaniami. Przepis art. 48 ust. 1 stosuje się odpowiednio.

4. Religia kościoła lub innego związku wyznaniowego o uregulowanej sytuacji prawnej może być przedmiotem nauczania w szkole, przy czym nie może być naruszona wolność sumienia i religii innych osób.

5. Wolność uzewnętrzniania religii może być ograniczona jedynie w drodze ustawy i tylko wtedy, gdy jest to konieczne do ochrony bezpieczeństwa państwa, porządku publicznego, zdrowia, moralności lub wolności i praw innych osób.

6. Nikt nie może być zmuszany do uczestniczenia ani do nieuczestniczenia w praktykach religijnych.

7. Nikt nie może być obowiązany przez organy władzy publicznej do ujawnienia swojego światopoglądu, przekonań religijnych lub wyznania.




Tyle stanowi prawo, jak jest z jego przestrzeganiem wiemy sami. Myślę tu o każdej religii, dobrze wiemy, jak trudno w naszym kraju żyje się niechrześcijanom....  Na świecie jest już znacznie gorzej...







mapa pochodzi z książki



Książka "Prześladowani. Przemoc wobec chrześcijan" to swoiste kompendium wiedzy o prześladowaniach. Każdy chrześcijanin powinien ją przeczytać, aby wiedzieć, że Kościół to coś więcej, niż nasze lokalne spory, którego radia słuchać, albo co jakiś ksiądz powiedział i z kim się nie zgadza. Niechrześcijanie również powinni zapoznać się z tą pozycją, aby nie zaciemniać obrazu tezami, że Kościół żyje jak pączek w maśle. Nie wszędzie! Dramatyczna sytuacja uczniów Jezusa, która wyłania się z kart książki jest doskonale udokumentowana z podaniem kontekstu i przyczyn owych zagrożeń. Autorzy to nie pobożne panie z "Kółka różańcowego" lamentujące, że inni się z nich śmieją. Paul Marshall jest bowiem wykładowcą Center for Religious Fredom w Hudson Institute (Waszyngton) i autorem ponad dwudziestu nagrodzonych książek. W swojej pracy zajmuje się stosunkami międzynarodowymi i radykalnym islamem. Lela Gilbert, adiunkt w tym samym instytucie, na co dzień współpracuje m.in. z "Jerusalem Post" i "National Review Online". Mieszka w Kalifornii i w Jerozolimie. Natomiast Nina Shea od lat zajmuje się prawami człowieka na płaszczyźnie międzynarodowej. W latach 1999-2-12 była członkiem Komisji ds. Międzynarodowej Wolności Religijnej przy Kongresie Stanów Zjednoczonych. Była też delegatem ONZ zajmującym się prawami człowieka. Tyle o autorach. A o czym jest sama książka?



W 2013 roku stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie opublikowało raport "Prześladowani i Zapomniani", z którego wynika, że w 2012 r. 105 tysięcy chrześcijan straciło życie tylko z powodu wiary w Jezusa, a 200 milionów żyje w krajach, gdzie nie wolno im swobodnie wyznawać swojej wiary. Wśród przyczyn takiego stanu rzeczy znalazły się: islam wojujący, radykalny hinduizm i buddyzm czy dyktatorskie reżimy. Autorzy omawiają prześladowania chrześcijan pod kątem politycznym, socjalnym, religijnym i co niezmiernie ważne, zarówno globalnym, jak i przedstawiają  historie wielu ofiar.



Ja chciałabym dziś zwrócić uwagę przede wszystkim na prześladowania w Iraku. W ostatnich dniach dochodzą stamtąd wstrząsające informacje. Książka pomoże z pewnością w zrozumieniu przyczyn takiego stanu rzeczy, które media albo pomijają, albo bagatelizują...


"Kościół w Iraku znajduje się w stanie kryzysu z powodu trwających od dziesięciu lat brutalnych prześladowań. Obalenie rządów dyktatorskich Saddama Husajna oraz świeckiej partii Baas (Partii Odrodzenia Arabskiego) rozpętało bezwzględna kampanię czystek religijnych skierowanym przeciwko starożytnym wspólnotom chrześcijańskim w Iraku. (...) Od roku 2003 az dwie trzecie z około 1,5 miliona irakijskich chrześcijan wyznania chaldejskiego i ormiańskiego Kościoła prawosławnego, jak również część protestantów uciekła do Syrii, Jordanii oraz innych, bardziej odległych miejsc". (s.266)


Irak od lat jest pogrążony w chaosie. Światowe media dopiero dziś wspominają o krwawych prześladowaniach. Tymczasem jednym z najbardziej brutalnych aktów przemocy był atak na katedrę w Bagdadzie  (31 października 2010 r.). Islamscy terroryści podczas Mszy świętej zastrzelili 58 osób i ranili co najmniej 60 innych. Dziś kraj nadal spływa krwią ofiar, teraz potrzebna jest natychmiastowa pomoc.




http://www.gpch.pl/irak


Więcej na temat aktualnej sytuacji w Iraku przeczytasz tutaj.




Anna M.




