23 marca 2015

"Cud w Andach" Nando Parrado, Vince Rause




"Andy nie oddają tego co wezmą"
                                       (Chilijskie powiedzenie)



Nando Parrado to jeden z szesnastu ocalałych z katastrofy samolotu w Andach w 1972 roku. Po latach wraca na kratach swojej książki do tamtych bolesnych i tragicznych wydarzeń. Przyznaję, że lektura jego przeżyć była dla mnie momentami tak wstrząsająca, że musiałam na kilka dni odkładać książkę, aby powrócić do równowagi...




13 października 1972 roku w Andach na wysokości ponad 3600 m. rozbił się urugwajski samolot z 45 osobami na pokładzie. W większości byli to młodzi zawodnicy rugby, ale też i ich rodziny oraz kibice. Zginęło 12 osób, a kolejnych 5 zmarło pierwszej nocy. Pozostali czekali na ratunek, który nie nadchodził. Żaden z patroli wysłanych na pomoc nie mógł znaleźć białego wraku w śniegu wysoko w nieprzyjaznych górach, dodatkowo w tak trudnych warunkach andyjskiej zimy. Z tego też powodu po tygodniu odwołano akcję ratunkową uznając, że w takiej sytuacji jest niemożliwe, aby ktoś przeżył lub wytrzymał kilka dni na mrozie nie mając nawet kurtki. Ale oni przeżyli. Jednak Andy nie zapomniały o "intruzach", 28 października kolejnych osiem osób zginęło pod lawiną. Ocaleni stracili nadzieję na ratunek, ale wola przetrwania była silniejsza niż racjonalna rezygnacja. Po blisko 70 dniach, gdy zima zdawała się ustępować, dwóch spośród ocalonych postanowiła przejść Andy, co bez ubrań, sprzętu i map było szaleństwem. Nando Parrado i Roberto Canessa po dziesięciu dniach wspinaczki dotarli na skraj lodowca, przeszli 60 km poprzez wysokie szczyty. Odnalezieni zostali przez pasterzy, którzy akurat przebywali w wyższych partiach gór. W następnych dniach wszyscy pozostali we wraku rozbitkowie zostali uratowani. Przeżyli... Tyle wiemy z relacji ówczesnej prasy, telewizji i książek opisujących piekło pułapki w górach. Tyle faktów...




ocaleni






W 2006 roku Nando Parrado zdecydował się opisać owe 72 dni dramatycznej walki z górami, mrozem, głodem i sobą. Książka jest zapisem przeżyć, nadziei, rozpaczy i wiary. Jest to niesamowita opowieść, bardzo trudna, momentami wstrząsająca, ale niestety prawdziwa. Nando opisuje dramat kolejnych śmierci w tym matki i siostry, przerażające zimno, powolne zamarzanie każdej nocy, by wraz z pierwszym promieniem słońca wracać powoli do życia, wreszcie chyba najtrudniejsze dla mnie zwierzenia - kanibalizm. Rozbitkowie głodowali, a na tej wysokości, przy rozrzedzonym tlenie, organizm potrzebuje potwornych ilości kalorii, w przeciwnym wypadku zaczyna trawić sam siebie. Chcieli przeżyć, po całych tygodniach głodowania, zdecydowali się zjadać tych, którzy katastrofy nie przeżyli, najpierw obcych, pilotów, a potem już nawet przyjaciół... Przerażały mnie te opisy, ale nie wolno się na nich skupiać. Sam Nando przyznaje, że było to bardzo bolesne, gdy po ocaleniu wielu dziennikarzom zależało tylko na tej taniej sensacji. Tymczasem rodziny zmarłych nigdy nie miały do nich o to żalu, rozumiały bowiem, że to była walka o życie.




Dla mnie Nando opowiada przede wszystkim o nadziei, walce ze swoimi słabościami, poczuciu więzi braterstwa i przyjaźni między ocalałymi. Snuje długie refleksje o wierze, Bogu i Jego bezsilności, o potędze gór i szaleństwie śmierci. Pisze też o upartym głosie, który codziennie kazał mu wstawać i iść przez nieznane szczyty, które dzięki swojej niewiedzy zdołał przejść. Gdyby wraz z Roberto wiedzieli, na co się porywają, już pierwszego dnia bezsilność i niemożliwość tej wyprawy zabiłaby pierwszej nocy samotnie spędzonej pod śniegiem wysoko w Andach. Nie mieli pojęcia jak się wspinać, nie mieli sprzętu, nie wiedzieli, gdzie są. Za każdym kolejnym szczytem był następny i następny, a mimo to szli dalej...



