23 marca 2014

"Droga do zapomnienia" Eric Lomax





 ZEMSTA   czy   PRZEBACZENIE  ???




W moim nie tak krótkim już przecież życiu przeczytałam sporo książek dotyczących II Wojny Światowej, Holokaustu i obozów koncentracyjnych. Zawsze jednak ów książki i różne spotkania dotyczyły zbrodni nazistowskich. Natomiast wczoraj wieczorem zaczęłam czytać wspomnienia wojenne z Dalekiego Wschodu. Przyznam, że moja wiedza o tym rejonie świata jest raczej uboga... Trzeba to zdecydowanie zmienić... Mało dziś się mówi o obozach na wschodzie, choć los więźniów był równie tragiczny i okrutny, jak w Auschwitz czy w Treblince.



Książka Erica Lomaxa "Droga do zapomnienia", czy raczej  "The Railway Man" jest wstrząsającym zapisem pobytu w japońskim obozie jenieckim Outram Road w Singapurze. Eric miał 20 lat, gdy Niemcy zaatakowali Polskę. Jako brytyjski oficer wyruszył do Singapuru, ale wkrótce losy wojny się zmieniły i trafił jako jeniec do dżungli, aby budować kolej birmańsko-syjamską. W 1942 r. trafił do obozu Outram Road, był nieustannie torturowany, nieludzko głodzony i męczony psychicznie. Nie sposób pisać o wszystkich okropnościach i męczarniach. Żadne słowa nie są w stanie oddać i opisać nieludzkich warunków życia w obozie, śmierci, tortur, poniżania i powolnego, metodycznego zabijania resztek godności i człowieczeństwa. Eric nie poddał się jednak, po dwóch latach został przeniesiony do szpitala obozowego Changi, gdzie doczekał końca wojny.  Ale czy jego tortury się skończyły? Czy można zapomnieć o bólu, nawet gdy fizyczne rany dawno się zabliźniły?








Dziś szacuje się, że Kolej Śmierci, czyli  odcinek łączący Bangkok w Tajlandii z Rangun w Birmie pochłonął życie 100 000 ofiar. Obecnie połączenie jest w większości nieczynne (z 400 km można przejechać tylko 130), ale tory nadal są niemym pomnikiem na wielkim cmentarzysku dziejów XX w.







Książka nie jest jednak tylko i wyłącznie zapisem przeżyć obozowych. Jest czym znacznie więcej... Dla mnie jest ona próbą rozliczenia się z przeszłością. Eric Lomax przez 50 lat zmagał się ze wspomnieniami, koszmarami i demonami przeszłości. Nie umiał i nie chciał opowiadać o tym, co się stało, a nikt nie potrafił go zrozumieć. Z jednego więzienia trafił do drugiego, choć bez krat, ale niemniej bolesnego. Powoli zamykał się w swoim świecie bólu, chęci zemsty, bezradności, poczuciu osamotnienia. Nawet żona i dzieci nie wytrzymali próby czasu i ogromu cierpienia wolnego już, jak by się mogło wydawać, Erica.  



Eric Lomax

 "Mój świat był nadal czarno-biały. Przyzwyczaiłem się do ukrywania prawdy, do maskowania swojego prawdziwego bólu - wolałem żyć nadzieją, że kiedyś minie, tak samo jak łudziłem się, że tortury mam już za sobą i że będę w stanie zapomnieć o Outram Road"








Czas mijał, ale nie leczył ran... Punktem zwrotnym stała się niespodziewana i szokująca informacja, że jeden z oprawców  z Outram Road, właśnie ów tłumacz, Takashi Nagase, wciąż żyje.  Jak wyjść z więzienia, gdy cały świat stał się więzieniem? Co dzieje się w umyśle byłego więźnia, gdy dowiaduje się oprawcy wciąż żyją i nie ponieśli kary? 



Takashi Nagase
"Być może chciałem odzyskać część tego, kim byłem, zanim zostałem wysłany na wojnę i kazano mi pracować przy szaleńczej kolei. Przyznaję, że zależało mi na tym, by zapłacili więcej, niż do tej pory. Im więcej o tym myślałem, a myślałem coraz więcej, tym bardziej chciałem, żeby agentów Kempei spotkała krzywda. (...) Krwawa zemsta wydawała mi się jedyną rekompensatą adekwatną do złości, którą w sobie nosiłem. Często wracałem myślami do młodego tłumacza w Kanburi. Nie było jednej dominującej postaci, na której mógłbym skupić swój gniew, ale ze względu na znajomość mojego języka tłumacz stał się dla mnie łącznikiem z tamtymi wydarzeniami. To on grał główną rolę w moich wspomnieniach, stał się moją prywatną obsesją. Jego bełkotliwy, łamany angielski; niekończące się pytania, którymi nas zamęczał; ciągłe powtórzenia; to, że dawał głos wielkiemu, krnąbrnemu podoficerowi - reprezentował ich wszystkich i dla mnie był uosobieniem najgorszych męczarni".




Jest zatem jeszcze jeden "bohater" (choć to złe słowo) tej opowieści - Takashi Nagase. Czy przez 50 lat można odkupić swoje winy? Co można zrobić, aby naprawić zło? Czy możliwe jest przebaczenie? Czy wolno o nie prosić? 




Takashi i Eric spotkali się w 1995 roku na słynnym Moście na Rzece Kwae Yai.






Za kilka dni do polskich kin wchodzi film będący adaptacją "Drogi do zapomnienia" pod tym samym tytułem z moim ukochanym Colinem Firthem w roli głównej. Już nie mogę się doczekać....




Aktualizacja     5.04.2014

Właśnie byłam na filmie. Moje refleksje przedstawiam w osobnym poście.





Anna M.



Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził. Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)




eioba

17 marca 2014

"Małe cuda" Cheryl Strayed



 



Od samego początku chcę się do czegoś przyznać - Cheryl i jej książka "Dzika droga" bardzo mi w życiu pomogła. Kiedy więc zobaczyłam w księgarni "Małe cuda", kupiłam bez mrugnięcia okiem. Potrzebowałam kolejnego spotkania z Cheryl. Od jakiegoś już czasu noszę się z zamiarem zmiany pewnych rzeczy w życiu i pozostawało to na etapie pomysłu. Ale z pomocą przyszła mi Cheryl...  To szczególna książka, bo stanowi zbiór listów i odpowiedzi, w których zawarte są chyba wszystkie pytania i dylematy świata, a już na pewno w każdym z nich można znaleźć kawałek swojego życia:







"Moim skromnym zdaniem świat umiera na samotność, a my ludzie, kupiliśmy bajkę o potrzebie wygodnego życia, przez co przestajemy sięgać w głąb siebie (...) za to coraz częściej sięgamy po kuszące towary ustawiane przez naszych chciwych przyjaciół ze świata biznesu na straganach tak zwanego wolnego rynku. Coraz szybciej pędzimy przez czasoprzestrzeń - coraz bardziej wirtualną - w pogoni za ideą nawiązywania stosunków i kontaktów. Jednocześnie oddalamy się od rodzin, sąsiadów i samych siebie. Wpisujemy w wyszukiwarkę własne imię i nazwisko, aktualizujemy status, odświeżamy strony informujące o tym, którzy celebryci rujnują sobie życie i w jaki sposób. Jednak to nie pomaga na długo. (...) Przyjaciółka jest świątynią, którą zbudowałam na gruzach dawnego świata.(...) Znamienne jest to, że Przyjaciółka narodziła się w internecie, widmowym świecie, w który ludzie się zanurzają, aby uciec od samych siebie, tanim kosztem na nowo stworzyć swoją tożsamość, pokazać się z najlepszej i niekoniecznie autentycznej strony" 



Przygotowałam się do tego spotkania, bo wiedziałam, że lektura książki Cheryl, jak zawsze zresztą, będzie ode mnie wymagała zaangażowania. To nie jest rodzaj książki, którą można przeczytać w jeden wieczór, to przewodnik po własnym życiu. Oczywiście można się sporo dowiedzieć o samej autorce, która odpowiadając na pytania czytelników portalu, odsłania siebie i jest przez to autentyczna. A zatem, postanowiłam się spotkać z Przyjaciółką i z samą sobą... jak na babskie spotkanie przystało, musiałam zadbać o szczegóły. Przez długie lata nie często rozmawiałam sama ze sobą, tak szczerze i otwarcie, więc, aby skusić "mnie" do rozmowy, zaprosiłam siebie na tort czekoladowy. Wiedziałam doskonale, że ta część mnie, która na co dzień kryje się przed światem, zdecydowanie nie odmówi deseru czekoladowego, a gdy już przyszła, to usiadłam wygodnie na dywanie, i wspólnie: ja, moje ja ukryte przed wszystkimi i Cheryl zaczęłyśmy ze sobą w trójkę rozmawiać... Tak minął weekend... Każdy kolejny list i odpowiedź były drogą i impulsem do zadawania pytań, często niewygodnych, od lat przysypanych gruzami życia. I jak zwykle, całą książkę zapisałam własnymi przemyśleniami, zaznaczyłam fragmenty "tylko dla i o mnie", a potem ją zamknęłam i jeszcze długie godziny rozmawiałam ze sobą... 



To niesamowite, że osoba mieszkająca na drugim końcu świata, mówiąca innym językiem i zupełnie mi obca, wie o mnie tyle. A może wie o sobie tyle, a człowieczeństwo ma to do siebie, że ciągle "pakuje" nas w podobne historie. 



www.cherylstrayed.com
"Każdy z nas w pewnym momencie życia - a najczęściej w wielu momentach - zostaje sam z takim lub innym bałaganem. Niech zaakceptowanie tej prawdy staje się punktem wyjścia. Otwórz oczy i zobacz, jak wygląda rzeczywistość, a następnie rusz przed siebie. Nie musisz iść bardzo szybko ani bardzo daleko. Czasami wystarczy posunąć się o centymetr. Czasami miarą przebytej drogi może być każdy kolejny oddech".




Lubię czytać książki zawierające wątki autobiograficzne. Wszystkie te historie sprawiają, że mogę iść przez życie i spotykać "anonimowych przyjaciół" na rożnych jego ścieżkach. Kim oni są? To ci z pisarzy, którzy podzielili się ze mną kawałkiem siebie, oddali swoją historię w moje ręce  w nadziei, że chwila, gdy będą mi towarzyszyli, zmieni odrobinę moją teraźniejszość. I tak się dzieje, za co jestem im wszystkim wdzięczna. 



"Prawdziwa zmiana dokonuje się na poziomie gestu. Chodzi o to, żeby zrobić pewną rzecz inaczej, niż robiliśmy do tej pory. Żeby mężczyzna zdecydował się nie zaprosić na swój ślub agresywnej matki, kobieta zdecydowała się iść w sobotę rano na zajęcia plastyczne, zamiast szorować toalety w domu, żeby pisarz nie pozwolił, aby zżerała go zazdrość, żeby rodzic zrobił głęboki wdech, zamiast rzucić talerzem. (...) Tak trzeba. To nasze zadanie. Robiąc to, wzmocnimy się i zyskamy jasność. Staniemy się bliższe temu, jakie pragniemy być. (...) W życiu przechodzimy niezliczoną ilość maleńkich rewolucji, miliony razy oddalamy się od samych siebie, a potem znów wracamy, by móc się rozwijać, zmieniać i dalej dobrze żyć..."



 


Za oknami wiosna... Czas na zmiany...



Anna M.







P.S. Jak tylko wyzdrowieje, bo znów chora jestem - ta zima mnie nie oszczędza....




