28 lutego 2014

"Baśniobór II. Gwiazda Poranna wschodzi" Brandon Mull




Moi uczniowie są niesamowici...  Żyłam sobie dotąd w przekonaniu, że literatura dla młodzieży to jakieś nudy z czasów mojej młodości. A tu proszę, moja młodzież czyta, i to dużo, i to ciekawe historie... Co jakiś czas przynoszą mi swoje ulubione książki, a ja, jak nastolatka, zaczytuje się w nich bez pamięci. W ostatnim czasie sporo chorowałam, nie miałam głowy do niczego innego, poza czytaniem. Stąd mam małe zaległości w pisaniu, a przeczytane tytuły czekają na swój post na blogu...  Na półce stoi jeszcze ostatni tom "Eragona", ale musi poczekać, aż rozwiążę wszystkie zagadki w Baśniborze... A jest ich z tomu na tom coraz więcej...



Powrót do magicznego świata był zaskakujący. Znając inne książki pisane po sukcesie pierwszego tomu, spodziewałam się nudnej kontynuacji. A tu niespodzianka, kolejne rozdziały wcale nie nudziły, wręcz przeciwnie, nie przestawałam czytać, nawet gdy godzina już dawno wskazywała na pójście spać...  Wtedy robiłam sobie kubek kawy, wyjmowałam z szafy koc, zapalałam lampkę i udawałam, że następnego dnia nie muszę iść do pracy... Historia opowiedziana przez Brandona Mulla w "Baśnioborze" porywała mnie i przenosiła w jakiś magiczny sposób do tego tajemniczego miejsca. Tam czekali na mnie Kendra i Seth, za którymi trochę już tęskniłam... 



A co działo się w tym czasie w Baśnioborze? Cóż, tylko Seth mógł wplątać się w tarapaty, gdy ukradł figurkę żaby, a ta ożyła i od tej pory poszukiwała go, aby pożreć... A Kendra? Przemieniona przez wróżki, wszędzie widzi cudowne istoty... I nie byłoby w tym nic niebezpiecznego, gdyby nie fakt, gdy w jej szkole pojawia się nowy uczeń. Chłopak jest idealny, miły, dobrze wychowany, podbija serce nauczycieli i uczniów, zwłaszcza uczennic. Nic nadzwyczajnego, w każdej szkole jest taki nastolatek, ale Kendra dostrzega jego drugą naturę - jest potworem wysłanym przez Stowarzyszenie Gwiazdy Wieczornej, aby nękać dzieci. Na ratunek przychodzi równie tajemniczy stary przyjaciel dziadków, ale czy to nie podstęp? Kto jest dobry, a kto zły? Czy wśród najbliższych przyjaciół i powierników opiekunów Baśnioboru znajdują się szpiedzy i zdrajcy? Dlaczego Gwiazda Wieczorna tak bardzo interesuje się Kendrą i jej tajemniczymi zdolnościami? Kim jest Sfinks? To tylko niektóre pytania, a w miarę zagłębiania się w odległe tereny rezerwatu, poznajemy jego mroczne tajemnice. Bo musicie wiedzieć, że w Baśnioborze jest miejsce, do którego nikomu jeszcze nie udało się wejść i wrócić bez utraty zmysłów... A właśnie tam ukryty jest kolejny artefakt, który należy chronić... Czasu jest coraz mniej, bo Stowarzyszenie Gwiazdy wysłało swoich łowców, a pod bramami Baśnioboru czai się zło...



Polecam książkę zarówno dzieciom, młodzieży, jak i dorosłym, którzy chcieliby na chwile przypomnieć sobie czasy dzieciństwa, kiedy to każdy park był niezdobytym ogrodem, a ślady w lesie oczywiście zostawiały elfy i nimfy. Z czasem utraciliśmy zdolność dostrzegania nadzwyczajności w zwyczajnym wydarzeniach i magii w prozie życia... A dzieci? One zawsze widzą więcej, niż my... Dla nas ogród to zbiór drzew, krzewów, czy kwiatów. Może jakiś dorosły, który nie jest zbyt zabiegany i zajęty sprawami świata, zauważy jeszcze jakieś ptaki, czy inne zwierzęta... ale nic poza tym... A dzieci? One widzą wszędzie ślady magicznych stworzeń, każde wyjaśnienie jest równie  prawdopodobne, a każdą tajemnicę trzeba odkryć... W "Baśnioborze" jest wiele takich tajemnic...




Anna M.





22 lutego 2014

"Tolkien. Człowiek, który stworzył Władcę Pierścieni" Michael Coren





Ostatnio chodzę z ponurą miną... Całe ferie byłam chora, potem szalony tydzień powrotu do pracy, a teraz weekend z potwornym bólem głowy i znów chora... A do tego ktoś mi powiedział, że i tak nie osiągnę zamierzonego celu, że nie dam rady, ktoś inny zażartował, że zachowuję się jak ... stara panna. Otóż... chciałam zaznaczyć nieśmiało - jestem STARA PANNĄ!  I jest mi z tym dobrze! Spaliłam obiad, zbiłam ukochany kubek... Jednym słowem - chodzące nieszczęście...


Potrzebowałam trochę czasu dla siebie, żeby zregenerować siły i naładować akumulatory... Tak, tak, "super Ania" też czasem bywa zmęczona, zła i nie ma ochoty widzieć się z nikim...  Włączyłam zatem ulubioną muzykę, zrobiłam dzbanek kawy i... wyłączyłam telefon...





Wróciłam do mojego świata wyobraźni. Długo siedziałam i szukałam na półce odpowiedniej na dziś książki... Niestety, żadna do mnie nie przemówiła... Ubrałam się, wyszłam z domu i pobiegłam do najbliższej księgarni na osiedlu. Poprosiłam o biografię Tolkiena, pan wydawał się zaskoczony, ale potrzebowałam czegoś sprawdzonego, czegoś, co kocham. Wróciłam do domu i jak mawiają moi uczniowie "wylogowałam się" z tego świata. Boże, jak ja kocham czytać... A Tolkien mnie uspokaja... Starszy Pan z fajką, otoczony książkami, opowiadający mi historie o hobbitach, krasnoludach i dalekich krajach...   Miło na chwilę zapomnieć o całym świecie i otoczyć się starymi przyjaciółmi. W maleńkim domku, gdzieś w Anglii czekała na mnie filiżanka herbaty i zapach książek. Na kilka godzin znalazłam swój kawałek świata. Nie, tym razem nie byłam w Śródziemiu, tego wieczoru razem z J.R.R.Tolkienem usiadłam w wygodnym fotelu i posłuchałam opowieści o jego życiu, inspiracjach, wierze i marzeniach...




