18 stycznia 2015

"Nauczycielskie perypetie. O wojnie wszystkich ze wszystkimi" Dariusz Chętkowski






"Nie, no to nie do wiary. Nie, to być nie może. Osiem lat podstawówki, cztery liceum. Potem pięć, bite, studiów, dyplom z wyróżnieniem, dwadzieścia lat praktyki, i oto mi płacą, jak by ktoś dał mi w mordę.(...) O, bracia poloniści, siostry polonistki, sto trzydzieścioro było nas na pierwszym roku. Myśleliśmy, że nogi Boga złapaliśmy, że oto nas przyjęto do szkoły poetów. Szkoła poetów, (...) ! Przez pięć lat stron tysiące, młodość w bibliotekach. A potem bida, bida i rozczarowanie! A potem beznadzieja i starość pariasa i wszech porażająca nas wszystkich pogarda, władzy od dyktatury, aż po demokrację, która nas, kałamarzy, ma za mniej niż zero. Dlaczego władza każdej maści ma mnie za nic? Czy czerwona, czy biała, jestem dla niej śmieciem! Pod każdą władzą czuję się jak kundel! Czemu nie jestem chamem ze sztachetą w ręku? Ktoś by się ze mną liczył gdybym rzucił cegłą! A przecież stanowimy sól ziemi. Tej ziemi! Mimo że nie jesteśmy prymitywną siłą, dyktaturami zawsze wstrząsają poeci! Wtedy nas potrzebują, zrozpaczone masy, które nie widzą dalej niż kawał kiełbasy! Które nie widzą dalej..." (Adam Miauczyński z "Dnia Świra" podczas odbierania pensji nauczyciela wynoszącej wtedy 777 zł)



Kilka lat temu pojawił się w kinach głośny film "Dzień świra" i choć główny wątek nie dotyczył szkoły, to w pamięć zapadł jednak fakt, że Adaś Miauczyński był znudzonym życiem i rozczarowanym swoją pracą nauczycielem. Moje dwie kultowe sceny to odbiór wypłaty w kasie i druga: Adaś prowadzi zajęcia i tylko jedna uczennica wydaje się go słuchać... Oj, jakie to bliskie każdemu, kto kiedykolwiek choć na chwilę połączył swoje życie z systemem edukacji w naszym kraju. O szkole krążą mity, zresztą podobnie jak o naszych zarobkach i wakacjach...









Książka Dariusza Chętkowskiego "Nauczycielskie perypetie. O wojnie wszystkich ze wszystkimi" to zbiór przeróżnych historii z życia szkolnego autora. Nie są to jednak wspomnienia ucznia, ale szczere i odważne obserwacje nauczycielskie zza okopów, jak na wojnę w tytule przystało. Walki toczą się na wszystkich frontach: nauczyciele - uczniowie, nauczyciele - rodzice, nauczyciele - nauczyciele i wreszcie nauczyciele i dyrekcja. Książka w moim odczuciu jest niezwykle prawdziwa ale i pesymistyczna. Końcowa jej część poświęcona jest bohaterom i ofiarom. Czytając te często bardzo odważne opowieści z nauczycielskiego podwórka śmiałam się, kiwałam z niedowierzaniem głową, szeroko otwierałam oczy i wiele razy niestety przyznawałam racje autorowi. Chylę też czoło przez nim za odwagę... Dariusz Chętkowski pisze o tym, o czym inni milczą, udają, że tego nie ma, nie chcą nic widzieć. Szkoła według autora to pole bitwy wszystkich z wszystkimi. Tak zakłada system, tak postępują zmęczeni biurokracją nauczyciele i przyzwyczajone do przeładowania materiałem dzieci. Każdy ma swoje roszczenia, żale, racje, ale jest światełko nadziei. Otóż Dariusz Chętkowski przyznaje, że napisał książkę, aby inni mogli się uczyć na jego i jego kolegów po fachu błędach. Unikną wtedy bolesnych porażek i zbędnych problemów we własnej szkole. Bo świat z tablicą lekcyjną w tle może i powinien wyglądać inaczej niż to ma miejsce w zdecydowanej większości polskich szkół.



