30 lipca 2014

"Przygody Lorda Ślizgacza" Bruce Dickinson





Ha, ha, ha... Tak musi się zacząć mój dzisiejszy post. Od lat lubię Bruca Dickinsona jako wokalistę Iron Maiden. Pierwszy raz słuchałam ich u Kasi w domu, miałam 16 lat i cały świat zawirował. Potem dopiero dowiedziałam się co to za muzyka, kto to śpiewa i że niczego innego już nie chcę słuchać. Miłość do rocka i metalu przetrwała przez te wszystkie lata, tylko moi ulubieńcy się troszkę zestarzeli (bo ja oczywiście wcale:). Ale jest nadzieja, są już nowi szaleńcy! Wracając do Dickinsona, oczywiście jako nastolatka zakochałam się w jego buntowniczej naturze i ... długich włosach, podobnie jak w Bon Jovim, Ozzym Osbourne.. Potem byli jeszcze m.in. Timo Kotipelto, Ville Valo, Bono i Eddie Vedder. Cóż, słuchałam wielu podobnych muzyków (z rodzimych choćby Artur Gadowski). Nawet studia teologiczne nie zmieniły mojej miłości do tego typu muzyki, a mój chłopak miał długie włosy i słuchał Jima Morrisona. Dużo się zmieniło w moim życiu od czasów szalonej młodości, pracuję w poważnej instytucji, płacę rachunki, próbuję związać koniec z końcem... Jedno się nie zmieniło, nadal z sentymentem włączam płyty, zakładam słuchawki i nadal czuję ten dreszcz prawdziwej muzyki, emocji i buntu, a nie tandetnego popowego plastiku. 




Dlaczego Bruce Dickinson? Ma niewyobrażalne poczucie humoru, i wbrew stereotypom, jest inteligentny. Lubię jego głos, a piosenki Iron Maiden mają to "coś" i nie zmieniło się to od lat. Cenię go za jeszcze jedną rzecz, bardzo mi bliską, Bruce wymyka się wszelkim stereotypom i zaszufladkowaniu. Świat zna go jako jednego z najlepszych wokalistów, frontmana heavymetalowej grupy Iron Maiden. Szalony, nieobliczalny, nieziemski głos i charyzma (przemilczając oczywiście wady - po co skupiać się na czymś, co posiada każdy). Ale jest też druga strona Bruca. Cóż, na co dzień mąż, ojciec, czasem pisarz, czasem aktor, przede wszystkim jednak... pilot! Tak, tak, Dickinson pracuje jako pilot Boeinga 757 w brytyjskich liniach lotniczych Astraeus Airlines. Hmm, z takim pilotem mogłabym latać codziennie ;)







Nie mogłam się oczywiście powstrzymać i sięgnęłam po książkę Bruca Dickinsona "Przygody Lorda Ślizgacza" Zabawna okładka i pozornie dziecinny tytuł nie powinny Was zmylić, to zdecydowanie książka NIE dla dzieci, z dużym akcentem na NIE. Nie jest to też chyba książka dla dorosłych, tych normalnych... cokolwiek to znaczy... Coś w tej okładce nie pasuje! Tak, czcionka stylizowana na Iron Maiden i wszystko jasne, to pozycja przeznaczona dla fanów zespołu, jego muzyki i tego wszystkiego, co ze sobą ona niesie. Powiem tak, dla zagorzałych i bezkompromisowych fanów Dickinsona. Ja do nich zdecydowanie nie należę, ale dzielnie brnęłam przez kolejne strony, aż do momentu, gdy powiedziałam sobie "dosyć, poddaję się".




Bruce napisał:

"Książka ta powstała w rozmaitych pokojach hotelowych w całej Europie w roku 1987. Skończona została w maju w Tokio. Wszystkim kierownikom hoteli, którzy z życzliwością dostarczali stosów hotelowej papeterii osobliwemu, długowłosemu mężczyźnie o czwartej nad ranem - wielkie dzięki".



Cóż powiem tak, nie wiem, ile Bruce wypił alkoholu, albo czegoś innego, że w jego głowie powstało coś takiego i nie wiem, ile trzeba wypić, żeby przetrwać do końca lekturę. A ponieważ jestem abstynentką, niestety nie dałam rady przebrnąć przez to "wiekopomne dzieło". Jeśli ktoś myśli ze "Pięćdziesiąt twarzy Greya" jest wulgarne, nie czytał jeszcze "Przygód lorda..." Dobra, podobał mi się czarny humor rodem z Monty Pythona, cudnie, że pojawił się Eddie - "maskotka" Maidenów, ale cała reszta nadaje się do zamkniętego zakładu doktora Freuda... Sorry Bruce, kocham jak śpiewasz, ale proszę nie pisz już nic więcej :)




Dla równowagi i jako odtrutkę włączam piosenkę "Tears of The Dragon" i staram się zapomnieć o książce. 



Anna M.







29 lipca 2014

"Bella" Lisa Samson

"Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach"





Klinika aborcyjna i młoda kobieta czekająca w kolejce. Nienawidzi siebie, swojego zmarnowanego życia i mężczyzny, który okazał się tchórzem i zostawił ją samą. Spotkanie. Inny mężczyzna, równie zraniony przez swoje decyzje, zwyczajnie jest przy niej. Ona chce zabić swoje maleństwo, on kiedyś dziecko zabił... Jeden dzień, jedna decyzja... Dwoje pozornie sobie obcych ludzi...





Lubię czytać książki non-fiction, bo pokazują prawdziwe życie. Tym razem sięgnęłam po coś zdawałoby się zupełnie innego. "Bella" to powieść o miłości, ale próżno w niej szukać pompatycznych opisów, grania na emocjach czy przewidywalnych i schematycznych wątków. Książka powstała na podstawie filmu, ale i tak polecam przeczytać ją zanim włączycie DVD. Gwarantuję, że poruszy ona najgłębsze zakamarki Waszego serca, a jeśli myślicie, że go nie macie, to Bella je znajdzie i wyciśnie do ostatniego uderzenia... W prawdziwym świecie, a o takim opowiada "Bella", nie ma prostych rozwiązań, czasem jedna zła decyzja przekreśla wszystko, a konsekwencje trzeba ponosić do końca życia. Ale jeden dzień może też odmienić ponurą przyszłość.


 
Nina wyjechała z domu w poszukiwaniu kariery tancerki. Marzyła o Broadwayu, ale w życiu trzeba płacić rachunki, sprzątać i wynosić śmieci. Nic nie dostaje się za darmo, a cena, którą trzeba zapłacić jest wysoka. Dziewczyna nie ma nikogo, kto by ją kochał. Od pięciu lat nie rozmawiała z matką, pracuje więc jako kelnerka, nikt jej nie zauważa. Jedna zła decyzja i pojawia się nowe życie. Ale jak pokochać kogoś, gdy nienawidzi się siebie? 



