25 czerwca 2014

"Baśniobór IV. Tajemnice Smoczego Azylu" Brandon Mull




Ostatni tydzień szkoły, jeszcze dwa dni i wakacje. Ten rok był szalony: praca na 1,5 etatu, druga praca, dzieciaki, teatr, Unicef, szkolenia, blog.  Podjęłam też kilka decyzji, o których wcześniej marzyłam, ale bałam się iść krok dalej. Moje życie znów się zmieni... To dobrze, bo nie należę do osób lubiących stabilizację. Chociaż przyznaję, że ostatnio mam nareszcie swój kąt na świecie, wynajęty, bo wynajęty, ale całkowicie po mojej myśli.  Przez kilka dni malowałam pokój i teraz w każdym wymiarze odzwierciedla moją duchowość. Dużo pracy, ale nareszcie mam swój azyl. Dodam tylko, że kolor ścian to "kawa z mlekiem" i "orzechowy mus", czyli cała ja... Mam też nowiutkie, sosnowe regały na książki i duże, drewniane ramy ze zdjęciami. Więcej tajemnic nie zdradzę, ale przelałam na ściany to wszystko, co mam w głowie! 


Wracając do wakacji - wiele planów, dwa miesiące, jedna ja.





Jestem już zmęczona, dlatego w ostatnich dniach odłożyłam literaturę faktu i wróciłam na chwilę do Baśnioboru. To już IV tom przygód Kendry i Setha - "Tajemnice Smoczego Azylu". Świat magii, talizmanów, wróżek i demonów pochłonął mnie na kilka wieczorów, które powinnam poświecić na zaległą dokumentacje szkolną.  Cóż, potrzebowałam trochę relaksu. Książka Brandona Mulla nie zawiodła mnie.  Tym razem dzieci ruszają do Smoczego Azylu - Gadziej Opoki, aby zdobyć kolejny artefakt. Stowarzyszenie Gwiazdy Wieczornej śledzi poczynania Rycerzy Świtu, a jeden z nich jest zdrajca na usługach Sfinksa. Świat smoków jest piękny, ale brutalny i niebezpieczny. To tylko przyciągnęło moją uwagę i spowodowało, że nie mogłam się oderwać od czytania i zasypiałam z książką. Smok może przybierać ludzką postać i w ten sposób latami żyć wśród ludzi. Tak też czyni wielki i bezwzględny Navarog, nikt nie podejrzewa kim jest. Przyznaję, że lubię takich bohaterów. Kocham tych, którzy mają rożne oblicza i nie dają się łatwo zaszufladkować. Navarog jest zły, okrutny, zabija i chce przejąć kontrolę nad światem, ale jako człowiek potrafi być miły, zabawny i niezwykle inteligentny. Czy ktoś rozpozna zdrajcę?  



Navarog to nie jedyny bohater, który mnie zafascynował. W poprzednich tomach Seth był raczej rozpuszczonym, małym dzieciakiem, który zawsze ściąga na siebie i innych kłopoty. Ale każdy wcześniej, czy później zaczyna dorastać, również ten mały łobuz. Gdy Kendra idzie w kierunku światła, rozkazuje dobrym wróżkom i przestrzega kodeksu Rycerzy Świtu, Seth podąża w przeciwnym kierunku. Nie chodzi tu tylko o jego łobuzerskie usposobienie, ale tez o przeznaczenie. Zaczynają go przyzywać demony i siły ciemności, buntuje się, a nawet boi, że staje się zły, tymczasem staje się zaklinaczem cieni. Siostra i brat, światło i mrok, dobro i zło, razem niepokonani. Już nie mogę się doczekać, co też z tego wszystkiego wyniknie, jaki będzie to miało wpływ na życie chłopca?


"- Wydaje mi się, ze słysząc widmowe głosy byłeś podekscytowany. - Stan przyglądał mu się badawczo
- Bo to prawda. To znaczy super, ze mogłem je usłyszeć. Obiecywały, że będą mi służyć (...) Ale czułem, że coś jest nie w porządku. Zbyt przerażające. Dziadku, a jeżeli pokonując orzywieńca stałem się zły? Nie boję się zabójczych istot. Widzę ludzi-cienie. Słyszę szepty najbardziej niesamowitych więźniów.
- To, że rozpoznajesz najbardziej mroczne elementy niedostrzegalne dla innych, nie oznacza, że jesteś zły - stwierdził stanowczo dziadek. - Nie oznacza tego również odwaga. Każdy z nas ma inne dary i zdolności. To, jak je wykorzystujemy, determinuje, kim jesteśmy.
- W ogóle nie czułem strachu - powiedział Seth. - Tego paraliżującego. Szepty były niesamowite, ale mógłbym się do nich przyzwyczaić. Właśnie to mnie przeraża. Głosy mi schlebiały, nazywały mądrym i potężnym. Nie chcę budzić podziwu upiorów! (...) Dziadku, sam nie wiem, czy mogę sobie ufać. Miałem ochotę zajrzeć do tamtej celi. I pewnie bym to zrobił, gdyby nie wy! 
(...)
- Wiem jednak, że istnieje różnica między słyszeniem a słuchaniem. Nie zawsze mamy wpływ na to, co słyszymy. Ale sami wybieramy, co budzi naszą ciekawość i na czym chcemy się skoncentrować"