"Moja znajoma mająca za sobą dwudziestoletnie doświadczenie w pracy w szkole powiedziała kiedyś: <<Gdybym wiedziała, co mnie czeka, strzeliłabym sobie w łeb>>. Żyje do tej pory i jakoś sobie radzi z uczniami. Nie czułaby się zawiedziona, gdyby mogła odpowiednio wcześnie, jeszcze przed dokonaniem wyboru zawodu, gruntownie poznać, na czym polega praca nauczyciela. Niestety studia pedagogiczne w wystarczającym stopniu nie przybliżają studentom specyfiki pracy w szkole, lecz zapoznają ich głównie z teorią. Ludzie często też wierzą w stereotypy, na przykład, że lekarze to łapówkarze, prawnicy to cynicy, a nauczyciele to osoby, które pracują tylko cztery godziny dziennie i maja wiele wolnych dni. Kto zatrudnił się w szkole, kierując się stereotypową wiedzą o profesji nauczycielskiej, ten może się czuć oszukany. Fakty są przecież inne niż potoczne opinie" (s.9)



Mimo wszystkich wad systemu oświaty kocham być nauczycielem, lubię uczyć, uwielbiam pracę z dziećmi. Dzieciaki mnie rozwijają, zmuszają do weryfikacji własnych przekonań i poszukiwania nowych rozwiązań. Ich uśmiech jest bezcenny... Nauczyciel powinien być przewodnikiem, przyjacielem dziecka, pierwszą osobą, do której uczeń może się zwrócić, gdy czegoś nie rozumie, nie wie. Dziecko musi mieć zaufanie, wtedy z pewnością nie będzie bało się pytać, a tylko ciekawość rozwija. Zawsze zachwyca mnie ciekawość dzieci, ich szczerość i autentyczność, nawet gdy rozrabiają. My, dorośli/nauczyciele, często ukrywany swoje prawdziwe uczucia, intencje, zakładamy maski. Uczy nas tego niestety obłudny świat, fałszywi znajomi, serwowany przez konsumpcjonizm chory system wartości.. Dziecko jest otwarte, więc jeśli jest mu źle to pokaże to w jakiś sposób. Oczywiście prawie zawsze pierwszym zaatakowanym będzie nauczyciel, ale jeśli zada on sobie pytanie, dlaczego dziecko tak się zachowało, może uchwycić problem i wejść do świata swoich podopiecznych. Życie uczy pokory... Kiedyś moja sąsiadka krzyczała na swoją córeczkę. Weronika chodziła do przedszkola lub pierwszej klasy. Kilka razy była już u nich policja ... Tym razem mała nie chciała wstać rano do szkoły, a "mamusia" się spieszyła i krzyczała na nią, wyciągała na siłę z łóżka, przeklinała. Zadałam sobie wtedy pytanie: jaka Weronika będzie dziś w szkole? Co można od niej wymagać po takim poranku i relacjach z mamą? Jej świat się porozbijał, a w szkole ma się uczyć jakiegoś głupiego dodawania? Przed takimi pytaniami musi stanąć każdy nauczyciel. Od tego dnia patrzę na dzieci przez pryzmat tego, kim są, a nie co potrafią. Jeśli tego nie zrozumiemy, nie będziemy w stanie niczego w szkole nauczyć. A dzieci są niewinne, ufne, ciekawe świata. Może "Marysia" nie jest genialnym matematykiem, ale potrafi pomagać wszystkim w klasie. A "Stasiu"? Zawsze przeszkadza, ale ma złote serducho i opiekuje się młodszym rodzeństwem. Co z tego, że "Kinga" nadal nie potrafi biegle mnożyć, ale uczy się dzielnie tabliczki i wkłada w to dużo pracy... To jest jej sukces, bo wierzy, że potrafi...



