31 października 2014

"Kobieta metamuzyczna" Artur Cieślar






"Muzyka to wibracja, serie dźwięków, akordów, rytmów, barw i współbrzmień, które w nas coś wywołują, które nami powodują. Często kiedy piszę, słucham muzyki. Wtedy staje się ona tłem, ale tez wręcz inspiracją. Myślę, że pewne zdania, słowa, nigdy nie zaistniałyby w mojej głowie, gdyby nie muzyka..." (s.9)




Książka Artura Cieślara "Kobieta metamuzyczna" to podroż przez świat muzyki, filozofii, piękna i wrażliwości. Autor rozmawia z dwunastoma kobietami, które w bardzo rożny sposób związane są z światem muzyki. Dlaczego? To książka metamuzyczna, która czerpie z muzyki, ale ją przekracza. Wśród rozmówczyń znajdziemy zatem: Grażynę Auguścik, Anię Dąbrowską, Urszulę Dudziak, Katarzynę Groniec, Krystynę Jandą, Grażynę Łobaszewską, Katarzynę Nosowską, Sławę Przybylską, Jadwigę Rappé, Marię Szabłowską, Magdę Umer i Elżbietę Zapendowską. To doprawdy wspaniała uczta nie tylko czytelnicza, ale i muzyczna. Nie będę oczywiście streszczała każdego wywiadu, chcę dziś opowiedzieć Wam o dwóch kobietach, zupełnie różnych kobietach, które wpłynęły na moje życie. Ich oddziaływanie nie skończyło się wraz z ostatnią piosenką na płycie, ale odtwarzane jest ciągle na nowo, i na nowo...



"To była dla mnie wielka radość, móc spotkać się i rozmawiać o rzeczach ważnych z kobietami, które wcześniej znałem jedyne z płyt, z radia i koncertów. Chciałem je poznać, zbliżyć się do ich świata, i tak też się stało".




KASIA  NOSOWSKA

Postanowiłam przeczytać książkę, gdy zobaczyłam na okładce nazwisko Nosowska... Oj, mam dużo wspomnień związanych z zespołem HEY. Zawsze mnie inspirowały rockowe piosenki. Jeśli ktoś myśli, że to tylko głośne wrzaski, to bardzo, ale to bardzo się myli. W piosenkach rockowych słowa odzwierciedlają duszę artysty, nie są to plastikowe teksty o niczym, jak to ma miejsce u popowych gwiazdeczko-celebrytek. Każde moje uczucie i wspomnienie z czasów liceum mogę opisać konkretną piosenką i jej słowami. Cały mój świat od zawsze kręci się wokół muzyki, choć jak już wielokrotnie pisałam, dzięki mojej nauczycielce muzyki, nie potrafię śpiewać. Wpoiła mi lęk przed wydawaniem jakichkolwiek dźwięków zapisanych nutami, i od czasów II klasy podstawówki publicznie ich nie wydaję. W samotności - to zupełnie inna sprawa, wtedy śpiewam, słucham, krzyczę i znów śpiewam... Muzyka zawsze była dla mnie ucieczką od codzienności, a słowa piosenek mówiły za mnie o moich uczuciach, lękach czy buntach.








Kasia Nosowska w rozmowie z Arturem Cieślarem odsłania swoją metafizyczną naturę. Dla fanów jej muzyki to nic nowego, ale dla szerszego grona czytelników, to naprawdę niespodzianka, że rockowa dziewczyna, która tyle lat daje sobie świetnie radę w męskim świecie rocka, jest tak wrażliwą i piękną również wewnętrznie osobą.


"Muzyka jest substancją, która wypełnia wszystkie szczeliny, które w sobie nosiłam. Ona mnie scaliła. Wdarła się przepięknie w liczne zakamarki i sprawiła, że poczułam się pełna, gotowa do tego, żeby już w jednym kawałku pójść dalej przez życie. (...) W muzyce szukam wzruszenia, jeśli je znajduję, idę za tym. W muzyce szukam dreszczy" (s. 111)





 KATARZYNA  GRONIEC


Druga osobą, o której chce tu wspomnieć jest Katarzyna Groniec. Kilkanaście lat temu z uporem maniaka słuchałam i oglądałam "Metro". Jej wykonanie "Szyby" jest do dzisiejszego dnia streszczeniem mojego życia nastolatki. Śmiało mogłabym usiąść na jej miejscu, na owych sławnych już dziś schodach i zaśpiewać... "Pytają wszyscy - skąd jesteś i co robisz? To im wystarczy, że imię jakieś masz. Nie próbuj opowiadać i mówić im o sobie, bo zamiast Ciebie oni widzą twarz".  Przyznaję, dziś nie słucham jej piosenek, bo to zupełnie nie mój styl muzyczny, ale "Metro" na zawsze pozostanie ze mną... Po tylu jednak latach Kasia Groniec znów mną wstrząsnęła. Poruszyła bowiem we mnie to, czego najbardziej się boję... Słuchanie jej, czy czytanie staje się dla mnie wyzwaniem, bo nie daje odpocząć, nie usprawiedliwia. Zmusza do stawiania sobie bolesnych pytań i milczenia, gdy odpowiedzi nie ma...