Jak skończy się historia Baśnioboru? Czy uda się pokrzyżować plany Stowarzyszania Gwiazdy Wieczornej? Kim faktycznie jest Sfinks? Komu można ufać? Przede mną jeszcze jeden, ostatni tom opowieści o niezwykłych rezerwatach magicznych istot. Potem pewnie wrócę jeszcze do Narni, czeka też na mnie ostatni tom przygód Eragona i Saphiry. Czas pokarze, bo zdradzę wam sekret - od jakiegoś czasu leży na moim stoliku książka o pewnym Hrabim z dalekiej i mrocznej Transylwanii... Nie wiem, czy potrafię się mu oprzeć...




 Anna M.



Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził, miej odwagę zabrać głos w dyskusji.
 Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)


 

23 czerwca 2014

"Nie będziesz miał Bogów cudzych przede mną. Ryszard Wagner - Pole minowe" Gottfried Wagner




 

"Podejmuje ona próbę oczyszczenia bagna, jakim jest historia recepcji dzieł Wagnera, bagna, któremu on sam dał początek jako kompozytor, myśliciel i polityk w jednej osobie. Jego autorytarne, antydemokratyczne, rasistowskie i mizogiczne dziedzictwo jest anachroniczne, nieludzkie i antyeuropejskie, jest śmiertelną trucizną przeszłości, której bezwzględnie należy się pozbyć. (...) Egoistyczne, destrukcyjne, nacechowane pogardą dla człowieka zachowanie i myślenie Wagnera pozostają w jaskrawej sprzeczności wobec wszystkiego, co tworzy ludzkie i solidarne społeczeństwo".  






Nie należę do miłośników muzyki klasycznej, no może poza "hybrydą" IL DIVO. Przez blisko dwa lata pewna osoba próbowała nakłonić mnie do słuchania Chopina, byłam nawet we Francji na jego grobie. Ale na  Père-Lachaise w pierwszej kolejności odwiedziłam Jima Morrisona. Cóż... taka jestem, taką muzykę kocham, temu pozostaję od lat wierna. Piszę o muzyce klasycznej, bo zaintrygowała mnie postać Wagnera. I już szybko uściślam, zarówno postać kompozytora Ryszarda, ale i jego prawnuka Gottfrieda (mam nadzieję, że nikt mnie nie "zhejteruje" za nieprecyzyjne określenia w stosunku go tego typu muzyki - zwyczajnie - nie znam się :) W ostatnich tygodniach miałam okazję czytać biografię Wagnera "Nie będziesz miał Bogów cudzych przede mną. Ryszard Wagner - Pole minowe".



Dwie osoby: kompozytor i jego potomek. Dwie "czarne owce". Ryszard - duma nazistowskich Niemiec, natchnienie Hitlera, szarlatan, narcyz, antysemita, zakochany w swojej wielkości, tło dla rozwoju myśli ostatecznego rozwiązania. To w rytm jego muzyki defilowały oddziały nazistowskich Niemiec. Prawnuk - Gottfried - jeden z nielicznych członków rodziny, który ma odwagę zmierzyć się z przeszłością i powiedzieć rodzinie  "NIE". Przez lata stara się odmitologizować postać pradziadka. Jego książka staje się podróżą przez historię, tą szeroko rozumianą, światową i tą intymną - rodzinną. Pisanie biografii sławnego kompozytora nie jest proste, zwłaszcza, gdy na każdym kroku wyczuwa się niechęć bliskich do poruszania osobistych spraw i balansuje się niebezpiecznie blisko granicy ujawnienia rodzinnych sekretów. Muzyka Wagnera przyniosła katastrofalne skutki dla świata, ale czy tylko muzyka? To przecież również filozofia kompozytora, jego idea wielkości Niemców, fascynacja myślą Nietzschego. Jakie tajemnice kryje biografia Wagnera? Dlaczego mimo upomnień jego prawnuka, archiwa dotyczące kompozytora ciągle są zamknięte, a o związkach jego rodziny z Hitlerem nadal się milczy?