Kocham rozmawiać z moimi uczniami, pokazywać im różne sposoby rozwiązywania problemów, wskazywać wartości, zachęcać do relacji. Nie ma nic ważniejszego niż dzieci, od nich zależy to, jak ten świat będzie wyglądał. Ich pasje, marzenia i plany powinny być naszym skarbem. Czasem zwykły uśmiech i zainteresowanie mogą sprawić, że mały człowiek wyrośnie na wielkiego odkrywcę. Każde dziecko może osiągnąć tak wiele, stoi przed nim cały świat.



Ale nie, nie, nie jest tylko różowo. Niestety my, dorośli/ nauczyciele, zbyt często uciszamy dzieci, każemy im tylko słuchać naszych mądrości, mówimy niezrozumiałym dla młodego pokolenia językiem, nie lubimy pytań, nie chcemy zrozumieć, zabijamy pasje i ciekawość.  Sama nie zawsze to wszystko tak jasno widzę... Są dni kiedy przychodzę do domu i obiecuję sobie, że to był ostatni dzień mojej pracy. Nigdy więcej! Rzucam torbą, trzaskam drzwiami. Kryzysy są chyba nieuniknione, trzeba je przetrwać. Ciągle szukam autorytetów, wzorców. Kiedy mam już dosyć, dzwonię do znajomych, spotykam się z nauczycielami i dzielimy się tym, co przeżywamy.  Ale potem znów budzę się z nową energią, aby jednak coś zmienić, czegoś nauczyć, pokazać, że świat może być piękny i ciekawy.


"Żaden nauczyciel nie jest od kołyski aż do grobu dobrym nauczycielem, podobnie jak żaden nie jest wiecznym nieudacznikiem. Każdy przeżywa wzloty i upadki. Chodzi o to, aby upadki trwały krótko, a wzloty długo. Niestety bywa odwrotnie - sukces przelatuje niczym błyskawica, a klęska rozsiada się, nie zamierzając odejść".


I Dariusz Chętkowski i inni nauczyciele nie poddają się jednak zbyt szybko! Codziennie rano gdy na pustych jeszcze korytarzach rozlega się pierwszy dzwonek, kolejny raz staramy się być dla naszych uczniów, zwyczajnie - być. Dopiero potem przekazać im to, czego przed laty sami się nauczyliśmy i co później boleśnie zweryfikowało życie. A gdy milkną dzwonki, nadal poprawiamy zeszyty, sprawdzamy kartkówki, i zastanawiamy się, jak jutro być lepszym nauczycielem...


Na koniec polecam kilka filmów o nauczycielach, szkole i autorytetach. Mi pomogły zrozumieć, kim chce być. Część z nich oparta est na faktach, śledzę losy bohaterów, uczę się od nich, czytam ich książki...




* "Historia Rona Clarka" (oparty na faktach) -  o Ronie Clarku wielokrotnie już pisałam







"Carte Blanche" -  dopiero wchodzi do kin - oparty na faktach film o lubelskim nauczycielu...







"Wytańczyć marzenia"  - prawdziwa historia  Pierre'a Dulaine'a,







* "Młodzi gniewni"  (film wszedł do kim w 1995 roku, byłam jeszcze w podstawówce i chciałam być taką nauczycielką!)








* "Stowarzyszenie umarłych poetów"  - inny wymiar nauczania







* "Pan Lahzar"   (ważny dla mnie film...)








I   MÓJ  NAJWIĘKSZY  AUTORYTET  - Ron Clark     (wywiad rozpoczyna się od 2 minuty)








Jest jeszcze wiele innych godnych uwagi filmów i przede wszystkim książek. Polecam!

Anna M.







14 stycznia 2015

"Dzika droga" ruszyła dalej













14.01.2015   "Dzika droga" (II egzemplarz) znów wyruszyła w podróż...
tym razem do Włoch!

do BasiB








O projekcie przeczytasz tutaj..."Podróż z Cheryl"...






POWODZENIA

Anna M.