"- Stajesz rano przed lustrem i dokładnie sprawdzasz czy Ty to wciąż Ty, niezmieniona?
- Przyznaję, że nie jest łatwo pogodzić się z upływem czasu. Pojawiają się bardzo niewygodne pytania. Na przykład: ile czasu mi zostało, żebym mogła jeszcze zostać matką? (...) Zatem ile mi zostało tego czasu ważnego dla biologii? Pięć lat? Potem już nie urodzę. I co to będzie znaczyć dla mojej kobiecości? Ile stracę i co zyskam?" (s.69)










Polecam zatem książkę Artura Cieślara "Kobieta metamuzyczna". Uwaga jednak, przy czytaniu koniecznie proszę włączyć muzykę, zrobić sobie gorące kakao i odważnie wyruszyć wgłąb siebie.



Anna M.



 Serdecznie dziękuję Barbelo  za możliwość współpracy.
POLECAM książkę i zapraszam na strony Wydawnictwa :)
 
 

Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził.
 Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :) 
 
 
 
 
 
 
 
 

29 października 2014

"Szeptem" Fitzpatrick Becca






"-Myślisz, że Biblia jest ścisła? To znaczy: zgodna z prawdą?
-Myślę, że pastor Calvin jest seksy. Jak na czterdziestoparolatka. Tak z grubsza wyglądają moje przekonania religijne."
 




Niestety tak też z grubsza wygląda przesłanie tej książki. Niby czerpie z Biblii, ale nie ma zielonego pojęcia, o co w niej chodzi.



Pokusiłam się o lekturę książki Fitzpatrick Becca "Szeptem" i cóż mogę napisać - żałuję? Chociaż nie, nie, to złe słowo, bo gdybym nie przeczytała, nie wiedziałabym, że popkultura może nadal czerpać z Biblii w tak ograniczony sposób.To, że temat nadnaturalnej miłości w literaturze młodzieżowej jest nad wyraz popularny wiadomo nie od dziś. Wystarczy spojrzeć na to, co zrobił "Zmierzch", "Akademia Wampirów" i takie tam podobne. Wątek jest zazwyczaj jeden - ona to człowiek, on to, i tu w zależności od natchnienia pisarza, wampir, anioł, wilkołak, kosmita... Możliwości jest wiele. 


Książka "Szeptem" opowiada o miłości anioła do śmiertelniczki - temat stary, jak świat. Niestety jednak autorka spłyciła go maksymalnie. Fabuła jest przewidywalna, postacie nudne, bez żadnej głębi, akcja toczy się niczym pociąg PKP - wolno z bezsensownymi postojami.  Nic się nie dzieje, oprócz tego, że spotykają się, ona (Nora) duma nad tym, kim on jest, a on (Patch) jest złym aniołem, który "wyleciał za karę" z nieba, choć potem i staje się dobry. "Zmierzch" w czystej postaci... A już myślałam, że można to ambitniej przedstawić, tymczasem "zmierzchowatość" przebija w każdym calu. Brakuje jeszcze tylko plastikowej ekranizacji i cukierkowymi chłopcami robiącymi groźne miny.  



"- Skąd się tutaj wziąłeś?
- Niezbadane są ścieżki Patcha."

Niezbadane też są gusta czytelników... Jak znam życie, pewnie zaraz się rozpiszą fanki i w komentarzach będą starały się wykazać moją nieznajomość tematu i małą wrażliwość. Cóż - takie życie. Mają takie samo prawo, jak ja, pisać to, co myślą. Tylko proszę, nie obrażajcie mnie, jak to miało miejsce w przypadku "Akademii Wampirów". Kończąc temat książki powiem jedno - nie podobała mi się i tyle. Cała ta popkultura po erze "Zmierzchu" mi nie przypadła do gustu.




Anna M.

P.S. O aniołach kiedyś jeszcze napiszę, muszę tylko ochłonąć po tej książce... 









27 października 2014

Filmy, które ostatnio mną wstrząsnęły...




Książki to nie wszystko, o nie... naprawdę to napisałam? Trudno! Prawda jest taka, że lubię też oglądać filmy. Ale uwaga, nie znoszę płytkiego, plastikowego kina, jakie serwuje nam tzw. komercyjna telewizja. Oczywiście można znaleźć w niej coś godnego uwagi, ale zazwyczaj późno w nocy w paśmie najmniej atrakcyjnym dla reklamodawców i szerokiej publiczności. Często zatem oglądam filmy na DVD, polecone i  pożyczone przez znajomych lub dostępne legalnie w sieci. Unikam wtedy koszmarnych reklam, bo niby dlaczego mam być dwadzieścia razy podczas seansu nakłaniana do kupienia kremu na hemoroidy? Czar pryska...


W miniony weekend zaplanowałam sobie dwa filmy na dwa wieczory. Wybór był trudny, bo w kolejce czeka wiele ambitnych tytułów. Zdecydowałam się na francuski dramat "Jeux d'enfants" i coś z kina amerykańskiego, czyli "Dakota Skye".



"Jeux d'enfants" 


"Cap ou pas cap?" Grasz czy nie grasz?