Wypiera się bolesne pytania o rolę muzyki Wagnera w rządzonym przez nazistów państwie i o związek antysemityzmu Wagnera z Auschwitz. (...) Kiedy wystawia się jego dzieła, wszystkie miejsca w operze są wykupione. To dlatego nikt nie chce krytycznie zajmować się historią i mrocznymi stronami festiwalu w Bayreuth ani mitem Wagnera".



Przeszłość bywa trudna, ale trzeba się z nią zmierzyć.  Nie mamy wpływu na to, gdzie i kiedy się urodziliśmy, kim byli nasi przodkowie i jak zapisali się w historii. Możemy jednak stawić czoło faktom. Tak też zrobił Gottfried. Książka jest nie tylko próbą krytycznej biografii kompozytora, jest raczej swego rodzaju polemiką polityczną, historyczną i społeczną. Polecam ją wszystkim zainteresowanym oczywiście muzyką, ale i tym, którzy chcą dostrzegać więcej, chcą poznać historię i nie są zamknięci na prawdę.



Anna M.
moja ocena:  6/6




LINKI






Serdecznie dziękuję Wydawnictwu M za możliwość współpracy.
POLECAM książkę i zapraszam na strony Wydawnictwa :)





Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził, miej odwagę zabrać głos w dyskusji.
 Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)




10 czerwca 2014

"Bractwo Bang Bang" Greg Marinovich, João Silva






"<<My, fotoreporterzy, musimy tam być, reszta najwyżej może>> - powtarzał mi Peter Andrews, fotoreporter Reutersa. Też uważał, że aby coś poznać, trzeba się temu przyjrzeć z bliska, a osobiste doświadczenie jest także wyrazem szacunku dla bohaterów dziennikarskich opowieści i ich tragedii, haraczem płaconym śmierci za przywilej podejścia na odległość kilku kroków. Ale za przyglądanie się śmierci, za tę poufałość niektórym przychodziło płacić wysoką cenę. Na rachunek do uregulowania składały się samotność, poczucie zagubienia w zwyczajnym, codziennym życiu, niemożność porozumienia z najbliższymi, ucieczka w alkohol lub narkotyki, nocne koszmary, a nierzadko własne życie" (Wojciech Jagielski, ze wstępu do książki "Bractwo Bang Bang")







Czytając książkę Wojciecha Tochmana "Eli, Eli" natrafiłam na fragment o tajemniczym, niemal mitycznym Bractwie Bang Bang. Tochman pisał o nim w kontekście odpowiedzialności moralnej za zdjęcia reporterskie. Zaintrygowało mnie ono, miałam mnóstwo pytań, zaczęłam zatem szukać informacji w Internecie, widziałam film, jeden, drugi, na okrągło słuchałam  piosenki "Kevin Carter" Manic Street Preachers. Odpowiedzi znalazłam u źródła, czyli u samych członków owego Bractwa. W 2001 roku  Greg Marinovich i Joao Silva spisali swoje wspomnienia z lat dziewięćdziesiątych, kiedy to RPA walczyło o wolność, wspomnienia o czwórce nieustraszonych fotoreporterów, o tym, co czuli, gdy odbierali nagrody Pulitzera, i o tym, o czym nie mogą zapomnieć - o setkach zabitych, którym robili zdjęcia. Kim byli, jakie mieli ideały, co nimi kierowało???




Zdjęcie z książki "Bractwo Bang Bang"




Bractwo Bang Bang - Ken Oosterbroek, Joao Silva, Greg Marinovich i Kevin Carter. Młodzi, utalentowani, znani na całym świecie, nagradzani, uzależnieni od wojny i robienia zdjęć. Południowa Afryka, kwiecień 1994, ostatnie chwile apartheidu i walka o wolność. Członkowie Bractwa znaleźli się w centrum wydarzeń, byli najlepsi, wszystko wiedzieli, wszystkich znali. Ich zdjęcia i fotoreportaże obiegały cały świat, zdobywali nagrody, każdy chciał z nimi pracować. Jest też druga strona medalu: byli zarozumiali, egoistyczni, zamknięci. Sława uderzyła im do głowy, zaczęli ryzykować coraz bardziej, coraz częściej, goniąc za tym jednym jedynym zdjęciem. Dokumentowanie okrucieństwa walk stało się ważniejsze niż cokolwiek...