"Wiedziałem, że pewnego dnia, będę musiał podjąć wspinaczkę, choć będzie to próba skazana na niepowodzenie. Ale jakie to miało znaczenie? Przecież  tak byłem już martwy. Dlaczego nie zginąć w górach, walcząc o każdy krok, a gdybym umarł, umarłbym o krok bliżej domu. Gotów byłem stawić czoło takiej śmierci, ale choć wydawała się nieunikniona, nadal czułem iskierkę nadziei, że jakoś zdołam przebrnąć przez pustkowie i dotrzeć do domu".



Nando opisuje owe "piekło na ziemi" jakim było przetrwanie 72 dni bardzo prosto, realnie, bez upiększania, gloryfikacji i zbędnego romantyzmu, ale i też szczerze, często brutalnie i prawdziwie oddając hołd ofiarom i ocalałym. Nie przemilcza niewygodnych faktów, nie dodaje sobie chwały, nie odbiera jej nawet tym, którzy się poddali i całkowicie załamali krótko po katastrofie.  Autor jest tylko skromnym i wiernym świadkiem dramatu kilkunastu młodych ludzi, którzy przez wypadkiem mieli swoje marzenia, plany, a życie często ich rozpieszczało. Nagle stracili wszystko, co było kiedykolwiek cenne. Dopiero wtedy zaczęli dostrzegać to, co i dla nas jest często niewidzialne - zwykły gest pomocy, dobre słowo, wiarę, nadzieję, chęć do walki o każdy oddech, myśl o bliskich i miłość do nich, prawdę o sobie samym - kiedyś umrzemy, czy warto zatem ganiać za błahostkami? Czy nie lepiej żyć pełnią życia, walczyć by każdy dzień przeżyć jakby miał być tym ostatnim, by niczego nie żałować, nic nie odkładać na później, nie tracić czasu i energii na to, co jest niepotrzebne i zaburza tylko wewnętrzny spokój, obiera nadzieję i przekreśla miłość do życia....


"Nawet dzisiaj andyjskie wspomnienia poruszają mnie każdego dnia. Nie chciałem tylko dopuścić, by smutek i cierpienie kształtowały moja przyszłość. Stosowałem się do rady, jakiej ojciec udzielił mi po tym, jak nas uratowano. <<Patrz naprzód, Nando - powiedział. - Nie pozwól, by to, co się stało, było najważniejszą rzeczą, jaka cię w życiu spotkała>>. Nie chciałem przeżyć swojego życia jako ocalały z katastrofy. Nie chciałem, by ta katastrofa określała moje życie. Wykorzystałem nauki, jakie płynęły z naszych przeżyć. Cieszyłem się przyjaźniami, jakie się w ich trakcie zadzierzgnęły, i zawsze szanowałem pamięć tych, którzy zginęli".






O katastrofie nakręcono kilka filmów...


"I Am Alive" to dokument opisujący tragedię z 1972 roku, pełen opowieści ocalałych, wywiadów, rekonstrukcji i prawdziwych zdjęć...







Drugi film to już nakręcona na podstawie książki  reżyserska opowieść o walce w Andach...








Anna M.


strona Nando Parrado

strona Roberto Canesy

strona internetowa Ricardo Pena, który w roku 2005 przeszedł przez Andy droga Parrando i Canessy, o tej samej porze roku, ale ze sprzętem i zapasami żywności. Udokumentował swój wyczyn w hołdzie dla Nanda i Roberto.









4 komentarze:

  1. Czytałam i oglądałam.
    Pozostaje pytanie: Co zrobiłabym na ich miejscu? Nie wiem. obecnie prawie wcale nie jem mięsa.
    Ale tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono. Wola życia jest bardzo silna.
    Człowiek nigdy nie wie, co zrobiłby w sytuacjach ekstremalnych. A mięsko nie idzie do nieba...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nikt z nas nie chciałby się znaleźć w podobnej sytuacji, sama nie wiem, jakbym się zachowała... Czy byłabym dzielna, czy może załamałabym się w pierwszych godzinach? Nie wiem i wolę nie sprawdzać... Ponoć o naszym postępowaniu świadczy nasz charakter i to, co już w życiu przeszliśmy, wartości, które w sobie pielęgnujemy... Podziwiam siłę, charakter i wole walki Nando, Roberto i pozostałych, zrobili to, co było trzeba zrobić... - przeszli przez Andy...

      Usuń
  2. Przeraziła mnie informacja o dzisiejszej katastrofie niemieckiego samolotu, który niespodziewanie rozbił się w Francuskich Alpach... Wszyscy pasażerowie i załoga zginęli... Niech odpoczywają w pokoju...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardziej od samej katastrofy przeraża mnie to, dlaczego do niej doszło :(

      Usuń

Recent Posts