LINKI

Głos Prześladowanych Chrześcijan - organizacja pozarządowa



eioba



NOTKA O KSIĄŻCE

tytuł oryginału:    Persecuted: The Global Assault on Christians
wydawnictwo:    Święty Wojciech
data wydania:     2014
liczba stron:        416

moja ocena  6/6










Serdecznie dziękuję za możliwość przedpremierowego przeczytania powieści 
Wydawnictwu Święty Wojciech





16 sierpnia 2014

"Ania z Avonlea" Lucy Maud Montgomery







Ania Shirley to moja najlepsza przyjaciółka! Wracam do niej zawsze, gdy jest mi smutno, kiedy potrzebuję porady, wsparcia, albo kiedy chcę porozmawiać z kimś od serca... Teraz bardzo jej potrzebuję, czytam, oglądam filmy, gotuję jej ulubione potrawy. Czyste szaleństwo!





Drugi tom opowieści o Ani jest moim ulubionym. Ania ma szesnaście lat i zostaje nauczycielką w rodzinnym Avonlea. Mieszka nadal na Zielonym Wzgórzu, przyjaźni się z Gilbertem, snuje plany na przyszłość. Jej romantyczne ideały zderzają się z prozą pracy w szkole. Ania Shirley jest doskonałą nauczycielką, ma wrodzony dar rozumienia dzieci. W czasach, gdy bicie dzieci było normą, Ania postanowiła z nimi rozmawiać. Czy da to zamierzone rezultaty? Nawet Gilbert jest sceptyczny względem nowinek pedagogicznych stosowanych przez drogą jego sercu przyjaciółkę.



"Zatrzymam go po lekcjach i przemówię doń łagodnie a stanowczo -
odpowiedziała Ania. - W każdej istocie tkwią zarodki  dobrego, trzeba tylko umieć je znaleźć. Obowiązkiem nauczyciela jest odszukać je i rozwinąć. (...) Dodatni wpływ na dziecko jest ważniejszy niż nauczenie go abecadła. 
- Ale pamiętaj, że inspektor egzaminuje je właśnie z abecadła i ty dostaniesz złą ocenę, jeśli klasa się nie opisze - protestowała Jane.
- Wolę, by uczniowie kochali mnie i po latach wspominali, że byłam im pomocą, niż żeby inspektor umieścił moje nazwisko na liście honorowej - upierała się Ania" (s.34)



Hmmm, piękny ideał, ale już pierwszego dnia sprawy się komplikują.  Dzieci są niegrzeczne, Ania bezsilna, świat nagle wpada w otchłań rozpaczy... Ania czuje, że jest beznadziejnym nauczycielem, nic nie idzie po jej myśli, a do domu wraca z płaczem. Skąd ja to znam... ;) To nie jest takie proste... Dzieci są cudne, a bycie nauczycielem to najlepsza rzecz pod słońcem, ale codzienność to często walka z wiatrakami. Godzina po godzinie poświęcasz czas i energię, a efekty widać często dopiero po latach.



"Po skończonych lekcjach i rozejściu się dzieci Ania znużona osunęła się na krzesło. Głowa ją bolała, czuła się zmęczona i zniechęcona. (...)
- No i jak ci się powiodło? - pytała Maryla niecierpliwie.
- Spytaj mnie o to za miesiąc, wtedy zdołam ci odpowiedzieć. Dzisiaj nie mogę - sama nie wiem. Czuję, że mąci mi się w głowie. Jedyne, czego jestem pewna, to to, że nauczyłam małego Wrighta, iż A jest A. Nigdy dotąd nie wiedział o tym". (s.44)


Podręczniki i programy, rady pedagogiczne, dyżury i tzw. "papierologia" - przez te wszystkie rzeczy trzeba przebrnąć, ale warto! Kilka razy już (a uczę od ośmiu lat) zdarzyło mi się zauważyć efekty mojej pracy. To wstrząsające doświadczenie i polecam każdemu zniechęconemu nauczycielowi. Nic nie może się mu równać, jest jak huragan, w jednej małej chwili widzisz, że to, co robisz ma sens, nawet gdyby to było tylko jedno nareszcie poprawnie napisane zdanie przez twojego ucznia... Trzeba tylko, albo aż, trochę cierpliwości i odwagi. Czasem jestem zmęczona i zrezygnowana, czasem tryskam energią i mogłabym góry przenosić, ale zawsze chcę, aby moje dzieciaki rozwijały się i poznawały świat. Dorosłość jest co prawda zupełnie inna nic moje dziecięce zabawy w panią nauczycielkę, ale jak mawia mój kolega: "co nas nie zabije, to nas wzmocni". Za to też kocham Anię Shirley. Z jednej strony jest odważna, mądra, odpowiedzialna i zawsze potrafi się znaleźć w trudnej sytuacji. Ma wrodzony instynkt pedagogiczny (wychowała trzy pary bliźniąt) i potrafi walczyć o każde dziecko (nawet o Antosia Pye). Z drugiej strony sama w duszy jest dzieckiem, nie boi się marzyć i kochać świat wyobraźni. Dla niej nie ma rzeczy niemożliwych do zrobienia, trzeba tylko znaleźć odpowiedni sposób....