POLECAM 
* mój projekt "PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ" dotyczący książki Cheryl "Dzika droga"



Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził. Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)






 

16 marca 2014

"Kot Bob i ja" James Bowen


 


Autor: James Bowen
Tytuł: Kot Bob i ja
 
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 289

moja ocena:   5/6









Zwykły szary dzień, zwykłe tanie mieszkanie i jeden niezwykły kot. James Bowen wraca do domu i zastaje gościa na wycieraczce. Kot od razu próbuje się wprosić do domu, ale James wydaje się być nieufny. Może kot ma dom? Może nie jest tak, jak sam autor - właściwie bezdomny? Ale kot nie daje za wygraną i pozwala się uratować... Czy aby na pewno ta zależność jest właściwa? Czy to James uratował kota, czy też może odwrotnie? Poczekajmy, kot ma swój plan i chwilowo pozwala swojemu wybawcy wierzyć, że potrzebuje pomocy, gdy tymczasem w swojej kociej głowie ma plan uratowania pewnego wrażliwego i dobrego człowieka, który tylko pogubił się na grodze uzależnień i nałogów... 



A zatem, James ratuje kota, kot wprowadza się do Jamesa, a ten zabiera go ze sobą do "pracy", czyli na ulice, bo tam właśnie gra na gitarze zarabia na swoje, i odtąd kota, utrzymanie. Zaczyna się niezwykła przygoda, próby porozumienia, opieki nad druga istotą, przyjaźni i wzajemnej pomocy... Kot otrzymuje dumne imię z popularnego serialu telewizyjnego i staje się pełnoprawnym członkiem "rodziny", a z czasem nawet, o czym autor dowiaduje się na końcu, jej szefem i przewodnikiem...James przekonuje się, że nie można zrozumieć drugiej istoty bez zrozumienia siebie i nie można się troszczyć o kogoś, nienawidząc siebie. To początek wspólnej, trudnej drogi ku wolności, radości i zmiany życia... To początek rozliczania się z przeszłością, akceptacji teraźniejszości i próby zmiany przyszłości. James w szczery i prosty sposób opisuje ten proces, wspomina przeszłość, celnie punktuje rzeczywistość, zaczyna marzyć... Gdyby nie Bob, nie zauważyłby tego, co ma, tego, co utracił i nie pragnąłby zmienić swojego "teraz"...







Polecam książkę wszystkim zakochanym w kotach, ale przede wszystkim tym, którzy znajdują się na dnie własnego życia, na prawdziwym "zakręcie". Dla każdego to może być zupełnie inny moment i inne miejsce. Może nie jesteś bezdomny, może nie musisz walczyć z nałogami, może masz wszystko i jesteś szczęśliwy... Ale kot Bob i tak przemieni twoje życie, jeśli tylko pozwolisz mu wejść w nie i pomruczeć o tym, co można zmienić... Wtedy zaufasz sobie i drugiej istocie, a to dopiero początek Twojej własnej drogi...




Anna M.
P.S. Książkę przeczytałam z prawdziwą przyjemnością, mimo, że mam alergię na koty i psy. Ale z pewnością Bob coś wymyśli, by mnie poznać osobiście, gdzieś... kiedyś... gdy będę potrzebowała jego pomocy....



Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził. Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)



Za książkę dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia
POLECAM









14 marca 2014

"Pokolenie kolosów" Piotr Tomza





Żyję już na tym świecie dostatecznie długo, aby widzieć rożne rzeczy. Kiedyś myślałam, że świat stoi u moich stóp i wystarczy marzyć, aby być szczęśliwym. Potem "dorosłość" pokazała mi moje miejsce w szeregu, ale gdy zdawało się wszystkim, że udało się mnie dopasować do "średniej krajowej", zaczynałam się znów buntować. K.S. twierdzi, że zbyt dużo ostatnio zmieniam, ale cóż, dłużej nie da się być nijakim... Ja nie potrafię...  Mark Twain mawiał: "Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj". Dlatego może sięgam ostatnio po książki opowiadające o ludziach, którzy poświęcili życie dla pasji. Przypominają mi oni, że nijaki świat się myli, kłamie mówiąc mi ciągle, że nie warto, że już najlepsze za mną, że wszystko straciłam... Są moim "wyrzutem sumienia", gdy zmęczona po pracy zasypiam i nadal nic nie robię, aby wreszcie zrealizować moje największe marzenia z dzieciństwa. A mam takowe...



Wzięłam więc do ręki książkę Piotra Tomzy "Pokolenie kolosów" i obudziły się we mnie pragnienia małej dziewczynki, która dawno temu wieczorami wychodziła podczas burzy przed dom i, ku rozpaczy mamy, patrzyła w niebo i marzyła o przyszłości. Każda kolejna błyskawica była jednym marzeniem, a grzmoty tylko potwierdzały złożone przez niebo obietnice... Zobaczyłam również kilkulatkę, która przychodziła do babci, a ta godzinami opowiadała jej o świecie, dialogu z ludźmi, równości i o Bogu...  A potem... gdy mała dziewczynka dorosła i chciała spełnić swoje marzenia, ktoś jedną decyzją przekreślił wszystko i zatrzasnął drzwi do świata... Schowała się zatem i przestała marzyć, ale czy na pewno???  Marzeń nie da się wyrzucić, jak zalegających śmieci. Zawsze będą schowane głęboko, i nawet gdyby przez całe życie nie miały ujrzeć światła dziennego, pamiętamy o nich... I mała dziewczynka nadal marzy...




Wróćmy jednak do książki, bo dziś mam niezwykły dar, nazwijmy to, "myśli pobocznych". Zacznijmy od początku. Kolosy to nagrody za dokonania eksploracyjne. Są przyznawane są corocznie od 2000 roku w pięciu kategoriach: "Podróże", "Żeglarstwo", "Alpinizm", "Eksploracja jaskiń" i "Wyczyn roku". Statuetka nawiązuje do słynnych i owianych tajemnicą posągów Moai z Wysp Wielkanocnych.Więcej znajdziecie na stronie www.kolosy.pl   Piotr Tomza opisuje w swojej książce tylko i aż piętnaście różnych historii, osób i pasji...  Układają się one w pewnym kluczu, pewnie dla każdego czytelnika innym, zależnie od drzemiącym w nim  marzeń. Z książki można wybrać wiele cennych dla siebie myśli, a ja traktuję ją bardzo osobiście, bo i pojawiła się w moim życiu w trudnym i wymagającym dla mnie okresie.  Wiedziałam, że zawsze w książkach znajdę inspirację do pracy nad sobą. Dlaczego? Proste - książka jest tylko dla mnie, jest cierpliwa, wysłucha, poczeka, nie krytykuje, podsyła odpowiedzi i kierunki poszukiwań... Co zatem znalazłam w "Pokoleniu kolosów"? Kilka historii, wiele inspiracji, ale o tym za chwilę... Wiem, wiem, jestem ogromną egoistką, ale zawsze czytam z myślą wyłącznie o sobie. Każda kolejna książka pozwala mi żyć, oddychać, myśleć, uśmiechać się i zwyczajnie być sobą... 
 