Książka Michaela Corena jest godna polecenia tym wszystkim, którzy kochają "Władcę Pierścieni" czy "Hobbita" i chcieliby się czegoś więcej dowiedzieć o ich twórcy. Nie jest to szczegółowa biografia, ale raczej krótki przewodnik po świecie Tolkiena. Ale uwaga - po lekturze rośnie apetyt na książki Mistrza! Tak też jest i w moim przypadku... Cóż, zatem zamykam laptopa i wracam do Śródziemia... gdzie czeka na mnie wiele nieodkrytych jeszcze tajemnic. Może dziś w nocy uda mi się dotrzeć do Rivendell? Kto wie!



Anna M.

Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził. Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)



11 lutego 2014

"Bono. Święty i grzeszny" Mick Wall






Ostatnio sporo czytam o rożnych muzykach... Ale o U2 nie czytałam jako o zespole muzycznym... Wszystko wyjaśnię za chwilę. Oczywiście od zawsze słucham piosenek tego zespołu, są zwyczajnie świetne, a  te wcześniejsze, zdecydowanie w moim klimacie... Wystarczy wymienić Pride, One, czy ostatni przebój, Ordinary Love.


Zawsze patrzyłam na U2 jako na przede wszystkim zespół z głębokim przesłaniem, zaangażowany w rozwiązywanie problemów społecznych, walczący o prawa człowieka, współpracujący z Amnesty International i wreszcie mający wymiar głęboko... religijny!








Jaki jest w rzeczywistości U2? Kim jest Bono?


"Wybaczamy Bono wiele, bo w głębi serca wiemy, że - czy ma racje, czy nie - wszystko, co robi, robi z przekonaniem. Tak, to prawda. On rzeczywiście uważa, że ma wpływ na to, co się dzieje na świecie - że my go mamy. (...) Jednak nie zawsze łatwo kocha się kogoś tak
zdeterminowanego i niezachwianego w poglądach, jak Bono. Kogoś tak pochłoniętego rolą. (...) Ale U2 jest grupą odnosząca od lat olbrzymie sukcesy na całym świecie. jesteśmy zatem zmuszeni do skonfrontowania się z obrazem absurdalnie bogatego i słynnego gwiazdora rocka jako wielkiego, samozwańczego dobroczyńcy. Zmęczona medialnym szumem publiczność, niemająca dość czasu, by pomyśleć o skutkach panującego w Afryce głodu (nie mówiąc już o głębszym rozważaniu plagi), o niekontrolowanym rozprzestrzenianiu się AIDS albo implikacjach, jakie niosą ze sobą długi krajów trzeciego świata, zbywa Bono, uznając go za krzyżowca w długim płaszczu, za ekscentrycznego filantropa, toczącego nieustanna batalię o dobro w naszym - zwykłych śmiertelników - imieniu, pławiącego się w chwale własnych dobrych uczynków."


Ale jaki jest właściwie Bono, gdy zgasną reflektory sceny? Kim jest, gdy po koncercie zdejmie okulary i porzuci jedne ze swoich licznych alterego? Mick Wall przedstawia nam drogę Paula Hewsona od zbuntowanego chłopaka z Dublina do rockowego gwiazdora walczącego o dobro świata. Autor niczego nie przemilcza, pisze o wybrykach, o trudnych początkach, o pierwszych występach, ale i o bardzo intymnych momentach w życiu Paula, o jego zagubieniu między protestantyzmem a katolicyzmem, o śmierci matki, o poszukiwaniu drogi... Poznajemy jego inspiracje muzyczne, pasje i przemyślenia dotyczące już nie tylko  muzyki, ale szerzej, życia. 



U2 to grupa o wielu twarzach, jak sam Bono. Tu spotykają się pozorne sprzeczności: bogactwo i zajmowanie się ubogimi tego świata, polityka i wolność w ramach Amnesty International, obłędne, oszałamiające koncerty z mnóstwem sprzętu, naświetlenia, a z drugiej strony poparcie dla działań Greenpeace. To tylko niektóre przykłady. Bono ma wielu krytyków i tyluż fanów. 



W muzyce U2 fascynuje mnie przede wszystkim podejmowanie ważnych kwestii. I nie chodzi mi wcale o poparcie dla tej, czy innej akcji przez samych członków zespołu, ale o teksty ich piosenek. Oczywiście nie można zapominać o wielu działaniach Bono, jak choćby jego (i jego żony) "anonimowy" pobyt w Etiopii jako zwykły wolontariusz. Można też szukać inspiracji czytając m.in. o tym, że we wczesnych latach działalności U2, członkowie grupy czytali Biblie podczas podróży autokarem na kolejne koncerty, a w pewnym momencie zastanawiali się też, czy nie pójść drogą... zespołu chrześcijańskiego. Ich teksty to walka o wolność, zwracanie uwagi na los biednych i pokrzywdzonych, hołd wielkim tego świata, ale i rozdrapywanie ran bolesnej historii... U2 nie ma banalnych tekstów o niczym, nie ma pięknych słówek, nie ma komercji... jest prawda, nawet gdy wydaje się być niewygodna czy prowokująca...  Ale Bono nie jest święty... Jest tylko człowiekiem i czasem popełnia spektakularne błędy. A jego mania wielkości i bycia przywódca jest przeogromna! Nie zamierzam go naśladować, ale raczej posłuchać tego, o czym śpiewa i zobaczyć to, na co stara się światu, tak, czy inaczej zwrócić uwagę.... Skąd u mnie taka myśl?  Cóż z .... Biblii.... Jezus kiedyś powiedział: 

"Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, czego was uczę. Nie naśladujcie jednak ich czynów" (Mt 23,3)


Dotyczyło to co prawda zupełnie innej sytuacji i innych ludzi, ale ta mądrością kieruję się na co dzień. Słucham mądrych ludzi, bo mają wiele do powiedzenia, działam często zainspirowana ich przesłaniem, ale mam szeroko otwarte oczy i myślącą głowę (przynajmniej czasami myślącą). Nigdy nie naśladowałam ślepo nikogo. Wręcz przeciwnie, często rozczarowuje się tymi, których słucham, kiedy poznam ich życie. Ale to zupełnie inna historia...  Bo czy to powód do tego, by zamknąć się na prawdę o łamaniu praw człowieka, by nie brać losu ziemi w swoje ręce? Nie! Nawet, gdy twój "nauczyciel" nie zachowuje się tak, jak byś chciał i nie jest święty... A jaki jest Bono? Nie wiem, dziś jeszcze nie wiem, mam sprzeczne odczucia.... Nie będę go z pewnością naśladowała, bo mam własne życie, ale inspiruje mnie do wielu działań... Warto posłuchać tego, co ma do powiedzenia, a to najczęściej ukryte jest w jego muzyce...











