31 grudnia 2015

"Ani Mru Mru. O dwóch takich, co było ich trzech" Marcin Wójcik, Michał Wójcik, Waldemar Wilkołek




Niestety lubię się śmiać... Niestety, bo śmieję się prawie zawsze, bez względu na okoliczności, a jeśli jestem poważna to oznacza, że jestem chora, albo coś się stało... Od lat próbuję być poważną osobą, ale nie udaje mi się. Marzyłam o tym, aby wzorem amerykańskich seriali być poważną panią nauczyciel, pięknie ubraną i laptopem w ręce. Tymczasem na czworakach ganiam za dziećmi po dywanie i wygłupiam się z maskotkami podczas lekcji. Nie potrafię się smucić, co zrobić...



Kabaret jest dla mnie jak lekarstwo na każdy smutek. Oczywiście doraźnie pomaga tylko czekolada i to w dużych ilościach, ale po ciężkim dniu, wieczorem uwielbiam puścić ukochane skecze. Nic tak nie poprawia mi humoru. Teksty już znam na pamięć, potrafię nawet rozróżnić poszczególne wykonania tego samego programu. Nic na to nie poradzę, że kocham kabaret :) :) :) Śmiech to najlepsze lekarstwo na rzeczywistość, trudno mi przebywać z ludźmi bez poczucia humoru, zwyczajnie ich nie rozumiem. Od jakiegoś czasu bliska jest mi Bożena z Kabaretu Smile..., chyba z racji jej zdrowego podejścia do odchudzania. Kocham Joasię Kołaczkowską z Hrabi, a Marylka z Kabaretu Jurki zawsze doprowadza mnie do łez, chłopaki z Kabaretu Młodych Panów są bezkonkurencyjni, a KMN i posiedzenia sejmu to już legenda. Moje najnowsze odkrycie to Grupa Darwina... Nie sposób wymienić wszystkich, wystarczy wspomnieć o Kryspinie, Balcerzaku, czy Góralu...



No i o... Ani Mru Mru!!!


Kabaret oglądałam od najmłodszych lat, pamiętam, że jako dziecko potrafiłam powtórzyć cały program Laskowika, do dziś zresztą mam do niego sentyment. Zawsze też ciekawiło mnie jak wygląda życie kabareciarza. Wyobrażałam sobie, że musi być... zabawne. A tu niespodzianka - książka "Ani Mru Mru. O dwóch takich, co było ich trzech" to bardzo szczera opowieść o życiu na scenie i poza nią. Oczywiście napisana, a raczej opowiedziana (bo to rodzaj wywiadu) po mistrzowsku, z dużą dozą satyry i ciętymi ripostami. Mamy niesamowite opowieści o początkach kabaretu, śmieszne wtrącenia skeczy, czy wreszcie doprowadzające do śmiechu opisy żartu sytuacyjnego. Nie sposób jednak zauważyć w książce i gorzkich stron o problemach, rozpadach, kłótniach i zmęczeniu ciągłym śmiechem.



"Kiedyś byliśmy jak Metallica. Zarówno jeśli chodzi o ilość występów, jak i o picie po" (s.249)



Można doczytać się między wierszami wielu ciekawostek ze świata festiwali kabaretowych, nieporozumień i niesnasek pomiędzy wykonawcami. Jest też o przyjaźniach, no i mnóstwo anegdot, skeczy i dobrej zabawy. Jest wiele wspomnień, planów na przyszłość i opowieści zza kulis. Do tego wszystkiego mamy sporą dawkę humoru z najwyższej półki.


"Gdybyśmy byli początkującym kabaretem, a któryś z nas zapomniałby skeczu, dwóch pozostałych zrobiłoby wszystko, żeby go uratować. Po piętnastu latach na scenie, gdy widzimy kolegę stojącego – umownie – nad takim wielkim szambem, to nas tak bawi, że po prostu trzeba podejść i go pchnąć. Zrobimy wszystko, żeby go pogrążyć".



Kabaret Ani Mru Mru to już legenda. Zawsze bawiły mnie ich skecze. Wystarczy przypomnieć sobie Tofika, Supermarket, Małysza, Macieja i króla, Ratowników, czy chińską restaurację. Niezapomniane dialogi, gagi i galeria min. Wystarczyło, że Michał Wójcik tylko wyszedł na scenę i publiczność śmiała się do łez... Tak też jest do dzisiaj. Chłopaki nadal dają rade mnie rozbawić, choć konkurencję mają dużą. Nic jednak nie jest w stanie zepchnąć ich na boczne tory. Kocham ich poczucie humoru! Wydaje się, że nic nowego nie da się wymyślić, a oni nagle dosłownie wyskakują  z nowym motywem.