Film opowiada historię dwójki dzieci, które próbując uciec od codziennych problemów wymyślają zabawę w stawianie sobie wyzwań. Początkowo łączy ich tylko jedno - metalowe pudełko z karuzelą. Sophie i Julien zaczynają zatem dziecięcą grę, która na zawsze określa ich życie. Zasada jest śmiesznie prosta - ten kto ma pudełko wydaje rozkazy, a druga osoba musi wykonywać polecenia, aż przejmie pudełko. Początkowo są to niewinne psoty jak zdenerwowanie nauczycielki czy ściągnięcie jedzenia na podłogę. Z czasem wyzwania stają się coraz bardziej wymagające, odważne i bezczelne.  Sophie i Julien stają się przyjaciółmi, snują plany na przyszłość, układają sobie życie, a nawet zakładają własne rodziny, ale dziecięca gra nie ma końca. Niewiele osób potrafi ich zrozumieć, nikt nie zna powodów, dla których rozpoczęli tą destrukcyjną zabawę i nikt nie może zrozumieć, dlaczego nie chcą jej zakończyć. Sami gracze mylą rzeczywistość z grą, niebezpiecznie bawią się własnymi uczuciami i z czasem  niszczą siebie nawzajem. Ale cokolwiek by się działo, wyzwanie pozostaje wyzwaniem i nawet dziesięć lat rozłąki nie jest w stanie tego zmienić. Kiedy pojawia się pudełko, trzeba podnieść rzuconą rękawicę.


Film trochę podobny w konwencji do "Amelii", daje dużo do myślenia, ponieważ pokazuje wzajemne przenikanie się przyjaźni, miłości, destrukcji i pasji. Nie jest to naiwna komedia, trudno nazwać też dramatem... Zakochałam się w tym małym, kolorowym pudełku z karuzelą i nie potrafiłam odmówić sobie przyjemności śledzenia kolejnych zmagań bohaterów wiedząc przecież, że zmierzają do katastrofy. Nic nie jest pewne, życie nie jest kolorową, dziecięcą bajką, a "na zawsze" trwa trochę długo. Kiedy zapominasz o ideałach młodości, szara i ponura rzeczywistość zaczyna przytłaczać. Masz wszystko: rodzinę, dom, pieniądze, robisz karierę, ale w środku jesteś pusty. Nie ma tej jednej osoby, która może cię zrozumieć. Mijają lata i kiedy wszyscy każą ci się pogodzić z nieuniknionym losem, pojawia się znów małe, kolorowe pudełko z dziecięcych zabaw... i gra rozpoczyna się od nowa....  










 
Kolejny film, chyba jeszcze bardziej zmuszający do myślenia to "Dakota Skye".  



Tytułowa bohaterka to znudzona życiem nastolatka z jakiejś zapomnianej przez wszystkich miejscowości pośrodku gorących stepów Ameryki. Jej codzienność jest nijaka, na niczym i na nikim jej nie zależy. Pogodziła się ze swoją beznadziejną przyszłością. O niczym nie marzy, źle się uczy, nie chce iść na studia, nie dba o relacje z innymi, ma koleżanki tylko dlatego, że tak wypada. Każdy kolejny dzień jest kłamstwem. Dlaczego? Otóż Dakota ma niezwykły dar - wie kiedy ludzie kłamią. Słyszy bowiem ich prawdziwe słowa i myśli. Dziewczyna nikomu o tym nie mówi, bo dawno przywykła do tego, że prawda nie istnieje. Kłamią wszyscy i wszędzie, nauczyciele w szkole, mama w domu, chłopak, koleżanki, książki. Nie warto zatem zadawać sobie trudu, aby być dobrym. Dakota marzy tylko o jednym, aby raz ktoś był z nią szczery. Pewnego dnia przyjeżdża  Jonah, dawny kolega jej chłopaka. Świat się zmienia, pierwszy raz dziewczyna nie wie, co ma myśleć, bo Jonah... nie kłamie. Chłopak zaczyna intrygować Dakotę, wyrywa ja z ponurej monotonności kłamstw, bo w odróżnieniu od wszystkich zawsze mówi to, co myśli, nawet najbrutalniejsza prawdę. Nastolatka powoli zaczyna odzyskiwać wiarę w świat, znów zaczyna się śmiać, ale czy potrafi zaufać komuś? Skąd ma wiedzieć, że on nie kłamie? Czym jest prawda?



 

Film daje do myślenia, nie tylko w kwestii kłamstw. Tak na marginesie, według najnowszych badań Instytutu Psychologii PAN kłamiemy w co czwartej rozmowie... Zastanawiające, że wierzymy innym, sami okłamując ludzi... Tak sobie od wczoraj myślę o Dakocie. A gdybym to ja była na jej miejscu? Gdybym znała myśli i intencje ludzi? Czy miałabym siłę ciągle szukać prawdy i ufać innym? Czy znalazłabym mojego Jonah, który pokazałby mi, że prawda istnieje? Nie wiem, póki co, żyję w świecie, gdzie nawet przyjaciele się okłamują... I coraz mi trudniej wierzyć, że można być szczerym i prawdziwym.











POLECAM    :)

Anna M.
eioba

16 października 2014

"Leksykon buntowników" Max Cegielski


 

"Leksykon buntowników"  Maxa Cegielskiego to zapis jego audycji radiowych, w których to snuł długie, nocne opowieści o muzycznych legendach. Nie sposób wymienić wszystkich, więc autor wybrał tych spośród owych buntowników, którzy na stałe zapisali się w jego pamięci. To subiektywny wybór i autor ma do niego prawo. Książka jest niesamowitym przewodnikiem po świecie muzycznych (i nie tylko) outsiderów. To  mocna i dosyć trudna lektura. Dlaczego???