Jose był gwiazdą futbolu, młody, przystojny, bogaty. Świat stał przed nim otworem. Jeden dzień zmienił wszystko. Mała dziewczynka na ulicy i dwa istnienia stracone. Od lat nie może sobie wybaczyć, że zabił niewinne dziecko, a żadna pokuta nie jest w stanie przywrócić go do życia. Nawet zadawane sobie rany nie chcą zmyć krwi z jego rąk.



Czy tych dwoje ludzi coś łączy? Niby nic, ale to tylko pozory, które łatwo przegapić, jeśli nigdy w życiu nie doświadczyło się tragedii. Pędzi się przez życie i robi wszystko, aby przetrwać. Ale są ludzie, dla których świat się zatrzymał i stoi w miejscu. Nie potrafią iść na przód, a cofnięcie się jest niemożliwe. Uczą się więc żyć na nowo ze swoim bólem, przegraną przyszłością i rozdzierającymi wnętrzności wspomnieniami. Ich świat składa się z małych chwil, prostych uczuć, niewypowiedzianych na głos słów. Dwoje zranionych ludzi. Nie potrafią kochać i nie chcą przyjąć miłości. Nie oczekują też pocieszenia i sloganowych zapewnień, że wszystko się ułoży. Wiedzą, że nic nie będzie takie, jak dawniej, nie wszystko można naprawić. Co więc postanowią? Przyszłość przecież wcześniej czy później przyjdzie...



Tak, jak już wcześniej pisałam, to nie jest książka z prostą i przewidywalną fabułą, bo życie nie pisze prostych historii. "Bella" to opowieść o nas... Polecam!









Anna M.
Moja ocena: 6 /6





Serdecznie dziękuję za możliwość przedpremierowego przeczytania powieści 
Wydawnictwu Święty Wojciech








Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził. Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :) 




28 lipca 2014

"A jesli zostanę..." Barbara Ciwoniuk



 
OD WYDAWCY: 
"Po śmierci rodziców Wiktoria musi zamieszkać u ciotki, za którą nigdy nie przepadała. Choć w nowej rodzinie jest jej rówieśnica, dziewczyny nie mogą się dogadać. Czy samolubna Janka i naiwna, zbuntowana „wieśniara” dojdą do porozumienia? Co musi się wydarzyć, by Wiki odkryła, że bezwzględna, walcząca o swoją pozycję kuzynka też jest samotna i załamana? Jaką rolę odegra w tym pewien sympatyczny chłopak?


Na szczęście Wiktoria znajduje wsparcie w niezwykłej, eksperymentalnej klasie, do której przypadkiem trafia. Czy rzeczywiście wprowadzenie prostych zasad może sprawić, że grupa uczniów stanie się zgranym zespołem, przyjaźnie witającym w swoim gronie nowych kolegów?


Amerykanin Ron Clark, o którego oryginalnych zasadach jest mowa w tej książce, tak to opisał: Pierwszego dnia każdego roku szkolnego uczniowie są lekko zszokowani, gdy daję im listę i mówię, że mam dla nich 55 zasad (…) ale już po miesiącu przyznają: „Lubimy te zasady, ponieważ dzięki nim dokładnie wiemy, co możemy, a czego nie powinniśmy robić i jakie będą konsekwencje w razie ich nieprzestrzegania”. (…) Odkryłem, że jeśli poświęci się czas na dokładne pokazanie dzieciom, czego się od nich oczekuje, one bardzo chętnie zrobią to, o co się je poprosi".




 

Jestem nauczycielką i od ośmiu lat pracuję z dziećmi. O zasadach Rona Clarka pierwszy raz usłyszałam kilka lat temu i niektóre z nich zaczęłam wprowadzać na moich lekcjach. I chociaż nie miałam możliwości pracować według nich w ramach zwartego programu, muszę przyznać, że przynoszą one zaskakująco dobre efekty. Od dawna też śledzę stronę internetową Akademii Rona Clarka, czytam artykuły na temat owych zasad, słucham wywiadów z pedagogami. Żałuję, że żadna z książek Clarka nie została przetłumaczona na język polski. Tym bardziej sięgnęłam po książkę Barbary Ciwoniuk, która doskonale rozumie, na czym polega system "55 ZASAD".




Książka "A jeśli zostanę..." jest wielowymiarowa. Może być czytana przez młodzież, doskonale oddaje realia nauki w gimnazjum, opisuje ich świat i problemy. Wiki, główna bohaterka, właśnie straciła rodziców, musi mieszkać u ciotki, zastaje rozdzielona z siostrzyczkami, a kuzynka Lala i jej koleżanki prześladują ją w szkole. Dziewczyna czuje się wyobcowana, nie pasuje do miejskiego stylu życia.  Czytelnicy i czytelniczki z pewnością odnajdą w niej coś z siebie. Każdy przecież chodził do gimnazjum (no dobra, ja jestem już stara i nie było jeszcze gimnazjów), albo przynajmniej do liceum (ja do technikum, ale też się liczy!). Kto nie miał problemów z koleżankami, miał kiepskie oceny z matematyki (w moim przypadku zmorą był wf)? Co więcej, podobnie, jak Wiki, zawsze byłam dziewczyną ze wsi w miejskim liceum - traumatyczne przeżycie! Ale nasza bohaterka trafia do eksperymentalnej klasy pani Sawickiej i tu rozpoczyna się jej droga do poznania siebie, dokonywania wyborów w atmosferze akceptacji, zrozumienia i wsparcia ze strony nauczycieli. Niestety niektórzy z nas nie mieli tyle szczęścia w szkole...



Książkę powinni również przeczytać nauczyciele. System Rona Clarka od lat sprawdza się w pracy w najbardziej problematycznych placówkach edukacyjnych w Stanach Zjednoczonych. To tylko 55 zasad, wielu z nas od lat je stosuje zupełnie o tym nie wiedząc, intuicyjnie. Potrzeba tylko nowego, świeżego spojrzenia, konsekwencji i systematycznego wdrażania systemu. Mówili o tym również inni sławni pedagodzy: Korczak, Montessori, Freinet, Ginott czy Mazlish. Teraz my, nauczyciele, musimy ich wysłuchać, a nie zachowywać się jak alfa i omega. Barbara Ciwoniuk omawia szereg zasad z owego tajemniczego zestawu "55", pokazuje ich zastosowanie i efekty, jakie mogą przynieść. Pani Sawicka i Rita mogą być wzorem dla każdego z nas. To nauczycielki z powołania, kochające dzieci i wierne swoim ideałom. Nie boją się uczyć i wychowywać, nawet gdy inni kwestionują ich nowatorskie podejście do edukacji.



Oczywiście polecam książkę rodzicom, którzy mogą się sporo o swoich pociechach dowiedzieć, o ich szkolnych perypetiach, pierwszych miłościach, a nawet, o zgrozo, o problemach z matematyką... Poza tym zasady Rona Clarka mogą być z powodzeniem stosowane również w domu, jako pomoc w wychowaniu dzieciaczków. Swoim ciepłem i miłością urzekają nas rodzice Wiki (choć nie mamy okazji ich poznać osobiście), ich przyjaciele i sielska atmosfera domu na wsi. Tak właśnie powinna wyglądać kochająca się rodzina. Jak wychować dziecko, aby było szczęśliwe, wierzyło w siebie i nie poddawało się presji środowiska? Wiki przecież dzięki miłości bliskich jej osób potrafi odnaleźć swoją drogę nawet w obliczu rodzinnej tragedii. 