 





6 stycznia 2015

Podróż z Cheryl...








O "Dzikiej Drodze" pisałam już wielokrotnie. Dla mnie to bardzo osobista i szalenie emocjonalna podróż wgłąb siebie. Wszystkie moje przemyślenia zawarłam tutaj:











Dziś wracam do lektury i do pewnego szalonego pomysły. Kochani, w 2013 roku rozpoczęłam PROJEKT czytania i przesyłania książki Cheryl Strayed  "Dzika Droga". Niestety po 14 przystankach w Polsce, książka zaginęła, tzn. wiem, gdzie jest, ale od blisko roku Nicole nie chce jej oddać. Trudno, liczyłam się z tym, że trafią się nieuczciwi pseudo czytelnicy. Cóż.... czekałam zbyt długo w nadziei, że prześle książkę dalej, pisałam do niej, prosiłam. Inne dziewczyny też pisały, ale Pani Nicole zupełnie nie rozumie, że postępuje źle. 



Po serii bardzo nieprzyjemnych wiadomości od Nicole, zaprzestałam dopominać się o moją własność, ale nie poddaję się i wznawiam Projekt. Wczoraj wypatrzyłam "Dziką Drogę" na półce mojego kumpla (Karol, dzięki, że mi ją dałeś) i już jest u mnie (powiedzmy "pożyczona"). Cheryl kolejny raz mnie odnalazła...





Książka przepadła, ale uznałam, że najważniejsza była i jest historia Cheryl i jej podroż. To ona mi towarzyszyła w bardzo trudnym dla mnie okresie,  jej zapiski, przemyślenia i walka o każdy kolejny dzień. Dlatego wysyłam Cheryl w kolejną podróż, aby zmieniała życie innych. Nowa nazwa projektu to  "Podróż z Cheryl..."



"Był to układ, który zawarłam sama ze sobą wiele miesięcy wcześniej, i jedyna rzecz, która pozwalała mi samotnie podróżować. Wiedziałam, ze jeśli pozwolę, by opanował mnie strach, moja podróż będzie skazana na porażkę. Strach w znacznym stopniu rodzi się z tego, co sami sobie wmówimy. Postanowiłam zatem wmówić sobie coś innego, niż zwykle opowiada się kobietom. Zdecydowałam, że jestem bezpieczna. Jestem silna. Jestem dzielna. Nic mnie nie pokona".
                                                                                           ("Dzika Droga" Cheryl Strayed)





Do książki dołączam stare listy od poprzednich uczestniczek (niestety nie wszystkie) Na szczęście, gdy moja książka była u mnie w styczniu 2014 roku zeskanowałam większość wpisów i listy. Notatki w starej książce bezpowrotnie przepadły...





Listy od uczestniczek projektu...





O losach pierwszej książki przeczytacie tutaj.    






 / MAŁE PRZYPOMNIENIE /



Wybrałam powieść/dziennik "Dzika droga" Cheryl Strayed (tutaj znajdziesz moje przemyślenia po lekturzeChciałabym, aby książka, która opowiada o trudnej i fascynującej jednocześnie drodze, odbyła własną drogę. Marzy mi się książka żyjąca własnym życiem, taka, która szuka swoich czytelników i spisuje własną historię. 

Pomyślcie tylko - wędrująca z rąk do rąk książka, na chwilę goszcząca u czytelnika, zmieniająca cząstkę jego życia i wysyłana dalej. A w każdym miejscu, w każdym domu, który otworzył przed nią swoje drzwi, zapisująca kolejną pamiątkowa kartkę. Taka książka nie umiera nigdy, a opowiedziana w niej historia inspiruje kolejnych czytelników... zmienia świat...


