10 października 2015

"127 godzin" Aron Ralston




"Pasja: to co cierpię, na co przystaję, co znoszę i co jest moim przeznaczeniem" - Aron Ralston






Książki opowiadają mi o świecie, którego nie widać na pierwszy rzut oka. Jesteśmy zbyt zajęci marnowaniem czasu na błahostki, aby dostrzec prawdziwe jego oblicze. Wolimy ekscytować się kolejnym skandalem jakiegoś celebryty lub śledzić losy rolnika, który od kilku sezonów ponoć szuka żony. Za dużo pracujemy, zbyt często się zamartwiamy, zbyt szybko żyjemy  i co jakiś czas wydaje nam się, że nasza codzienność nas przerasta. Nasze życie nagle zależy od kilku niewykonanych telefonów, od koszmarnych rozmów i dokumentów "na wczoraj". Wydaje nam się, że jeśli się rozchorujemy, to świat się zawali, bo przecież nagle nie jesteśmy perfekcyjni. Oceniają nas za wygląd, liczbę like'ów na Facebooku, markowe ciuchy lub ilość kilogramów. Takie dni prędzej czy później przychodzą, bo natłok informacji, którymi jesteśmy w dzisiejszym świecie bombardowani jest przytłaczający i nikt nie może uciec przez narastającym chaosem. Wtedy sięgam po książkę. Nie jest to powieść o wymyślonym świecie, najczęściej są to biografie, literatura faktu, a dziś właśnie skończyłam czytać "127 godzin" Arona Ralstona



"Nie jesteśmy ważni i wspaniali dlatego, że znajdujemy się na szczycie łańcucha pokarmowego, ani dlatego, że potrafimy kształtować swoje środowisko - ono nas przetrwa dzięki niezgłębionym siłom i niezwyciężonym mocom. Zamiast poddawać się własnej marności, okazujemy dzielność, gdy staramy się kierować własną wolą pomimo naszej efemerycznej i kruchej obecności na tej pustyni, an tej planecie, w tym wszechświecie" (s.21)



Aron Ralston był jednym z tych szaleńców, którzy sądzą, że nasza wartość zależy wyłącznie od tego, co zrobimy, a nie kim jesteśmy. Brał od życia całymi garściami, ryzykował i szukał coraz to nowych wyzwań, aby igrać ze śmiercią. Wydawało się, że zawsze się wymyka tylnymi drzwiami z każdej opresji. Aż do kwietnia 2003 roku, gdy postanowił samotnie wspinać się w kanionie Blue John w Utah. 




 
"Wśród niezbyt zamożnych mieszkańców naszych miast panuje milcząca zgoda co do tego, że lepiej być biednym, a mimo to bogatym w doświadczenia - spełniając swoje marzenia - niż cieszyć się tradycyjnym bogactwem i nie móc realizować swoich pasji." (s.25)




Tego dnia na prostym odcinku wspinaczki Aron spadł wgłąb szczeliny i jego prawa ręka została przygnieciona przez olbrzymi głaz. Został uwięziony, z dala od cywilizacji, bez potrzebnego sprzętu, telefonu, nawet najbliższa rodzina i przyjaciele nie wiedzieli gdzie przebywa. Nie potrafił się wydostać, nie miał zapasów wody, skazany był na powolną i długą śmierć z odwodnienia, wykrwawienia lub na skutek zakażenia. Przez 127 godzin próbował wszystkiego, aby ocaleć. Gdy skończyła się woda, pił własny mocz. Miewał halucynacje, na skraju hipotermii, by z promieniami słońca wracać do świata żywych. Miał ze sobą małą kamerę, więc codziennie nagrywał swoje pożegnanie z rodziną, mówił o swoich pasjach, spojrzeniu na siebie, modlił się do Boga, zawierał pakty z diabłem. Wszystko na nic. Wracał myślami do dzieciństwa, na nowo szeregował i porządkował świat swoich wartości.


"Tyle razy miałem szczęście, że nawet przelotne wizje mojego końca stawały się zabawką, którą obracałem w dłoniach, by doznać intensywnych uczuć, posmakować dramatycznego kontrastu między strachem ostatecznego unicestwienia a pragnieniem życia w pełni (...) Podczas mniej niebezpiecznych, ale wciąż jednak ryzykownych wypraw testowałem granice swej wytrzymałości, poddając się długotrwałemu działaniu cierpienia powodującego katharsis, pragnąc zburzyć swoje wewnętrzne mury, oczyścić ducha, doznać czegoś wznioślejszego niż nuda i stres, przezwyciężyć samego siebie". (s.160) 


Po 127 godzinach męczarni Aronowi pozostała tylko jedna możliwość. Nie chciał jeszcze się poddawać, z bardzo kochał życie, swoje pasje, dlatego prawie nieprzytomny z odwodnienia odciął sobie rękę małym scyzorykiem... i wyszedł ze szczeliny. Po kilku kilometrach wędrówki znaleźli go turyści. Przeżył.


"Jest 11.32, czwartek, 1 maja 2003 roku. Rodzę się w swoim życiu po raz drugi. Tym razem wychodzę z różowego łona kanionu, gdzie spędziłem okres inkubacyjny. I tym razem jestem dorosłym człowiekiem, rozumiem też znaczenie i moc owych narodzin, czego żaden z nas nie pojmuje, gdy rodzi się po raz pierwszy". (s.286)





(jedno z nagrań Arona)



Dalsze losy Arona są już inną historią. Powrócił do wspinaczki, podróżuje jako mówca motywacyjny, powstał nawet o nim nominowany do Oskara film. Ma żonę i syna, którego widział w wizjach na dnie kanionu.  Jednak nie wszytko układa się tak pięknie. W 2013 roku został aresztowany za przemoc domową... Walka ze sobą nadal trwa....


"Wiedząc o tym - gdybym miał cofnąć się w czasie - znów powiedziałbym Kristi i Megan <<do zobaczenia>> i ruszył sam w tę wąską szczelinę. Nauczyłem się wiele i nie żałuję swojego wyboru. Potwierdził on tylko moje przekonanie, że naszym celem jako istot duchowych jest podążanie za szczęściem, poszukiwanie pasji wieść życie, w którym możemy nawzajem znaleźć inspirację. Właśnie z tego bierze się wszystko inne. Kiedy znajdujemy inspirację, musimy podjąć działanie dla siebie i dla innych. Nawet jeśli oznacza to, że trzeba dokonać trudnego wyboru albo odciąć coś i pozostawić w przeszłości. Pożegnanie to także śmiały i obiecujący początek"




Lubię słuchać jego przemówień, opowieści o owych 127 godzinach, czy śledzić kolejne wyprawy w góry. I choć na jego życiorysie pojawiają się rysy, to jedno jest pewne - jego odwaga, determinacja i chęć życia zawsze będą mnie inspirować...




Anna M.



oficjalna strona Arona






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recent Posts