POLECAM
moja ocena 6+ / 6

Anna M.


strona internetowa Akademii Rona Clarka

strona Barbary Ciwoniuk








Serdecznie dziękuję Wydawnictwu Literatura
za możliwość współpracy. 
POLECAM książkę i zapraszam na strony Wydawnictwa :)






Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził,  zabierz głos w dyskusji.
 Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :) 







25 lipca 2014

"Na granicy światów" Adam Abler



 


Pada, buro i ponuro. Snuję się po mieszkaniu i wymyślam sobie kolejne prace, a to montuję rolety w oknach, a to maluję drzwi, gotuję, piorę, szyję... Chwila oddechu, nastawiam wodę na kawę i staję przed półką z książkami. Dziś mam ochotę na coś lekkiego i przyjemnego, może dla odmiany jakiś romans? Ale nie, nie, Jane Austen i Emily Brontë poczekają na bardziej depresyjne dni, to moja tajna broń w walce z pesymizmem bycia singielką. Może thriller? Albo kryminał? Ale "Gdzie jesteś, Anno" zaplanowałam na moje imieniny... I nagle w ręce wpadła mi książka Adama Ablera "Na granicy światów" I to był strzał w dziesiątkę! Połączenie romansu, thrillera z odrobiną humoru i mistycyzmu.




Autor, Adam Abler, jest jednym z czołowych polskich przedsiębiorców. Zasiadał w zarządzie Rady Polskiego Związku Firm Deweloperskich. W dzieciństwie mieszkał w Ghanie poznając lokalną tradycję i historię. Dodam tylko, że miejscowy czarownik był jego ogrodnikiem. Dziś angażuje się w budowę kompleksu szpitalno-medycznego w Katowicach. 


Dlaczego o tym pisze? Otóż książka "Na granicy światów" jest punktem, w którym te wszystkie światy Autora się spotykają. Główny bohater, Jeremy, jest prezesem potężnej firmy zajmującej się wykupem gruntów pod budowę mieszkań. To międzynarodowa korporacja, której siedziby znajdują się we Włoszech, Indiach i w Polsce. I chociaż firma boryka się z trudnościami finansowymi, nadal jest to świat wielkich pieniędzy, bajkowych samochodów, drogich hoteli i służbowych wyjazdów do najpiękniejszych miast świata. Jeremy ma wszystko, młody, przystojny i bogaty. Od zawsze przeznaczony by być na szczycie pewnego dnia spotyka na swojej drodze tajemnicza Monique. Dziewczyna jest z zupełnie innego świata, zdaje się nie przejmować pieniędzmi, jest radosna, beztroska i wbrew zdrowemu rozsądkowi ufa, że świat przepełniona dobra energia. Nagle spotykają się dwie przeciwności: on - zestresowany prezes wartej miliardy korporacji i ona - żyjąca w zgodzie z wszechświatem uzdrowicielka. Czy to ma sens? Czy przypadkowe spotkanie może zmienić życie i sposób jego postrzegania? Czy miłość przetrwa w twardym biznesowym świecie pełnym intryg, matactw i wielkich pieniędzy, dla których nawet najbliżsi nie cofną się przed niczym. Obraz ludzi w garniturach, na wysokich stanowiskach może być przytłaczający, ale jest częścią naszego świata, natomiast przed nami otwiera się zupełnie inna rzeczywistość, duchowa. To domena uzdrowicielek, wróżek, kart i wędrownych Cyganów. Gdy pieniądze spotykają się z wiarą, niczego nie możemy być pewni...



Polecam książkę "Na granicy światów" na wakacyjne deszczowe dni, albo wręcz przeciwnie, na plażę, aby choć na chwilę zapomnieć o szarości naszego życia i przenieść się w bajkowy świat, gdzie nawet ubodzy znachorzy są szczęśliwi. Opowieść  Adama Ablera jest lekka, przyjemna, chwilami beztroska, ale potrafi też trzymać w napięciu. Może to i nie jest mój ulubiony rodzaj literatury, ale czytając "Na granicy światów" mile spędziłam czas. Taki słodki deser z odrobiną rumu...



Anna M.
P.S. Niebo się trochę przejaśnia....




wydawnictwo:   Oficynka

data wydania:    16 kwietnia 2014

liczba stron:       416

moja ocena: 5-/6



Serdecznie dziękuję Wydawnictwu Oficynka 
za możliwość współpracy. 
POLECAM książkę i zapraszam na strony Wydawnictwa :)






Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził,  zabierz głos w dyskusji.
 Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :) 

23 lipca 2014

"Kontener" Wojciech Tochman, Katarzyna Boni





Pokój - jedno z wielu słów, które codziennie są na ustach milionów ludzi, w ich modlitwach i we łzach ich dzieci. 


Wojna - my, Polacy, w swojej historii już doświadczyliśmy wojen, napaści, podziałów, rozbiorów i niezliczonych powstań. Zbyt często wydaje nam się, że tylko my cierpieliśmy i nadal cierpimy, tymczasem dziś na świecie toczą się niezliczone wojny, w których giną niewinne osoby, dzieci...


Syria - kiedyś może i coś tam słyszeliśmy w "Wiadomościach" o jakimś konflikcie, ale mało kto wie, gdzie ona leży, o co właściwie im chodzi i po co mamy się tym zajmować.  Zatrzymaliśmy się może na kilka minut przed telewizorem, z politowaniem popatrzyliśmy na migawki z "biednymi dziećmi", chociaż - te, czy inne, egipskie, palestyńskie, syryjskie - one przecież wszystkie tak samo wyglądają i tak samo są biedne. Może wtedy jedliśmy kanapkę popijając herbatą i biadoląc, że dziś nie mamy w lodówce coli. Potem był kolejny news, kolejny program, kolejna wojna, konflikt, kataklizm. Dziś niewielu pamięta, że w Syrii nadal jest wojna, teraz świat emocjonuje się Ukrainą, Izraelem. Później... zapomni i o nich.


Otwórz oczy! Spójrz na świat! Prawdziwy świat coś więcej, niż nasze "taśmy prawdy", kłótnie polityków i "Trudne Sprawy". Wyjdź ze swojej skorupy czterech ścian, obudź się! Jak??? Jednym ze sposobów jest właśnie literatura non-fiction. Mnie ona brutalnie wyrywa ze snu śpiącej królewny i zdziera ze mnie obłudną suknie kopciuszka, co niby to biedny, ale jednak Matka Chrzestna jest Wróżką.  Literatura faktu jest moją odtrutką na komercyjny plastik serwowany w telewizji. Są ludzie, którzy nie pozwalają nam zapomnieć o bólu świata - reporterzy.