ZASADY

  • Odbierasz książkę z poczty, albo uprzejmy listonosz przynosi ją nad do domu...
  • Umieszczasz na swoim blogu baner i informacje o Akcji "PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ" wraz z powyższymi punktami...
  • Czytasz z zapartym tchem...
  • Koniecznie robisz zdjęcie z książką (może być w jakimś charakterystycznym dla ciebie miejscu) Umieszczasz krótką refleksję na swoim blogu (jeśli takowy posiadasz) i przesyłasz link do mnie, jako pomysłodawcy akcji  - zrobimy wspólnie relację z wędrówki książki... poznamy się wzajemnie... może nawet stworzymy klub wędrującej książki. 
  •  Do książki koniecznie należy się wpisać, zaznaczyć swój ulubiony fragment, pozostawić po sobie ślad :)
  • Wybierasz nowy dom dla książki,  wysyłasz ją  dalej :) Z dreszczykiem emocji śledzisz dalszą drogę książki, która ma szansę być wolną i zdobyć nowe światy...


Do tej pory Cheryl odwiedziła wiele miejsc...





  W lutym do polskich kin wchodzi film o Cheryl Strayed inspirowany właśnie książką "Dzika Droga".










Czekam do niedzieli 11.01. na zgłoszenia do kogo mam wysłać książkę :)







Anka M.





3 stycznia 2015

"J.R.R. Tolkien. Pisarz stulecia" T.A. Shippey




 



"Trzy Pierścienie dla królów elfów pod otwartym niebem,
Siedem dla władców krasnali w ich kamiennych pałacach,
Dziewięć dla śmiertelników, ludzi śmierci podległych,
Jeden dla Władcy Ciemności na czarnym tronie
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie,
Jeden, by wszystkimi rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć,
Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie".
("Władca Pierścieni) 




Któż nie zna tej złowrogiej legendy, czy jednak znamy jej twórcę? O samym Tolkienie już pisałam (zobacz tutaj). Wspominałam też o przyjaźni Tokiena i Lewisa (link do posta). Tym razem chcę napisać o historii powstania "Hobbita" i "Władcy Pierścieni" i wpływie tych książek na moje postrzeganie świata. Nie od dziś wiadomo, że Tolkien był filologiem i fascynował się językami, głównie staroangielskim i jego dialektami. Każdy  świadomy miłośnik literatury wie też, że pisarz najpierw stworzył języki Śródziemia ze ich gramatyką i historycznymi dialektami, a dopiero później wymyślił wszystkie pradawne legendy i historie. To od słowa wszystko się zaczęło, nazwy, mity, przepowiednie i zapomniane historie. Tolkien przez lata nosił w sercu Shire, Rivendell, a nawet odległy Isenard. Ale życie toczyło się swoim zwykłym, monotonnym rytmem.  Pamiętajmy, że twórca Shire'u  wykładał na Oksfordzie. Jednak podczas wielogodzinnego i nudnego sprawdzania prac egzaminacyjnych stało się coś nieoczekiwanego:







"W tych okolicznościach (jakie niosą one napięcie, rozumie tylko ten, kto musiał ocenić, powiedzmy, pięćset ręcznie napisanych prac na ten sam temat) Tolkien przewrócił kartkę, by odkryć, że kandydat: <<Na szczęście zostawił jedną pustą stronę (co jest najlepszą rzeczą, jaka może się przydarzyć egzaminatorowi), więc napisałem na niej /W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit/. W końcu pomyślałem, że chyba powinienem się dowiedzieć, jacy są ci hobbici. Ale to był dopiero początek.>> Taki był początek, ale - podobnie jak było z Bilbem, gdy znalazł pierścień w tunelu w rozdziale piątym "Hobbita" - <<moment ten miał odmienić całe jego życie>>. Wiemy, że Środziemie w pewnym sensie istniało już w głowie Tolkiena, gdyż od przynajmniej 1914 roku spisywał elfie i ludzkie legendy (...) Jednak Śródziemie nigdy nie przyciągnęłoby powszechnej uwagi, gdyby nie hobbici" (s.33-34) 




 