"- (...) Pracowałaś ciężko cały ubiegły rok, ale miałaś też świetne rezultaty.
- O, niezupełnie. Często nie mogłam osiągnąć swego celu. Nie wszystko, co sobie postanowiłam, przystępując do pracy na jesieni, udało mi się przeprowadzić. Nie dorosłam do moich ideałów.
- To się niejednemu z nas zdarza - odpowiedziała pani Alllan z westchnieniem - ale wiesz przecież: "niski cel, nie zaś niepowodzenie jest przestępstwem". Musimy dążyć do ideału, choćbyśmy nigdy nie mieli go osiągnąć. Życie bez ideały byłoby marną wegetacją, z nim zaś jest piękne i wzniosłe. Wytrwaj przy swoim ideale, Aniu.
- Postaram się. Ale zarzuciłam już niejedną z moich teorii - odpowiedziała Ania z bladym uśmiechem. - Zabierając się do pracy nauczycielskiej, przygotowałam sobie najpiękniejszy ich zbiór. Lecz rozwiewały się jedna za drugą". (s.137)



A... i lubię jej poczucie humoru. W każdej sytuacji można znaleźć pozytywne strony. Nawet, gdy klasa jest niegrzeczna, dzieci doprowadzają do rozpaczy, a świat jest szary i ponury. Zdarzają się małe radości, każdy nauczyciel je ma: wystarczy, że ktoś nie przyjdzie do szkoły, odwołają radę, albo klasa wyjdzie na wycieczkę :)



"Pewnego listopadowego popołudnia, wracając ze szkoły do domu Ścieżką Brzóz, Ania znowu poczuła radość płynącą ze świadomości, że życie jest piękne. Przeżyła dziś miły dzień - w jej małym królestwie wszystko obyło się jak najpomyślniej. Arystokratyczne imię Saint-Claira Donnella nie dało powodu do żadnej bójki między nim a kolegami. Priscilla Rogerson, z buzią spuchnięta i skrzywioną od bólu zęba, nie miała ochoty kokietować swoich sąsiadów. Basi Shaw zdarzyło się tylko jedno nieszczęście - rozlała kubek wody na podłogę; Antoś Pye zaś wcale do szkoły nie przyszedł". (s.81)




Na koniec jeszcze jeden bliski memu sercu cytat z książki. Kiedyś chciałabym być taka nauczycielką, jak Ania Shirley... 






"Przez dwa lata pracowała poważnie i sumiennie, popełniając wiele omyłek, lecz ucząc się także dzięki nim. Otrzymała też nagrodę - nauczyła swoich uczniów niejednego, ale czuła, że oni nauczyli ją jeszcze więcej: łagodności, panowania nad sobą, znajomości dusz dziecięcych". (s.258)




Anna M.
Niestety nie Shirley....


P.S. Kończą się wakacje i pora rozpocząć nowy, całkiem nowy, rok szkolny. To będzie rok ciężkiej pracy, nauki i wielu zmian... Ale o tym napisze innym razem, kiedy wszystko ostatecznie się ułoży... Och, właśnie dlatego wróciłam do tej części powieści Lucy Maud Montgomery...







15 sierpnia 2014

"Ania z Zielonego Wzgórza" Lucy Maud Montgomery





"Czy to nie wspaniałe, że jest tyle interesujących rzeczy do wyjaśnienia? Dlatego cieszę się, że żyję - świat jest przecież taki ciekawy. Nawet w połowie nie byłby tak interesujący, gdybyśmy wiedzieli o nim wszystko, prawda? Nie zostałoby wówczas miejsca dla wyobraźni, no nie?" (s. 25)



Stało się - pojechałam na pierwsze od lat wakacje! Wybrałam mój kochany Kraków, a potem koleżanka zrobiła mi miłą niespodziankę i pojechałyśmy w góry!!! Wyprawa życia - dosłownie, bo z Poznania do Krakowa pociąg jedzie aż 9 godz (absurd), a mój dodatkowo miał 1,5 godz. opóźnienia (parafrazując klasyka "sorry, takie mamy PKP")....  Zabrałam zatem ze sobą mojego Kindelka, a do walizki wrzuciłam "Anię z Zielonego Wzgórza", zwyczajnie lubię mieć przy sobie jakąś "papierową" książkę. Nie myliłam się, przeczytałam aż 4 tomy przygód Ani - większość w pociągu, trochę na szlaku, resztę nocami...




Od zawsze kochałam Anię, może dlatego, że sama mam tak na imię, a to przecież "takie mało romantyczne, zwyczajne imię" (s. 38). Mój domek też chwilami przypominał Zielone Wzgórze, a w dzieciństwie byłam przekonana, że inne dziewczynki są ładniejsze, nie dlatego, ze miałam rude włosy, ale dlatego, że byłam grubiutka... I czekałam (hmmm nadal czekam) na Gilberta... Od zawsze też miałam problem z gadulstwem, ale cóż, "jeżeli się zawezmę, mogę milczeć jak głaz, aczkolwiek przyjdzie mi to z trudnością" (s. 25). Pamiętam również, że w każdą niedzielę siadałam przed telewizorem i z wypiekami na twarzy śledziłam losy mieszkańców Avonlea. Co to były za czasy... I choć filmowa wersja kolejnych tomów książki jest daleka od samej powieści, to jednak Ania grana przez Megan Follows jest moim ideałem, że nie wspomnę już o Jonathanie Crombie...