Upierasz się, że przecież słuchasz reporterów w telewizji, cóż... "etatowi news-owcy" są przez pięć minut na wszystkich frontach współczesnych konfliktów nadając relacje na żywo, by po owych pięciu minutach  przenieść się na inny kontynent, na inną wojnę. Zero zrozumienia, zero empatii, tylko newsy, materiał, hit... Ale są też inni reporterzy, tacy, którzy zanim chwycą za kartkę papieru czy aparat, usiądą, wysłuchają, spróbują zrozumieć. Zamiast pokazywać siebie ślicznie ubranego w kamizelce kuloodpornej, oddadzą głos ludziom pozbawionym głosu, pokażą tych, którzy nie powinni istnieć... Mówię o takich reporterach jak chociażby Wojciech Tochman. Jego książka "Kontener" (napisana wspólnie z Katarzyną Boni - jego studentką ze Szkoły Reportażu) jest dla mnie wyrzutem sumienia. Tak, w Syrii nadal jest wojna. Tak, miliony uchodźców nadal mieszka w obozach, w skrajnej nędzy, bez dostępu do wody, bez pracy i perspektyw na powrót do domu. Od momentu rozpoczęcia konfliktu w Syrii, granicę Jordanii przekroczyło sześćset tysięcy uchodźców. Żyją w zamkniętych obozach lub nielegalnie poza nimi. Nie mają niczego, obdarci z godności, współczucia i człowieczeństwa. W jednej chwili musieli zostawić wszystko: dom, pracę, rodzinę, przyjaciół, życie na przyzwoitym poziomie, ojczyznę. Ich dom już nie istnieje, przyjaciele zginęli, a kraj pogrążył się w chaosie. Uciekli z jednego piekła, by żyć w drugim, gdzie status życia wyznacza posiadany kontener. Jeśli go masz, masz "dom"... Jeśli nie, mieszkasz i śpisz pod gołym niebem, w błocie, brudzie, zimnie i kurzu.  Tochman i Boni na chwilę zabrali mnie do jednego z takich obozów, do Zaatari...



"Zaatari - kiedyś nazwa najbliższej wsi. Teraz pustynne miasto, długie i szerokie na kilka kilometrów. Niczego nie ma obok, nawet tej wsi stąd nie widać. Miejsce w pustce. Bez pamięci, bez tożsamości. Daleko od innych ludzi, poza społeczeństwem, poza czasem. Przestrzeń do przetrzymywania tysięcy skazanych na poniewierkę. Nie istnieje na oficjalnym mapach państwa. (...) To wojenne miasto powstało z powodu wojny i dlatego, że pomoc była konieczna. Z założenia tymczasowe. Ma zapewnić tułaczom przetrwanie. To znaczy: wodę, jedzenie i dach nad głową. Aby ci, którzy taki obóz stawiają, ludzie Zachodu, mogli sobie powiedzieć, że wszystko się tutaj dzieje z poszanowaniem godności człowieka. miasto ze szmat i blachy. (...) Tysiące namiotów w kolorze piachu - postawiono je kilka lub kilkanaście miesięcy temu. I tysiące białych, na dalekich obozowych obrzeżach - te rozłożono niedawno. Białe są również kontenery. Blaszane pudełka, jak piece, gdy pali skwar. I jak lodówki, gdy zimny grudzień. Cienkie ściany nie dają ludziom intymności, słychać każdy szmer, każde chrząknięcie. Ale kontenery, rzecz jasna, lepsze są od namiotów, które deszczową porą pływają w błotnej mazi" ("Kontener" Tochman, Boni, s. 53-55)




Kilkanaście historii ludzi z kontenerów, obozowa codzienność, walka o wodę, nielegalna praca, rozpad więzi rodzinnych, wykorzystywanie dzieci, życie na pustyni, w Ramta, w Zaatari Ale to nie wszystko. Jest jeszcze Syria, Amman i Jordania... Autorzy pokazują to, co można zobaczyć i usłyszeć, gdy inni reporterzy wyjadą na inną wojnę.



Lektura "Kontenera" była dla mnie wyrzutem sumienia. Książka wstrząsnęła mną na poziomie czysto egzystencjalnym - na świecie miliony osób mają większe problemy, niż moje 20 kg nadwagi. Zawstydziła mnie duchowo - dostałam kopniaka w mój egoistyczny tyłek. Ale przede wszystkim kolejny raz jakiś autor na kartach swojej książki powiedział mi prosto w twarz, że nie zrobiłam wystarczająco dużo, aby ludziom zepchniętym na margines świata, żyło się choć odrobinę lepiej...




Anna M.


Materiał UNHCR na temat sytuacji uchodźców syryjskich









Carista Polska o pomocy dla Syryjczyków








Polska Akcja Humanitarna - pomoc dla Syrii






LINKI:

Polska Akcja Humanitarna
Caritas Polska
UNHCR 
UNICEF
Lekarze Bez Granic





Serdecznie dziękuję Agora S.A. za możliwość współpracy.
POLECAM książkę i zapraszam na strony Wydawnictwa :)






Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził,  zabierz głos w dyskusji.
 Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)





21 lipca 2014

"Posłaniec" Markus Zusak


"Wolę gonić za słońcem, niż na nie czekać"




Kilka miesięcy temu czytałam "Złodziejkę książek" tego samego autora. Byłam wtedy oczarowana historią małej Liesel.  Kolejna książka Markusa Zusaka również mnie nie rozczarowała. 




"Posłaniec" to opowieść o pustce w życiu, o przeciętności i braku perspektyw na zmiany. Brudny, żałosny i pesymistyczny świat głównego bohatera wciąga nas samych w mrok miasta. Tak, świat wokół Eda jest przeniknięty nieszczęściem i bólem, nawet gdy on sam tego nie chce przyznać. Sam Ed to życiowy nieudacznik, niby pracuje, jest taksówkarzem, ale jak sam twierdzi, to tylko niezbędne minimum do przeżycia i wymówka, żeby nie robić niczego więcej. Ma przyjaciół, ale i oni są równie nieszczęśliwi: marna praca, lub jej brak, nieudane związki, albo ich brak, toksyczne związki z rodziną, albo brak rodziny. Codzienne spotkania przy kartach i piwie, jedyne pozory przyjaźni. Oprócz tego jest też rodzina naszego bohatera, która już dawno spisała go na straty. Pustka, nicość i bezsilność. Ed codziennie widzi, jak jego największa miłość, Audrey, spotyka się z innym mężczyzną i nie potrafi tego zmienić, nie stara się ją zdobyć, bo wie, że jest nikim i nie może konkurować z kimkolwiek. I jeszcze ten cały świat wokół, równie beznadziejny i dołujący. 