Autor książki, Tom Shippey, sam jest wykładowcą na Saint Louis University i od lat zajmuje się literaturoznawstwem, w szczególności twórczością Tolkiena. Jego książka jest zatem bardzo wnikliwym studium nad językiem, nazwami i procesem kształtowania się opowieści o Śródziemiu, bo nie tylko o "Hobbicie" i "Władcy Pierścieni" możemy w niej przeczytać. To zbiór pewnych myśli i motywów obecnych w tym, co pisał Tolkiem. Dowiadujemy się jak formowały się starożytne legendy, jak zmieniał się język w poszczególnych Erach Śródziemia. To wreszcie też dokładna charakterystyka głównych bohaterów odwiecznej walki z Sauronem. Trzeba dobrze znać książki Tolkiena, aby zrozumieć nakreślone przez Shippey'a tropy. Można wtedy podążyć ich śladem i jeszcze pełniej odkryć geniusz Tolkiena, jego pasje i lęki, prawdy rządzące wszechświatem i zrozumieć prastare pieśni. Niestety ci, którzy według statystyk czytają pół książki rocznie, poznali "Władcę Pierścieni" dopiero wtedy, gdy Peter Jackson zrealizował swoje niezwykłe marzenie i nakręcił trylogię pod tym samy tytułem. Wtedy każdy chciał wiedzieć coś o Gandalfie, hobbitach czy wreszcie o dzielnym Aragornie. "Niedzielni czytelnicy" mają wrażenie, że powieść stała się popularna dopiero wtedy, gdy Viggo Mortensen i Liv Tyler trafili na plakaty promujące film. Tymczasem "Władca Pierścieni" J.R.R.Tolkiena wygrywał wszystkie plebiscyty na najlepszą książkę przez kolejne lata na długo przed filmem. Przypadek? Nie! Fenomen!




Co kocham we "Władcy Pierścieni"? Właśnie język, dawne legendy i podania. Tolkiem spisał pragnienia ludzi każdej epoki, ubrał w słowa nasze tęsknoty, lęki i nadzieje. To wszystko sprawia, że świat Śródziemia naprawdę istnieje. Żyją gdzieś elfy, choć może dawno zatraciliśmy drogę do  Rivendell. Nie widzimy hobbitów i nie słyszymy pradawnej mowy Entów, ale każdy przecież ma swoje Shire i każdy z nas przeczuwa i lęka się wyglądającego z Mordoru Zła. 





  "Nikt prawie nie wie, dokąd go zaprowadzi droga, póki nie stanie u celu"
("Władca Pierścieni")

 








Anna M.
P.S. Dziś rocznica urodzin Tolkiena :) Happy Birthday!!!







2 stycznia 2015

"Pomyleni. Chorzy bez winy"" Irena Cieślińska






Zawsze wiedziałam, wewnętrznie wyczuwałam, że istnieje świat ukryty przed szerokim wzrokiem społeczeństwa. Doświadczyłam tego wielokrotnie, będąc po tej drugiej stronie. Zbyt często dzielimy ludzi na zdrowych i chorych, bogatych i biednych, inteligentnych i głupich. Podziałów jest mnóstwo i każdy z nas choć raz został zaszufladkowany przez tych innych, lepszych. Ale nie o takim świecie pisze Irena Cieślińska. To byłoby zbyt proste. Bogactwo, niepełnosprawność, status społeczny, poziom wykształcenia, czy miejsce zamieszkania widać na pierwszy (no dobra czasem na drugi) rzut oka. Nie boimy się ludzi biednych, niepełnosprawnych, gorzej sytuowanych. Jesteśmy w stanie zrozumieć i pomóc nędzarzom, uzależnionym, chorym. Ale istnieje jeszcze jedna kategoria ludzi, którzy chorują nie ze swojej winy, a ich przypadłość jest często nierozumiana przez innych. Izolują się od społeczeństwa lub to społeczeństwo ich odpycha, bo nagle niedolni są do normalnego funkcjonowania. Jedni odziedziczyli wadliwe geny, inni nabyli "chorobę" wraz z przeziębieniem, jeszcze inni nie znają powodu nagłego pogorszenia zdrowia. Część chorych umiera krótko po diagnozie, inni muszą nauczyć się kontrolować objawy i żyć ze swoimi ograniczeniami.