"Przez ten miesiąc od śmierci Pondo w Soweto całkowicie pochłonęło mnie fotografowanie wydarzeń. (...) Dzień w dzień starałem się opanować strach i szukałem dojść do wydarzeń w townshipie - zaczynałem się uzależniać od adrenaliny i świadomości, że fotografuję na gorąco ostateczny zryw w walce o wolność. (...) Ofiara patrzyła tępo przed siebie, kiedy nóż zatapiał się w ciało, podczas gdy ja zwalniałem migawkę i przewijałem klatki. Jakaś część mnie nie chciała być wtedy fotografem, ale podobnie jak przy zabójstwie w hotelu Nancefiels, teraz też sprawnie zmieniałem aparaty, żeby zrobić zarówno slajdy, jak i kolorowe negatywy (...) Simon, kamerzysta BBC, powiedział mi potem: <<Człowieku, nie widziałeś, że ten facet próbował cię dźgnąć?>> Wydawało się, że na te kilka minut straciłem poczucie rzeczywistości. Byłem obecny, ale nie rejestrowałem wydarzeń. Zdjęcia, które robiłem mechanicznie, musiały później wypełnić lukę w mojej pamięci".



Czwórka przyjaciół, czwórka fotoreporterów, najlepsi z najlepszych, niepokonani, wydawało się - bez uczuć i skrupułów... Czy, aby na pewno? Przyszło im zapłacić straszliwą cenę. 18 kwietnia 194 roku w Thokozie postrzelono Kena Oosterbroeka i Grega Marinovicha. Ken zginął na miejscu, a Greg został ranny. Joao Silva zrobił jeszcze zdjęcie umierającego przyjaciela. Trzy miesiące później Kevin Carter popełnił samobójstwo... Marinovich był ranny jeszcze kilka razy, a Silva w 2010 roku stracił nogi w Afganistanie, dziś jeździ na wózku...



Ken Oosterbroek



"Teraz mogę iść na całość. Bardzo proszę, niech ktoś da mi taką szansę, żebym mógł pójść na całość". "Ale, niech to będzie coś rzeczywistego. Prawdziwego, dziejącego się tu i teraz, żywego. Praca mająca znaczenie. Coś, co sprawi, że podskoczy mi adrenalina, a oczy wyjdą z orbit, mózg się zlasuje od nadmiaru możliwości i odjazdowych zdjęć. Jestem fotografem. Dajcie mi pracować!"







Sięgnęłam po książkę "Bractwo Bang Bang", ponieważ szukałam odpowiedzi chyba trochę natury moralnej. Wiele razy pisałam, że świat nie jest czarno-biały, choć ja przeważnie takim go widzę. Uczę się dostrzegać wszystkie perspektywy i różne strony ludzkich historii, motywów i wyborów. Każda sytuacja wymaga innych reakcji, a cena jaką płacimy za nasze decyzje jest często okrutna. Intrygowało mnie również wnętrze "bohaterów", ich przemyślenia, rozterki. Wreszcie chciałam poznać tych, którzy przeżyli i musieli się zmierzyć ze śmiercią przyjaciół...






Kevin Carter
"Kevin patrzył i robił zdjęcia, kiedy ludzie kopali i bili dziewczynę, a potem oblali ją benzyną i podpalili (...) Wiele lat później Kevin tak pisał o tym wydarzeniu: <<Byłem zbulwersowany tym, co oni robią. Byłem zbulwersowany tym, co ja robię. A potem ludzie zaczęli mówić o tych zdjęciach, narobiły trochę szumu. I wtedy poczułem, że może moje postępowanie nie było tak całkiem złe. Bycie świadkiem czegoś tak potwornego, niekoniecznie musi być czymś złym".




Jak cenne są dobre zdjęcia?  Nagroda? Sława? Pieniądze? Ale jaka jest prawdziwa cena, jaką fotograf musi zapłacić za to jedno ujęcie. O to nikt nie pyta, choć każdy domyśla się odpowiedzi. Strach, koszmary, dylematy moralne, rozpad rodziny, uzależnienia, ciągłe życie na krawędzi, ryzyko, utrata uczuć... Kevin Carter wybrał śmierć, do końca dręczył go obraz dziewczynki z Sudanu, której zrobił zdjęcie, gdy sęp cierpliwie czekał na jej koniec. Kevin zatrzymał się na chwile, zrobił wartą Pulitzera fotografię i... odszedł. Te same demony dręczyły Grega i Joao, ale wybrali trudniejszą drogę - żyją i mówią o tym. Napisali książkę, aby rozliczyć się z przeszłością, wspomnieniami, oddać hołd Kenowi, Kevinowi i wielu swoim przyjaciołom, którzy z pola bitwy już nie wrócili do ciemni, by wywołać zdjęcia. Napisali książkę, bo wokół Bractwa Bang Bang narosło wiele mitów, kłamstw i niedopowiedzeń. Ich opowieść jest ważnym głosem w dyskusji o odpowiedzialność moralną fotoreporterów, przełamuje tabu o tym zawodzie, zmusza do spojrzenia na temat z różnych stron i dostrzeżenia racji wielu ludzi.  Tak myślę, tak chcę myśleć. A jaka jest prawda? Każdy sam musi poszukać odpowiedzi. 



