1 stycznia 2015

"Schodów się nie pali" Wojciech Tochman





 


Lata 90-te, jeden z najlepszych polskich reporterów (dziś również :), ważne i trudne tematy, wspaniała książka - czego chcieć więcej? Wojciech Tochman pisze o ludziach, których znamy z gazet, newsów, opowieści. Któż nie słyszał o Wandzie Rutkiewicz, Grzegorzu Przemyku, Edwardzie Stachurze, czy o tragedii w Bazylice w Asyżu? Ale ludziom zbyt często nie chce się dociekać do sedna sprawy, zadowalają się czerwonym paskiem w telewizji, skrótem skrótów i idą dalej. Mało komu zależy na zdobyciu bardziej szczegółowych informacji, a już zupełnie niewielu chce zrozumieć.





Książka "Schodów się nie pali" to zbiór 11 reportaży o ludziach, emocjach, dramatach i pytaniach. Nie sposób streszczać wszystkich historii, mną zawładnęły szczególnie dwie: Wanda Rutkiewicz i rozdzielone rodzeństwo z Łysej Góry. Ale dziś tylko jedna opowieść - historia pani Marii Błaszkiewicz, która przez lata czekała na córkę. Wanda poszła w góry, ale zawsze wracała, przecież tym razem też wróci. Trzeba tylko poczekać, może kolejne siedem lat, ale wróci. Dlaczego ta historia mną wstrząsnęła? Nie chodzę po górach, niewiele wiem o wspinaczce, mam nadwagę, jeśli winda jest zepsuta, w oczach mam panikę (mieszkam na 12p.) a czytanie o sporcie wywołuje u mnie depresyjne wspomnienia o czasach, kiedy wżyła 58 kg i biegałam kilka razy w tygodniu po kilkanaście kilometrów. Rzadziej motywuje... Czytanie o Wandzie Rutkiewicz też mnie bolało, ale to była oczyszczająca lektura. Jej pasja, odwaga, upór i brak przejmowania się opinią innych od zawsze mnie w niej fascynowały. Do tego dochodzi tajemnica jej śmierci i  mistyka gór z nią związana. 






"Była świadoma, że Kangeczendzonga jest szczególnym miejscem na ziemi. Najważniejszym. Centralnym. My wiemy niewiele: z legend, podań ludowych, zapisków etnografów, relacji podróżników i opowiadań himalaistów. Z języka Tybetańczyków wiemy, że kang znaczy śnieg, chien - wielki, dzod - skarbnica, aga - pięć. Pięć Skarbów pod Wielkim Śniegiem: Kangeczendzonga. Kryje sól, złoto i turkusy, święte księgi, oręż, cudowne leki. Tak twierdza ci, którzy mieszkają w zielonych dolinach Sikkimu."




Legendy o zemście bogów mieszkających na górze powodowały, że nikt nie wchodził na szczyt, wszyscy zatrzymywali się kilka metrów przed, aby nie ściągać gniewu Bogów władających Świętą Górą. Czy Wanda weszła na wierzchołek, święte miejsce? A może zeszła na drugą stronę? Do dziś żywa jest teoria o przejściu grania na nepalską stronę. Jej matka bierze to pod uwagę, często tak postępowała? Może w jamach miała ukryte jedzenie i śpiwór? Gdzie poszła?  Może schroniła się w tybetańskim klasztorze. Przecież jej ciała nigdy nie odnaleziono, ale nie tylko ona zaginęła bez wieści w górach. Niektórych nie można pochować, zabrały ich góry, śpią w lodowych szczelinach. Jaka jest prawda? Tego nie wiemy, wiemy jaka była Wanda:




"I taka była do końca - według tych, którzy ją znali: nienormalnie ambitna, konsekwentna, zdeterminowana, perfekcyjna, wymagająca, chłodna, wycofana. To ona porzuciła najpierw pierwszego, potem drugiego męża. Nie miała dzieci. - Nie chciałam rezygnować z gór, wybrałam samotność - mówiła wiele lat później. Odważna i bezwzględna - obawiała się piwnic i pustych dużych mieszkań. Bała się ludi - przyznawała się do tego. Wszystkich trzymała na dystans. Emocje - pod kontrolą. Nigdy na luzie, żadnych reakcji na pokaz, żadnej łzy. Żadnych powitań cmoknięciem w policzek, nawet z bliskimi. Nie należała do świata kobiet, w którym codzienność to mężowie, dzieci, obiady. Żadnych ploteczek, żadnego gadania bez potrzeby. - Nie cieszyła się ludźmi - mówią przyjaciółki. - Raczej tym, co może im pokazać, zademonstrować, udowodnić. Konflikt ją motywował. Krytyka - dopingowała. Klęska - mobilizowała. Sukces - dobrze jeśli był, bo lubiła być gwiazdą. Potrzebowała ciągłej akceptacji. Rzadko dawała się wyprowadzić z równowag (...)"



Dziś Wanda miałaby 72 lata. Zaginęła 23 lata temu. Jej matka czekała na nią aż do śmierci. Zmarła w 2013 roku, miała ponad 100 lat, zawsze miała nadzieję i czekała...


Nie było mnie jeszcze na świecie, gdy stanęła na Mount Evereście, miałam pięć lat jak Wanda zdobyła K2, gdy zginęła, ja byłam w podstawówce i nic o świecie nie wiedziałam. Dziś często czytam jej wspomnienia, oglądam materiały zarejestrowane przez telewizję, lubię jej słuchać.Nie wiem dokładnie dlaczego i gdzie mnie to zaprowadzi. Na pewno nie w góry, ale i na nizinach jest wiele do zdobycia...




Anna M.





OD  WYDAWCY:



"Zbiór reportaży, które należą do najlepszych drukowanych w polskiej prasie w latach 90. Wojciech Tochman opowiada m.in. o bliźniaku, który odszukał swojego brata, chłopcu o brzydkiej twarzy, dzieciach odebranych rodzicom, Wandzie Rutkiewicz, Piotrze Skrzyneckim czy Grzegorzu Przemyku. Niezależnie jednak od tego, kto jest bohaterem tekstu, reporter w poruszający sposób ukazuje mroczne sekrety ludzkiej duszy i odważnie docieka motywów zachowań i życiowych wyborów. Przejmująco opowiadając o oddaleniu, tęsknocie i poszukiwaniu, maluje jednocześnie wnikliwy obraz współczesnej Polski.  Książka finalistka Nagrody Literackiej Nike 2001".

 








5 komentarzy:

  1. Widzę, że książka wprost dla mnie, koniecznie muszę przeczytać!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam serdecznie, ja właśnie czytam kolejna książkę Tochmana "Jakbyś kamień jadła". Pozdrawiam i dziękuję za odwiedziny. Wszystkiego dobrego w 2015 roku.

      Usuń
  2. W szczególności polecam książkę pt. "Bóg zapłać" Wojciecha Tochmana.

    OdpowiedzUsuń
  3. Myślałam, że uda mi się sięgnąć po którąś z książek Tochmana w 2014 i nie udało się. Może w tym?? Wszystkiego dobrego w nowym roku. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nazwisko Tochmana to przespustka do naprawdę dobrego reportażu. Przekonałam się o tym, nie raz:) A z innej beczki: właśnie zostałaś nominowana przeze mnie do Liebster Blog Award :) Pytania znajdziesz tu:http://tu-sie-czyta.blogspot.com/2015/04/oho-czas-na-mnie.html

    OdpowiedzUsuń

Recent Posts