Każdy z nas kiedyś się buntował i każdy zna to rodzące się w nim pragnienie bycia anty, bycia sobą bez względu na zdanie społeczeństwa. Nic tak nie dodawało sił, jak możliwość pójścia swoją drogą... Bunt ma to do siebie, że rozwija, pokazuje inne perspektywy i otwiera drzwi do zrozumienia świata i siebie. Wielu z nas zna niestety też gorzki smak porażki, kiedy to dorosłość zmusza nas do kapitulacji i wywieszenia białej flagi na sztandarach naszej młodości. To bolesne uczucie, bo ściąga w dół i związuje skrzydła. Bunt zawsze ma swoją cenę, którą trzeba zapłacić. Od tego nie można uciec. Jakąkolwiek podejmiesz decyzję i jakkolwiek postąpisz, cena jest wysoka. Nic za darmo. Jeśli podejmiesz decyzje i trwasz przy swoim, ceną jest odrzucenie, samotność, niezrozumienie i osądzenie. Buntownik zawsze jest sam, nawet w tłumie. Ale gdy porzucisz swoje "ja" i wyrzekniesz się buntu, cena jest jeszcze okrutniejsza. To powolne okłamywanie siebie, bierność, uległość, utrata ideałów. Pozostaje boląca pustka i tylko strach spojrzeć w lustro... 



Z całego leksykonu wybrałam jednego buntownika.



Kurt Cobain.

"To buntownik z rozbitej rodziny, narkoman i zagubiona w świecie wrażliwa dusza. Piekielnie odważny w realizowaniu swoich artystycznych ideałów, a zarazem potwornie słaby człowiek. Jedyny muzyk alternatywny obecny na okładkach kolorowych pism typu "Popcorn" czy "Bravo". Był w  stanie przebić na listach przebojów króla popu Michaela Jacksona, a przez chwilę po śmierci jego piosenki był warte więcej niż utwory Elvisa"




Kiedy Kurt Cobain przegrał walkę ze swoimi demonami, byłam jeszcze w szkole podstawowej. Dopiero za 3 lata miałam się dowiedzieć, czym był zespół Nirvana. Za kolejne 2 lata miałam zacząć jej słuchać, a wiele lat później zastanawiać się, kim był jej lider. Dziś słucham piosenek Cobaina i widzę zagubionego chłopca, bez domu, miłości i zrozumienia. Małe dziecko... Rodzice faszerowali go podejrzanymi lekami, które stworzyły podwaliny jego przyszłego uzależnienia. Po rozwodzie, Kurt początkowo mieszka z ojcem, potem z matką, by wreszcie porzucić dom. Nie ma miejsca na świecie, wałęsa się, śpi w kartonach, nie ma pieniędzy i nie dba o nic. Chce być tylko wysłuchanym, ale obrana przez niego droga jest kręta i mglista. Gdy dostaje pierwszą gitarę, świat przestaje dla niego istnieć. Popada w kolejne uzależnienia, tworzy, pisze, szuka... Niestety to błędne koło powoli się zamyka tworząc więzienie. Nie potrafi z niego wyjść. Jego popularność rośnie, ale "uzależnione dziecko", jakim nadal jest, nie potrafi tego ciężaru unieść.



Kurt Cobain stał się głosem milionów nastolatków podobnie jak on nie radzących sobie z życiem. Nie chciał być tym głosem. Stał się ikoną grunge, ale nie chciał nią być. Pisał dzienniki i tworzył, ale czuł, że fani go nie rozumieją. Był sam, nawet grając dla wielbiących go fanów, zawsze był sam, nierozumiany, uzależniony, niegotowy na życie. Chodził w jednych ciuchach, nie mył się, nienawidził innych, nie dbał o wizerunek. Wszedł na drogę destrukcji, bólu i rozpaczy. Wszyscy wiedzieli, że zmaga się z depresją i jest uzależniony od heroiny, ale nikt nie chciał go wysłuchać. To wszystko przerosło Kurta. Fani chcieli kolejnych piosenek, sklepy zysków ze sprzedaży płyt, świat kolejnej trasy koncertowej. Zostawił wszystko. W 1994 roku uciekł z kolejnej kliniki odwykowej, wrócił do domu i zastrzelił się.



Świat wydawał się być zszokowany tą tragedią. Nikt jednak wcześniej nie chciał zobaczyć prawdziwego Cobaina. Kiedy wszyscy myśleli, że jest w dobrej formie i radzi sobie z życiem Kurt pisał w dzienniku:


"Boże, ratuj, pomóż mi proszę. Chcę, żeby mnie akceptowano. Muszę być akceptowany. Będę nosił ciuchy, jakie tylko zechcecie! Taki jestem zmęczony płaczem i marzeniami. Jestem taaaki, taaki samotny. Czy nie ma tu nikogo? Proszę, pomóżcie mi!


Zawsze mam w głowie te słowa, kiedy oglądam jeden z jego najlepszych występów. Wydaje się być wtedy szczęśliwy, spokojny. Ale jak teraz wiemy, to była karuzela koncertów, spotkań, wywiadów, nagrań i występów, wszystko między jednym a drugim, trzecim, czy kolejnym odwykiem. Smutne, bo tak naprawdę nie znamy drugiego człowieka, nie rozumiemy go. Łatwo jest wydawać opinie, osądzać, ale trudno nam poznać i usłyszeć kogoś, kto tego zrozumienia potrzebuje. 








"I'm so happy
Cause today I found my friends
They're in my head
I'm so ugly
But that's ok, 'cause so are you
We've broke our mirrors
Sunday morning
Is everyday for all I care
And I'm not scared
Light my candles
In a daze 'cause I've found god

Yeah

I'm so lonely and
That's ok, I shaved my head
And I'm not sad
And just maybe
I'm to blame for all I've heard
And I'm not sure..." 