Pierwsza inspiracja
Marzenia wymagają poświęcenia, pracy i odwagi...


Sylwester Czerwiński, Kolos 2001



"By zrealizować kolejny pomysł, samotną rowerową podróż z Goleniowa do Pekinu i z powrotem, zaczął odkupywać urlopy od kolegów z piekarni. Starczyło na ponad trzy miesiące, dwadzieścia dwa tysiące kilometrów, półtora tysiąca zdjęć i trzysta stron notatek. (...) Wróciłem z wyprawy i usłyszałem "do widzenia panu" - wspomina okoliczności zwolnienia z pracy (...) Wyjechałem do Anglii i zacząłem pracować jako kierowca. Na trzy etaty. Budziłem się w niedzielę i wiedziałem, że do piątku czeka mnie najwyżej osiemnaście godzin snu. Zapisałem się do publicznej szkoły, żeby poznać język. Zaliczyłem dwa lata. Miałem cel, marzenie do zrealizowania. Bez tego nie mógłbym się zmobilizować do życia w kieracie (...) Spędził na Wyspach pięć lat. Odłożył tyle, by móc zależeć tylko od siebie. 12 sierpnia 2007 roku rozpoczęła się jego podróż życia". (o Sylwestrze Czerwińskim)



Myśl druga.
Na marzenia nigdy nie jest za późno. Henryk Widera zaczął żeglować po przejściu na emeryturę. Pierwszego Kolosa otrzymał w wieku 64 lat, choć rejs życia nadal miał cały czas jeszcze przed sobą...


Henryk Widera, Kolos 2004

"Nie wiem, co by się stało, gdyby nie żeglarstwo. Ono mi pozwoliło uwolnić się od problemów, które miałem przez całe życie. Uratowało mnie, a przecież zanosiło się już na katastrofę. Kocham obie moje pasje i mam wielkie szczęście, że mogę je połączyć"






Punkt trzeci.
Marzenia to jednak nie tylko cel do osiągnięcia - samo życie to wielka podróż. Piotr Tomza tak pisze: "Historia życia Tomasza Mackiewicza nadaje się na osobną opowieść. W Irlandii intensywnie trenował bouldering (wspinaczka po skalnych blokach bez asekuracji), wcześniej sporo podróżował po Azji. W Indiach przez pół roku pomagał Helenie Pyz, polskiej lekarce i misjonarce świeckiej, w prowadzeniu ośrodka dla trędowatych, zatrzymał się też u ojca Mariana Żelazka". 


Trzeba jeszcze wspomnieć o czymś bardzo ważnym i niestety smutnym. Wielu złożyło za marzenia najwyższą ofiarę - własne życie. Ryzykowali, zdobywali, byli... Nie potrafili inaczej, coś w środku kazało żyć pełnią, nawet za cenę owego życia...



I jeszcze jedna myśl na koniec:



Andrzej Muszyński, Kolos 2008

"Każda wędrówka -  czy to w przestrzeni, czy intelektualna - to jest naprawdę niebezpieczna zabawa z rzeczywistością i z samym sobą. Im więcej widzisz, im więcej masz perspektyw i punktów odniesienia, tym trudniej ci pewne rzeczy zrozumieć. A przecież po to jechałeś, żeby zobaczyć, przeżyć i właśnie zrozumieć. Tymczasem zaczynasz błądzić, jak w labiryncie, a to może się bardzo źle skończyć. I wtedy najlepiej wrócić. Dosłownie. Do ławki przed domem, skąd trzeźwym okiem można spojrzeć na to wszystko, co dzieje się dookoła"





A ja? Ja wyruszam w swoją podróż, mam już dosyć siedzenia przed domem na ławce....



Anna M.



Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził. Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)

eioba

12 marca 2014

KOŁO CZYTELNICZE







Młodzież czyta... Tak, tak! Wbrew wszelkim rankingom, wynikom testów po szkole podstawowej i ocenom z polskiego, młodzież czyta! Przynajmniej niektórzy uczniowie czytają... Może nie Sienkiewicza, ale tego nawet ja nie przeczytałam... A tak na marginesie, mój brat zaczął czytać w wieku 25 lat, bo zafascynował się "Władcą Pierścieni". Teraz pochłania książki i, o dziwo, nawet kupił czytnik e-booków.  Czy taka będzie droga dla czytelnictwa? Nie wiem, istotne jest to, żeby zamiast karmić się kłamstwami płynącymi z telewizji, zamiast grać w ogłupiające gry komputerowe i dawać się wciągnąć w płytki świat, zamiast tego wszystkiego mieć własne zdanie, własne pasje i wyobraźnię, by ten świat zmieniać... 


Moi uczniowie czytają, choć na spotkania koła czytelniczego przychodzi kameralna grupa, to warto takie zajęcia prowadzić. Bardzo się cieszę, gdy możemy wspólnie coś przeczytać, albo zwyczajnie porozmawiać o książkach, wypić herbatę i pośmiać się. Przyznaję, że to oni pokazali mi świat literatury dla dzieci i młodzieży, otworzyli przede mną swój świat i zaufali mi... Czytanie to jednak nie wszystko, diabeł tkwi w szczegółach. Jak przystało na miłośników dobrej książki, spotykamy się przy małym stoliczku, przygotowujemy herbatkę (ja mam kawusie), mamy nawet specjalne kubeczki... Czasem pojawiają się słodkości ;) Każdy może sobie wybrać kubek i herbatkę, aby czytanie było samą przyjemnością, i nie kojarzyło się z zajęciami pozalekcyjnymi...



