31 marca 2015

"Masakra na wyspie Utøya" Adrian Pracoń




"Nagle ogarnęło mnie nieprzyjemne uczucie. Kurtka przeciwdeszczowa zakrywała mi głowę do połowy, więc mogłem coś zobaczyć. Jego buty. Znajdowały się tuż przy mojej twarzy. Kopał martwe ciała leżące wokół mnie. Jakby chciał sprawdzić, czy ktoś jeszcze żyje. Znów zacisnąłem powieki. Pisk w uchu narastał. Był tak głośny, że mógłbym przysiąc, iż on też go słyszy. (...) Wstrzymałem oddech. Ustało drżenie, które przez ostatnią godzinę przelewało się przez moje ciało. Wtem poczułem słabe ciepło tuż przy uchu. Ciepło lufy karabinu. Moje erce biło o kamień. Wtedy pociągnął za spust" (s. 106).




22 lipca 2011 roku byłam na wakacjach we Francji. Nie miałam jakiegoś większego dostępu do telewizji, pracowałam dla religijnej organizacji zajmującej się dialogiem międzyreligijnym. Nie pamiętam jak się o tym dowiedziałam, zupełna pustka... Czy byłam akurat w Polsce? A może nadal we Francji? Nie mogę sobie przypomnieć... Jedyne co pamiętam to to, ze nie mogłam zrozumieć co się stało? Jak? Dlaczego? Wiadomość o tragedii w ułamkach sekund obiegła cały świat, w każdych wiadomościach, na każdym serwerze internetowych pojawiało się zdjęcie Andersa Breivika, a na YouTube można było obejrzeć wstrząsające filmiki z wyspy...   Stało się coś niemożliwego do pojęcia - młody człowiek z zimną krwią w ciągu półtorej godziny zabił 69 osób. Do wielu strzelał kilkakrotnie z bardzo bliska. Większość ofiar nie miała skończonych 20 lat. Nikt nie rozumiał, co się właściwie stało. Jaka wyspa? Jakie dzieci? W Norwegii? To niemożliwe! Potem płacz, niedowierzanie i ponura rzeczywistość. Niezliczone kondolencje napływające z całego świata, marsze pamięci, tragedia rodzin... Zabójca...wszyscy czekali na wyrok... I znów świat śledził proces zabójcy, jego uśmiech na sali rozpraw. A potem??? Potem przyszły inne katastrofy, masakry, kataklizmy i ... świat zapomniał... Wiem, że to tak samo brutalne jak sama masakra, ale świat tak robi... Chwilę popłacze, wyśle zapewnienia o pamięci, solidarności z poszkodowanymi, opuści flagi do połowy, a potem wraca do swoich spraw. 






Ci, którzy przeżyli masakrę na Utoya nigdy nie zapomną... Z każdą minutą muszą mierzyć się ze wspomnieniami, stresem, lękami i życiem "po"... Ofiary Breivika to nie tylko ci, którzy zginęli na wyspie, ale także ci, którzy przeżyli. Często o nich zapominamy wmawiając sobie, że teraz już wszystko będzie dobrze, są bezpieczni, ocaleni... Nic bardziej złudnego. Wśród nich jest Adrian Pracoń, chyba najbardziej rozpoznawalna medialnie ofiara Breivika. Ostatnia ofiara szaleńca. Do niego Breivik mierzył, potem zrezygnował ze strzału, by na końcu wrócić i próbować zabić. Adrian przeżył tylko dlatego, że udawał martwego leżąc pod ciałami swoich przyjaciół.  Koszmar wcale nie kończy się jednak z momentem nadejścia pomocy, nie kończy się wraz z pogrzebami ofiar, a nawet nie mija po ogłoszeniu wyroku skazującego mordercę. Koszmar trwa... 





"W minionych dniach rosło we mnie coraz silniejsze i mroczniejsze poczucie winy. Jaką Norwegię widzieli ci ludzie, nim nas opuścili? I gdzie byłem ja, gdy to się stało? Zapewne głęboko w lesie, w drodze na kamień. Tyle rzeczy mogłem zrobić inaczej. Za każdym razem. gdy przed snem kładłem głowę na poduszce, na powierzchnię wypływały coraz to nowe sytuacje. Leżąc na wysepce, miałem przed sobą mnóstwo mniejszych i większych kamieni. Dlaczego ich nie podniosłem? Dlaczego nie stawiłem oporu?" (s.152)



Książka Adriana Praconia jest świadectwem tamtych dni, hołdem złożonym ofiarom, próbą zrozumienia tego, co się zdarzyło. Nie jest to łatwa lektura, ale myślę, że też nie wolno się na niej zatrzymywać. Wspomnienia Adriana kończą się bowiem w momencie, gdy zaczyna się jego życie "po" masakrze. Śledząc jego losy chociażby w internecie wiemy dobrze, że mimo zapewnień na ostatnich stronach, cień wydarzeń z wyspy będzie stale mu towarzyszył. Kolejne lata i kolejne udzielane wywiady odsłaniają nam prawdę o "wpływie" Breivika na ocalałych, o niszczącej sile wspomnień, nieuniknionym lęku przed wszystkim i wszystkimi.




Kilka dni temu oglądałam wywiad z Adrianem, w którym przyznaje, że po ponad dwóch latach od masakry na wyspie musiał poddać się leczeniu psychiatrycznemu, ponieważ niespodziewanie wróciły lęki, rzeczywistość zaczęła zlewać się z koszmarnymi wspomnieniami z wyspy. Adrian nie był w stanie zapanować nad sobą, każdy człowiek jawił się jako zagrożenie, a najmniejszy hałas zmuszał do ucieczki. Nigdy nie zrozumiemy ani tego, co się wtedy wydarzyło, ani też tym bardziej tego, z czym borykają się ofiary. Książka może jednak pomoc zrozumieć niewyobrażalną tragedię tamtych dni widzianą oczami jednej z ostatnich osób, do których Breivik strzelał. Myślę, że mimo licznych kontrowersji jakie powstały wokół książki, pomimo jej wycofania z księgarń, poprawek i sprzeciwów ze strony rodziny jednej z ofiar, książka ta jest potrzebna. Sam autor przyznaje, że była to swoistego rodzaju terapia, próba uporania się z traumą. Dla nas jest to świadectwo życia, które zbyt szybko zostało utracone, dziesiątek ofiar, które dopiero zaczynały marzyć, tych, którzy pozostali, ocaleli, choć boją się nadal zamykać oczy, bo obrazy wracają. Nie pozwala nam zapomnieć, nie daje spokoju, budzi nasze otępiałe umysły, przypomina, że gdzieś na świecie nadal ktoś walczy o lepsze jutro, mimo koszmarnego wczoraj...





Anna M.
















1 komentarz:

  1. Czytałem dwa razy i pewnie jeszcze przeczytam. Aż strach napisać, że "świetna książka".

    OdpowiedzUsuń

Recent Posts