Książka "Pomyleni. Chorzy bez winy" nie jest bynajmniej encyklopedia medyczna, ale jest zbiorem historii ludzi i ich chorób. Poznajemy m.in. Glorie Lenhoff, światowej sławy śpiewaczkę operową, która  cierpi na zespół Williamsa, czyli "elfizm". Ma absolutny słuch, śpiewa w każdy usłyszanym nawet przypadkowo języku, Jest bardzo wrażliwa, niezwykle towarzyska, ale jednocześnie nie potrafi policzyć do 10, podpisać się, zawiązać butów i przejść samodzielnie przez ulicę. Jak to możliwe? Kim jest? Jak mierzy się z codziennością i co czuje? W innym rozdziale dowiadujemy się, czym jest zespół Pradera-Williego. To choroba, na którą cierpi trzynastoletnie Lily - jest ciągle głodna. Cokolwiek by zjadła, po chwili zwija się z głodu, jakby od kilku dni nie miała nic w ustach. Dla jedzenia jest w stanie kraść, oszukiwać, kłamać. Wszyscy w jej otoczeniu muszą ją kontrolować, zamykać szafy na zamki, nawet okoliczne pizzerie wiedzą, że nie wolno od niej przyjmować zamówienia. Ale to nie koniec, poznajemy też narkoleptyków, dzieci z syndromem Alicji, czy małą Sophie, która z powodu strachu przez dentystą nic nie jadła i zmarła z głodu. Historie ludzi, którzy nie czują własnego ciała, czy tych, którzy zamykając oczy widzą demony są jak opowieści nie z tego świata. A to tylko cześć opowieści...



Na próżno jednak szukać w książce medycznych opisów przypadków, bo to nie przewodnik po dziwnych schorzeniach. "Pomyleni" to zapis wewnętrznego świata osób, które nie z własnej winy są po drugiej stronie muru. To zaproszenie do ich świata, codzienności, walki z przeciwnościami, ukrywania choroby i radzenia sobie z objawami. Ów mur budują wszyscy, ponieważ boimy się tego, czego nie rozumiemy i łatwo przyszywamy  krzywdzącą i nieprawdziwą łatkę "chorzy psychiczni". Nie zadajemy sobie trudu, by poznać historię człowieka, a nie historię jego choroby. Wiedzieliście, że Brad Pitt, podobnie jak sama Autorka tej książki,  cierpi na prozopagnozje, czyli nie rozróżnia twarzy. Irena Cieślińska opisuje swoje dramatyczne przeżycia, kiedy nie mogła w gromadce dzieci w przedszkolu rozpoznać swoich pociech lub gdy nie poznała męża, bo włożył inny sweter, a szefa nie wpuściła na bankiet. Inaczej funkcjonuje, nie ze swojej winy.  Na co dzień musi tłumaczyć się z tego, że nie poznaje ludzi, często mają o to pretensje. Książka pełna jest przykładów sławnych i znanych ludzi, którzy są "chorzy"... Johnny Depp cierpi na clourofobie, Napoleon, Juliusz Cezar i Aleksander Wielki irracjonalnie bali się kotów, a Pamela Anderson unika luster. Czy wiedzieliście tez, że Lewis Caroll pisząc "Alicję w Krainie Czarów" mógł opierać się na własnych doświadczeniach?  Czy on również był chory? Dziś nie można jednoznacznie tego stwierdzić, ale 150 lat po jego opowieściach o króliczej norce, udało się zarejestrować, jak syndrom Alicji zmienia aktywność elektryczną mózgu. Chorzy na prawdę mają uczucie spadania, widzą nienaturalnie duże lub nagle małe osoby i przedmioty. Przestrzeń się zakrzywia, ze nie sposób wyjść z domu, natomiast czas wariuje...