Życie Eda zmienia się w chwili, w której znajduje w swojej skrzynce na listy kartę, asa, z tajemniczymi nazwiskami. To wiadomość dla "Posłańca", ale co ona oznacza, kto go wybrał i dlaczego? Co ma zrobić? Przecież jest nikim i nawet własnego życia nie potrafi naprawić. Ale Ed zaczyna grę, spotyka równie nieszczęśliwych ludzi, w ich oczach dostrzega to, co sam w sobie od lat nosi. Jak im pomóc? Oni nie oczekują cudu, nie czekają na spektakularne rzeczy, czasem to jest dobre słowo, czasem pozmywanie naczyń, innym razem czekoladowe lody... Nikt ich nie widzi, nikt nie zauważa, tylko Ed może dać im nadzieje, odrobinę wiary i tęsknotę za miłością. Ale to nie koniec, pojawiają się kolejne asy, kolejne zadania, coraz bardziej osobiste i kolejne osoby... Gdzie zaprowadzi go ta gra? Co zmieni? I najważniejsze, kto wysyła owe karty i kim jesteśmy my, czytelnicy, w tej podróży ciemnymi ulicami miasta bez nadziei na lepsze jutro? 



Książka Markusa Zusaka jest niezwykła, tajemnicza i nie pozwala pozostać obojętnym. Tylko w ckliwych filmach i romantycznych piosenkach świat jest idealny. Oprócz tego kłamstwa, w które sami chcemy wierzyć, doskonale wiemy, że rzeczywistość daleko odbiega od ideału. Budujemy wokół siebie mur z własnych marzeń, niespełnionych ambicji, lęków i usprawiedliwień swego przeciętnego życia. Mówimy: "Gdybym tylko był bogatszy, mądrzejszy, mieszkał gdzie indziej, miał innych rodziców..." Innym razem narzekamy: "Nic nie da się zmienić, to za mało, by poczuć się szczęśliwym..." I tak żyjemy, z dnia na dzień, nic nie robiąc ze swoim życiem, bo przecież nie warto, nie mamy tyle pieniędzy, nie jesteśmy nikim ważnym. Zawsze inni mają lepiej, więcej, są kimś znanym,  wartościowym, zawsze to inni zbawiają świat. A my? A ja?






Jestem jak Ed, Ty również, choć nie chcesz się jeszcze do tego przyznać...
Czy zauważę karty w moim życiu? Co jest napisane na moich asach? 



Noc, 21 lipca 2014 roku, na kilka dni przed moimi imieninami dostałam pierwsza kartę... To ostatnie zdanie "Posłańca" Markusa Zusaka... 




Anna M.





16 lipca 2014

APETYT NA ŻYCIE :) czyli czego oprócz gotowania można nauczyć się od Masterchefa!









Pasja - coś, za czym nieustannie tęsknię, czego zawsze szukam, jedyne, co w życiu się liczy. Ludzie bez pasji są nudni, nieciekawi, jednowymiarowi. Pasją może być wszystko, nawet samo życie. To stan naszego ducha, bo możesz z pasją zdobywać Himalaje, albo podcierać tyłek swojemu maleństwu. Nieważne co robisz, liczy się tylko ten błysk w oku i szaleństwo serca, kiedy wiesz, że to kochasz... Dlatego lubię czytać o ludziach "opętanych" pasją. 


Moją słabością jest pewien program telewizyjny, a mianowicie MasterChef - wydanie amerykańskie i australijskie. Oprócz wspaniałych potraw fascynują mnie w nim ludzie, którzy poświęcili całe swoje życie, aby, w tym wypadku, gotować. W każdym sezonie jest ktoś, kto mnie zahipnotyzował swoją osobowością, charakterem i szaleństwem przeżywania... życia. Postanowiłam napisać o kilku z nich :)





www.benstarr.com

BEN STARR


Nigdy wcześniej nie widziałam równie zakręconego człowieka! Szalony kucharz i podróżnik, niezmordowany optymista, niepoprawny gaduła, miłośnik dyni w każdej postaci i marchewkowego tortu. Wszyscy uczestnicy MasterChef'a, łącznie z samym Gordonem Ramsayem, uwielbiali jego poczucie humoru i wręcz płakali ze śmiechu obserwując w kuchni jego zmagania z garnkami i patelniami. A to panikował, a to znowu śpiewał, innym razem udawał Julie Child, konsekwentnie łączył abstrakcyjne produkty, w daniu dyniowym zapomniał podać dyni i dostawał zawału na widok "tajemniczego pudełka". Ben swoim optymizmem zarażał wszystkich, nawet widzów przed telewizorami. Szalony kucharz, który gdzieś w Teksasie ma maleńkie gospodarstwo z ekologicznymi warzywami, i którego ulubionym zajęciem jest karmienie kur. Jeździ po świecie, uczy się, poznaje smaki i nadal fascynuje go gotowanie. Na podstawie jego życia powstała by nie tylko książka kucharska, ale i niezły thriller. Niesamowity człowiek!











Kolejnym moim ulubieńcem był  LUCA  MANFE.



Młody, ambitny i szalenie zdolny kucharz. Startował dwukrotnie, bo za pierwszym razem nie dostał się do programu. To była dla niego prawdziwa lekcja pokory. Nie poddał się, nawet po gorzkich słowach jurorów, wiedział, co chce w przyszłości robić. Nie było dyskusji, ani na chwilę nie zwątpił w siebie. Przez kolejny dalej rok uczył się gotować i udoskonalał swoje potrawy, aby zaskoczyć Gordona Ramsaya.  Potem uparcie walczył o pozostanie w programie. Dla marzeń opuścił swój kraj, przeniósł się do Ameryki, poświęcił stabilne życie i dał się porwać pasji, bez względu na koszty. Zawsze uśmiechnięty, zawsze stremowany. Dla niego każdy dzień to niespodzianka. Dał się poznać również, jako człowiek wielkiego serca i niezwykłej uczciwości. Zawsze pożyczał innym uczestnikom produkty, pomagał i dopingował. Zawsze szanował konkurentów. Pogratulował trzynastoletniemu Alexandrowi, gdy ten zwyciężył w kategorii dla juniorów. Powiedział wtedy, że on w tym wieku nie umiał nawet zrobić jajecznicy.  Lubię słuchać, jak Luca opowiada o jedzeniu, bo w każdej potrawie zostawia kawałek siebie, swojej historii i planów na przyszłość. Jego uśmiech i umiejętność znajdowania nawet w pozornie beznadziejnej sytuacji światełka w tunelu są zdecydowanie zaraźliwe.









I jeszcze jedna zupełnie wyjątkowa osoba...


CHRISTINE  HA


www.christineha.com
Zaskoczyła jurorów już podczas castingów. Przepięknie podała niesamowicie smaczne, złożone i wyrafinowane danie. Ale nie tylko tym się wyróżniała, przecież piekielnie dobrych kucharzy było przed nią i po niej wielu. Christine ugotowała wszystko sama, począwszy od krojenia, skoczywszy na smażeniu. Coś skomplikowanego? Niby nie, ale Christine jest niewidoma. Porusza się o białej lasce, w nowych pomieszczeniach potrzebna jest jej pomoc, ktoś kto poprowadzi, wskaże miejsce. W kuchni nie potrzebuje wzroku, doskonale wie, jak wygląda jedzenie, mimo, że go nie widzi. Niesamowity dar, oszałamiający talent i wielka odwaga zmierzyć się z innymi. Lubiłam obserwować jej zmagania, bo udowadniała, że wszyscy jesteśmy równi, że nie wolno się poddawać, trzeba walczyć o marzenia, nawet gdy przeciwności wydają się niepokonywalne. Pasja i upór wystarczą, a potem ciężka praca i hart ducha. Christine wygrała program, pokonała kilkudziesięciu najlepszych kucharzy, wydała książkę i dziś gotuje z taką samą pasją, z jaką przyszła na pierwsze spotkanie. Odcinki z jej udziałem są wzruszające, bo czy nie kręci się łezka w oku, kiedy sam Mistrz Grodon Ramsay opisuje zdenerwowanej Christinie jej placek, dzięki któremu wygrała wyzwanie, ale nie widziała, jak wygląda. Zaufała tylko swoim zmysłom dotyku, powonienia i smaku, jednak nie była pewna, jak wygląda.