A na koniec mój ukochany skecz - "Alkohimalaiści"








I tak postanowiłam z uśmiechem zakończyć stary rok i wejść w nowy...





Wszystkiego najlepszego, 
oby było dużo ciekawych książek do czytania 
i jeszcze więcej czasu na to ;)




Anna M.


- strona internetowa Kabaretu Ani Mru Mru








28 grudnia 2015

Gdzie byłam, gdy mnie nie było...


Zmiany, zmiany, zmiany....  Od przeszło miesiąca nic nie pisałam, nawet moja mama dzwoniła do mnie zmartwiona tym nagłym zniknięciem, że nie wspomnę o K.S.  Tymczasem - dużo zmian...


Jak już wiecie, mieszkam teraz sama. W listopadzie moja współlokatorka powiadomiła mnie sms-em, że za kilka dni się wyprowadza i stanęłam przed jedną z tych decyzji, które choć trudne, to jednak prowadzą ku dobremu. Zatem wynajęłam całe mieszkanie. Moi znajomi chwycili się na głowy, mama obiecała na początku pomóc finansowo, a ja zaczęłam wielkie sprzątanie. Niestety moja współlokatorka zabrała wszystko, nawet kosz na śmieci, sztućce, mój garnek i wykręciła żarówki, więc czekało mnie dużo pracy. Różowe ściany w jej starym pokoju, a teraz moim salonie zupełnie mnie załamały. Dobrze, że zabrała ze sobą bordowe rolety i fioletowe firanki..., bo tego bym nie zniosła... mieszkanie wymagało natychmiastowego malowania, a zakrycie różu pochłonęło wiele pracy i przekleństw...  





Czas mijał bardzo szybko, cały dzień w pracy, wieczorem malowanie, rankiem przygotowywanie się do szkoły, weekendy - wielkie sprzątanie. I tak minęły dwa miesiące. Wczoraj uroczyście zakończyłam remont... symbolicznie przymocowałam wieszak z napisem "HOME". Podczas tych dwóch miesięcy bardzo się zmieniłam. Zawsze żyłam na walizkach, miałam niezbędne minimum rzeczy, aby w każdym momencie się przenieść, wiele razy zmieniałam wynajmowane maleńkie pokoiki, nie miałam czasu ani siły na ich meblowanie, bo nigdy nic nie było moje. Dziś samo mieszkanie też nie jest moje, bo wynajęte, ale wszystko w nim już należy tylko do mnie. Puste "cztery ściany" magicznie sprawiły, że przeobraziłam się w prawdziwą "panią domu". Cały remont zrobiłam sama z bratem, z czego jestem bardzo dumna. Weekendami chodziłam po sklepach i wyszukiwałam rożne rzeczy, które z dnia na dzień sprawiały, że czuję się jak u siebie - poprawka - jestem u siebie. Wszystko jest dokładnie takie, o jakim zawsze marzyłam. 






Czuję się nareszcie na swoim miejscu, budzę się rano i wiem, że to będzie dobry dzień, a po powrocie z pracy zastaję wszystko dokładnie tak, jak zostawiłam. Wiem, wiem, to maleńkie szczególiki, ale dla mnie - cały świat. Uwielbiam poranki, mogę z kawą siedzieć i czekać na wschód słońca, biegać na bosaka, bo nareszcie mam dywan. Osobnym tematem jest kuchnia, którą urządziłam po swojemu, czyli mnóstwo kawy, przepisów i przypraw. Gotowanie stało się przyjemnością, nie muszę już mieścić się w jednej maleńkiej szafce... Przedpokój z mnóstwem zdjęć na ścianach przypomina mi, że świat należy do mnie. Wszędzie jest przytulnie i ciepło. No i moje królestwo - salon. Nad sofą, na ścianie wielki napis "Drink good Coffe... Read good books...", w rogu jeszcze większe biurko i na całej ścianie największy skarb - regał z książkami. Porządku pilnuje sowa, a w tym roku mam nawet... choinkę!!!  Jest spokojnie i w moich kolorach - brązy, kawa, czekolada... 