Co dalej? :) Wczoraj przyszła do mnie nowa książka "U2 o U2" Neila McCormicka. Do pracy dziś idę na 13.00, a zatem - kawa, książka i ... muzyka ....



Anna M.



NOTKA O KSIĄŻCE:

autor: Mick Wall
tytuł: "Bono. Święty i grzeszny"
tytuł oryginału:  Bono: In the Name of Love

wydawnictwo: In Rock
data wydania:   2005
liczba stron: 304

eioba

9 lutego 2014

"Soczi. Igrzyska Putina" Wacław Radziwinowicz







Olimpiada.... W mojej głowie jest tylko jedno hasło dla tego słowa - WOLNOŚĆ! Od dziecka walczyłam w domu, zęby na czas olimpiady oddali mi pilota do telewizora (mówiąc w przenośni, bo urodziłam się w czasach, kiedy pilotem były jeszcze własne nogi i palec). W moim domu zawsze wtedy była wielka awantura, bo nikt w rodzinie nie lubi sportu, a na innym kanale zawsze przecież leciał jakiś amerykański film wątpliwej akcji (przypominam, to były czasy, gdy miało się jeden telewizor!). Ale jakoś udawało mi się  sporo wywalczyć. Letnie igrzyska - to były dla mnie przede wszystkim biegi, a zimowe.... hmmm - oczywiście łyżwiarstwo figurowe... Pamiętam Jagudina, Plushenkę, czy niezapomnianych Anissinę i Peizerat... Patrzyłam na nich i myślałam o poświęceniu, ciężkiej pracy i święcie sportu... Obserwowałam bieg sztafety z ogniem olimpijskim wierząc, że przyniesie odrobinę pokoju... 



A potem....  dorosłam i zobaczyłam, na czym to w rzeczywistości wszystko polega....




Kiedy dowiedziałam się, że następne Igrzyska odbędą się w ... Rosji, nie wiedziałam jeszcze, co o tym myśleć... choć moja podstawowa wiedza o tym kraju kazała być na dystans już od samego początku....  Po kilkudziesięciu godzinach "węszenia" w sieci, po wysłuchaniu wielu relacji korespondentów i przeczytaniu kilku książek, już wiem - nie oglądam zmagań sportowców i z ciężkim sercem pierwszy raz nie zobaczę zmagań łyżwiarzy... Trudno... Moje przekonania są ważniejsze... Nic nie zmieni fakt, że o moim bojkocie nikt się nie dowie i, jak śmieją się moi znajomi, nie wpłynie on na los zwykłych Rosjan - ja moich przekonań nie zmienię. Nie wspomogę moją oglądalnością i zachwytem imprezy, przez którą cierpią miliony osób...









Dziś skończyłam czytać nową książkę Wacława Radziwinowicza "Soczi. Igrzyska Putina". Lektura potwierdziła tylko moją opinię o całym tym przedsięwzięciu. 






OD WYDAWCY: 
Nowa książka jednego z najlepszych znawców rosyjskiej duszy i polityki, wieloletniego korespondenta „Gazety Wyborczej” w Moskwie to reporterski przewodnik po Soczi, mieście, które powstało na ziemi należącej niegdyś do najdzielniejszych wojowników Kaukazu, gdzie swoją ukochaną willę miał Stalin i gdzie wabiono czerwonych generałów, by ich potem aresztować i wywieźć na Łubiankę.

To również opowieść o współczesnej Rosji walczącej o uratowanie wizerunku imperium; o wojnie wciąż toczącej się po drugiej stronie stoków, na których ścigać się będą narciarze, i o władcy Rosji, którego od losu ulicznika ocalił sport.





W czasie, gdy miliony osób z wypiekami na twarzy śledziło ceremonię otwarcia, ja otwierałam książkę, by żyć świadomiej... Jej lekturę polecam wszystkim tym, którzy dali się złapać na propagandę i piękne obrazki z Soczi. Prawda zawsze jest inna... A jak jest? Przytoczę tylko kilka opisywanych przez autora przykładów, więcej znajdziecie w samej książce.









Miejsce pokojowych Igrzysk, a przecież takie powinny być z samej natury tej imprezy, to góry, "w których od ponad dwudziestu lat toczy się walka z terrorystycznym podziemiem". Historia tego regionu jest złożona i tragiczna. To ojczyzna Czerkiesów, to też ich wielkie cmentarzysko, ale do opinii publicznej ta prawda nie przeniknie, bo historię można tak opowiedzieć, by niewygodne karty przemilczeć. Młodzi Czerkiesi już na Olimpiadzie w Vancouver protestowali:

"My, naród, ojcowie którego padli ofiarą zbrodni przeciw ludzkości, przypominamy, że kategorycznie potępiamy decyzję Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Nie oddawajcie zapalonego w górach Kaukazu znicza miłującego wolność Prometeusza Rosji - mordercy wolności! Nie oddawajcie Soczi na nowe pohańbienie".