* * *

Nie, nie, spokojnie, nie zamierzam zgłaszać się do programów kulinarnych, zresztą od urodzenia nie mam zmysłu powonienia. Kocham jedzenie, co widać. Moją pasją jest życie, chcę całymi garściami czerpać z możliwości, które się otwierają i czuć każdą chwilę najmocniej, jak można. Takie osoby, jak Ben, Luca czy Christine inspirują mnie i pozwalają zaczerpnąć sił, aby być sobą....



Anna M.





Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził,  zabierz głos w dyskusji.
 Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)




14 lipca 2014

"Dziedzictwo T. 1 i 2." Christopher Paolini







Ostatnie spotkanie z Eragonem i Saphirą... Miło na chwilę wrócić do świata elfów, smoków i zaklęć pradawnej mowy. I to wrócić w momencie ostatecznej potyczki między dobrem a złem, w chwili, gdy naprzeciwko siebie stają odwieczni wrogowie -  Eragon i Murtagh - dwaj bracie, dwaj Jeźdźcy i ich Smoki. 





Christopher Paolini miał 15 lat, gdy zaczął pisać "Eragona". Ostatnia jego część, "Dziedzictwo", została wydana w 2011 roku. Mimo wielu niedociągnięć i zarzutów, jakie wysuwają krytycy, trzeba przyznać jedno - Christopher tworzył świat Alagaësii przez ponad 10 lat. To spora część życia! Fascynują mnie tacy ludzie... Potrafią bowiem oddać się swoim marzeniom i ideałom, wbrew wszystkim wierzyć, że to, co czują ma sens. Nasz świat, przeciwnie, uczy stąpać mocno po ziemi bez zbędnych zachwytów i uniesień. Od dziecka słyszymy, że przecież życie jest trudne, trzeba pracować i nie ma czasu na bujanie w obłokach. Otóż jest czas i trzeba go znaleźć. Wyobraźnia daje nam głęboki oddech w ciągłym galopie życia. Cieszę się, że są jeszcze młodzi ludzie, którzy mają odwagę poświęcić czas i energię, aby opisać świat swojej wyobraźni.



Ale wróćmy do książki. Eragon musi szybko dorosnąć, ma bowiem stanąć do walki z potężnym Galbatorixem i jego Smokiem. Zaczyna zatem trening, ale nie chodzi tu o ćwiczenia fizyczne, ale te duchowe. Chłopiec musi nauczyć się posługiwać silą woli. Czy okaże się dostatecznie silny w ostatecznej walce?



z mojego sekretnego szkicownika :)




"Wciąż jesteś zbyt rozgniewany, a twój umysł jest zbyt zaśmiecony. Zatrzymaj w nim tylko to, co musisz pamiętać, nie pozwól jednak, by ta wiedza odcięła twą uwagę od wydarzeń chwili. Znajdź w sobie miejsce spokoju, pozwól, by troski tego świata przelały się przez ciebie, nie unosząc cię ze sobą. Powinieneś czuć się jak wówczas, gdy Oromis kazał ci słuchać myśli wszystkich stworzeń lasu. Wtedy byłeś świadom wszystkiego, co dzieje się dookoła, ale nie skupiłeś się na żadnym szczególe".








Murtagh (kadr z filmu Eragon)
 
Moim niezmiennie ulubionym bohaterem całego cyklu Dziedzictwo jest... oczywiście Murtagh. To niezwykle barwna postać i nie można go łatwo zaszufladkować. Raz jest dobry i pomaga Eragonowi, zaraz później staje się jednym z Zaprzysiężonych ślubując w pradawnej mowie wierność Galbatorixowi. Jest Jeźdźcą, przed którym drżą Vardeni, krasnoludy, a nawet elfy. Czy jednak do końca jest zły? Czy możliwa jest odmiana jego "prawdziwego imienia"? A gdyby znalazł pokrewną duszą? Jak wtedy postąpi?



Bardzo lubię Martagha za jego nieprzeniknione wnętrze.  Nie jest cukierkowy, jak Eragon; w przeciwieństwie do Rorana, nie można przewidzieć jego zachowania i nie potrafi, jak Arya, powstrzymać swoich emocji. Mutragh jest człowiekiem z krwi i kości, wojownikiem zaprawionym w walce, ale i skrzywdzonym chłopcem, który szuka tylko ukojenia swego bólu. Nikt nie potrafi zrozumieć jego dramatycznych decyzji, wyboru między bratem a ukochanym Smokiem. Nie ma prostych odpowiedzi... Gdy wydaje się, że przepadł w otchłań ciemności, na jego drodze staje młoda królowa, Nasuada. Torturując ją, na rozkaz Galbatorixa, musi odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie, kim jest? Czy potrafi zadawać ból tej jednej osobie? Jakie teraz jest jego imię? Od tych odpowiedzi zależą losy wielu ludzi w całej krainie...



Polecam książkę wszystkim mającym odwagę marzyć :)


Anna M.


Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził,  zabierz głos w dyskusji.
 Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :) 






13 lipca 2014

"Rozmowy bez retuszu" Artur Barciś, Marzanna Graff







Kto z nas nie pamięta wrażliwego i oddanego wszystkim Tadzia Norka? A Czerepach? Miliony telewidzów w niedzielny wieczór zasiadało przed telewizory, aby dowiedzieć się, co też dziś Czerepach wymyśli, kogo oszuka, czyim kosztem będzie chciał zrobić karierę...  W obie role wcielił się Artur Barciś i niestety większość ludzi tylko z nimi go kojarzy. 





Dla nas widzów, przeciętnych "zjadaczy chleba", rola przynosząca sławę staje się często przekleństwem dla aktora, zaszufladkowaniem, spłyceniem jego dorobku. Ale nie dla Artura Barcisia! Jego nic nie zatrzyma! Jego życie jest pełne fascynujących ról, przestawień, światów,  różnych scen, teatrów, poezji i szaleństwa bycia tym, kim się sobie wymarzyło... Aktor w wywiadzie z Marzanną Graff prowadzi nas daleko dalej, niż rola Norka i Czerepacha. Sięga do dzieciństwa i pierwszych fascynacji teatrem. To doprawdy niesamowita podróż...  Magia sceny przeplata się z prozą życia, marzenia i szybsze bicie serca staje przed próbą oderwania się od szarej codzienności dziecka z małej wsi, które musi paść krowy. Ileż uporu, determinacji i wiary w sens tego, co się robi :)



"Tak, to były chwile prawdziwego szczęścia. Pierwsze, to było czytanie. Ja nauczyłem się czytać, gdy miałem pięć lat. Jak poszedłem do szkoły, już umiałem płynnie czytać. (...) Pamiętam, jak w zerówce pani sadzała mnie na takim małym krzesełeczku, dzieci zbierały się wokół mnie, a ja tym dzieciom czytałem bajki. To były chyba moje pierwsze, nieświadomie próby aktorstwa, bo starałem się zmieniać głos, interpretować tekst. Dzieci mnie słuchały w takiej cudownej ciszy, a ja czułem się wtedy tak strasznie dla nich ważny. Uwielbiałem to robić".