Jest nadzieja, bo moja młodzież ma swoje pasje... Gdy ich słucham, wraca we mnie wiara w dobro... Prowadząc lekcje w 14 klasach często zderzam się ze ścianą... Nie jestem stara (choć w pojęciu moich uczniów już powinnam być co najmniej na emeryturze), ale nie interesują mnie: telewizja, gry, plotki, skandale, celebryci... Wolę książki, spacery, rozmowę... To znacznie ciekawsze! I cieszę się, że ktoś z młodszego pokolenia czyta... Nie dlatego, że pani w szkole każe, ale dlatego, że lubi i chce...



WPISY  W  DZIALE:



Cesarz Wojciech  "Pamiętnik grzecznego psa"
Foxley Janet   "Mały olbrzym" 

Mull Brandon   "Baśniobór I"

Mull Brandon   "Baśniobór II. Gwiazda Poranna wschodzi"

Mull Brandon   "Baśniobór III. Plaga cieni"
Mull Brandon   "Baśniobór IV. Tajemnice Smoczego Azylu"
Lewis C.S. "Opowieści z Narni" - T. 1 - "Lew, Czarownica i stara szafa"
Lewis C.S. "Opowieści z Narni" - T. 2 -  "Książę Kaspian" 
Lewis C.S. "Opowieści z Narni" - T. 5 -   "Koń i jego chłopiec"
Lewis C.S. "Opowieści z Narni" - T. 6 "Siostrzeniec Czarodzieja"
Paolini Christopher   "Eragon"

Paolini Christopher   "Brisingr"

Paolini Christopher   "Najstarszy"

Tolkien J.R.R.  "Hobbit" 



Zapraszam do zapoznania się z naszymi lekturami, i obowiązkowo należy zrobić sobie pyszną herbatkę owocową! :)


Anna M.



11 marca 2014

"Mały olbrzym" Janet Foxley



Nowy tydzień, nowe wyzwania. Praca w szkole nabiera tempa, zwłaszcza, że przede mną prawdziwy "maraton komunijny"... Świat nadal mnie zaskakuje, zwłaszcza, gdy muszę udowadniać, że katechetka to też inteligentny człowiek... Choć ostatnio dowiedziałam się, że nadal żyję w "ciemnogrodzie", w jakimś tam średniowieczu, nadal się nie poddaję i wyjaśniam, że Kościół już dawno jest w XXI wieku (choć zapewne oczywiście nie wszyscy jego członkowie)... Cóż...


Wiele się dzieje... Musiałam przez weekend kilka rzeczy odespać... dziwnie się czuję... Jak to ostatnio powiedziało jedno z moich dzieci: "Ma pani 33 lata? To jak Jezus - pora umierać", więc chyba faktycznie się starzeję... Kiedyś do normalnego funkcjonowania potrzebowałam 3-4 godz. snu, dziś 10-12... I jak tu ze wszystkim zdążyć? Mama ciągle powtarza, że mam więcej czasu spędzać na świeżym powietrzu (pomijając fakt, że już nie mam 5 lat), a ja zabarykadowana na moim ukochanym 12 piętrze buszuję w książkach. Trudno, trzeba będzie coś zmienić... mniej czytać, więcej się ruszać, może przy okazji schudnąć? Ale z drugiej strony - całe moje życie toczy się wokół szkoły, dzieci, pracy... Wychodzę z domu o 7.00 i wracam o 18.00-19.00... Wiem, wiem, znajomi już dawno uznali mnie za sztandarowy przykład pracoholika, choć gdyby widzieli moją reakcję na czekoladę, pewnie by zmienili zdanie odnośnie moich uzależnień. 



Ale wróćmy do czytania... Dzisiaj krótko, bo i książka jest niewielka.... podobnie, jak jej bohater.... Moje dzieci są niezawodne, chyba czytają w moich myślach, gdy wysyłam sygnały S.O.S., albo widzą unoszący się dym z miejsca, gdzie powinien znajdować się mój mózg, ale przynieśli mi przekomiczną książkę o Mikrusie Troglodyckim - małym olbrzymie z krainy Zrzędacz. Niewielka książka, ale cudna historia. Otóż Mikrus jest niestety mały, a dorasta w rodzinie olbrzymów... Jego tata pracuje na fermie smoków i zajmuje się głównie sprzątaniem. Jest też Żwirus, brat i członek szkolnego gangu, który wiadomo, prześladuje małego Mikrusa. Są też większe problemy... Olbrzymy ukrywają się przed małoludami, czyli nami, bo jak głosi legenda, znamy magię... Cała książka jest pełna niezwykłych przygód małego olbrzyma, a to wycieczka do muzeum małoludów, a to konkurs na pierdnięcie na dworze króla, czy też przypadkowe zgubienie smoka... Ale najbardziej ujmują absurdalnie śmieszne ilustracje... Tego właśnie było mi trzeba... odpoczynku, relaksu, uśmiechu i... kubka kawy... Jak mawiają - małe, a cieszy...



Czas na odpoczynek się skończył, cudowne 2 godziny minęły, pora wrócić do rzeczywistości... A tu? Kilka zmian. Ale o tym jeszcze napiszę... Dziś tylko tyle, że jestem już zmęczona i potrzebuję zmiany... Zawsze byłam człowiekiem, który nie potrafi usiedzieć w jednym miejscu... Nie, nie, spokojnie, nie zamierzam się znów przeprowadzać, ale kilka starych spraw trzeba ostatecznie zamknąć, kilka pomysłów na życie pogrzebać na cmentarzu niespełnionych marzeń, a zacząć pisanie nowego rozdziału... i w sensie dosłownym i przenośnym... Świat czeka...



Anna M.


Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził. Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)


5 marca 2014

"Złodziejka książek" Markus Zusak






Dziś będzie o uczuciach i emocjach... Pierwsza z nich - ciekawość. Jak zwykle, gdy jestem zła, odwiedziłam księgarnie. Chodziłam między półkami i palcami przesuwałam po grzbietach książek. Zatrzymałam się na tej właśnie książce, ostrożnie wzięłam do ręki i odwróciłam, aby przeczytać opis. Już wtedy wiedziałam, że przez kolejnych kilka dni będę miała głowę zaprzątniętą... wspomnieniami Śmierci z czasów II Wojny Światowej. Uczucie drugie - wściekłość. Pokazałam książkę koledze, a on powiedział, że jest świetna i że czytał ją już jakiś czas temu! I nic mi nie powiedział! Trzecie uczucie - strach, że będę musiała zamknąć książkę i iść spać nie dowiedziawszy się o dalszych losach jej bohaterów. Czytałam zatem całkowicie zapominając o świecie i jego sprawach. Kolejne uczucie - fascynacja... Czym? Powinniście zapytać kim... Śmiercią, która przechadza sie po kartach tej książki. To ona opowiada historię Liesel, małej dziewczynki, której przyszło żyć w faszystowskich Niemczech, u obcych ludzi, skrywając śmiertelny sekret w zimnej piwnicy. Ale to nie wszystkie moje uczucia... Są też łzy, właściwie nadal płaczę... Dobrze, że nie piszę piórem, bo wszystko by się zamazało, podobnie jak uczucia w moim sercu. 





Kim jest złodziejka książek? Mała Liesel w zimową noc rozstaje się z matką. Śmierć zabiera jej braciszka, a ją zmusza do zamieszkania u obcych ludzi. Od tej chwili będzie jej towarzyszyła i nad nią czuwała, od czasu do czasu odwiedzając ciche  miasteczko i zabierając jogo miezkańców. Śmierć - w tamtym czasie, jedyna przyjaciółka... powierniczka... przyszłość. Ale Liesel potrafi ją oszukać... Na pogrzebie brata kradnie swoją pierwsza książkę - "Podręcznik grabarza". Nie umie jednak czytać, więc ukrywa książkę niczym drogocenną relikwie, pamiątkę minionych dni. W domu Hubermannów odnajduje ciepło, miłość, ale przede wszystkim w piwnicy uczy się czytać, malując na ścianie słowa... obrazy... Czas płynie, a ona kradnie kolejne książki, zakazane przez Hitlera i skazane na śmierć...  Zaprzyjaźnia się z chłopcem z sąsiedztwa, który miał odwagę być sobą w złych czasach, gdy każdy uczeń musiał należeć do Hitlerjugend.  Życie toczy się z pozoru normalnym rytmem... ale piwnica Hansa i Rosy Hubermannów skrywa jeszcze jedną tajemnicę  -  Maksa Vandenburga - Żyda, którego cała rodzina ukrywa przed wzrokiem Hitlera. Maksa przez lata od obłędu w zimnej piwnicy ratują słowa... Złodziejka książek czyta mu do snu, maluje z nim na ścianach obrazy-wspomnienia, opisuje kolor nieba, przynosi śnieg, daje okruchy normalnego życia... On pisze dla niej książkę o niej samej. Wspomnienia o swojej rodzinie i okrutnym losie zapisuje na zamalowanych farbą kartach "Mein Kampf". Rodzącą się przyjaźń przerywają odwiedziny Śmierci... Kogo tym razem zabierze, a może kolejny raz odejdzie z pustymi rękoma? Może poczeka? Liesel popatrzy na nią i nic jej nie da? A może weźmie wszystko, nim przyjdzie na końcu po samego Führera




Tymczasem książki pozwalają Liesel trwać, znosić kolejne ciosy, skrywać tajemnice na dnie serca... Pozwalają pamiętać o tych, których kocha... Słowa są wszystkim, co ma...


"Wypowiedziała te słowa na głos, w pokoju wypełnionym chłodnym powietrzem i książkami. Książki były dosłownie wszędzie. (...) Była to najpiękniejsza rzecz, jaką Liesel Meminger widziała w życiu. Uśmiechnęła się na widok cudu. Że taki pokój w ogóle istniał. (...) Złodziejka książek mogła ich dotknąć, robiąc zaledwie parę kroków. Przejechała dłonią po pierwszej półce, słuchając szelestu, z jakim jej paznokcie dotykają kręgosłupa każdego z tomów. Brzmiało to jak muzyka lub tupot biegnących stóp. Użyła obu dłoni. Przyspieszyła. Jedna półka po drugiej. Zaśmiała się. Jej głos podszedł wysoko do gardła i rozszedł się po całym pokoju, a kiedy przestała się śmiać i stanęła pośrodku, spędziła długie minuty, patrząc to na  półki, to na swoje palce. ilu książek dotknęła? Ile poczuła?"



Książka Markusa Zusaka to nie tylko opowieść o miłości do książek, to przede wszystkim historia ludzi, którzy za wszelką cenę chcą żyć, to okrutna prawda o najmroczniejszym okresie naszej historii. To czas, gdy śmierć skarży się na zmęczenie. Jest cierpliwa, dobra i cicha,  nigdy okrutna, przytula tych, po których przychodzi. Jest wierna i spokojna. Przynajmniej sama tak o sobie mówi... My widzimy ją nieco inaczej, tylko nieliczni znają jej prawdziwe oblicze... Ale oni już do nas nie przemówią... Śmierć jest pewna swego, nie daje się łatwo oszukać, poczeka... Ale co zrobi, gdy znajdzie pamiętnik Złodziejki książek? Czy się wzruszy? A gdy ich spojrzenia się spotkają, czy odejdzie z pustymi rękoma? Umierający jest za dużo, a czasu za mało, zaś przyszłość nie rysuje się w jasnych barwach...Wielu odchodzi, nieliczni pozostają, a życie płynie z nimi lub bez nich... Książki płoną... Świat płonie... Wielu płacze... Przyznaję się - płakałam...


Anna M.


Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził. Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)



POLECAM





eioba

4 marca 2014

"Baśniobór III. Plaga cieni" Brandon Mull



 

Powrót do Baśnioboru jest niezwykły. Do tej pory uważałam, że tego typu literatura jest zdecydowanie nie dla mnie. Tymczasem polubiłam tajemniczy dom w niemniej tajemniczym rezerwacie z jego mieszkańcami. Za każdym powrotem do tego fikcyjnego świata ulegam magii wyobraźni. Dużym plusem jest fakt, że nikt na szczęście nie pokusił się o ekranizację tego cyklu. Nie miałam zatem możliwości zasugerowania się czyimś pomysłem na przedstawienie wróżek, satyrów czy smoków. Czytałam i stopniowo w mojej głowie powstawał świat Baśnioboru, w którym nad stawem bawiły się najady, wróżki jak zwykle plotkowały o zupełnie nieistotnych rzeczach a satyrowie nieustannie spierali się, kto jest mistrzem na korcie tenisowym. 




Ale przenieśmy się na chwilę do Baśnioboru. Trwają wakacje, Kendra i Seth poznają mieszkańców najdalszych obszarów ogrodu, każde oczywiście we właściwy sobie sposób. Kendra zaczytuje się w starych dziennikach poprzedniego opiekuna ogrodu, a Seth próbuje sprzedać satyrom baterie do telewizora, oczywiście w tajemnicy przed dziadkiem. W tym bajkowym świecie dzieją się jednak od pewnego czasu dziwne rzeczy. Mrok zaczyna dosięgać najszlachetniejsze istoty zamieniając je w cienie, plaga zbliżaja się nawet do domu opiekunów Baśnioboru. Na całym świecie Stowarzyszenie Gwiazdy Wieczornej rośnie w siłę, upadają kolejne rezerwaty, a wieści głoszą, że wróg i zdrajca skrywa się w osobie wielkiego sprzymierzeńca Baśnioboru. Niewielu jednak ma odwagę głośno wypowiedzieć jego imię...  Prawda mogłaby stać się bolesna raną... i wielkim zagrożeniem dla wszystkich istot...  Kendra zostaje zatem wezwana przez Rycerzy Świtu, aby zdobyć kolejny tajemniczy artefakt. Gdyby tylko nie trzeba było pokonać pewnego smoka... Ale o tym i o innych przygodach przeczytacie w trzeciej już części "Baśnioboru" - "Plaga cieni"... 




Zdradzę tylko jeszcze jeden mały sekret... Kendra pozna przemiłego Gavina, chłopca niemniej tajemniczego niż ona sama odkąd stała się "wróżko-krewną"... Mam wrażenie, że w kolejnych częściach znajdę kilka odpowiedzi na trapiące mnie po lekturze pytania...




Anna M.

P.S. Polecam oficjalną stronę internetową BAŚNIOBORU



Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził. Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :) 



1 marca 2014

"Na jednej linie" Wanda Rutkiewicz




"Pierwszy dzień an Skałkach przyniósł mi doznania, które osłabiły wszystkie dotychczasowe fascynacje.odnalazłam coś dla siebie i wiedziałam, że przy tym pozostanę. Przeżyłam wówczas całą gamę uczuć: strach i radość z jego pokonania, skupienie i determinację, uwolnienie się od siły ciążenia, niezwykle silny kontakt z przyrodą, ze skałą, która była moim oparciem. Jej zapach, zapach ziemi w szczelinach skalnych, powietrza i lasu. I chwila związania się liną z partnerem, dająca poczucie bezpieczeństwa, gdyż jest on i lina."


Książka o Wandzie Rutkiewicz to już fascynująca lektura, ale książka napisana przez samą Wandę to prawdziwa wyprawa na szczyt. Nie można bowiem zrozumieć jej bez gór, nie wystarczy znać jedynie rekordy i osiągnięcia, trzeba spojrzeć na góry jej oczami, poczuć lodowaty wiatr na twarzy i zasnąć wtulonym w śnieg. Niewielu tego doświadczyło, ale czytając wspomnienia Wandy Rutkiewicz miałam wrażenie, że jestem z nią w jej ukochanych górach.  


 

"Na jednej linie" to opowieść o marzeniach i trudnej drodze do ich realizacji. Sukces nie przychodzi łatwo, trzeba na niego pracować latami z uporem i determinacją. Przeszkód jest wiele... czasem brak życzliwości "kolegów", czasem zwykły pech, innym razem zbyt skromne fundusze. Najbardziej sprawiedliwa staje się pogoda, która wszystkich traktuje jednakowo i sprawiedliwie osądza. Gór nie można oszukać, przekupić, przebłagać. Są piękne, ale i okrutne. O tym również pisze Wanda. Co kilka stron opisuje swoje spotkania z innymi alpinistami, przyjaźnie, wspólne zdobywanie szczytów. Ale na tych samych stronach znajdują się wstrząsające adnotacje. Prawie przy każdym tym nazwisku, Wanda Rutkiewicz podaje datę i miejsce śmierci. I choć pisze o smutku, i o swoim przerażeniu, to jednak zdaje się, że śmierć dla alpinistów jest możliwą i rozważaną przyszłością. Każdy z nich, również sama autorka, są jej świadomi, w jakiś sposób z nią oswojeni.   


Gdy zamknęłam książkę długo myślałam o jej autorce. Kochała góry ponad wszystko, o nich tylko myślała, dla nich żyła. Dla swoich marzeń poświęcała wszytko i wszystkich. Zawsze w górach, a gdy na równinie, to z pewnością z planem w głowie na nową wyprawę. Łatwo dziś nam osadzać alpinistów, mówiąc, że niepotrzebnie ryzykują, że to bez sensu. A gdy zdarzy się wypadek, szybko i pochopnie szukamy winnych, bezwzględnie tocząc dysputy, jak należało postąpić. Ale nikt z nas nie był w górach, nie przebywał kilka dni w zasypanym śniegiem namiocie przy zamieci i -35 stopniach. Nikt nie wie, jak to jest przejść 25 metrów na wysokości ponad 8000 m w "stresie śmierci", gdzie myślenie jest prawie niemożliwe, a organizm odmawia działanie, gdzie życie i śmierć stają się jednym. Nikt z nas nie stanął na szczycie ziemi...  Wanda Rutkiewicz stanęła, i to w czasach, gdy Everest nie był jeszcze zaśmieconą atrakcją turystyczną dla rozpieszczonych bogaczy, którzy chcą mieć ciekawą wzmiankę w CV... Zdobyła Mount Everest 16 października 1978 roku, tak - tego pamiętnego dnia. I kiedy wielu Polaków świętowało wybór Jana Pawła II, Wanda Rutkiewicz walczyła o życie i targowała się o nie z "Górą Gór"... Tym razem to Wanda zwyciężyła, a "ośmiotysięcznik" dał jej się zdobyć...  