Ale przeciw Olimpiadzie jest nie tylko historia, jest też brutalna rzeczywistość. Soczi, do tej pory miasto kilkudziesięciu uzdrowisk i sanatoriów, teraz zostało pozbawione swego bogactwa. Zniszczono krajobraz, woda została skażona przez schodzące w gór lawiny błotne, nielegalne wysypisko odpadów budowlanych spowodowało osuwanie wzgórza wraz z domami zwykłych mieszkańców. Ciężki sprzęt, hałas i korki wystraszyły turystów i kuracjuszy. Miasto też oczyszczono z "wrogiego elementu", choć wcześniej prace budowlane prowadzili "na czarno" w większości nielegalni imigranci. Teraz jednak trzeba pokazać światu pracujących ciężko obywateli... A gdyby tego było mało, to Olimpiada pochłonęła 50 miliardów dolarów, choć nie polepszyło to gospodarki, infrastruktury czy życia w samym Soczi. Wręcz przeciwnie, bo większość z tej kwoty "zginęło' w kieszeniach oligarchów.... Ludzie zaś przymusowo zostali wysiedleni z domów, plaża zamieniona w betonowe molo, nawet przestraszone niedźwiedzie zniknęły z gór, a pstrąg z rzek. Odpowiedź władz  była prosta i oczywista.


"Według Gleba Batlecowa, który we wznoszącej obiekty dla igrzysk spółce Olimpstroj odpowiada za przestrzeganie norm ekologicznych, to "nie tragedia". Urzędnik podkreśla, że <<niedźwiedź jest mądrym zwierzęciem i jak tylko po zakończeniu inwestycji w górach zrobi się cicho, wróci w rodzinne strony>> Tragedią nie jest też to, że z rzeki Mzymta, nad którą ulokowano obiekty dla zawodów narciarskich, zniknął pstrąg, a łosoś nie przybywa tam już na tarło".








Autor opisuje inną stronę Igrzysk, nie tą sportową... słucha zwykłych mieszkańców Soczi i spisuje ich opinie na temat Igrzysk. Wołanie o pomoc zwyczajnie się nie opłaca, bo można zostać, w najlepszym przypadku, uznanym za wroga Rosji. Wielki Brat obserwuje zawsze i wszędzie, 24h na dobę czuwa... Telefony komórkowe dosłownie "wariują", nie można odebrać wiadomości, nigdzie się dodzwonić... Obrona przez rzekomymi terrorystami pozwala śledzić w Soczi rozmowy telefoniczne, SMS-y, maile, sieci społecznościowe. Operatorzy sieci komórkowych zostali zmuszeni do zainstalowania "czarnych skrzynek", a w samym mieście pracuje i obserwuje ludzi ponad 5,5 tysiąca kamer... Aby uzyskać "paszport kibica", trzeba było się zarejestrować na specjalnej stronie internetowej i wyrazić zgodę na dostęp do kamery internetowej i skrzynki na... własnym komputerze!



Na koniec Radziwinowicz przypomina absurdy i historię Letnich Igrzysk w Moskwie w 1980 roku. I choć przy nich Soczi wydaje się rajem na ziemi, nadal pozostaje dla  bolesną raną....



Polecam zatem książkę Wacława Radziwinowicza "Soczi. Igrzyska Putina" z czystym sumieniem. Lektura wstrząsająca, ale i otwierająca oczy... Każde pamiętać, że kiedy przeminie blichtr imprezy, niedźwiedzie i pstrągi nie wrócą, a mieszkańcy Soczi zostaną sami z tym wszystkim...



Polecam również jakiś czas temu emitowany  w TV (oczywiście bardzo późno) dokument "Igrzyska Putina"



Anna M.

eioba

8 lutego 2014

W SZKOLE U BEATY PAWLIKOWSKIEJ




Beata nigdy mnie nie rozczarowuje. Ona mnie inspiruje.... Mogłabym czytać jej książki, blog i żółte karteczki codziennie, i przyznam się bez bicia, że to robię. Czytam, czytam i zastanawiam się, jak to wszystko, o czym pisze Beata, zrealizować. Wiele razy wspominałam, że filozofia Beaty inspiruje mnie do zmian we własnym życiu. Dlaczego? Czytałam już wiele poradników, słuchałam spikerów motywacyjnych i zastanawiałam się, ile zarabiają na nabieraniu ludzi. Przecież każdy może napisać kilka sloganów i je opublikować.  Ale Beata jest autentyczna, ona pisze, bo sama to wszystko przeżyła, sama znalazła drogę do szczęścia, opracowała własny system autoterapii, odnalazła siebie i nauczyła się siebie kochać i akceptować. Zajęło jej to 20 lat... Teraz o tym pisze... A ja staram się tego słuchać...




www.beatapawlikowska.com




WPISY  W  TYM  DZIALE:




08.02.2013                   "Planeta Dobrych Myśli" Beata Pawlikowska
                                                            ...cogito ergo sum...



07.03.2013                   "W dżungli podświadomości" B. Pawlikowska...
                                                    ....czyli o mnie samej - Mieszczuch w dżungli...



21.03.2013                    "Podróżuj, módl się i kochaj" Beata Pawlikowska
                                                      Modlę się często, staram się kochać świat i siebie i innych (tu trudniej), a podróż?



03.04.2013                     Szamanka radzi...
                                                      Pięć powodów do radości....




23.06.2013                     "Księga Kodów Podświadomości" Beata Pawlikowska
                                                            Lubię wyzwania i kocham eksperymentować...



03.09.2013                      "Blondynka w Londynie" Beata Pawlikowska




01.10.2013                      "Kurs szczęścia" Beata Pawlikowska
                                                                 Czas zmienić swoje życie!



05.10.2013                      "Kurs szczęścia" Beata Pawlikowska - część 2
                                                                "Wiewiórka w czasach wojny" (rozdział 12 i następne...)


25.05.2014                      "W dżungli zdrowia" Beata Pawlikowska - urodzinowo
                                                                mam wpływ na to, co jem...













6 lutego 2014

Znów odwiedziła mnie Cheryl....





Czytanie listów od uczestniczek Projektu było prawdziwą przyjemnością,
 napisałam też coś od siebie...




Stęskniłam się za Cheryl... Wiem, wiem, to takie ckliwe... Ale długo z nią nie rozmawiałam, a chciałam też poznać wszystkie dziewczyny uczestniczące w moim projekcie... Poprosiłam zatem Kasię, żeby przesłała mi na kilka dni "Dziką drogę", zanim książka i jej autorka powędrują dalej... 