Życie bywa zaskakujące. Małe dziecko, z biednej rodziny, daleko od kultury miasta, zafascynowało się literaturą, później sztuką, a w liceum poezją.  Cały świat przestawał istnieć, gdy mały Artur, jeszcze w zerówce, pierwszy raz zobaczył scenę!



"Gdy światła zgasły, zaczęła się magia. Kurtyna rozsunęła się i... te kolorowe dekoracje, zajączki... Boże, jakie to było piękne! To było cudowne, fajniejsze nawet niż kościół. Wtedy wiedziałem, że to jest coś, w czym chcę uczestniczyć, w tym być. Chociaż nie przypuszczałem.... miałem okropne kompleksy i nie wierzyłem w siebie. Nie wierzyłem, że mi się to uda, ale wiedziałem, że bardzo, bardzo tego chcę i zrobię wszystko, żeby to osiągnąć".


Oczywiście nie było to takie proste, w liceum problemy z matematyką i cudem (dzięki kolegom i nauczycielce matmy) zdana matura, a potem egzaminy na studia i...  kolejny problem - "nieaktorski" wygląd. Kochani, nie będę streszczała biografii autora, zapraszam do przeczytania książki. Powiem tylko jedno - fascynują mnie ludzie, którzy mają w sobie tyle siły, pasji i odwagi, aby sięgać po dziecięce marzenia. Kocham zagłębiać się w ich świat, patrzeć ich oczyma na rzeczywistość, która jest przecież taka sama dla nas wszystkich. Różnica jest jedna - zbyt często nie wierzymy w siebie i nie cieszymy się z małych rzeczy. A życie to teatr, świat to scena, a ja? Jestem najważniejszym aktorem w sztuce, którą można tylko raz wystawić... Za to jestem wdzięczna panu Arturowi, bo kolejny raz uświadomiłam sobie, że życie jest cudem i darem, a ja jego wielkim kreatorem, reżyserem, scenarzystą i aktorem :)










Polecam książkę "Bez retuszu" z całego serca, znajdziecie tam zabawne opowieści, ciekawostki zza kulis, rozmowy o przyjaźni, pierwsze miłości, próby, teatr, życie i oczywiście naszego kochanego Czerepacha :) Jest też bajka autorstwa naszego bohatera, ale więcej już nic nie powiem...



Anna M.


P.S. Zapraszam również na stronę internetową Artura Barcisia (www.barcis.pl), już się zarejestrowałam na forum "Barciślandia", codziennie ok. 23.00 można tam spotkać Aktora. W "barcisiowej godzinie" zbiera się tam grupka ludzi, aby porozmawiać o życiu, które jest teatrem, o filmie, pasji i nie tylko...





Serdecznie dziękuję Wydawnictwu M za możliwość współpracy.
POLECAM książkę i zapraszam na strony Wydawnictwa :)





Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził,  zabierz głos w dyskusji.
 Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :) 


eioba

10 lipca 2014

"Dzika droga" wchodzi na ekrany!





Kochani, właśnie się dowiedziałam! Cheryl Strayed potwierdziła na swoim Facebooku, że w tym roku na ekrany kin wchodzi "Wild" - film oparty na jej wspominaniach...



Bardzo się ciesze, że będzie film. Kiedy w zeszłym roku czytałam jej książkę, wiedziałam już, że pozostawi ona we mnie trwały ślad.












Jakiś czas temu prowadziłam Projekt związany z książką "Dzika droga". Niestety jedna z dziewczyn, Nicole, do której wysłano mój egzemplarz książki, przetrzymuje go od marca. Nie zastosowała się do ani jednego punktu regulaminu owego projektu. Na moje prośby o odesłanie książki, aby projekt mógł być kontynuowany, ciągle odpowiada, że mam być cierpliwa, a książki jak nie ma, tak nie ma. Niestety nie mogę do niej napisać na Facebooku, bo zablokowała moje konto...





https://www.facebook.com/wildmovie2014


Anna M.





6 lipca 2014

"Druga strona chaosu" Margaret Silf




"Co znajduje się po drugiej stronie chaosu? Czy zmiana, którą postrzegamy jako trudne i złe doświadczenie, może również być dla nas katalizatorem nowego początku, popchnąć nas naprzód, ku większej wolności? Nikt tego nie wie i nie jest w stanie tego przewidzieć. To, jak może rozwinąć się nasze życie, odkryjemy jedynie pod warunkiem. ze podejmiemy ryzyko tej podróży i damy się poprowadzić, jak niechętni wędrowcy w czasie, ku niezbadanemu wszechświatowi zmian. Przemiany nigdy nie są wygodne"



Chaos - coś, co w moim życiu gości zbyt często. Huragan zmian? Proszę bardzo! Przecież przez ostatnie 14 lat przeprowadzałam się średnio co drugi rok, mieszkałam w Poznaniu, Gorzowie Wlkp, Krakowie, Francji i znów wylądowałam w Poznaniu (nie licząc mniejszych i mniej istotnych miejscowości po drodze). Był czas, że pracowałam w trzech rożnych miejscach i w trzech kompletnie innych zawodach jednocześnie (doprawdy nie wiem, jak ja to zrobiłam). Kiedy w zeszłym roku kupiłam pralkę, moja mama z ulgą odparła: "nareszcie jakaś stabilizacja". Miesiąc temu zabrałam się za remont mojego pokoju, wynajmowany, bo wynajmowany, ale miałam już dosyć zielonkawych ścian. Siedziałam nad puszką farby z wałkiem w ręce i przyszła mi do głowy zaskakująca myśl: "Boże, jak to się stało, że z nomady, stałam się osadnikiem?" Początkowo byłam załamana, kocham poczucie wolności i niezależności. Zadzwoniłam do koleżanki, żeby się wyżalić, a ona powiedziała coś, co mną wstrząsnęło i sprawiło, że wróciłam na stare tory: "Anka, przecież cię znam, jak poczujesz, że za długo siedzisz w tym miejscu, spakujesz się, a pralkę oddasz komuś w dzierżawę, nic nie jest na wieczność". Cóż... ma racje. W tym moim szaleństwie jest metoda... :) Kiedy dostałam ostatnio kolejną propozycje zmiany (spokojnie Mamo, zostaję w tym samym miejscu, w tej samej pracy, z tymi samymi znajomymi), nawet się nie zawahałam, choć wielu mnie zniechęcało. Mówili: "nie wiesz, co będzie, znów ryzykujesz, idziesz w nieznane", a ja się zawsze ładnie uśmiecham i odpowiadam: "nie takie rzeczy się już w życiu robiło" :) Zmiany mnie rozwijają i sprawiają, że życie lepiej smakuje.