Część moich książek...



Nigdy nie podejrzewałam, że tak zmieni się moje podejście do życia. Lubię długie, samotne wieczory z książką i kawą, kocham zapraszać znajomych, chętnie po pracy wracam do domu i cieszę się jak dziecko... W te dwa miesiące dorosłam do mieszkania na własnych zasadach, na mój własny sposób... A teraz??? Wracam do prowadzenia bloga i czytania w moim własnym domu (no prawie własnym)  



Anna M.



21 listopada 2015

"W mojej tajskiej kuchni" Daria Ładocha



I znów oddaję głos mojej koleżance po fachu - Ani Czyż :)

Anna M.



(zdj. Anna Czyż)





Czytając bloga mojej koleżanki Ani, który został trochę zaniedbany z różnych względów, postanowiłam pomóc i zaproponowałam recenzję jednej z kilkudziesięciu (może kilkuset książek). Zgodziła się (więc "Jaglany detoks" chyba  się podobał). Ania wybrała tematykę i książkę. W ten oto sposób w moje ręce wpadła książka wydawnictwa Pascal o tajskiej kuchni, napisana przez blogerkę i kucharkę Darię Ładochę. Książka kulinarna posiada bardzo interesujący tytuł „W mojej tajskiej kuchni  90 aromatycznych przepisów, które łatwo zrobisz w domu”. Czy łatwo??? O tym zaraz.




Książka, jak to mają w zwyczaju książki tego wydawnictwa, jest pięknie wydana. Cudowna okładka, kolorowe i zachęcające zdjęcia potraw i nie tylko, czytelny tekst. No i co mnie urzekło - mnóstwo przepisów. Na początku mamy bardzo ciekawy wstęp. Dowiadujemy się wielu historii z życia autorki, która powiada nam o wyborze kuchni tajskiej, o zdrowym żywieniu, ważnych momentach i podróżach, które odbyła po to, by poznać smaki Krainy Uśmiechu czyli Tajlandii.  W tym fragmencie książki możemy oglądać wiele kolorowych i interesujących zdjęć z okresu pobytu w tym kraju.



(zdj. Anna Czyż)
Druga część książki zatytułowana „ABC KUCHNI TAJSKIEJ” ukazuje nam bliżej produkty wykorzystywane przy przygotowywaniu poszczególnych potraw. I tak dowiadujemy się no wielu wielu ciekawostek np. o ryżu jaśminowym. Dla mnie ryż to ryż biały czy brązowy, mówiąc szczerze  - pierwszy raz widzę nazwę "ryż jaśminowy", którego jak zagłębić się w książce jest w dodatku kilka rodzajów. Oczywiście autorka wymienia również produkty takie jak mleko kokosowe, sos sojowy, trawę cytrynową, makarony czy też każdemu znane papryczki chilli i wiele wiele innych.  Oprócz znanych nam produktów autorka wykorzystuje składniki, które warto mieć w swej kuchni, aby przyrządzić tajskie dania. Część z nich, takie jak imbir czy też zielone papryczki chilli znam, jednak pojawiają się również takie nazwy jak "pochwiaki"  (inaczej - rodzaj grzybów) czy też "pak choi" - swego rodzaju chińska kapusta.  Opisywane są również wszelkiego rodzaju ryże, makarony, maki, sosy no i oczywiście przyprawy. Daria Łaboda odsłania tajniki gotowania, techniki przygotowania potraw i prezentuje niezbędne naczynia, które używane są w tajskiej kuchni. 


Trzecia część to nasze upragnione przepisy, które podzielone zostały na przystawki, zupy, sałatki, makarony i ryże, curry, ryby i owoce morza, dania mięsne, desery i dodatki. Jednak za nim do przepisów dojdziemy napotykamy krótki wstęp o tym, jakie czasy przygotowań mają nasze przyszłe potrawy, jak bardzo są ostre. Bardzo podoba mi się, że autorka zamieszcza takie rzeczy jak przepis na ryż jaśminowy, czy najzwyklejszą tabelę zamienników (tak na wypadek braku tajskich produktów w polskich sklepach). Przejdźmy jednak do przepisów. Jak to ma do siebie wydawnictwo Pascal, o czym wspomniałam wcześniej, książka pełna jest kolorowych i interesujących zdjęć. Na jednej stronie mamy przepis, na drugiej ogromne zdjęcie. Przeglądając i czytając przepisy postanowiłam zaskoczyć czymś Anię M. i w związku z tym zabrałam się za przygotowanie sałatki z mango i krewetek. Czas przygotowania - tylko kilkanaście minut, przepis konkretny i prosto napisany (a o to w tym wszystkim chyba chodzi!). Powiem szczerze - mi mango smakowało strasznie, a z miny Anki wywnioskowałam, że jej też. Ale krewetki z sosem były przepyszne!!!  