Do dziś bliskie mi są określenia: "pokrewna dusza", "życie to cmentarzysko nadziei", "otchłań rozpaczy", czy kultowe już "jak mawia Małgorzata Linde..." Świat bez Ani byłby zwyczajnie nudny.  Mała, chuda, ruda dziewczynka z wielką wyobraźnią, którą pokochały miliony na całym świecie. Taka jest Ania Shirley. Zawsze autentyczna, na zawsze pozostanie sobą. Świat może gnać na przód, a ona będzie się przechadzałam na Jeziorem Lśniących Wód i marzyła, by mieć na imię Kordelia. Nigdy nie straci swoich ideałów. Zawładnęła moim sercem, przyznaję jednak, że bardziej lubię Anie z późniejszych lat, zwłaszcza, gdy została nauczycielką. Do tych części powieści o Ani wracam najczęściej. Ale o tym następnym razem :)




"Marylo, czy to nie cudowne, że jutro będzie nowy dzień, i to na dodatek zupełnie wolny od pomyłek?" (s.237)






Anna M.
"nie Andzia".... ;)



 

10 sierpnia 2014

"Beztroskie jedzenie" Brian Wansink

Dlaczego jemy więcej, niżbyśmy chcieli?



Jestem uzależniona od trzech rzeczy: czekolady, kawy i książek... Tak, tak, smutne, ale prawdziwe. Słodycze odstawiłam (jak alkoholik), z kawą walczę (bez większego sukcesu), a z książek nie zamierzam rezygnować (jakieś nałogi trzeba mieć).




Problemy z nadwagą mam od... jakiejś drugiej klasy podstawówki. Dlatego doskonale rozumiem wszystkie dzieciaki, które są trochę "większe". Przeszłam przez cały terror szkolny: przezwiska, wyśmiewanie, horror lekcji wf-u, nudne i wielkie sukienki. Były też pozytywy: często grałam w piłkę jako bramkarz, bo...zasłaniałam całą bramkę? Jeśli ktoś twierdzi, że jest w stanie zrozumieć grubaska, a jest chudzielcem, nie wie, co mówi i nie powinien się wypowiadać! Ja wiem! 




Raz jest lepiej, a raz ważę zdecydowanie za dużo...  W czerwcu postanowiłam na dobre rozstać się z pizzą, colą i czekoladkami, bez ściemniania i oszukiwania. Jest ciężko, nie będę ukrywała, ale mam już minus 6 kg. Nie chodzi mi o wagę, jakoś nigdy nie miałam z tego powodu kompleksów, to duża zasługa mojej mamy, która zawsze powtarzała, że liczy się to, jaki mamy charakter i jacy jesteśmy, a nie ile ważymy. Bardziej zależy mi na zdrowiu i sprawności. Dieta i ćwiczenia działają, ale nadal życie bym oddała za kawałek pizzy lub kostkę czekolady. Ponoć od cukru trzeba się odzwyczajać przez trzy miesiące, o Boże! Przecież już  niedługo wrzesień, a dzieciaki zawsze mają jakieś łakocie, i jak ja mam spokojnie patrzeć jak pałaszują batoniki!?! Trzeba się uodpornić i pozytywnie zmotywować! Dlatego czytam dużo książek i oglądam programy o zdrowym jedzeniu. 



 "Beztroskie jedzenie" Brain Wansink




Kasia Bosacka, gospodyni programu "Wiesz, co jesz", tak o nim pisze:


"Profesor Brian Wansink, amerykański psycholog, wykładowca Cornell University, nazywany Sherlockiem Holmesem zachowań żywieniowych, znany jest z dziwnych eksperymentów, które przeprowadza na zwykłych zjadaczach chleba" (Kasia Bosacka: "Cudnie chudnie. Żegnaj, pulpecie" s. 54) 



Czytając książkę Briana Wansinka prawie na każdej stronie otwierałam oczy ze zdumienia. Już na pierwszej dowiadujemy się, że nie mamy zielonego pojęcia o przyczynach, które żądzą naszym jedzeniem. Jesteśmy totalnymi ignorantami i łudzimy się myśląc, że panujemy nad tym, co znajduje się na naszym talerzu. Przeraził mnie ogólny wniosek, oczywiście poparty setkami dziwacznych i śmiesznych eksperymentów, że jeśli damy ludziom dużo jedzenia, dużo zjedzą.