W kwietniu minęło 20 lat od śmierci Kena Oosterbroeka, w sierpniu Kevina Cartera... Dla mnie książka "Bractwo Bang Bang" jest kolejnym przystankiem na mojej drodze, aby przestać oceniać ludzi i ich wybory, a zacząć dostrzegać kontekst wydarzeń.




Joao Silva
"Joao wyskoczył z jeszcze toczącego się samochodu i pobiegł w stronę tłumu. (...) Joao był przerażony i zdezorientowany. Nie o taką fotografię wojenną mu chodziło - to było zbyt niepokojące, ale robił zdjęcia klatka po klatce, wycofując się. Właśnie wtedy w obiektyw wszedł mu mężczyzna, witając zabójczo szerokim uśmiechem. Zwalniając migawkę, Joao instynktownie wyczuł, że ma fotografię przez wielkie F"






W 2010 roku nakręcono film o Bractwie. Moim zdaniem, nie oddaje on głębi przeżyć i wewnętrznych dylematów bohaterów. Polecam zatem książkę, film jako dopowiedzenie, "ładny obrazek"...








Anna M.



LINKI

strona internetowa Grega Marinovicha

strona Joao Silvy

"Bractwo Pif-Paf" artykuł Wojciecha Jagielskiego (Gazeta Wyborcza)

Manic Street Preachers - Kevin Carter



Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził, miej odwagę zabrać głos w dyskusji.
 Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)








8 czerwca 2014

"Ludzie i miejsca" Szewach Weiss







Z prawdziwą przyjemnością wzięłam do ręki książkę Szewacha Weissa "Ludzie i miejsca". Tematyka wojny i holokaustu, jak również sprawy Izraela, zawsze były dla mnie ważne. Zupełnie nie potrafię powiedzieć dlaczego... Zwyczajnie, lubię słuchać ludzi, od których mogę się wiele nauczyć, ludzi, którzy zapisali się w historii wielkimi literami.  I to w każdym możliwym wymiarze: duchowym, społecznym, politycznym, czy historycznym. Jedną z takich właśnie osób jest Szewach Weiss.  Jego opowieść o ludziach i miejscach, które go uratowały, a potem uformowały jest niesamowitą podróżą w przeszłość, która kształtuję dzisiejsze tu i teraz. Szewach jest Żydem ocalałym z Holokaustu. Jest też politykiem zaangażowanym w tworzenie państwa Izrael. Jest wreszcie człowiekiem dialogu, "ambasadorem Izraela w Polsce i Polski w Izraelu". 



Książka "Ludzie i miejsca" to zbiór wspomnień, felietonów, rozmów i wywiadów zamieszczonych na łamach "Rzeczypospolitej", zapisków z przeszłości i dzisiejszych przemyśleń... Autor zabiera nas w podróż, wspomina rodziców i dzieciństwo. Opowiada o Izraelu.  Przedstawia jego historię swoimi oczami i swoim sercem. Na poszczególnych stronach ożywają też różne postacie... Szewach miał to szczęście, że poznał wiele ważnych i wpływowych osób ze świata religii, kultury, czy polityki. Opowiada o nich i o relacjach, jakie go z nimi łączyły. Możemy przeczytać m.in. o Janie Karskim,  Janie Pawle II, Marku Edelmanie, Davidzie Ben Gurionie, Beniaminie Netanjahu, Irenie Sendlerowej, Donaldzie Tusku, Aleksandrze Kwaśniewskim, Leszku Millerze, czy Lechu Wałęsie. Możemy poznać trudną historię życia Księdza Romualda Jakuba Wekslera-Waszkinela, który już kapłan Kościoła katolickiego, dowiedział się, że jest Żydem.  Książka to migawki z historii... Szewach, jako jeden z ostatnich, rozmawiał z Icchakiem Rabinem, a w "Ludziach i miejscach" odkrywa kulisy wydarzeń z 4 listopada 1995 roku.