(zdj. Anna Czyż)





I jeszcze wielki plus książki - przepisów jest mnóstwo, nie wiadomo kiedy to wszystko robić.


Jeśli chodzi o polecanie książki… hmmm… polecam ją, oczywiście!!! Dlaczego?  Prosto, konkretnie, szybko! Ta książka to sama przyjemność dla osób lubiący wprowadzać nowe smaki i nowe składniki. No i jak zwykle - to co mnie urzeka to … zdjęcia. Książkę oceniam na bardzo dobry (w końcu jestem nauczycielem!






Anna Czyż





OD BLOGERKI


Zabiegana blogerka/nauczycielka znalazła chwilę czasu na gotowanie. Aniu, dziękuję za wspaniałą recenzje i czas spędzony wspólnie w kuchni :) Dodam tylko - w mojej nowej kuchni, może i maleńkiej, ale własnej.
Sałatka jak na zdjęciu... (zdj. Anna Czyż)




 W gotowaniu najcenniejsze są szczegóły i sam fakt twórczej zabawy jadzeniem. A śmiechu i radości wczoraj nie brakowało. Zaczęło się od zakupów "z książką w ręku", potem było już tylko śmieszniej. 

I oto przerażone patrzymy na mango i zastanawiamy się, co z nim się tak na serio robi? Ale od czego jest Internet? Telefon, Youtube i filmik instruktażowy obierania mango i już jest w naszej potrawie - ale i tak smakowało okropnie.  A jedzenie pałeczkami to już historia na oddzielny post...


POLECAM książkę z całego kulinarnego serca, a jeść uwielbiam :)  Autorka zamieszcza też listę zamienników, więc może i to mango można wyrzucić z sałatki? Wracam do kuchni... hmmm raczej do jej malowania, a wieczorem znów gotuję!


Anna M.



Nasza uczta!  (zdj. Anna Czyż)

18 listopada 2015

Wynajęte "cztery ściany"



Blog ostatnio zaniedbany, waga idzie ciągle w górę, książki leżą... a wszystko z powodu małej rewolucji w życiu. Moja współlokatorka nareszcie się wyprowadziła i wynajęłam całe mieszkanie. No i zaczęło się wielkie malowanie (bo w jej pokoju, a teraz moim salonie, ściany były... różowo-łososiowe). Cały tydzień maluję, przyjechał brat, aby pomóc wynieść meble, a znajomi pożyczają kasę. Bardzo się cieszę, że mieszkam nareszcie sama - pierwszy raz w życiu :)




Może to i zabawne, ale najbardziej cieszę się że:

  • jestem wolna!
  • mogę wstawać bardzo wcześnie, robić sobie śniadanie, pić kawę i czekać na wschód słońca i nikt nie mówi mi, że za wcześnie wstaję;
  • nie muszę się zachowywać cichutko późnym wieczorem i teraz mogę czytać w nocy i nikt mi nie będzie wypominał, że za dużo prądu zużywam;
  • mój dom - moje zasady - tak, ściany są pomalowane w odcieniach brązu! Kocham ten kolor i już!
  • mam mnóstwo miejsca na książki;
  • w kuchni wszystkie szafki są moje i nareszcie mogę swobodnie gotować;
  • rankiem nie zastaję karteczek w kuchni z listą zażaleń od współlokatorki;
  • nikt nie będzie sprawdzał stopnia czystości po moim sprzątaniu;
  • nie muszę już mieścić swojego zakręconego życia na 9 m2;



Wczoraj wróciłam z pracy potwornie zmęczona i wiecie co? W domu zrobiłam sobie kawę, usiadłam w fotelu, włączyłam muzykę i na chwilę zamknęłam oczy. W salonie wszystko jest jeszcze przykryte folią, bo ściany schną, a regały ciągle czekają na weekend, żeby je pomalować, ale już "czuję" mój dom. Wszystko jest dokładnie takie, jakie zawsze chciałam mieć, w moich ulubionych kolorach, mnóstwo przestrzeni (bez przesady, ale jak na moje dotychczasowe warunki metrażowe, teraz mam "ogromne" mieszkanie) i światła. Kawałek mojego świata :) Tylko mojego ...  


