1 listopada 2015

"Everest. Na pewną śmierć" Beck Weathers





"Większość ludzi nie chce wstawać o trzeciej nad ranem, żeby wyjść na zewnątrz i katować się przez dwanaście godzin. Ale my to robiliśmy. Albo to lubisz, albo nie".








Lubię czytać o górach, choć byłam w nich chyba tylko ze dwa razy. Nigdy się nie wspinałam i nie będę, to zupełnie nie moja bajka, ale przeczytałam większość książek o himalaistach. Dlaczego? Bo cenię ludzi, którzy dla pasji potrafią poświęcić wszystko, którzy nie boją się wyzwań. Inspirują mnie historie o ich poświęceniu, heroizmie, wytrwałości, walce ze sobą i przeciwnościami.  Daje mi to niezłego kopa w mierzeniu się z codziennością...




Mount Everest zawsze był dla mnie metaforą, pomagał mi w mojej drodze, był i jest celem wędrówki. Uczę w szkole, i odkąd pamiętam chciałam z tej szkoły zwiać. Zawsze marzyłam by być kimś innym, niż jestem i robić zupełnie coś innego, niż wskazywały moje talenty. Chciałam być misjonarzem, pracować w organizacjach pokojowych, wstąpić do wojska - jednym słowem - być kimś ważnym i osiągnąć coś spektakularnego. Życie szybko zweryfikowało moje marzenia i po 13 latach nieustannej walki z wiatrakami skapitulowałam. Dopiero wtedy odkryłam, że szkoła i nauczanie od zawsze były moja pasją, choć nie chciałam się do tego przed sobą przyznać, bo to takie "zwyczajne"... Wstaje człowiek codziennie rano, przez kilka godzin uczy oczywistych oczywistości i tak długo to robi, aż osiągnie cel, a przynajmniej tak mu się wydaje. Kolejnego dnia robi dokładnie to samo, zupełnie od nowa... Bez rozgłosu, bez kamer. Do tego każdy przy zdrowych zmysłach ciągle pyta: "po co to robisz? Nie rozumiem, jak można lubić uczyć dzieci?" Myślę sobie zatem, że jestem takim samym "szaleńcem", jak himalaiści. Dlatego chyba tyle o nich czytam. 



Autora chyba nie trzeba przedstawiać. John Krakauer pisząc swoją książkę "Wszystko za Everest" wyrył w naszej świadomości i pamięci historię nie tylko swojej wspinaczki, ale i każdego z uczestników tamtej tragedii. Jednym z nich był właśnie Beck Weathers. Jego książka jednak nie koncentruje się na samych wydarzeniach z 1996 roku, bo autor chętniej opowiada o swoim życiu "przed", o depresji, ucieczce w góry, o rodzinnych problemach. Rozważa sam wypadek przez pryzmat punktu zwrotnego, jaki wtedy nastąpił. My znamy ową historię jedynie z doniesień medialnych, czy też z do tej pory wydanych książek. Teraz możemy posłuchać jednego z ocalałych, który utratę rąk  odczytuje wbrew pozorom jako błogosławieństwo. Jeden dzień, jedno doświadczenie, jeden dramat wyrwał go z życia jakie dotąd wiódł i pozwolił inaczej spojrzeć na siebie i najbliższych. Ocalał nie tylko tam na Evereście, ale w każdym możliwym aspekcie, ocalał jako mąż i ojciec, jako lekarz i jako himalaista.



"(...) duży wysiłek w górskiej dziczy i skupienie na osiągnięciu celu uwalniały mnie choć na chwile od pogłębiającej się depresji. Tutaj mogłem otrząsnąć się z przygnębienia, bo góry - szczególnie wysokie, jak się przekonałem - zmuszają cię do bycia tu i teraz. Koncentrujesz się na tym, żeby iść do przodu, i na tym, co cie otacza. Fizycznie i psychicznie jesteś wolny od świata, który został w dole. Wspinaczka stała się więc dla mnie formą kuracji." (s.177)
 


Dużo o tym myślałam, bo intryguje mnie to, ile człowiek jest w stanie przetrwać i znieść, jakie ma granice wytrzymałości nie tylko fizycznej, ale przede wszystkim psychicznej. W sytuacjach kryzysu możemy liczyć na to, kim jesteśmy jako ludzie, na to, co wypracowaliśmy przez całe nasze życie. W trudnych chwilach okazuje się, jacy jesteśmy. Tu na "dole" możemy się przechwalać, być "super bohaterami", ale każdy z nas ma chyba swój Everest. Tam, na "naszej górze" ostatecznie pokazujemy prawdziwe oblicze, sprawdzamy siebie. Codziennie mozolnie pniemy się w codzienności i zupełnie niezauważeni przez nikogo milcząco przechodzimy przez życie. Krok za krokiem. Może wejście na szczyt górski jest bardziej spektakularne, ale czy np. uczenie dzieci nie bywa równie wielkim wyzwaniem?



"Ludzie często pytają mnie, czy zrobiłbym to ponownie. Początkowo myślałem: <<Co za głupie pytanie!>>, jednak gdy zastanowiłem się nad tym dłużej, zrozumiałem, że w istocie jest to bardzo trudna i głęboka kwestia. Odpowiedź brzmi następująco: nawet  gdybym doskonale wiedział, co mnie spotka na Mount Evereście, zrobiłbym to jeszcze raz. tego dnia na górze wymieniłem moje dłonie na rodzinę i przyszłość. Bez wahania godzę się na taki układ. Po raz pierwszy w życiu czuję spokój. Nie staram się już definiować siebie samego przez to, co na zewnątrz, przez cele, osiągnięcia i posiadane przedmioty. Po raz pierwszy w życiu czuję się dobrze we własnej skórze. Szukałem na całym świecie czegoś, co da mi poczucie spełnienia, a przez cały czas miałem to u siebie, na własnym podwórku. Koniec końców jestem szczęściarzem. Co ważniejsze, wiem o tym." (s.300)




Może warto mieć swój własny cel, choćby inni go dyskredytowali, wyśmiewali i pukali się w czoło na nas widok. Może nie każdy zrozumie nasze życiowe priorytety, może nie są one dochodowe i nie wróżą wielkiej kariery. Ale czym byłby dzień bez owej "wspinaczki"???






Anna M.












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recent Posts