                                                                    Nirvana "Lithium"






Anna M.



12 października 2014

"Gwiazd naszych wina" John Green






"Drogi Panie Waters!

Otrzymałem Pański elektroniczny list z 14 kwietnia i pozostaję pod wrażeniem iście szekspirowskiej złożoności Waszej tragedii. Każdy w tej opowieści przygnieciony jest ciężką niczym głaz hamartią: ona dlatego, że jest taka chora; Pan dlatego, że jest taki zdrowy. Gdyby ona się czuła lepiej lub Pan gorzej, gwiazdy nie rozgniewałyby się tak okrutnie, ale taka jest natura gwiazd i Szekspir nigdy bardziej się nie mylił niż wtedy, kiedy kazał Kasjuszowi powiedzieć: <<To nasza tylko, nie gwiazd naszych wina>>>. Łatwo mówić, gdy jest się rzymskim legatem (albo Szekspirem), ale nasze gwiazdy mają wiele win na sumieniu"

 (fragment listu Petera van Houtena do Augustusa (s. 116)





Są takie książki i filmy, które zmuszają do myślenia nawet tych najbardziej opornych. "Gwiazd naszych wina" to nie książka o umieraniu, choć główna bohaterka jest chora na raka. Nie jest też o miłości, mimo, że tak byśmy chcieli ją czytać. I wreszcie nie jest to książka o walce z chorobą. Nie ma tu płaczu, banalnych pytań i rozpaczy. Wydaje się, że wszyscy są pogodzeni z nieuchronnością śmierci, choć ból jaki ona pozostawia jest bardzo realny. Więc o czym jest? Dla mnie, jest ona dowodem na to, że życie bywa piękne, ciekawe i zaskakujące tylko wtedy, gdy je takim uczynimy. Pieniądze, zdrowie, praca, czy nasz wygląd nie czynią życia udanym. Udane życie składa się z małych chwil, tysięcy codziennych wyborów, cichych dramatów i drobnych radości. Niby każdy z nas zna takie slogany. Dlaczego zatem tak wytrąciło mnie z równowagi zwykłe romansidło dla nastolatek? Po pierwsze: jeśli ktoś widzi w tej książce romansidło, to podobnie jak Isaak jest całkowicie ślepy. Po drugie. No właśnie, po jej przeczytaniu targa mną cała gama emocji i to jest sedno tej historii -  prawdziwe życie!


"Wszelki ratunek jest chwilowy - odparł. - Kupiłem im minutę. Może ta minuta kupi im godzinę, a ona rok. Nikt nie kupi im wieczności, Hazel Grace, ale moje życie dało im minutę. A to już coś" (s.66).


Hazel i Augustus żyją chwilą, niczego nie odkładają, są bezczelnie roszczeniowi w stosunku do życia. Nie umawiają się na jutro do kina, idą teraz, zaraz, bo jutra może nie być. Biorą garściami to, co my, zdrowi pomijamy i odrzucamy jako mało atrakcyjne. Widzą więcej, czują mocniej, wiedzą lepiej. Nie mają czasu, by go marnować, a nie chcą być zapomniani. Marzą, by żyć wiecznie, nawet gdyby mieli jutro odejść. A życie jest niesprawiedliwe. Między jednym a drugim pocałunkiem piszą więc swoje mowy pożegnalne i ćwiczą ceremonię pogrzebu. Wszystko po to, być pełniej żyć. Starają się być silni, dowcipni, odważni. Ale choroba wygrywa kolejne bitwy i coraz trudniej pozostać sobą, gdy ból odbiera resztki godności...




"Chcę pozostawić ślad. Ale, (...) ślady, które ludzie pozostawiają po sobie, zbyt często są bliznami. (...) Nie masz wpływu na to, że ktoś cię zrani na tym świecie, ale masz coś do powiedzenia na temat tego, kim ta osoba będzie. podoba mi się mój wybór. Mam nadzieję, że ona jest zadowolona ze swojego". 
(fragment listu Augustusa do Petera van Houtena (s.307 nn.)



My, zdrowi, dbamy o swoją karierę, gonimy za pieniędzmi, często rozpaczamy z byle powodu. Nie zauważamy prawdziwej wartości życia, możliwości oddychania, chodzenia, patrzenia na świat. A co by się stało, gdyby ktoś nam powiedział, że to ostatni nasz dzień na tym świecie? Nagle okazałoby się, że tylu rzeczy nie zrobiliśmy, tyle marzeń odłożyliśmy na później, tylu uczuć nie mieliśmy czasu doświadczyć. Może paradoksalnie zazdrościlibyśmy Hazel i Augustusowi, że przeżyli swoje krótkie życie wartościowej, niż my swoje?


Książka "Gwiazd naszych wina" przewartościowuje nasze priorytety i przywraca właściwą perspektywę.  Mną kolejny raz ktoś wstrząsnął i pozostawił zupełnie samą, bym mogła złapać równowagę między sobą, a ...sobą.









- Hazel Grace...  okey?
- okey?