Jak tylko skończę remont, zamieszczę kilka zdjęć :) Planuję urządzić wszystko na Mikołajki :) 


Anna M.
P.S. W tym roku będę miała choinkę :) 








1 listopada 2015

"Everest. Na pewną śmierć" Beck Weathers





"Większość ludzi nie chce wstawać o trzeciej nad ranem, żeby wyjść na zewnątrz i katować się przez dwanaście godzin. Ale my to robiliśmy. Albo to lubisz, albo nie".








Lubię czytać o górach, choć byłam w nich chyba tylko ze dwa razy. Nigdy się nie wspinałam i nie będę, to zupełnie nie moja bajka, ale przeczytałam większość książek o himalaistach. Dlaczego? Bo cenię ludzi, którzy dla pasji potrafią poświęcić wszystko, którzy nie boją się wyzwań. Inspirują mnie historie o ich poświęceniu, heroizmie, wytrwałości, walce ze sobą i przeciwnościami.  Daje mi to niezłego kopa w mierzeniu się z codziennością...




Mount Everest zawsze był dla mnie metaforą, pomagał mi w mojej drodze, był i jest celem wędrówki. Uczę w szkole, i odkąd pamiętam chciałam z tej szkoły zwiać. Zawsze marzyłam by być kimś innym, niż jestem i robić zupełnie coś innego, niż wskazywały moje talenty. Chciałam być misjonarzem, pracować w organizacjach pokojowych, wstąpić do wojska - jednym słowem - być kimś ważnym i osiągnąć coś spektakularnego. Życie szybko zweryfikowało moje marzenia i po 13 latach nieustannej walki z wiatrakami skapitulowałam. Dopiero wtedy odkryłam, że szkoła i nauczanie od zawsze były moja pasją, choć nie chciałam się do tego przed sobą przyznać, bo to takie "zwyczajne"... Wstaje człowiek codziennie rano, przez kilka godzin uczy oczywistych oczywistości i tak długo to robi, aż osiągnie cel, a przynajmniej tak mu się wydaje. Kolejnego dnia robi dokładnie to samo, zupełnie od nowa... Bez rozgłosu, bez kamer. Do tego każdy przy zdrowych zmysłach ciągle pyta: "po co to robisz? Nie rozumiem, jak można lubić uczyć dzieci?" Myślę sobie zatem, że jestem takim samym "szaleńcem", jak himalaiści. Dlatego chyba tyle o nich czytam. 



Autora chyba nie trzeba przedstawiać. John Krakauer pisząc swoją książkę "Wszystko za Everest" wyrył w naszej świadomości i pamięci historię nie tylko swojej wspinaczki, ale i każdego z uczestników tamtej tragedii. Jednym z nich był właśnie Beck Weathers. Jego książka jednak nie koncentruje się na samych wydarzeniach z 1996 roku, bo autor chętniej opowiada o swoim życiu "przed", o depresji, ucieczce w góry, o rodzinnych problemach. Rozważa sam wypadek przez pryzmat punktu zwrotnego, jaki wtedy nastąpił. My znamy ową historię jedynie z doniesień medialnych, czy też z do tej pory wydanych książek. Teraz możemy posłuchać jednego z ocalałych, który utratę rąk  odczytuje wbrew pozorom jako błogosławieństwo. Jeden dzień, jedno doświadczenie, jeden dramat wyrwał go z życia jakie dotąd wiódł i pozwolił inaczej spojrzeć na siebie i najbliższych. Ocalał nie tylko tam na Evereście, ale w każdym możliwym aspekcie, ocalał jako mąż i ojciec, jako lekarz i jako himalaista.