Potrzebowałam kolejnego spotkania z Cheryl. Wyruszyłam w swoją drogę już jakiś czas temu, ale wiadomo, po pierwszym entuzjazmie, gdy gasną reflektory, droga staje się monotonna i nudna... Trzeba więc na nowo ją odkryć... i nikt tego nie zrobi lepiej, niż Cheryl. To dobry moment. Są ferie, fizycznie jestem sama, bo znajomi wyjechali sobie do Hiszpanii, mentalnie też odcięłam się od wszystkiego. Całe dnie mam tylko i wyłącznie dla siebie, dla moich pasji, dla przemyśleń i poszukiwań. To czas zweryfikowania obecnego stanu rzeczy, zorientowania się na mapie własnych planów, przepakowania zbyt ciężkiego bagażu doświadczeń. Wszystko pasuje, zatem zabieram się do pracy... 


Kolejny raz podpisuję się pod słowami:

Cheryl Strayed

"Był to układ, który zawarłam sama ze sobą wiele miesięcy wcześniej, i jedyna rzecz, która pozwalała mi samotnie podróżować. Wiedziałam, ze jeśli pozwolę, by opanował mnie strach, moja podróż będzie skazana na porażkę. Strach w znacznym stopniu rodzi się z tego, co sami sobie wmówimy. Postanowiłam zatem wmówić sobie coś innego, niż zwykle opowiada się kobietom. Zdecydowałam, że jestem bezpieczna. Jestem silna. Jestem dzielna. Nic mnie nie pokona".



Nic i nikt nie jest w stanie mnie pokonać... Siłę czerpię ze swojego wnętrza, muszę tylko  zmierzyć się z tym, co tam znajdę... Do tego potrzebna jest cisza i samotna droga... Cheryl kolejny raz wskazała mi kierunek :)




Cheryl w swojej książce od 6 miesięcy wędruje po Polsce...





Podczas czytania książki po raz drugi, nie czułam się sama. Była ze mną nie tylko Autorka, ale i wszystkie uczestniczki Projektu. Książka jest pełna ich śladów. Byłam mile zaskoczona tym, że każda zostawiła też list od siebie dla następnej czytelniczki. Przeglądałam te wpisy z prawdziwym wzruszeniem. Przypomniało mi się, jak Cheryl zostawiała wpisy w księdze na Szlaku i idący za nią mogli się dowiedzieć, co u niej słychać...  My też zostawiamy sobie kartki :) na naszym własnym szlaku :)


Moja droga wiedzie przez trudno dostępne rejony, czasem brak mi mapy i błądzę, innym razem przypadkowo spotkani ludzie wskazują mi dobry kierunek. Staram się nie nieść za dużo w życiowym plecaku, ale nieraz trudno pozbyć się starych, niepotrzebnych już wspomnień... Kocham chwile, gdy jestem sama, gdy mogę cieszyć się czasem "marnowanym" dla siebie.  Nigdy nie stoimy w miejscu, zawsze idziemy, życie to droga...  Ostatnio często i dużo piszę, to kwestia mojej potrzeby wykrzyczenia wszystkiego, co dla mnie ważne... A dla Was? Każdy musi zmierzyć się z tym pytaniem...  Co dla Was jest ważne?...



Anna M.



------------------------------------------------------------------------------------


O PROJEKCIE - w skrócie :)



Postanowiłam "uwolnić" jedną książkę... Mam nadzieję, że przyłączycie się do zabawy..


Wybrałam powieść/dziennik "Dzika droga" Cheryl Strayed (tutaj znajdziesz moje przemyślenia po lekturze)  Chciałabym, aby książka, która opowiada o trudnej i fascynującej jednocześnie drodze, odbyła własną drogę. Marzy mi się książka żyjąca własnym życiem, taka, która szuka swoich czytelników i spisuje własną historię. 

 zasady udziału w PROJEKCIE znajdziecie tutaj.





5 lutego 2014

"Brisingr" Christopher Paolini








Kolejny post, kolejny tom przygód Eragona i jego smoka... Ale dziś nie o samym Eragonie, ale o jego bracie Murtaghu. Od samego początku fascynowała mnie ta postać. Dlaczego? To tylko chyba moja mama może wiedzieć, jakoś od dzieciństwa przejawiam zainteresowanie osobowościami problematycznymi... Chyba tylko ja w liceum broniłam doktora Judyma i dowodziłam słuszności czynów Lorda Jima... 









Pochłaniam kolejne strony i kolejne tomy "Eragona", bo nie dawał mi spokoju właśnie Murtargh... To niezwykle intrygująca postać... Wychowany na dworze imperatora Galbatorixa, syn okrutnego Murzana, jednego z Zaprzysiężonych, torturowany od dziecka.. Ucieka z dworu ojca, pomaga Eragonowi, walczy z Imperium u boku Vardenów. Znika na krótko, pokonany w walce, by ku zaskoczeniu wszystkich (moim również) pojawić się na polu walki jako Smoczy Jeździec. Nic nie byłoby w tym dziwnego, czy zaskakującego, gdyby nie fakt, że znów stoi po stronie wojsk ojca dosiadając czerwonego smoka Ciernia... Murtagh ma jeden cel - zabić Eragona i zniszczyć ruch oporu... Czy wrócił na ścieżkę zła? Nie jest to takie proste! Murtagh balansuje gdzieś na granicy dobra i zła. Spotykają się w nim te dwie rzeczywistości tocząc nieustanną walkę. Jest skazany na wieczne cierpienie. Z jednej strony, odepchnięty przez ojca, wychowywany do zła, "nienawidzi nienawidzić". Próbuje za wszelką cenę wyrzec się swego pochodzenia i odwrócić swoje przeznaczenie. Gdy wydaje się, że nic nie jest przesądzone i Vardeni zaczynają ufać jemu i jego czynom a nie jego dziedzictwu, zostaje porwany przez wojska Imperium. Na dworze znienawidzonego ojca dowiaduje się, że Eragon jest jego bratem, a ich matka zdecydowała się uratować jednego z braci przed okrutnym losem. Zadając sobie pytania, co by było, gdyby to on, a nie Eragon, został wychowany w Carvahall, zostaje zmuszony do złożenia przysięgi Imperium w pradawnej mowie. Tej przysięgi nie można cofnąć i nie można się jej sprzeciwić, nawet gdy serce czuje inaczej. Sytuacje pogarsza fakt, że to dla niego wykluwa się kolejny smok, złowrogi Cierń i teraz Maurtagh, podobnie jak brat, nosi znamię Smoczego Jeźdźca. Porzucenie ojca, Imperium, byłoby zarazem wyrzeczeniem się smoka i dziedzictwa. Zatem Murtagh podąża ścieżką ciemności, ale czy jest zły? Przecież w decydującej bitwie, pokonuje Eragona, a jednak pozwala mu odejść... Tak kończy się tom II "Najstarszy", który już opisałam wcześniej (zobacz tutaj).