Anna M






9 października 2014

"Guns N' Roses. Najbardziej niebezpieczny zespół na świecie" Mick Wall



"W 1987 roku (...) dostaliśmy Guns N' Roses - Najbardziej Niebezpieczny Zespół na świecie - jak poważnie obwieścił tytuł jednego z uczonych artykułów w magazynie "Kerang!" (...) Guns N' Roses od pierwszej chwili reprezentowali wszystko, czego najbardziej nienawidzili herosi nowego konserwatyzmu. Nie respektowali żadnych terminów i nie słuchali rad. Gorzej, przyznawali się do brania narkotyków, byli przysięgłymi obrońcami alkoholu (...) Guns N' Roses byli anomalią, najgorszym koszmarem Thatcher, jedynym wyrzutem sumienia Reagana. Prawda była taka, że grupę to nie obchodziło. A muzyka ze stoickim spokojem odzwierciedlała ich postawy"



W. Axl Rose




Lubię słuchać dobrej muzyki, zawsze tak było. W domu walczyłam o to, aby mama kupiła mi magnetofon, pierwszego walkmana dostałam pod choinkę i od tej pory nie rozstawałam się z nim. Słuchałam wtedy Roxette, bo kuzyn ich słuchał. Podobnie było z U2...  Nie znałam się na muzyce, ale nie wystarczały mi plastikowe piosenki z telewizji. W liceum pierwszy raz zetknęłam się z rockiem i nagle świat się zmienił... Muzyka zawładnęła moim życiem. Do dziś słucham różnych odmian rocka i metalu... Zapominam wtedy o wszystkim i wszystkich. Nie zawsze interesuje mnie kto i dlaczego śpiewa, wystarczy, że dany utwór wywołuje we mnie emocje, wyrywa z nudy i monotonii, a słowa poruszą jakąś cześć duszy. Tak jest z kawałkami Guns N' Roses. Gdy włączam "Don't cry", zapominam o całym świecie. "Paradise city" sprawia, że mam ochotę potańczyć, za to utwór "November Rain" zawsze śpiewam razem z Axlem...  Hmm... "Welcome To The Jungle" to już zupełnie inna bajka. Mało mnie obchodziła historia zespołu, w czasach liceum wystarczało mi, że wiedziałam, o czym śpiewają. Zresztą zawsze oddzielałam muzykę od wykonawcy... Jednak Axl mnie intrygował... Dlaczego? Chyba właśnie przez swój niewinny wygląd i legendarne problemy jakie sprawiał gdziekolwiek się pojawił... Zaczęłam wczytywać się w to, co o nim pisano i szukać przyczyn jego zachowania. Dlaczego ktoś, kto wygląda jak zwykły, zagubiony dzieciak jest tak niebezpiecznym człowiekiem? Ciekawiło mnie to, dlaczego chce zniszczyć cały świat? Chłopiec o twarzy anioła... Szaleństwo na scenie, muzyka, która nie pozwala zasnąć.



Guns N' Roses
  
"W przypadku gdy mamy do czynienia jednak z takimi osobowościami jak W. Axl Rose czy Slash - Jaggerem i Richardsem swojego pokolenia - i to w momencie gdy rodzi się całkowicie nowa legenda rock'n'rolla, niemalże wszystko, co mieli do powiedzenia wydawało się ciekawe, ważne, a przede wszystkim - szczere. Najbardziej przemawiało do mnie zawsze ta właśnie cecha: niezaprzeczalna szczerość ich wypowiedzi".






Gdy spojrzy się na przeszłość Bil'ego Bailey'a można choć trochę zrozumieć późniejszego Axla Rose. Jasne, "trudne dzieciństwo" nie tłumaczy jego destrukcyjnego życia, ale świadomość ran wyniesionych z domu pozwala doszukać się w tym charyzmatycznym frontmanie zwykłego człowieka. Już sam pseudonim, jaki przyjął, W. Axl Rose, może być odczytywany jako akronim słowa WAR - wojna. Jeszcze zanim zaczął śpiewać, co najmniej dwadzieścia razy był skazywany na więzienie, dużo czasu spędził w poprawczaku, a później wyjechał na podbój świata. I znów spotkało go spore rozczarowanie i piekielnie trudny początek. Nie poddał się, u progu swojej "kariery" spał na podłodze w opuszczonym mieszkaniu, bo był zbyt biedny na wynajęcie czegokolwiek. Kolejne dziewczyny go żywiły, grał, śpiewał i ciągle marzył. "Zawziął się, by walczyć z całym światem i wszystko niszczyć. Wystarczyło, że ktoś krzywo na niego spojrzał, a on natychmiast brał się do bicia. Gdyby nie kapela, strach pomyśleć, co mógłby zrobić". Tak powstawało Guns N' Roses. Axl, Slash, Izzy, Duff i Steven przetrwali koszmarnie trudne początki, a ich pierwsza płyta "Appetite for Destruction" sprzedała się w nakładzie 28 milionów egzemplarzy. Do dziś jest najlepiej sprzedającym się debiutanckim krążkiem w historii. Guns N' Roses stało się wielkie, nieobliczalne, charyzmatyczne i destrukcyjne.




Lekarze z Los Angeles orzekli, że Axl cierpi na zaburzenia maniakalno-depresyjne, które ponoć szczególnie dotykają osób wyjątkowo utalentowanych. Zapisali mu leki, a on się z nich śmiał,  nadal śpiewał i drwił z całego świata. "W zespole Axl jest czystym ogniem i szczerą nienawiścią". Niestety jeszcze przed wydaniem pierwszej płyty członkowie Guns N' Roses byli już uzależnieni od alkoholu i narkotyków. Nie od dziś wiadomo, że świat rocka jest destrukcyjny i chłopcy, jak wielu innych, nie ustrzegli się przed jego pułapkami. Stali się legendą rock'n'rolla, obudzili świat pochłonięty konsumpcjonizmem, na swój sposób pchnęli muzykę na nowe tory. Za nic mieli komercje, reklamę, a nawet wszechwładne MTV. Grali z największymi swoich czasów, Iron Maiden, Aerosmith, Metallicą. Mieli też szaloną odwagę wierzyć, że mogą być od nich lepsi.Każdy ich występ był szalony, nieprzewidywalny i niebezpieczny. Podczas koncertu w Anglii w 1988 roku zadeptano dwóch fanów, prasa bywała nieprzychylna, konkurencja krytyczna, Axl był aresztowany i przesłuchiwany za sceną między jedną a druga piosenką, pojawiły się problemy z głosem, ale Guns N' Roses nie tylko przetrwało, ale i bezczelnie pięło się na listach przebojów.