"(...) duży wysiłek w górskiej dziczy i skupienie na osiągnięciu celu uwalniały mnie choć na chwile od pogłębiającej się depresji. Tutaj mogłem otrząsnąć się z przygnębienia, bo góry - szczególnie wysokie, jak się przekonałem - zmuszają cię do bycia tu i teraz. Koncentrujesz się na tym, żeby iść do przodu, i na tym, co cie otacza. Fizycznie i psychicznie jesteś wolny od świata, który został w dole. Wspinaczka stała się więc dla mnie formą kuracji." (s.177)
 


Dużo o tym myślałam, bo intryguje mnie to, ile człowiek jest w stanie przetrwać i znieść, jakie ma granice wytrzymałości nie tylko fizycznej, ale przede wszystkim psychicznej. W sytuacjach kryzysu możemy liczyć na to, kim jesteśmy jako ludzie, na to, co wypracowaliśmy przez całe nasze życie. W trudnych chwilach okazuje się, jacy jesteśmy. Tu na "dole" możemy się przechwalać, być "super bohaterami", ale każdy z nas ma chyba swój Everest. Tam, na "naszej górze" ostatecznie pokazujemy prawdziwe oblicze, sprawdzamy siebie. Codziennie mozolnie pniemy się w codzienności i zupełnie niezauważeni przez nikogo milcząco przechodzimy przez życie. Krok za krokiem. Może wejście na szczyt górski jest bardziej spektakularne, ale czy np. uczenie dzieci nie bywa równie wielkim wyzwaniem?



"Ludzie często pytają mnie, czy zrobiłbym to ponownie. Początkowo myślałem: <<Co za głupie pytanie!>>, jednak gdy zastanowiłem się nad tym dłużej, zrozumiałem, że w istocie jest to bardzo trudna i głęboka kwestia. Odpowiedź brzmi następująco: nawet  gdybym doskonale wiedział, co mnie spotka na Mount Evereście, zrobiłbym to jeszcze raz. tego dnia na górze wymieniłem moje dłonie na rodzinę i przyszłość. Bez wahania godzę się na taki układ. Po raz pierwszy w życiu czuję spokój. Nie staram się już definiować siebie samego przez to, co na zewnątrz, przez cele, osiągnięcia i posiadane przedmioty. Po raz pierwszy w życiu czuję się dobrze we własnej skórze. Szukałem na całym świecie czegoś, co da mi poczucie spełnienia, a przez cały czas miałem to u siebie, na własnym podwórku. Koniec końców jestem szczęściarzem. Co ważniejsze, wiem o tym." (s.300)




Może warto mieć swój własny cel, choćby inni go dyskredytowali, wyśmiewali i pukali się w czoło na nas widok. Może nie każdy zrozumie nasze życiowe priorytety, może nie są one dochodowe i nie wróżą wielkiej kariery. Ale czym byłby dzień bez owej "wspinaczki"???






Anna M.












29 października 2015

Być fit - być sobą / "Jaglany detoks" Marek Zaremba




Zdrowe ciasteczka i jesienne słoneczko zachęcają do zadbania o siebie!  zdj. Anna Czyż



Dziś nieco inaczej niż zwykle... Nie byłabym sobą, gdybym nie eksperymentowała :) I nie chodzi tu tylko o moje własne czasem doprawdy dziwaczne pomysły, ale o ciągłe poszukiwane zmian. Postanowiłam na chwilę oddać mojego bloga w cudze ręce (no dobra - nie takie znowu cudze - ale w ręce mojej koleżanki z pracy).  K.S. pewnie teraz głośno wzdycha, ale spokojnie - już w przyszłym tygodniu wracam na blog. 

Dlaczego dziś inaczej? Powodów jest wiele.... Bo lubię Ankę, bo razem się odchudzany (chwilowo to zbyt doniosłe słowo), bo robi świetne zdjęcia, bo nie wyrabiam czasowo z matematyką, bo przeczytałam książkę i chciałam się nią podzielić nie tylko w formie recenzji, ale i od tej praktycznej strony. Wreszcie, bo Ania ma w domu sprawny piekarnika, a ja nie...


Oddaję głos Ani...

Anna M.







zdj. Anna Czyż


 


Ostatnio doszłam do wniosku, że najwyższy czas zmienić coś w swoim życiu. Dlaczego by nie od samej siebie? I wtedy wpadła mi w ręce książka Marka Zaremby „Jaglany detoks”, która w pewnym sensie odpowiada na zadane przeze mnie pytanie. Okładka piękna, książka wydana cudownie. Tytuł hmm… dziwny. Do tej pory kasza jaglana kojarzyła mi się z drugim daniem obiadu. Autor jednak udowodnił, że wcale kasza nie musi być zwykłym dodatkiem do mięsa. Może być czymś więcej, no i jest!