"Większość diet polega na wyrzeczeniach. Wyrzekamy się węglowodanów , tłuszczów, czerwonego mięsa, pizzy, śniadań, czekolady itd. Niestety diety głodowe są nieskuteczne z trzech powodów: Sprzeciwia im się nasze ciało, sprzeciwia im się nasz mózg, i sprzeciwia im się nasze otoczenie. Miliony lat ewolucji sprawiły, że nasze ciało jest zbyt sprytne, żeby dać się nabrać na żałosny podstęp typu <<zjem tylko sałatkę>>. (...) Jeżeli odmawiamy sobie czegoś raz po raz, najprawdopodobniej wkrótce będziemy tego coraz bardziej pragnąć. (...) Jeśli każdego dnia podejmujemy ponad dwieście decyzji dotyczących odżywiania, jest prawie niemożliwe, aby wszystkie zgadzały się z podręcznikami dietetyki" (s.24-27)



Codziennie jesteśmy bombardowani reklamami, zapachami, szybkimi przekąskami i pokusami. Częstują nas koleżanki w pracy, a na przyjęciu nie wypada odmówić ciasta gospodyni. Porcje stają się niepostrzeżenie coraz większe, dodatki są w cenie, mylą dietetyczne napisy na niedietetycznych łakociach. Jemy oczami, a nie żołądkiem, nie odkładamy talerza, kiedy zaspokoimy głód, ale kiedy jest pusty. Pochłaniamy kalorie nie myśląc o tym, bo rozmawiamy, bo oglądamy telewizje, spieszymy się... Profesor Wansink przekonuje nas, że nawet wielkość i kształt szklanki decydują o tym, ile soku wypijemy. Zastawy stołowe zwiększają objętość tak, że dzisiejsze talerze do zupy za czasów naszych babć byłyby wazami i miskami. Nasz mózg tego nie rejestruje. Jeśli mamy większy wybór jedzenia, więcej zjemy. Nawet marka ma znaczenie w przybieraniu na wadze, a nasze lenistwo sprawia, że coraz mniej gotujemy, a coraz więcej kupujemy dań "na wynos", podłych "gotowców"... Szczegóły i zabawne doświadczenia w książce :) Warto to przemyśleć i zweryfikować we własnym życiu. Ja tak zrobiłam!




Polecam książkę "Beztroskie jedzenie", dzięki niej dowiedziałam się, że moja kontrola nad jedzeniem jest tylko pozorna. Teraz świadomiej wybieram produkty w sklepie, nie jem na mieście, unikam półproduktów. Cieszę się zdrowym posiłkiem, wyrzuciłam wagę, a zaczęłam słuchać swojego organizmu. Już nie traktuję go, jak wroga, ale jak małe dziecko, które czasem nie wie, że coś mu szkodzi... Najpierw trzeba je wysłuchać, zrozumieć jego lęki i przyczyny, a potem wyjaśnić, że coś jest zwyczajnie niezdrowe, choćby nie wiem, co wmawiali inni.  A będą nasz przekonywać, że nie mamy racji i że się wygłupiamy... Już tego niejednokrotnie doświadczyłam...



Anna M.
P.S. No to wracam do racjonalnego odżywiania. Na dobre!




8 sierpnia 2014

"Ania" Barbara Ciwoniuk





Anka z "Ani" Barbary Ciwoniuk

Polubiłam Anię od pierwszej strony książki. Wybrałam ją, ponieważ miałam przeczucie, że to będzie szczególna dla mnie lektura, i nie tylko dlatego, że główna bohaterka jest moją imienniczką. Perypetie trzynastoletniej Anki wprawiły mnie w nastrój wspomnień. Usiadłam wygodnie w fotelu, zrobiłam sobie zieloną herbatę, nasypałam do miseczki bakalie i cofnęłam się o...dwadzieścia lat, bo dokładnie tyle nas dzieli. Nasza Ania to typowa nastolatka, zmaga się z problemami swojego pokolenia, choć ma nietypowe rozwiązania, bardzo, powtarzam, bardzo mi bliskie!




"(...) pomimo młodego wieku zdążyłam wyhodować w sobie setki obaw co do mojego wyglądu. Nie wzięły się one z sufitu, o nie! Do ich powstania bardzo wydatnie przyczyniła się moja bliższa i dalsza  rodzinka, bo przy wszelkich możliwych świątecznych spędach i innych okazjach zawsze słyszę to samo: "Ależ Ania jest podobna do taty". Szczerzę się uprzejmie, jak na dobrze wychowaną panienkę przystało, bo co innego mogę zrobić? Walnąć jedną z ciotek? Zabrać krzesło spod któregoś grubego tyłka, kiedy siada? Powiedzieć prawdę: "Ale cieszę się z jednego, droga ciociu, że nie jestem ani trochę podobna do ciebie"?" (s.29)




Ania ma zwariowaną rodzinkę: mama wiecznie o czymś zapomina, starszy brat Daniel studiuje i buja w obłokach, a najmłodszy, Jaś - ja to Jaś - ciągle psoci i skupia całą uwagę domowników. Tata też jest, ale ciągle gdzieś w świecie, bo podróżuje zawodowo i  rzadko gości w domu. Ale jak już jest, to na 200%. Życie płynie swoim rytmem, szkoła, dom, brat, obowiązki, koleżanki, zadania domowe. Jest też Igor - najlepszy przyjaciel, niby kolega, niby chłopak, ale jednak bardziej kolega... Każda z nas to przerabiała, choć niektóre (czytaj ja) dopiero na studiach. Szaloną monotonię przerywa niespodziana przeprowadzka dziadka, a gdy już wszyscy przyzwyczajają się do nowego członka rodziny, zjawia się tajemnicza Karolina. I to nie koniec niespodzianek, wkrótce rodzinka ma się bowiem powiększyć o małą dzidzię... I dopiero wtedy okazuje się jak silna jest miłość, zaufanie i więzi! Co z tego wszystkiego wyniknie, musicie doczytać już sami.