Książka to również swoista mapa miejsc, które wspomina Szewach. To opowieść o Atenach, Barcelonie, Bejrucie, Berlinie, Częstochowie, Gdańsku, Hiroszimie, Jerozolimie, Kostaryce, Krakowie, Londynie, Moskwie, Oslo, Rzymie, Strasbourgu, Warszawie, czy Waszyngtonie.


Szewach przedstawia też najsłynniejszych polskich Żydów i ukazuje ich światowe dziedzictwo.  O jednych wiemy, o innych świat zapomniał... Szewach odnajduje wszystkie cegiełki, które dokładali do gmachu kultury, nauki, czy polityki. Bez nich świat byłby uboższy.






Moja babcia mawiała, żebym zawsze pamiętała skąd pochodzę i kim jestem. Gromadziła zdjęcia i wspominała ludzi, którzy zapisali się w jej pamięci. Gdy byłam mała, godzinami słuchałam jej opowieści... Ja robię dokładnie to samo... Wiem, że miejsca, gdzie się urodziłam, dorastałam i gdzie los mnie kierował, miały i nadal mają wpływ na to, kim jestem. Każdy człowiek, którego spotkałam i spotykam, była dla mnie wyzwaniem, a spotkania kształtowały moją osobowość, czy charakter... Czasem to był konkretny człowiek, czasem jego sposób patrzenia na świat, czasem jego filozofia i pasja. Każdy z nas ma swoje miejsca i swoich ludzi, o których chciałby opowiedzieć innym. Dlatego książka Szewacha Weissa jest tak ważna, to świadectwo życia jednych z tych osób, których należy słuchać. Polecam ją wszystkim, którzy szukają odpowiedzi na pytania o przeszłość i przyszłość. To niezapomniana lektura, trzeba tylko zaufać i dać się poprowadzić za rękę Autorowi. Nie zawiedziemy się wtedy i poznamy "Ludzi i miejsca" Szewacha Weissa.


Anna M.



NOTKA O KSIĄŻCE

Autor: Szewach Weiss
Tytuł: "Ludzie i miejsca"

wydawnictwo: Wydawnictwo M
data wydania:  2013
ilość stron: 232

moja ocena:  6 / 6



Serdecznie dziękuję Wydawnictwu M za możliwość współpracy.
POLECAM książkę i zapraszam na strony Wydawnictwa :)






Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził, miej odwagę zabrać głos w dyskusji.
 Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)



5 czerwca 2014

Strata zawsze boli...



Kilka "nowości" w sprawie mojego PROJEKTU... Cóż, czekałam grzecznie tydzień, ale uczestniczka, która przetrzymuje książkę od 2 miesięcy, tym razem "miała wypadek" i nie może jej odesłać. Znów mam się uzbroić w cierpliwość... Nie mam już siły... więc zamykam z bolącym sercem PROJEKT. Nie tracę jednak wiary w ludzi, chociaż spotkało mnie wiele przykrości. Żal mi dziewczyn, które brały udział w AKCJI, szkoda tych wszystkich przesympatycznych listów, które do siebie pisałyśmy. Tyle nas połączyło...  Zabolało mnie, tak zwyczajnie po ludzku, to, że niektórzy kłamali i oczerniali mnie. Nie chcę mowy nienawiści, a dużo jej słyszałam w ostatnim czasie. Odpuszczam, nie zamierzam kolejny raz pisać i błagać o zwrot książki. I tu nie chodzi o jakąś książkę, mogę sobie dokładnie taką samą kupić, zamiast się denerwować i pisać... Ale to był wyjątkowy dziennik podróży kolejnych uczestniczek projektu, każda kartka pachniała ich smutkami, radościami. Każda strona nosiła ślady ich obecności... Tego nie da się kupić. Mam nadzieję, że książka się przyda nowej właścicielce... Może kiedyś jeszcze do mnie wróci... Wtedy znów poślę ją w świat i pożyczę tym wszystkim, dla których czytanie, przygoda i odwaga są pasją życia. Projekt miał łączyć ludzi, tymczasem ostatnio dzieli. Tego nie chcę, dlatego nie zamierzam się więcej upominać o przesłanie "Dzikiej drogi".


Cheryl wiele zmieniła w moim patrzeniu na świat... i nie tylko moim, ale i dziewczyn, które miały szczęście i przyjemność czytać "Dziką drogę"... Nie zawsze wszystko się udaje, czasem trzeba przełknąć gorycz porażki i ruszyć dalej... Ja ruszam i już niedługo pojawi się nowy projekt...


Wszystkim zaangażowanym w przesyłanie sobie książek dziękuję. Stałyśmy się przyjaciółkami dzięki jednej historii, a każda z nas miała udział w podróży Cheryl przez Polskę... 