Nie jest to jednak zwykła książka kucharska. Pierwsza część poświęcona jest ogólnym informacjom na temat nie tylko samych produktów, ale i świadomości o żywieniu, świadomości o samym sobie. Autor na samym początku przekonuje, że żeby coś zmienić należy zacząć od siebie i tego co nas otacza, a dieta to tylko dodatek. 


zdj. Anna Czyż



Dowiadujemy się zatem wielu ciekawych rzeczy na temat nie tylko samej kaszy ale i naszego sposobu odżywiania. W rozdziale „Niezbędnik detoksu” znajdziemy wiele informacji o przyprawach, nie tylko o znanym każdemu czosnku, ale i na przykład o galgancie. Jednym z wielu ciekawych rozdziałów jest „Świadomość”, w którym autor pisze o ważnym w życiu każdego z nas aspekcie psychologiczno-emocjonalnym. Dowiemy się również, że suplementy diety pomagające odbudować naszą skórę, paznokcie i włosy wcale do takich rewelacyjnych nie należą.  Po przeczytaniu dosłownie 211 stron książki przechodzimy do ważnego elementu  dla książki kulinarnej jakim są oczywiście przepisy!


Druga część książki „Jaglany detoks” to wspominanie przepisy. Ta część została podzielona na kilka fragmentów: śniadania, zupy, dania główne, przekąski i tzw. detoks party (co w moim tłumaczeniu powinno nazywać się ciasta, ciasteczka i inne słodkości). Przepisy są napisane w bardzo prosty i zrozumiały sposób. Większość z nich nie wymaga dużego nakładu naszej pracy. 



W ferworze pieczenia  (zdj. Anna Czyż)


Pozwoliłam sobie zrobić (bo uwielbiam słodycze!) jaglane ciasteczka. Czytając przepis,, szczególnie składniki, nie widziałam tam cukru. Jak to? Ciastka bez cukru?  Ale nic, postanowiłam zrobić. Wyszły cudowne, pyszne i szybkie i nie jest to tylko i wyłącznie moje zdanie. Każdy przepis ma odpowiednie zdjęcie, które jeszcze bardziej zachęca nas do gotowania. 





Autor ciekawie przekazuje nam posiadaną przez siebie wiedzę w zakresie dietetyki. Przekonuje nas do zmiany życia i rozpoczęcia nie od diety tylko od siebie. Książka wydana pięknie z jeszcze piękniejszymi zdjęciami. W treści nie ma przesady, ale są ważne i konkretne informacje. Sprawdzalność przepisów? Ekstra! Jednym słowem - dla mnie bomba!



Anna Czyż



zdj. Anna Czyż







Kochani, ja również polecam książkę "Jaglany detoks" - recenzja zachęcająca, zdjęcia wspaniałe, a same ciasteczka? Cóż - przepyszne!!! Wiem, co mówię i piszę. Na dowód - jedno moje małe zdjęciunio z "zatwierdzania recenzji" :) :) :) 





 Anna M.


LINKI
-   strona Autora







Polecam stronę Wydawnictwa Pascal i dziękuję :)









16 października 2015

"Przesunąć horyzont" Martyna Wojciechowska






"Mallory wiedział, iż droga jest ważniejsza niż cel, jako że prócz tego, co osiągnięte, zawiera się w niej to, co możliwe i zamyślane, upragnione. Cel jest skończony, droga nie i dlatego nie można jej oceniać ze względu na jej koniec. Ona prowadzi wciąż dalej"





Biorąc do ręki książkę Martyny Wojciechowskiej przypomniały mi się wszystkie kontrowersje wokół jej osoby i słowa krytyki, jakie na nią spłynęły odnośnie zdobywania Korony Ziemi. Moim zdaniem, a przecież mogę i ja takowe posiadać, mimo, że w górach byłam tylko dwa razy, Martyna dokonała rzeczy niezwykłej - zrealizowała swoje marzenie, nie poddała się krytyce, robi to, co kocha i jest szczęśliwa. Może i nie wspina się sportowo, może ma sponsorów, ale wejść na górę musiała sama, nikt tego za nią nie zrobił. Nie zdobyła Everestu z komercyjną wyprawą, ale w zespole, a nawet pomagał jej Simone Moro, zatem czapki z głów - dokonała tego. Czy nam się podoba, czy nie, prawda jest taka, że podczas, gdy my siedzieliśmy sobie w ciepłym domku, ona spała w lodowatym namiocie na wysokości ponad 7000 m. 