"Z jednej strony Eragon lubił Murtagha. Mutragh (...) ocalił życie jemu i Saphirze. Ryzykował, pomagając wyciągnąć Eragona z Gil'eadu; walczył z honorem w bitwie o Ferhten Dur i mimo czekających go bez wątpienia cierpień, zdecydowała się zinterpretować rozkazy Galbatorixa tak, by moc wypuścić Eragona i Saphirę po bitwie na Płonących Równinach. Nie było winą Murtagha to, że Bliźniacy go porwali; że czerwony smok, Cierń, wykluł się dla niego ani, że Galbatorix odkrył ich prawdziwe imiona, za pomocą których zmusił Murtagha i Ciernia do złożenia przysięgi na wierność w pradawnej mowie. (...) Być może teraz Murtagh radował się, widząc jak ktoś inny dźwiga to samo straszliwe brzemię, które ciążyło mu przez całe życie. Eragon nie wiedział, czy to prawda, podejrzewał jednak, że Murtagh przyjął swą nową rolę z tych samych powodów, z jakich pies, całe życie bity bez powodu, którego dnia rzuca się w końcu na swojego pana. Murtagha bito i bito, i teraz zyskał szansę odpowiedzieć tym samym światu, który nie okazał mu wcześniej łaski"



Istnieje nikła szansa ratunku dla chłopca i jego smoka. Zmienić swoje przeznaczenie dobrymi czynami, w ten sposób zmieni swoje prawdziwe imię i przysięga w pradawnej mowie straci moc wiążąca go ze złem. Niemniej jednak nie jest ot takie proste... Murtagh buntuje się, pełen bólu i przez lata skrywanego lęku, wyrzuca bratu:




"Nie jestem zły! Starałem się robić co mogłem w tych okolicznościach. Wątpię, by tobie udało się lepiej, gdyby nasza matka uznała za stosowne zostawić ciebie w Uru'baenie, a mnie ukryć w Carvahall. (...) Mam przyjąć mrok Galbatorixa po to, by się od niego uwolnić? (...) Jeśli uda mi się  tak bardzo odmienić moją tożsamość, nie spodoba cie się, kim się stanę, i przeklniesz mnie równie mocno, jak teraz Galbatorixa. (...) żądasz zatem, bym stał się kimś, kim nie jestem, Jeśli Cierń i ja mamy się uratować, musimy zniszczyć swoją obecną tożsamość. Twój lek jest gorszy niż nasza choroba"



Co zatem wybierze Murtagh? Jakie przeznaczenie czeka braci i ich smoki? Z niecierpliwością czekam na odpowiedzi na te i inne pytania...


I jeszcze odrobina prywaty... Braciszku dzięki za dzisiejszy telefon i za całą rozmowę :) Bez Twojej zachęty do pisania, ten post by nie powstał ...



Anna M.



4 lutego 2014

Dwunasty przystanek "Dzikiej drogi"...




Postanowiłam "uwolnić" jedną książkę... Mam nadzieję, że przyłączycie się do zabawy..


Wybrałam powieść/dziennik "Dzika droga" Cheryl Strayed (tutaj znajdziesz moje przemyślenia po lekturze)  Chciałabym, aby książka, która opowiada o trudnej i fascynującej jednocześnie drodze, odbyła własną drogę. Marzy mi się książka żyjąca własnym życiem, taka, która szuka swoich czytelników i spisuje własną historię. 

 zasady udziału w PROJEKCIE znajdziecie tutaj.








DWUNASTA  UCZESTNICZKA  PROJEKTU





skrytkaslow.blogspot.com






4.01.2014    "Dzika droga" u Katarzyny


  


Kasia otrzymała książkę. Moi drodzy - to już rok 2014 - a to oznacza, że "Dzika droga" jest w podróży od prawie 5 miesięcy! 



O pierwszych chwilach u Kasi przeczytacie na jej blogu. Tu tylko krótki fragment:



Witajcie w Nowym Roku!

Pierwszy post 2014 roku chciałabym rozpocząć niesamowitą akcją, w której wzięłam udział. Mianowicie, mam na myśli projekt: "Przeczytaj i podaj dalej", który został stworzony przez Annę M. z bloga Książki i cała reszta...


(więcej tutaj)






30.01.2014     Ostatnie dni  Cheryl u Kasi




Po wielu perypetiach i przedłużeniu zgłaszania się do projektu, nareszcie Cheryl może wyruszyć dalej. Czasem takie niespodziewane przystanki wnoszą wiele dobrego i są potrzebne. Ty razem ten dodatkowy czas Cheryl wykorzystała, aby na chwilkę znów wpaść do mnie :) Ale o tym w kolejnych postach.... 



 
skrytkaslow.blogspot.com




Tymczasem Kasia napisała:


skrytkaslow.blogspot.com
"Jakiś czas temu przyłączyłam się do projektu Przeczytaj i podaj dalej. To bardzo ciekawa inicjatywa, dzięki której możecie przeczytać ciekawą książkę, a przy tym poznać opinie innych czytelników, ponieważ na kartach książki każdy z nas mógł zapisać swoje refleksje i przemyślenia, albo zaznaczyć swój ulubiony cytat, zdanie i skomentować je. Książka trafi teraz w ręce w Cathy.
(...)

"Dzika droga" przedstawia metamorfozę kobiety zagubionej, niszczącej własne życie w silną i niezależną kobietę. Historia ta ma jasny przekaz, chce nam pokazać, jak odnaleźć własną życiową drogę.

Książkę czyta się bardzo szybko, styl pisania jest lekki, więc czasem ciężko się od niej oderwać, wciąż jesteśmy ciekawi dalszych przygód kobiety. Książka skłania do refleksji!"
(więcej tutaj)







1.02.2014       "Dzika droga" znów u mnie...






Cheryl wpadła tylko na chwilkę... Mimo to, miło było znów ją zobaczyć, przyznaję - rozczuliłam się... 

Kochane, to niesamowite uczucie czytać ponownie książkę i wasze wpisy! Ale o tym napiszę w osobnym poście....










