16 października 2015

"Przesunąć horyzont" Martyna Wojciechowska






"Mallory wiedział, iż droga jest ważniejsza niż cel, jako że prócz tego, co osiągnięte, zawiera się w niej to, co możliwe i zamyślane, upragnione. Cel jest skończony, droga nie i dlatego nie można jej oceniać ze względu na jej koniec. Ona prowadzi wciąż dalej"





Biorąc do ręki książkę Martyny Wojciechowskiej przypomniały mi się wszystkie kontrowersje wokół jej osoby i słowa krytyki, jakie na nią spłynęły odnośnie zdobywania Korony Ziemi. Moim zdaniem, a przecież mogę i ja takowe posiadać, mimo, że w górach byłam tylko dwa razy, Martyna dokonała rzeczy niezwykłej - zrealizowała swoje marzenie, nie poddała się krytyce, robi to, co kocha i jest szczęśliwa. Może i nie wspina się sportowo, może ma sponsorów, ale wejść na górę musiała sama, nikt tego za nią nie zrobił. Nie zdobyła Everestu z komercyjną wyprawą, ale w zespole, a nawet pomagał jej Simone Moro, zatem czapki z głów - dokonała tego. Czy nam się podoba, czy nie, prawda jest taka, że podczas, gdy my siedzieliśmy sobie w ciepłym domku, ona spała w lodowatym namiocie na wysokości ponad 7000 m. 



Everest traktuje wszystkich tak samo, nie oszczędza amatorów, ale też nie tylko ich zabija. Każdego roku próbuje pokonać górę i siebie tysiąc wspinaczy. Niewielu osiąga szczyt, jeszcze mniej z niego schodzi. W tym samym czasie, co Martyna wspinał się też doświadczony Simone Moro i przyznaję, że fragmenty książki opowiadające o nim i jego szalonym optymizmie chyba najbardziej do mnie trafiały. Ale Everest co roku zabiera wiele osób. W 2006 roku, w sezonie letnim, na zawsze zostało na na nim 12 wspinaczy. Najtragiczniejsza ze śmierci to historia Davida Sharpa, który 15 maja 2006 przesiedział całą noc na wysokości ok 8600m. Minęło go 40 wspinaczy, niektórzy nie zauważyli skulonej po pod skałą postaci, inni myśleli, że tylko odpoczywa i zaraz ruszy dalej, jeszcze inni, że już nie żyje. Nikt nie próbował go ratować... Gdy wreszcie ktoś się zatrzymał, było już za późno na cokolwiek... Zmarł samotnie tuż przy drodze... Taki los mógł spotkać każdego, bo coś, co się wydaje oczywiste z punktu widzenia ciepłego i wygodnego fotela komentatorów, jest niewykonalne w strefie śmierci... I nieważne ile masz pieniędzy, jak świetny sprzęt, nikt za ciebie nie zejdzie z tej góry... Dlatego zawsze będę miała szacunek dla Martyny za jej wyczyn, za siłę, odwagę i upór... No i za jej umiejętności...



"Powoli dociera do mnie myśl, że ... zdobyłam Mount Everest. Weszłam na najwyższą górę świata! Dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, że to nie ma żadnego znaczenia, że jedyne, co jest ważne, to Droga. Nie tylko droga na Everest, ale cała droga, którą pokonujesz w sobie, wewnętrzna motywacja, a potem cała przemiana, jaka się w tobie dokonuje. Wszystko, co najważniejsze - stało się już wcześniej.... Do szczytu zostało mi piętnaście kroków. Dogania mnie Darek i razem wchodzimy na szczyt o dziewiątej dwie"



zdj. pochodzi z martyna.pl



Dlaczego tyle czytam o górach? Hmmm, czytam raczej o ludziach gór. Inspirują mnie oni do działania tutaj "na dole". Poznając nowych bohaterów Everestu wiem, że przed nami nie ma nic niemożliwego. Każda przeszkoda może być pokonana, każde marzenie zrealizowane i nigdy nie jest tak źle, by się poddać. Nie interesują mnie techniki wspinania, nawet same góry nigdy nie były dla mnie na tyle atrakcyjne by po nich chodzić. Mnie zawsze ciekawi człowiek i jego wnętrze, ta niezwykła siła, która powoduje, że codziennie chce nam się iść dalej, żyć mocniej, więcej czuć i bardziej żyć... Ciągle szukam odpowiedzi na pytania o ludzką psychikę, o wartości, prawdę i to coś, co sprawia, że walczymy ze swoimi słabościami, pokonujemy własne lęki i ograniczenia, stajemy się wolni.


"Ciągle mam wrażenie, ze mój czas się kończy. Z kolejnym dniem mam jeden dzień mniej do przeżycia. W związku z tym każdą chwilę chciałabym przeżyć jak najlepiej. Pomysłów na wyprawy mam jeszcze tyle, że przeraża mnie tylko jedno: życia mi nie wystarczy, by zrealizować wszystkie marzenia. Everest uświadomił mi,że nie chodzi o cele. Chodzi o Drogę. O to, by cały czas być w ruchu. O to, by na szczycie spotkać się z samym sobą. A ja naiwnie myślałam, że chodziło mi o Najwyższy Wierzchołek Świata".



Dziś mija 37 lat od pierwszego polskiego wejścia na Mount Everest - 16 października 1978 roku na szczycie stanęła Wanda Rutkiewicz - pierwsza Polka i pierwsza Europejka. W 2006 roku, czyli po 28 latach, Martyna Wojciechowska była... trzecia Polką na Dachu Świata...



Anna M.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recent Posts