"Zawsze, kiedy znajdziesz się w niespodziewanej czy głupiej sytuacji, wal prawdę, córeczko. Kombinując, możesz tylko niepotrzebnie się zamotać, a tak zyskujesz pewną przewagę. Większość ludzi nie jest przyzwyczajona do zwykłej szczerości" (s.57)













Anka z Czarnegolasu, czyli ja...

Moja podstawówka (przypominam, że gimnazja jeszcze nie istniały) to była niezwykła przygoda. Mała wiejska szkoła, w mojej klasie było nas czternastu. Ogólnie była to zaleta, oprócz momentu odpytywania, bo przy tak szalonej liczbie, matematyczka potrafiła wywołać do tablicy wszystkich i to po kilka razy! Ale dziś opowieści z przedszkola. Tak bardzo rozczulają mnie najmłodsi bohaterzy  ostatnio czytanych książek, że nie mogę się powstrzymać przed opisaniem mojej przedszkolnej edukacji. W grupie starszaków było nas... dwoje: mój najlepszy przyjaciel i ja. U maluszków było tłoczniej - jakaś piątka czy szóstka... Mój przyjaciel miał na imię Wiesiu, a jego brat, Łukasz, był w wieku mojego młodszego brata. Cała nasza czwórka była nierozłączna, nasze domy dzielił mały las - miejsce dziecięcych zabaw. Dzieciństwo, zabawa i pierwsze przyjaźnie, które w wypadku mojego brata przetrwały do dziś, choć w piątej klasie wyprowadziliśmy się i zmieniliśmy szkołę.. Kochałam nasze przedszkole... Każdy z nas miał swój znaczek, bo wiadomo, maluszki nie znały literek. Ja miałam zdjęcie dziewczynki z Vibovitu. Tak bardzo ją lubiłam i tak często ponoć słuchałam Mireille Mathieu, że sama byłam do nich podobna!



Och, co to były za czasy: wieś, pola, lasy, do szkoły 10 km, zimą każdy się modlił, żeby autobus nie przyjechał. Bawiliśmy się w podchody, budowaliśmy szałasy w lesie. Czytać i pisać nauczyłam się w przedszkolu, bo Wiesiu umiał, a ja przecież zawsze z nim rywalizowałam. Natomiast mój brat miał inne podejście do nauki, planował podpalić szkołę, a razem z Łukaszem zgubili się w lesie, gdy zimą wracali pieszo do domu (mieli po 7 lat i genialne pomysły). Zresztą nienawiść do szkoły w przypadku mojego brata przetrwała przez wszystkie lata jego edukacji. Nikomu nie powtarzajcie, ale mój braciszek też często wspomina szkołę i naszą "paczkę"...


Długo mogłabym jeszcze pisać, ale w tym poście już wystarczy. Mam wrażenie, że kolejna książka Barbary Ciwoniuk "Igor", która czeka już na mojej półce, poprowadzi mnie dalej przez wspomnienia z dzieciństwa...




Anna M.

Bardzo dziękuję Autorce, Pani Barbarze Ciwoniuk, za przesympatycznego maila i za książki: "Anię" i "Igora" z autografami :) Bardzo się cieszę, że odkryłam takie perełki literatury dla młodzieży... (dla tej starszej młodzieży, jak ja również).





Serdecznie dziękuję Wydawnictwu Literatura  za możliwość współpracy.
POLECAM książkę i zapraszam na strony Wydawnictwa :)





Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził,  zabierz głos w dyskusji.
 Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :) 







7 sierpnia 2014

"Musisz to komuś powiedzieć" Barbara Ciwoniuk

czyli gimnazjum i... Konopnicka...
non-fiction!



Jak wygląda życie gimnazjalistów? Cóż, opowieści, legend i sloganów jest na ten temat sporo. Co nieco jest też w kabaretach i opowieściach "nauczycieli masochistów", którzy mają odwagę uczyć młodzież. Ale czy to wszystko prawda?  Tak na marginesie, kochani nauczyciele gimnazjalni, inni was podziwiają, jesteście naszymi bohaterami! Dużego doświadczenia nauczycielskiego w tej materii nie mam, raptem dwa miesiące praktyk. Za to często odwiedzają mnie moi byli uczniowie, dziś gimnazjaliści i licealiści (kurcze starzeję się). Rozmowy z nimi dają dużo do myślenia, ich świat nie jest tak czarno-biały, jak nam, dorosłym, się wydaje. Łatwo oceniamy i rzucamy klasykiem: "ta dzisiejsza młodzież", a tak mało rozmawiamy i wchodzimy w ich świat. A wystarczy sobie przypomnieć swoje  lata buntu i dodać do nich skok cywilizacyjno-mentalny plus ogólne zepsucie moralne w sferze społecznej i mamy już jakiś tam pogląd na to, z czym na co dzień muszą sobie radzić nastolatki XXI wieku. Ale jak ich słuchać? Od czego zacząć? Jak nie wściekać się na łamane zakazy? Czy można zaufać? To nie są proste pytania i nie ma tym bardziej prostych odpowiedzi. Sama się z tym zmagam i codziennie staję przed podobnymi dylematami... Janusz Korczak pisał, że "nie ma dzieci - są ludzie" i to jest chyba klucz do sukcesu. To młodzi ludzie, ze swoimi prawami, trudnościami, zbyt wielkimi oczekiwaniami ze strony otoczenia, ze swoimi błędami, ale i sukcesami, których my widzimy lub udajemy, że to norma. Ciągle się uczę rozumieć dzieci i młodzież, ale spokojnie, równie opornie mi idzie z dorosłymi...