Co dziś dzieje się z zespołem? Po serii zmian personalnych, głośnych odejść, odwyków i problemów, GN'R nadal grają, choć dla mnie to już nie jest "to". A Axl? Hmmm, nadal się nie zmienił, ciągle tak samo destrukcyjny, kontrowersyjny i szalony. No, może już lata nie te i kondycja mniejsza, ale legenda pozostała, tego nie można mu odmówić. Chociaż, jak dla mnie zespół rozpadł się bezpowrotnie w latach 90-tych i nic tego już nie zmieni. Wielcy powinni zostać nimi do końca lub odejść w chwale...  Rock jest pod tym względem równie brutalny, jak kiedyś było samo Guns N' Roses...









I mój ukochany kawałek - "Paradice City" - wersja koncertowa. Dopiero wtedy można zrozumieć, czym było Guns N' Roses.







Anna M.
eioba







4 października 2014

"Rozmowy z dystansu" Krzysztof Ziemiec


 


"Rozmowy z dystansu" to zbiór wywiadów jakie Krzysztof Ziemiec przeprowadził ze znanymi i cenionymi osobami. Znaleźli się wśród nich m.in. Jarosław Kaczyński, Leszek Balcerowicz Adam Daniel Rotfeld, kardynał Stanisław Dziwisz, arcybiskup Józef Michalik), generał Waldemar Skrzypczyk, Paweł Kukiz, Anna Dymna i Norman Davies. 



Krzysztof Ziemiec, dla ogółu znany przede wszystkim z "Wiadomości",  jest doświadczonym przez los człowiekiem, wielokrotnie nagradzanym, ale przede wszystkim jest dziennikarzem i jako taki stawia trudne i często bardzo intymne pytania. Tak powstała książka. Nie jest to jeden z kolejnych celebryckich talk-show, ale duchowa i intelektualna podroż przez ważne dla Polski i świata tematy. Każdy wywiad jest inny, jak różni są rozmówcy, ale zawsze dotyczy spraw najważniejszych. Są to prawdziwe dziennikarskie perełki.  Nie ma tabu, jest tylko szczera rozmowa, a dziennikarz tylko zadaje pytania... I tak, pyta Jarosława Kaczyńskiego o stan polskiej gospodarki, OFE, ale i o film o Wałęsie. Kardynał Dziwisz stara się udowodnić, że Kościół w Polsce ma się dobrze, a arb. Michalik prezentuje stanowisko ws. gender. Ciekawy jest również wywiad z Anną Dymną o jej fundacji "Mimo Wszystko" i pracy dla innych.  Rozmówcy poruszają też ciągle aktualne sprawy: Majdan, Ukraina, Krym, katastrofa Smoleńska. Jest zatem sporo polityki, tyleż samo duchowości i humanitaryzmu.






Chciałabym napisać o jednym z wywiadów, który mnie poruszył, a mianowicie o rozmowie z prof. Normanem Daviesem. Cenię go bardzo, pamiętam, że na półce zawsze stały grube tomy jego historii Polski i świata. To pierwsze skojarzenie z historią, jakie mam. Nie jedną noc przesiedziałam nad opasłymi tomami jego dziejów świata. Zawsze ceniłam stanowisko profesora i również tym razem nie zawiodłam się. Żałuję jedynie, że wywiad jest taki krótki, cóż.., ale za to prawdziwy  crème de la crème.



"Czy Pan się czuje polskim patriotą?
Nie. Chociaż interes Polski mam zawsze w sercu i dużo o tym piszę. Moja żona jest Polką, dzieci są w 50% Polakami. Oczywiście jestem związany z tym, co uważam za patriotyzm polski. Ale, przyznaję, denerwuje mnie, gdy każdy mówi, że jest patriotą. Nie słyszałem Polaka, który powiedziałby: nie jestem patriotą".  



Odważne słowa, ale właśnie za mówienie prawdy cenię profesora.  Zbyt często składamy bowiem puste deklaracje. Patriotyzm to nie słowa, ale postawa życia. Każdy z nas zapytany, czy czuje się patriotą, bez wahania odpowiada, że tak. Ale czy to prawda? Ktoś, kto tylko mówi, że kocha swój kraj, ale go okrada, opluwa tradycje, nie zna jego historii i nie szanuje autorytetów, ten nie ma pojęcia, czym jest patriotyzm... 

Och, kolejna krótka lekcja historii od Pana Profesora :) ...



Polecam zatem książkę, mimo, że jest bardzo skromna objętościowo, to wszystko rekompensuje jej treść. Każdy wywiad budzi nasze sumienie i zmusza do weryfikacji poglądów. Każde pytanie wymaga odpowiedzi nie tylko rozmówcy, ale i naszej. POLECAM !!!