4.02.2013  CHERYL SPAKOWAŁA SWOJE "MONSTRUM" I WYRUSZYŁA DALEJ PODBIJAĆ ŚWIAT...




 Kolejna podróż


„Dzika droga” wyruszy dalej.... przed siebie.... 

Tym razem udaje się do   .... Cathy ....





Anna M.



3 lutego 2014

"Hobbit" J.R.R. Tolkien



Pierwszy dzień ferii... czyli znów jestem chora... To już chyba moja tradycja - "jest wolne, jest choroba"... A zatem, zrobiłam gorącą herbatę, cytryna plus miód (dużo miodu - w końcu jestem chora!), założyłam skarpetki, wyjęłam włochaty koc, i rozpoczęłam chorowanie bez L4. Na szczęście: lodówka pełna, nowiutkie książki na półkach i mnóstwo wolnego...  Ostatnio dużo czasu przebywam w krainie fantazji, sama jestem zaskoczona i  nie potrafię się z niej wyrwać. Dawno już nic nie zafascynowało mnie  tak bardzo...



Dziś o hobbitach... Każdy chyba widział, a przynajmniej słyszał o filmie "Władca Pierścieni". Mniej osób pewnie czytało książkę, choć może nie doceniam społeczeństwa. Chciałabym się mylić... Sama oczywiście czytałam książkę zanim Peter Jackson wpadł na pomysł ekranizacji, widziałam też film, ale po "Hobbita" sięgnęłam dopiero w zeszłym tygodniu. Dlaczego? Odpowiedz jest złożona,  powiedzmy, że komuś obiecałam, a potem już mnie "wciągnęło".




Hobbici to mali ludzie, mieszkańcy Shire. Lubi spokój, ciszę i zwyczajne życie. Nie mieszają się do polityki, nie interesują tym, co dzieje się w świecie, nie marzą o przygodach. Cenią ciszę, kochają jeść, a jedyną mrożącą krew w żyłach rozrywką są perypetie rodzinne, bo dla hobbit związki krwi są najważniejsze, no może poza podwieczorkiem... Ale jest jeden hobbit, który różni się od całej reszty, choć jeszcze nie wie, że wzywa go świat. To Bilbo Baggins - mały człowiek o wielkim sercu i nie mniejszym talencie do wpadania w tarapaty... Opuszcza zatem swój zaplanowany, przewidywalny i bezpieczny świat (nie do końca z własnej, nieprzymuszonej woli), by stawić czoła, no właśnie, sam jeszcze nie wie czemu, ale to nieważne... Ponoć wie Gandalf, ale jak się później przekona, nawet Czarodziej nie przewidział skutków przygód małego hobbita...


 
(designrshub.com)




Bilbo to przedziwna postać, jest zabawny, momentami komiczny, ale z drugiej strony jest też sprytny, zaradny i zawsze potrafi znaleźć wyjście w trudnych sytuacji, w które swoją droga sam się nieustannie wplątuje. No i jeszcze jedno - jest strasznym gadułą, co oczywiście ratuje go z wielu niebezpieczeństw, no bo kto inny byłby zdolny pokonać Golluma w wymyślaniu zagadek, czy dyskutować ze smokiem.  I dorzucę odrobinę prywaty, do tej pory nie bardzo lubiłam Bilba, po przeczytaniu "Hobbit" zmieniłam zdanie! Pokochałam go i zaczynam rozumieć jego późniejsze postępowanie... No i dzięki niemu i jego spotkaniu z Gollumem, Tolkien mógł napisać "Władcę Pierścieni". To oczywiste, że gdyby Bilbo nie znalazł pierścienia, ten leżałby w jaskiniach Mglistych Gór i nadal czekał na swoją przygodę... Myli się jednak ten, kto sądzi, że "Hobbit" jest tylko i wyłącznie wyjaśnianiem, skąd Bilbo miał ów pierścień. Powieść Tolkiena jest odrębną przygodą, podczas której poznajemy młodego Bilba, jego marzenia, plany, przyjaciół i ogromne serce z garścią poczucia humoru... Lektura otwiera nas na świat legend Śródziemia, przenosi czytelnika do Shire, każe odkrywać tajemnice Mglistych Gór, skłania do poszukiwań odpowiedzi na pytania o istotę bycia dobrym...nawet, jeśli jest się tylko hobbitem czy krasnoludem...







Cóż zatem mi pozostaje.... Zrobić kolejny kubek herbaty (z tym, co misie lubią najbardziej) i zagłębić się w kolejną przygodę z Śródziemia... No może tylko wcześniej muszę się dowiedzieć, co stało się z Eragonem (zostało mi jeszcze 200 stron III tomu). Ale przecież są ferie... i jestem przykuta do łóżka... 


Anna M.



1 lutego 2014

"Wszystko za życie" ("Into the Wild") Jon Krakauer








Wolność... Jedno z tych słów, które cenię najbardziej... Wiele oddałam dla wolności... Najbliżsi wiedzą, ile poświęciłam..., moje marzenia i przyszłość... Wolności i godności nikt nie może nam zabrać... Moja mama często opowiada, że od zawsze miałam własne zdanie i to w dodatku zupełnie odmienne od reszty społeczeństwa. Oczywiście wiele razy tuliła mnie, gdy wypłakiwałam się jej, że świat mnie nie rozumie, że zawsze jest pod prąd...  Ale na sugestie mamy, żebym zmieniła się i upodobniła do koleżanek, reagowałam jeszcze większym uporem w dążeniu do obranego celu. Do dziś z tego powodu nie jest lekko...


Nie jest to popularna droga w czasach komercji, konsumpcji i wyścigu szczurów...  K.S. często mi o tym przypomina, czasem robi z tego powodu wyrzuty, a czasem już chyba z rezygnacją macha ręką mówiąc: "co nas nie zbije, to nas wzmocni"...