"Musisz to komuś powiedzieć"
Kolejny raz sięgnęłam po książkę Barbary Ciwoniuk i nie zawiodłam się. Nie ma tu ani grama moralizatorstwa, zawodzenia czy osądzania. Autorka przedstawia świat nastolatków takim, jakim on jest. Milena to zwykła gimnazjalistka, trochę zakompleksiona, trochę wyśmiewana, bo nieźle się uczy, do szaleństwa podkochuje się w szkolnym przystojniaku, Pawle, choć wie o tym jedynie jej najlepsza przyjaciółka, Kama. Milena ma cudowną rodzinkę, no może poza bratem - leniem i, nad czym sama ubolewa, typowym "mięśniakiem". Ona za to zawsze chętnie we wszystkim pomaga, jest rozsądna i samodzielna. Wsparcie, jakie daje jej dom jest bezcenne w codziennej walce o normalność w nienormalnym świecie ciuchów, kosmetyków, chłopaków, plotek. Kama nie ma tyle szczęścia, jej mama wydaje się być jeszcze bardziej zagubiona i nieodpowiedzialna niż ona sama. A koledzy? Raczej nie zajmuje ich nauka... Czytając książkę nieraz współczułam naszej bohaterce, gdy musiała przysłuchiwać się "mądrościom" plecionym przez koleżanki i ciągle je poprawiać, bo i głupota ma swoje granice...  



Życie Lenki wydaje się przewidywalne i nudne, nawet zaczynające się wakacje zamierza spędzić w bibliotece. Jej polonistka zgłosiła ją bowiem na warsztaty literackie z cyklu tych: "życie i twórczość Marii Konopnickiej". Ale czego nie robi się dla miłości, spokojnie, nie dla pisarki, na warsztaty jedzie też Paweł i będą tam ... licealiści. A to zmienia postać rzeczy, trzeba zabłysnąć. Pojawia się tylko jeden problem, któremu na imię Łukasz... Przyjaciółka mamy mając problem z synusiem po odwyku postanowiła zmienić mu środowisko i wysłać na wakacje na drugi koniec Polski. Pech chciał, że Lena mieszka, w ujęciu większości Polaków, na samych końcu cywilizacji, w Suwałkach... Młodocianym buntownikiem ma się oczywiście zając nasza bohaterka. Ma jedno zadanie - trzymać go z dala od kłopotów i nie zdradzać, dlaczego tu jest. 



Jak już pisałam nic nie jest tak oczywiste, jak się wydaje. Milena znajduje paradoksalnie w Łukaszu jedynego przyjaciela i powiernika, nic nie pasuje do obrazu, jaki przedstawiła jego matka. Tylko on rozumie dziewczynę, pomaga jej w przygotowaniach do konkursu, broni przed rówieśnikami.  A i od kłopotów nie da się uciec, bo oto jej  koleżanka, a raczej szkolny wróg nr.1, przedawkowuje na wspólnym wypadzie za Wigry. Policja, pogotowie, kolejne kłamstwa i tajemnice... Czy Milena wie wszystko o swoich znajomych? Czy ufa odpowiednim osobom? Jaka prawda ją przerazi? Czy poradzi sobie z nową rzeczywistością? Czy zasady, które wyniosła z domu pomogą jej odnaleźć spokój i być wierną sobie? Czy znajdzie miłość? I kim on będzie? No i najważniejsze: kto, komu i co musi powiedzieć? I co z tym wszystkim ma wspólnego Konopnicka? Więcej nie zdradzę, powiem tylko, że ostatnie sto stron spowodowało, że zaniemówiłam jeszcze bardziej, niż do tej pory...


Ach, jeszcze dwie rzeczy. 

Pierwsza - nigdy w życiu tyle się nie dowiedziałam o Konopnickiej! I to tak sprytnie wplecione w akcje książki, że nawet nie wiedziałam kiedy i jak... Hmmm. Tak powinny być pisane podręczniki!
Druga sprawa to Bruno - szalony polonista z warsztatów. Och kolejny, tym razem w polskim wydaniu, Ron Clark. Cudny!


Jednym słowem polecam książkę każdemu, zupełnie jak w przypadku "A jeśli zostanę" tej samej Autorki. Aż dziwne, że młodzież zaczytuje się amerykańskimi bzdurami o wampirach, gdy ma pod nosem taką świetną powieść!



Anna M.
moja ocena 6/6 a za Konopnicką, jak mawiają moi szóstoklasiści - szacun!