Powodzenia Cheryl, gdziekolwiek jesteś...

Anna M.


3 czerwca 2014

"Eli, Eli" Wojciech Tochman





Podróże, zdjęcia, wakacje, albumy na Facebooku, pliki z setkami zdjęć naszych pociech... Zwiedzamy, odpoczywamy, nudzimy się, a wszędzie towarzyszy nam aparat. Fotkę wartą miliony można zrobić zwykłym telefonem komórkowym. Czy jednak kadrujemy prawdziwy świat? Czy to tylko tania podróbka i nieudolna próba zrobienia świetnego ujęcia, którym później będzie można się pochwalić wśród zazdrosnych znajomych? 


Wojciech Tochman w swojej książce "Eli, Eli" zabiera nas z aparatem w swój świat, ten bez fikcji, Photoshopa, bez ustawiania światła i robienia makijażu. Okiem reportera i fotografa pokazuje nam prawdę o życiu. Nie jest to też świat jednoznacznie czarno-biały i moralnie przejrzysty. Każdy fotograf stoi bowiem przed dylematem: chwycić za aparat czy pomóc? Ludzie oglądają zdjęcia reporterskie z różnych wojen, klęsk głodu, slumsów, i... poza chwilową zadumą nad artyzmem i dramaturgią ujęcia, nie ma większej reakcji. Z jednej strony zatem Tochman próbuje wstrząsnąć dzisiejszym widzem, aby uważniej oglądał świat i dostrzegał jego "drugi plan", a z drugiej strony książka dotyka tematu etyki dziennikarskiej, szuka granic, których nie wolno przekraczać...



Kilka lat temu świat obiegło zdjęcie dziecka z Sudanu autorstwa Kevina Cartera. Już sama historia życia fotografa jest niezwykle dramatyczna i skłania do refleksji. Tak na marginesie, muszę się w nią zagłębić, zaintrygowało mnie jego życie i śmierć... Jest w nim wiele odcieni szarości... Ale to innym razem... Wróćmy do zdjęcia...



"Losu ani na­zwi­ska dziec­ka z Su­da­nu nie zna­my. Wie­my je­dy­nie, jak wy­glą­da­ła tam­ta chwi­la: fo­to­graf dłu­go cze­kał na atak sępa. Wiel­kie roz­po­star­te skrzy­dła nad wą­tlut­kim cia­łem – tak to so­bie wy­obra­ził. Efek­tow­nie, dra­ma­tycz­nie. Ale się tego nie do­cze­kał. Zro­bił więc zdję­cie sępa w bez­ru­chu. Świet­nie wy­szło. I od­go­nił go. Tak twier­dził. A in­nym ra­zem mó­wił, że tyl­ko usiadł i pła­kał. Tak czy in­a­czej dziew­czyn­ce nie po­mógł. Swo­je tro­feum opu­bli­ko­wał w „The New York Ti­mes” i do­stał Na­gro­dę Pu­lit­ze­ra. Ja­kiś czas po­tem po­peł­nił sa­mo­bój­stwo. Dziś jest ido­lem tych, któ­rzy fo­to­gra­fu­ją, ale nie ro­zu­mie­ją, co wi­dzą. (...) A spró­buj­my z jego opi­nią po­dy­sku­to­wać, od­waż­my się za­py­tać o dziew­czyn­kę z sę­pem, upo­mnieć się o to ano­ni­mo­we afry­kań­skie dziec­ko, do­cie­kać, jak mia­ło na imię. Pa­pa­raz­zi śmier­ci i ich wiel­ko­miej­scy wiel­bi­cie­le na­tych­miast pod­nio­są wrzask: nie ro­zu­mie­cie ję­zy­ka fo­to­gra­fii! In­te­re­su­je ich fo­to­gra­fia dziec­ka z sę­pem, nie dziec­ko. (...) Męka, strach, upokorzenie. Im częściej i dłużej na to patrzymy, tym ludzkie cierpienie mniej nas porusza. Kto odpowiada za tę perwersyjną przemianę? Czy i do kogo mieć o nią pretensje? Fotografowie odrzucają odpowiedzialność. Odpowiedzialne jest spojrzenie, czy raczej oko, które przetwarza wszystko, na co patrzy. Oko widza. Ale wcześniej oko fotografa, oko obiektywu. Fotograf jest niewinny?"