Wolność to siła, pasja, walka i prawda. Ona nas kształtuje, to ona została nam dana i nikt nie ma prawa jej odbierać! Inspirują mnie ludzie, którzy mieli odwagę powiedzieć: NIE! Być może poświęcili wszystko, co mieli, ale nigdy nie ugięli się przed niszczącą siłą niewoli... każdej niewoli... Instynktownie wybieram zatem książki, które traktują o wolności, niezależności, marzeniach i byciu sobą... To moja oaza :)


Kilka lat temu czytałam książkę Jona Krakauera "Wszystko za życie", wiele razy widziałam film w reżyserii Seana Penna, a muzyka Eddiego Veddera zawsze mnie uspokaja... Kilka dni temu znów sięgnęłam po książkę... Sama nie wiem dlaczego, ale ma to chyba związek z tym, że już od bardzo dawna tkwię w jednym miejscu i powoli zaczynam czuć się, jak w więzieniu... W jakim sensie? W każdym... Ludzie obok zawsze gdzieś się spieszą, biegną i nie zwracają na nic uwagi... Stajemy się niewolnikami cywilizacji... Zegarki wyznaczają czas na sen, na jedzenie, na pracę. Z telewizji napływają przerażające informacje o wypadkach, zbrodniach i niesprawiedliwości społecznej. Nikt nie pyta się nas, czy interesuje nas reklama takiego, a nie innego serka, czy jogurtu. Hejterzy nigdy nie śpią... i nienawidzą nawet nienawidzić...



Jon Krakauer opowiada historię Chrisa McCandlessa, młodego, dobrze się zapowiadającego chłopaka, który ku zaskoczeniu wszystkich, jednak odrzucił styl życia nakazany przez społeczeństwo, konwencje i pochodzenie. Urodził się w bogatej rodzinie, miał wpływowych znajomych, zdobył dyplom najlepszego uniwersytetu, a kilka dni później spalił swoje dokumenty, zerwał kontakty z bliskimi i wybrał się w podróż życia. Kilka lat wędrował po całej Ameryce Północnej, zdając pytania o sens istnienia i bycia człowiekiem, by wreszcie trafić do celu swych poszukiwań - na Alaskę. Pozornie biedny, bogaty jednak w myśli, pragnienia i marzenia - wbrew logice naszej cywilizacji - wolny...





„Dwa lata wędruję po świecie. Żadnego telefonu, żadnego basenu, żadnych domowych zwierzaków, żadnych papierosów. Totalna wolność. Esteta, podróżnik którego domem jest droga. Uciekł z Atlanty. Nie będziesz powracał, pamiętaj sobie, najlepiej jest na zachodzie. Teraz, po dwóch latach wędrówki, nadchodzi najważniejsza i największa przygoda. Ostateczny bój, aby zabić fałszywe istnienie wewnętrzne i zwycięsko zakończyć rewolucję duchową. Dziesięć dni i nocy w pociągach towarowych i autostopem przywiodło go na wielką, białą północ. Nie będzie już zatruwany przez cywilizację, od której ucieka; wchodzi samotnie w krainę, by zagubić się w dziczy. Alexander Supertramp, maj 1992”



O wartości człowieka świadczy coś znacznie większego, niż pieniądze, pozycja społeczna i znajomości... Godność ma się wyrytą w sercu, nie na banknocie. Nie jest istotne, co mówią o mnie inni ludzie, liczy się to, co ja sama o sobie myślę, czy znam siebie i czy siebie lubię... Chris odkrył wiele odpowiedzi na dręczące nas pytania. Nikt nie karze nam wędrować aż na Alaskę, ale trzeba się w tym naszym do bólu poukładanym życiu zatrzymać i spojrzeć na nie z dystansu... Nigdy nie jest za późno na zmianę, wiatr wieje tam, gdzie chce, wystarczy nie zamykać serca i mocno się go chwycić... Wiara w dobro i w siebie potrafi nieść przez życie niczym na skrzydłach... Nie można się poddawać, nigdy nie wolno zapomnieć o swoich ideałach i marzeniach... Szczęście można znaleźć wszędzie, warto zatem zacząć szukać poznając siebie...



Eddie Vedder - Guaranteed


"On bended knee is no way to be free
lifting up an empty cup I ask silently
that all my destinations will accept the one that's me
so I can breathe


Circles they grow and they swallow people whole
half their lives they say goodnight to wive's they'll never know
got a mind full of questions and a teacher in my soul
so it goes...

 

Don't come closer or I'll have to go
Holding me like gravity are places that pull
If ever there was someone to keep me at home
It would be you...

 

Everyone I come across in cages they bought
they think of me and my wandering
but I'm never what they thought
got my indignation but I'm pure in all my thoughts
I'm alive...

 

Wind in my hair, I feel part of everywhere
underneath my being is a road that disappeared
late at night I hear the trees
they're singing with the dead
overhead...

 

Leave it to me as I find a way to be
consider me a satelite for ever orbiting
I knew all the rules but the rules did not know me
guaranteed..."





"Na klęczkach nie ma mowy o byciu wolnym
podnosząc pustą filiżankę proszę cicho
by wszystkie moje miejsca przeznaczenia zaakceptowały to jedno miejsce i cel przeznaczenia którym ja jestem
tak bym mógł oddychać...

kręgi się rozszerzają i połykają ludzi w całości
przez połowę swojego życia mówią dobranoc żonom których nigdy nie będą znać
mam umysł pełny pytań i nauczyciela w mojej duszy
i tak to leci/ upływa...

nie zbliżaj się bo będę musiał odejść
miejsca które mnie przyciągają są jak trzymająca mnie grawitacja
gdyby kiedykolwiek istniał ktoś kto zatrzymałby mnie w domu
to byłabyś ty

wszyscy których napotykam żyją w klatkach które sobie kupili
myślą o mnie i o mojej wędrówce/tułaczce
ale ja nigdy nie jestem taki jak myśleli
mam swoje oburzenie ale jestem czysty we wszystkich moich myślach
jestem żywy/ pełen życia...

mam wiatr we włosach, czuję się częścią każdego miejsca
podstawą mojego istnienia jest droga która zniknęła
późną nocą słyszę drzewa
śpiewają ze zmarłymi
w górze...

zostaw to mnie bo znajduję drogę życia/ sposób na życie
uważaj mnie za satelitę na zawsze orbitującą
poznałem wszystkie reguły ale reguły nie poznały mnie
to gwarantowane..."



Znów mam ochotę zwyczajnie się spakować i zacząć żyć z dala od oczekiwań innych... Mam ochotę, jak to zrobiłam kilka lat temu, zwyczajnie wyjechać... Dziś moim azylem są książki, ale na jak długo?


 Anna M.


Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził. Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)



Recent Posts