Serdecznie dziękuję Wydawnictwu Literatura  za możliwość współpracy.
POLECAM książkę i zapraszam na strony Wydawnictwa :)





Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził,  zabierz głos w dyskusji.
 Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :) 





4 sierpnia 2014

"Dom złudzeń. Iga" Iwona J. Walczak




Cudowna, ciepła, sentymentalna i do bólu prawdziwa - taka jest najnowsza powieść Iwony Walczak. Już po pierwszych dwudziestu stronach wiedziałam, że nie odłożę jej dopóki nie skończę czytać. I tak też się stało, cały dzień i całą noc. Ale nie żałuję, bo cofnęłam się w czasie i przestrzeni. I to było miłe doświadczenie. Ciepłe, burzowe popołudnie, kawa, lody (ale cisza, nikomu proszę nie mówić, bo jestem na diecie) i książka, a potem kolejna burza i ciepły deszczowy wieczór... Zupełnie się zatraciłam, co rzadko mi się zdarza czytając beletrystykę. 



Dom złudzeń to opowieść o silnej kobiecie i jej życiu pełnym dramatów, groteski, ale i ciepła przyjaźni i melancholii wspomnień. Polubiłam Igę, bo jest prawdziwa, nawet gdy jest bajecznie bogata, po buty lata do Paryża, weekendy spędza na plażach coraz to odleglejszych krajów. Byle dalej od domu, męża i wiejskiej nudy. Iga jest prawdziwa, bo pod drogimi i luksusowymi ciuchami kryje się zraniona kobieta. Jak mawiała Marilyn Monroe: "Pieniądze szczęścia nie dają, dają je dopiero zakupy". To była dewiza naszej bohaterki, bo cóż innego robić, gdy dwa małżeństwa okazały się porażką, kochanek nie chce się rozwieść, przyjaciółka ma własne zmartwienia. A gdyby los zakpił z niej jeszcze jeden raz? co Iga zrobi, gdy skończą się pieniądze, a do drzwi firmy zapukają komornik i wierzyciele? Czy straci Dom Złudzeń, rodzinną posiadłość, gdzie wszędzie da się odczuć obecność ukochanego dziadka? Czy ten dom jest wszystkim, co w życiu ma? Czy nie pora iść dalej i zostawić bolesną przeszłość za sobą?


"Igo, żyj swoim życiem, nie masz się czegoś bać. Ze wszystkim dasz sobie radę, ja w to wierzę". (s. 78)



Pokochałam "Dom złudzeń" za niesamowita atmosferę wsi, wraz ze zmieniającymi się porami roku, żniwami, przyjazdami i odjazdami, narodzinami i chorobami. To czas mierzony plonami ziemi.  Prawdziwa saga rodzinna. Czasem cofamy się do przeszłości, to znów pędzimy za współczesnymi wiadomościami z gazet i telewizji, które każdy z nas, czytelników, sam przeżywał. A do tego wielkopolskie krajobrazy, Pobiedziska, Poznań. I coś jeszcze bardziej intymnego - odnalazłam w tej książce przepis na moją ukochaną potrawę, czyli schab w śmietanie zasypany zupą cebulową. Są również "Cudowne lata" i Kevin Arnold, mój jedyny przyjaciel z dzieciństwa... Córka Igi, Ola, to maniaczka biegania, przygotowuje się nawet do IronMana na Hawajach... Zaczęłam jej kibicować! A poczucie humoru małego Stasia (synka Igi) niejednokrotnie doprowadzało mnie do śmiechu. Malec ma nadzwyczajny dar ripostowania mądrości dorosłych:


 "Mamo, to jak ty chcesz wyjść z dna? Musisz się wreszcie oduczyć paniki!"



Doprawdy czytałam z sentymentem... I nie tylko czytałam, wieczorem pobiegłam do sklepu i kupiłam schab i śmietanę... Przypomniały mi się tajemnicze historie z mojego dzieciństwa. I jeszcze coś bardzo osobistego. Iga musiała się zmienić, wydorośleć, zacząć żyć odpowiedzialnie, zamiast biegać ze wszystkim do przyjaciółki i na siłę szukać romantycznej miłości swojego życia... Robiąc sobie kolejną kawę nagle poczułam się silną i samodzielną kobietą. Nie poddaję się przeciwnościom, od kilkunastu lat mieszkam sama, od kilku żyję na własny rachunek, sama maluję ściany, płacę rachunki, jem to, co kupię za własnoręcznie zarobione pieniądze. To moje życie, z którego mogę być dumna... Pokazała mi to Iga i jej siła walki o siebie i przyszłość... Usiadłam na chwilę z kubkiem kawy w ręku, otworzyłam szeroko okno i popatrzyłam w noc, która nagle okazała się nie tak czarna i beznadziejna, jak do tej pory myślałam...


"Z życiem jest jak z biblioteką z książkami. Są dzieła do przeczytania i są tez te przeczytane. Do tych drugich czasem się wraca, by sobie przypomnieć bądź by się znów nimi zachwycić. Niech wracają do mnie wszystkie moje życiowe karty, nie chce niczego skreślić, odstawić na bok. Nie chcę i już". (s. 398) 








Dołączam się do dedykacji Autorki i życzę Wam wielu miłych chwil z książką!
POLECAM

Anna M.

moja ocena 5+ / 6





 Za egzemplarz książki i niesamowitą przygodę podczas lektury dziękuję Autorce,
Pani Iwonie Walczak, oraz Wydawnictwu Replika









Recent Posts