Wanda Rutkiewicz oddała górom całą siebie i góry przyjęły jej ofiarę... W 1992 roku na zawsze pozostała wśród śniegu, patrząc ze szczytu na świat...







"Pragnęłam przekazać jak najwięcej z tego, co stało się moim udziałem. Ci, którzy chcieli mnie słuchać, porozmawiać ze mną, obejrzeć zdjęcia, nie mieli szans na przeżycie tego, co ja. Być może marzyli o jakichś własnych Everestach nie mniej niż ja o swoim, być może dzięki mnie - jednej z nich - uwierzyli, że ich marzenia i tęsknoty za czymś "naj" mogą się spełnić..."





Anna M.

Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził. Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :) 




Zobacz również:

Dane z artykułu "Upłynęło 20 lat od zaginięcia Wandy Rutkiewicz"


Ośmiotysięczniki Wandy Rutkiewicz
  • Mount Everest (8848 m) – 16.10.1978
  • Nanga Parbat (8126 m) – 15.08.1985
  • K2 (8611 m) – 23.06.1986
  • Shisha Pangma (8027 m) – 18.09.1987
  • Gasherbrum II (8034 m) – 12.07.1989
  • Gasherbrum I (8080 m) – 16.07.1990
  • Cho Oyu (8201 m) – 26.09.1991
  • Annapurna (8091 m) – 22.10.1991 
Inne osiągnięcia górskie (wybór)

  • Mnich (Tatry) – wschodnią ścianą, Wariantem R, 1964
  • Mały Kiezmarski Szczyt (Tatry) – północną ścianą, dr. Stanisławskiego, 1964
  • Hochfernerspitze (Zillertal, 3463 m) – północno-zachodnią ścianą, V – 14.09.1964 (z Helmutem Scharfetterem)
  • Olperer (Zillertal, 3476 m) – północno-zachodnią flanką, dr. Marinera, IV – 22.09.1965 (ze Zdzisławem Kirkin-Dziędzielewiczem i H. Scharfetterem)
  • Scharnitzspitze (Wetterstein, 2464 m) – południowym zacięciem, dr. Lebelego, IV, 26.09.1965, (ze Z. Kirkin-Dziedzielewiczem i H. Scharfetterem)
  • Scharnitzspitze (Wetterstein, 2464 m) – południową ścianą, wprost zacięciem Hannemanna, V+, 27.08.1965 (ze Z. Kirkin-Dziedzielewiczem)
  • Torre Stabeler (Dolomity) – dr.Fehrmanna, 17.09.1965(ze Z. Kirkin-Dziedzielewiczem i W. Kuschelem)
  • Niżnie Rysy (Tatry) – zimowe przejście północno-zachodniej ściany, 14.02.1966 (z Krzysztofem Cieleckim, Januszem Kurczabem i Adamem Szymanowskim)
    Mały Koprowy Wierch (Tatry) – nowa, zimowa droga prawą częścią północnej ściany (V), 16.02.1966 (z Krzysztofem Cieleckim, Bogdanem Jankowskim i Januszem Kurczabem)
  • Mont Blanc (4807 m) – trawersowanie od Col du Midi do Aiguille du Go?ter, lato 1966 (z Elżbietą Miszczak-Piekarczykową)
  • Aiguille du Grépon (Masyw Mt Blanc, 3482 m) – I kobiece przejście wsch. ściany, V – sierpień 1967, ( z Haliną Krüger-Syrokomską)
  • Trollryggen (Norwegia, 1774 m, VI) – I przejście kobiece, 9-11.08.1968 ( z H. Krüger-Syrokomską)
  • Pik Lenina (Pamir, 7134 m) – wejście przez Skały Lipkina, 10.08.1970
  • W.82 (Hindukusz, ok. 5950 m) – I wejście, 14.08.1972 (północno-wschodnim filarem, III, z Janem Holnickim-Szulcem, Andrzejem Sikorskim i Krzysztofem Zdzitowieckim)
  • W.81 (Hindukusz, ok. 5980 m) – I wejście, 15.08.1972 (trawersowanie wzdłuż głównej grani, z Janem Holnickim-Szulcem, Andrzejem Sikorskim i Krzysztofem Zdzitowieckim)
  • Noszak (Hindukusz, 7492 m) – 23.08.1972, I polskie wejście kobiece
  • Eiger (3970 m) – II przejście w ogóle, a I kobiece północnym filarem, dr. braci Messnerów i Hiebelera, 19-22 sierpnia 1973 (z Danutą Gellner (-Wach) i Stefanią Egierszdorf)
  • Gasherbrum III (7952 m) – I wejście, 11.08.1975 (z Alison Chadwick-Onyszkiewicz, Januszem Onyszkiewiczem i Krzysztofem Zdzitowieckim)
  • Matterhorn (Alpy Pennińskie, 4478 m) – I kobiece zimowe przejście północnej ściany, dr. Schmittów 7-10.03.1978, (z Anną Czerwińską, Ireną Kęsą i Krystyną Palmowską)
  • Grand Capucin (Masyw Mt Blanc, 3838 m) – wschodnią ścianą, dr. Bonattiego, 15-16.07.1979 (z Ireną Kęsą)
  • Aconcagua (Andy, 6960 m) – przejście południowej ściany w stylu alpejskim (16-19.01.1985, ze Stéphane Schaffterem)



eioba

Recent Posts