Anna M.
moja ocena:  6 / 6


Serdecznie dziękuję Wydawnictwu M za możliwość współpracy.
POLECAM książkę i zapraszam na strony Wydawnictwa :)


Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził.
 Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... 
Nie znikaj bez śladu... :)




2 października 2014

"Kosogłos" Suzanne Collins




"Kiedy jesteście na arenie, reszta świata staje się niezwykle odległa(...) Wszyscy ludzie, których kochaliście lub na których wam zależało niemal przestają istnieć. Różowe niebo i potwory z dżungli, i trybuci pragnąc waszej krwi stają się waszą ostateczną rzeczywistością, jedynym, co kiedykolwiek się liczyło. Choć to sprawia, że czujecie się bardzo źle, musicie zabijać, bo na arenie chcecie tylko jednego. A to bardzo kosztowne. 
- Odbiera życie - mówi Caesar.
- Och nie. To odbiera zdecydowanie więcej niż życie. Mordowanie niewinnych ludzi? - mówi Peeta - Odbiera wszystko to, czym jesteś".






Ostatni tom "Igrzysk Śmierci" jest zaskakujący. Nagle role się odwracają, teraz to rebelianci brutalnie atakują stolicę, a Kapitol dzielnie się broni. Totalitarne rządy prezydenta Snowa chylą się ku upadkowi. Wystarczyła jedna iskra, aby wzniecić pożar, jeden śpiew Kosogłosa, by wszystkie ptaki zapragnęły opuścić swoje klatki. Ale wolność ma swoją cenę - śmierć niewinnych. Gdy ofiara staje się katem, a świat pogrąża się w bratobójczej wojnie, trudno też odnaleźć dawne ideały. Czy racje ma Peeta pragnący pokoju, mimo, że okrutnie torturowany przez ludzi Panem? Czy może należy słuchać Gale'a, w którego oczach coraz częściej widać nienawiść i ogień zemsty?






"- Katniss, co za różnica czy zmiażdżyliśmy wroga w kopalni, czy zestrzeliliśmy go z nieba jedną ze strzał Beetee'ego? Rezultat jest ten sam.
- Ale ten rodzaj myślenia... mógłbyś w ten sposób wytłumaczyć zabicie kogokolwiek o dowolnej porze. Mógłbyś usprawiedliwić wysyłanie dzieci na Głodowe Igrzyska, by utrzymać dystrykty w ryzach".



Jak już wcześniej pisałam, wizja świata przedstawiona przez Suzanne Collins jest przerażająca, ale nie nierealna. Przecież i w naszych czasach wywołuje się brutalne wojny w imię pokoju? I dziś wojska wkraczają na teren innego państwa w celu rzekomej ochrony jego obywateli przed innymi jego obywatelami. A jeśli ktoś się łudzi że ten oficjalny powód jest prawdziwy, to jest jak Katniss, rozdarty między ideałami a rzeczywistością.  Nie, nie można zabijać w imię pokoju, nie wolno nam prowadzić świętych wojen, sprawiedliwych mordów czy wykonywać kar śmierci. Bo w czym będziemy się różnili od mordercy? Motywacją? Cel nie uświęca środków. Nasze demokratyczne społeczeństwa często myślą totalitarnie. Podsłuchują i inwigilują swoich obywateli, zabierają część zapracowanych przez obywateli pieniędzy, wysyłają młodzież na wojnę, zmykają oczy na łamanie praw człowieka tak długo, jak jest to korzystne dla ich interesów. A potem oburzamy się gdy prawda ujrzy światło dzienne, już dłużej nie jest wskazane milczeć. Dlaczego? Czy przejmujemy się losem tych ludzi? Nie, ale upieranie się przy swoim naraziłoby nasz wizerunek. A to przecież nieopłacalne... Może i jeszcze nie organizujemy Igrzysk Śmierci, ale już dawno podzieliliśmy sobie świat na "dystrykty", z których bogate społeczeństwa czerpią zyski. W zamian za bawełnę, kawę czy inne towary luksusowe, rzucimy im czasem kawałek starego chleba, albo jakąś szczepionkę w fazie eksperymentów na ludziach. Wszystko dzieje się w światłach kamer, bo nawet wojna a dziś "wysoką oglądalność".


"Patrzę na pułapki zaprojektowane na podstawie sideł Gale'a. Takie, które wykorzystują ludzkie emocje. Pierwsza bomba zabija ofiary. Druga, ratowników. Przypominam sobie słowa Gale'a: <<Beetee i ja stosujemy ten sam podręcznik, z którego korzystał prezydent Snow, kiedy zawładnął Peetą>>.
- Moim błędem - mówi Snow - było zbyt wolne odczytanie planu Coin. (...) Ja nie przyglądałem się Coin. Przyglądałem się Tobie, Kosogłosie. A ty przyglądałaś się mnie. Boję się, że z obojga z nas zrobiono głupców. (...) Och moja droga panno Everdeen. Myślałem, że zgodziliśmy się nie okłamywać się nawzajem".



A zatem miejmy otwarte oczy, dobro i zło nie są biało - czarne. Starożytny Rzym, zatraciwszy swoje ideały, chyląc się ku upadkowi krzyczał: "Panem et circenses" (chleba i igrzysk). Dziś ten sam rak zaczyna toczyć nasze serca...




Co zrobi Katniss? Kogo wybierze? Kim będzie i w imię czego będzie walczyć? 
  "I niech los zawsze wam sprzyja"

Nie ma prostych odpowiedzi...



Anna M.















Recent Posts