Książka Wojciecha Tochmana to nie tylko świetny reportaż o prawdziwych Filipinach, nie tych znanych z folderów biur turystycznych, ale obraz slamsów Manilii. "Eli, Eli" to niezwykłe połączenie obrazu i tekstu. Myślę tu o zdjęciach  Grzegorza Wełnickiego, to one są główną osią reportażu.  Jedno zdjęcie, jedna historia, wiele pozostawionych czytelnikowi myśli... Autor nie pozostawia zdjęć bez towarzyszącej im historii. Każdy bohater zasługuje na opowieść, często dramatyczną, trudną i niewygodną dla czytelnika. Wdziera się ona do naszej świadomości i drąży jej wrażliwe zakamarki. To odziera nas ze skorupy nieczułości i dystansu. Ani fotograf, ani tym bardziej reporter nie pozwala szybko zapomnieć o zdjęciu, jak to ma miejsce, gdy tylko oglądamy albumy, nic prócz zdjęć, żadnego komentarza, żadnej ludzkiej twarzy, żadnego imienia. Tutaj nie uciekniemy przed ludźmi z fotografii, nie pozwolą nam przejść obojętnie, musimy je wysłuchać, dopiero potem możemy zdecydować, co zrobić... Nawet jeżeli zamkniemy książkę, zmieni się coś w nas... Czasem tylko i aż tyle wystarczy, tylko i aż tyle oczekują od nas bohaterzy zdjęć...


Kim są więc ludzie ze zdjęć? Przytoczę tylko kilka obrazów...
Poznajemy Edwina N. przewodnika, który zachodnim turystom pokazuje prawdziwe oblicze miasta "True Manila". Dziecko slumsów, dziś ojciec rodziny, zarabia pieniądze dając możliwość bogatym turystom zrobienia zdjęć biedy. Czy miał wyrzuty sumienia? Oczywiście, ale życie jest tu ciężkie. Jedyne, co może zrobić dla nędzarzy, to...  jedzenie, które przygotowuje w domu i daje turystom, aby zapłacili nim za zdjęcie fotografowanym ludziom. Ale to też ułuda, turysty nie obchodzi dziecko, każdy chce zrobić jak najlepsze zdjęcie biednego dziecka, nikt nie chce wysłuchać jego historii... Każdy chce zrobić sobie zdjęcie z biednym dzieckiem na rękach, nikt nie zapyta o jego imię... Ale turysta jest wybredny, jeśli trafia się chata z brezentu a w niej jeden telewizor na całą dzielnicę, turysta nie chce zdjęcia, jest zdegustowany, że jest telewizor, lodówka, wiatrak... Edwin szuka zatem ujęć bez "luksusów"... Po zdjęciach pora wracać do hotelu, wypić zimne piwo i wrócić do swojego świata. Ach, jeszcze tylko trzeba koniecznie zamieścić zdjęcia z ikonką "Lubię to" i można się już wzruszać...Co turysta może fotografować? Dzieci mieszkające na cmentarzach, ludzi pracujących za złotówkę, choroby, bo szpital daleko, a lekarstwa zbyt drogie. Turysta zobaczy dzieci porzucone na ulicy, porachunki gangów, bezsilność i śmierć. Pozna życie w slamsach, prawdziwy Onyx... Wszystko wyreżyserowane, bo turysta nie dotknie prawdziwych slamsów, od tego świata oddziela do szkło obiektywu aparatu, bariera ochronna. Czytelnik natomiast ma możliwość rozmowy z bohaterami zdjęć, poczuje ich strach, nadzieję, może nawet otworzy swoje serce... Czytelnik bowiem nie ma w dłoniach aparatu, może zatem usiąść obok dziecka i wsłuchać, co ma do powiedzenia...


To tylko kilka migawek z książki. Autor opowiada zatem o kraju, ludziach i ani na chwilę nie pozostawia nas samych z naszym poczuciem taniej empatii. Książka prowokuje do dyskusji, wstrząsa tych wszystkich, którzy nie dostrzegają świata w jego wszystkich odcieniach, drażni turystów na luksusowych plażach, daje nadzieję tym, którzy chcą poznać imiona bezimiennych... I jeszcze jedno, wreszcie prócz bułki za zdjęcie, bohaterowie mogą przemówić... tego chcą najbardziej... I to Trochman im daje... A my? Cóż, następnym razem, gdy chcesz zrobić zdjęcie, zastanów się kim jest ta osoba, jak ma na imię i poznaj jej historię. Dopiero później będziesz miał prawo zrobić zdjęcie. Może ono coś zmieni...










Anna M.



LINKI



strona Grzegorza Wełnickiego

strona Wojciecha Tochmana

Wrzenie Świata

Project PEARLS

Positive Action Foundation



Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził, miej odwagę zabrać głos w dyskusji.
 Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)



Recent Posts