Dlaczego to wszystko piszę? Nie, nie mam potrzeby emocjonalnego ekshibicjonizmu, zwyczajnie jakiś czas temu Wydawnictwo Święty Wojciech przysłało mi książkę "Druga strona chaosu. Jak przetrwać przez huragan zmian" Margaret Silf. Jak to jest już w moim zwyczaju, książkę wrzuciłam na półkę i czekałam na "natchnienie". Wstyd się przyznać, ale koniec roku mnie pochłonął i dopiero w zeszłym tygodniu się do niej zabrałam. I pojawił się problem! Nie da się jej przeczytać jednym tchem, choć nie jest obszerna. Nie da się tez jej streścić, bo każda strona zachęca do refleksji i pracy z autorką. Kiedy otwierasz książkę, staje się ona tylko twoja, jak byty czy pióro - nie można chodzić w cudzych i pisać piórem, które już przylgnęło do dłoni właściciela. tak samo jest z książką Margaret Silf. Otóż jest to swoistego rodzaju poradnik, choć nie wiem, czy to słowo jest odpowiednie. Poradniki zazwyczaj kojarzą mi się z samopomocowymi bzdurami z zakresu  pseudo-psychologii. Natomiast "Druga teoria chaosu" jest tego zupełnym przeciwieństwem - mądra, rzeczowa, chwilami śmieszy czytelnika do łez, czasem zmusza do przemyśleń i zrewidowania własnego błędnego sposobu myślenia. A to jest coś niezwykłego. 



"Druga strona chaosu" Margaret Stif spokojnie mogłaby być czytana w ramach rekolekcji, warsztatów duchowych, czy w domowym zaciszu, jako droga do przemian. Autorka zabiera nas w podróż przez życie, nie jakieś abstrakcyjne, ale przez swoje, swoich znajomych i o dziwo, przez moje, a więc i też przez Twoje. Zaczyna od przeprowadzki, tej rzeczywistej, bo autorka podczas jej pisania zmieniła faktycznie miejsce zamieszkania, ale i tej duchowej, gdy trzeba porzucić schematy i od lat wydeptane ścieżki. Na przepaścią chaosu zawsze trzeba iść "do przodu", uważać na liczne prowizoryczne mosty i nauczyć się przez nie bezpiecznie przechodzić, a jak się nie da, to jak radzi Margaret, nauczyć się pływać. A przede wszystkim nie bać się pozornego bałaganu, jaki istnieje w naszym życiu w okresie przemian. Wszystkie katastrofy można przetrwać i zmienić na lepsze...



Polecam książkę wszystkim, którzy chcą zrozumieć swój "zakręcony" świat. Biblia mówi, że na początku był chaos, a potem Bóg stworzył niebo i ziemie. Jeśli nadal tkwisz w chaosie, pora na zmianę! Polecam książkę tym, którzy wierzą, jest dużo odniesień do Boga, ale i niewierzącym, Bóg w niczym nie przeszkadza ;) Mi ona spadła z nieba, i to dosłownie, bo oberwałam nią w głowę, gdy przesuwałam regał z książkami :)



Anna M.

Dodatkowym atutem książki jest piękne wydanie, kocham czytać książki wydrukowane na dobrym papierze :) Taką mam słabość :)







Serdecznie dziękuję za możliwość przedpremierowego przeczytania powieści 
Wydawnictwu Święty Wojciech








Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził. Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :) 

eioba

3 lipca 2014

Wakacje non-fiction - 8 wyzwań




Wczoraj w nocy natrafiłam nie ciekawy wywiad z Wojciechem Tochmanem na temat literatury non-fiction. Przytoczę kilka cytatów :)


(rozmowa Agnieszki Wójcińskiej z Wojciechen Tochmanem dla kwartalnika „Książki” – dodatku do Gazety Wyborczej, wrzesień 2011)




zdjęcie pochodzi z portalu xiegarnia.pl
"Literatura faktu jest nam niezbędna do lepszego poznania i zrozumienia świata. Serwisy informacyjne nie tłumaczą go. Publicystyka przekazuje nam wiedzę zwykle w pigułce i pełną uproszczeń, zawsze odartą z tego, co nam najbliższe, ludzkie. A nic nas tak nie ciekawi jak inni ludzie i ich osobiste doświadczenia. Literatura faktu zajmuje się ludźmi, którzy żyją albo żyli naprawdę, a nie tylko w czyimś zmyśleniu, powieści, opowiadaniu  Są czytelnicy, którzy zmyślenia już nie chcą. Jest nas coraz więcej. Nie mamy czasu i siły na czyjeś fikcyjne życie, fikcyjną miłość, fikcyjne cierpienie, fikcyjne umieranie. Zbyt dużo prawdziwego dramatu dzieje się wokół nas".



Przyznaję, że od jakiegoś czasu stopniowo odchodzę od beletrystyki na rzecz właśnie reportaży. Jasne, od czasu do czasu lubię na chwilkę się zapomnieć w jakiejś fikcji, ale nie czuję, że mogłabym czytać i czytać wyłącznie zmyślone historie. Mało tego, gdy zbyt często włączam w telewizji filmy, zaczynam odchodzić od realnego życia. Zamiast oddychać światem i słyszeć jego odgłosy, tkwię dziwnie zanurzona w fikcyjnych obrazkach i zaczynam się dusić. Wtedy własnie literatura non-fiction wyrywa mnie z kłamstwa świata, którego nie ma. Stąpam wtedy mocno po ziemi, czuję ją całą sobą i widzę tych, którzy mnie otaczają...
 



"To jak w psychoterapii. Jeśli zrozumiesz, co się z tobą dzieje, ale nie przeżyjesz tego całym sobą, proces naprawy się nie dokona. Dobra literatura faktu to nie lekkostrawna papka dla emocjonalnych leniuchów".





Postanowiłam przeczytać przez wakacje kilka pozycji polecanych przez pana Wojciech Tochmana. W moich wakacyjnych planach pojawiły się m.in.

1. "Dzieci Groznego" Asne Seierstad
2. "Gottland" Mariusz Szczygieł
3. "Biała Maria" Hanna Krall
4. "Heban" Ryszard Kapuściński
5. "Czytając Lolitę w Teharanie" Azar Nafiz
6. "Farby wodne" Lidia Ostałowska
7. "Trębacz z Tembisy" Wojciech Jagielski
8.  "Oczy zasypane piaskiem"  Paweł Smoleński




Kilka innych książek non-fiction właśnie czytam, więc już niedługo pojawią się moje przemyślenia na temat w nich zawarty...



Anna M.
  P.S.       A Wasze plany na wakacje?




Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził, miej odwagę zabrać głos w dyskusji.
 Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :) 

eioba

Recent Posts