Everest traktuje wszystkich tak samo, nie oszczędza amatorów, ale też nie tylko ich zabija. Każdego roku próbuje pokonać górę i siebie tysiąc wspinaczy. Niewielu osiąga szczyt, jeszcze mniej z niego schodzi. W tym samym czasie, co Martyna wspinał się też doświadczony Simone Moro i przyznaję, że fragmenty książki opowiadające o nim i jego szalonym optymizmie chyba najbardziej do mnie trafiały. Ale Everest co roku zabiera wiele osób. W 2006 roku, w sezonie letnim, na zawsze zostało na na nim 12 wspinaczy. Najtragiczniejsza ze śmierci to historia Davida Sharpa, który 15 maja 2006 przesiedział całą noc na wysokości ok 8600m. Minęło go 40 wspinaczy, niektórzy nie zauważyli skulonej po pod skałą postaci, inni myśleli, że tylko odpoczywa i zaraz ruszy dalej, jeszcze inni, że już nie żyje. Nikt nie próbował go ratować... Gdy wreszcie ktoś się zatrzymał, było już za późno na cokolwiek... Zmarł samotnie tuż przy drodze... Taki los mógł spotkać każdego, bo coś, co się wydaje oczywiste z punktu widzenia ciepłego i wygodnego fotela komentatorów, jest niewykonalne w strefie śmierci... I nieważne ile masz pieniędzy, jak świetny sprzęt, nikt za ciebie nie zejdzie z tej góry... Dlatego zawsze będę miała szacunek dla Martyny za jej wyczyn, za siłę, odwagę i upór... No i za jej umiejętności...



"Powoli dociera do mnie myśl, że ... zdobyłam Mount Everest. Weszłam na najwyższą górę świata! Dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, że to nie ma żadnego znaczenia, że jedyne, co jest ważne, to Droga. Nie tylko droga na Everest, ale cała droga, którą pokonujesz w sobie, wewnętrzna motywacja, a potem cała przemiana, jaka się w tobie dokonuje. Wszystko, co najważniejsze - stało się już wcześniej.... Do szczytu zostało mi piętnaście kroków. Dogania mnie Darek i razem wchodzimy na szczyt o dziewiątej dwie"



zdj. pochodzi z martyna.pl



Dlaczego tyle czytam o górach? Hmmm, czytam raczej o ludziach gór. Inspirują mnie oni do działania tutaj "na dole". Poznając nowych bohaterów Everestu wiem, że przed nami nie ma nic niemożliwego. Każda przeszkoda może być pokonana, każde marzenie zrealizowane i nigdy nie jest tak źle, by się poddać. Nie interesują mnie techniki wspinania, nawet same góry nigdy nie były dla mnie na tyle atrakcyjne by po nich chodzić. Mnie zawsze ciekawi człowiek i jego wnętrze, ta niezwykła siła, która powoduje, że codziennie chce nam się iść dalej, żyć mocniej, więcej czuć i bardziej żyć... Ciągle szukam odpowiedzi na pytania o ludzką psychikę, o wartości, prawdę i to coś, co sprawia, że walczymy ze swoimi słabościami, pokonujemy własne lęki i ograniczenia, stajemy się wolni.


"Ciągle mam wrażenie, ze mój czas się kończy. Z kolejnym dniem mam jeden dzień mniej do przeżycia. W związku z tym każdą chwilę chciałabym przeżyć jak najlepiej. Pomysłów na wyprawy mam jeszcze tyle, że przeraża mnie tylko jedno: życia mi nie wystarczy, by zrealizować wszystkie marzenia. Everest uświadomił mi,że nie chodzi o cele. Chodzi o Drogę. O to, by cały czas być w ruchu. O to, by na szczycie spotkać się z samym sobą. A ja naiwnie myślałam, że chodziło mi o Najwyższy Wierzchołek Świata".



Dziś mija 37 lat od pierwszego polskiego wejścia na Mount Everest - 16 października 1978 roku na szczycie stanęła Wanda Rutkiewicz - pierwsza Polka i pierwsza Europejka. W 2006 roku, czyli po 28 latach, Martyna Wojciechowska była... trzecia Polką na Dachu Świata...



Anna M.





Recent Posts