ZROZUMIEĆ  BOLERO


Chciałam opisać dziś jeszcze jedną historię dwojga osób: Maurice'a Ravela, genialnego francuskiego kompozytora i kanadyjskiej malarki Anny Adams. To dwie z pozoru różne osoby - inny kontynent, czas, zainteresowania. Połączyła ich choroba Picka, która uszkadza lewą półkulę mózgu, odbiera mowę, skazuje na samotność i nieuniknioną śmierć. Pojawia się znikąd i  zabija. Objawy są nagłe i trudne do wyjaśnienia: pogorszenie nastroju, zachowania kompulsywne, powtarzanie czynności, zanik mowy, niezdolność rozróżniania liter... 


"Czy dlatego we wczesnej fazie choroby Maurice Ravel napisał najbardziej kompulsywny z utworów muzycznych - swoje sławne i rozpaczliwe Bolero? Naprzemiennie powtarzane dwie linie melodyczne, osiem razy w ciągu 340 taktów, wciąż głośniej, wciągając coraz większą liczbę instrumentów, przyspieszające aż do finałowego załamania. Ravel, pisząc Bolero w 1928 roku, miał 53 lata. Ani on, ani jego przyjaciele nie podejrzewali nawet nadchodzącej tragedii (...)"(s.47)


Anna Adams, matka czwórki dzieci, doktor biologii molekularnej, z dnia na dzień stawała się zupełnie obca rodzinie. Nagle zainteresowała się malarstwem, kompulsywne tworząc te same motywy. Nikt ni potrafił tego wyjaśnić. Później przestała mówić, nie potrafiła też liczyć. W 2002 r. również u niej zdiagnozowano chorobę Picka. 



"Czy dlatego we wczesnej fazie choroby Anna (...) słuchała niemal wyłącznie muzyki Ravela? I czy dlatego, mając 53 lata, namalowała swój niezwykły obraz Unravelling Bolero (rozwikływanie Bolera). Zaabsorbowana motywami powtórzeń, pokryła płótno regularnym wzorem 340 prostokątów, uporządkowanych z matematyczną precyzją, po jednym na każdy takt utworu. Wysokość figury odpowiada natężeniu dźwięku, kształt - czasowi trwania nuty, kolor - tonacji. Chłodne błękity i poszarzałe zielenie wypełniają obraz aż do nieoczekiwanej zmiany w 326 takcie, finałowego załamania utworu przynoszącego feerię różów i niepokojących pomarańczy" (s.48)



Polecam książkę Ireny Cieślińskiej! Jest bowiem fascynującą podrożą przez zakamarki i tajemnice ludzkiego mózgu, zapisem tego, czego nie rozumiemy, próbą uchwycenia świata, który dla "zdrowych" nie istnieje, bo jest inny, niemożliwy do ogarnięcia, tajemniczy.







Dla mnie nieśmiertelna pozostanie interpretacja utworu przez łyżwiarzy Torville & Dean z Sarajewa. Pierwszy raz w historii przyznano im same 6.0 Para była dość kontrowersyjna, wstrząsnęli światem łyżwiarstwa, nie stosowali się do żadnych zasad i technik, kazano im np. skrócić program do wymaganych minut, a oni wykorzystali cały utwór, tylko że pierwszą część Christopher nie wstał, bo wg regulaminu czas liczy się od momentu, gdy dwoje łyżwiarzy stoi na tafli lodu. Tym sposobem wykorzystano większość utworu. Ich program zawierał zupełnie nowe podejście, nową technikę jazdy, figury, styl, pokazali, że mają za nic skostniałe regulaminy, które powoli zabijały ducha interpretacji muzyki. Sędziowie byli tak zszokowani, ze długo zastanawiali się nad oceną, w końcu skapitulowali i przyznali najwyższe... Potem łyżwiarstwo wyglądało już zupełnie inaczej....




Unravelling Bolero










Anna M.

POSTSCRIPTUM - tak często autorka kończy poszczególne rozdziały. 
To będzie zatem moje POSTSCRIPTUM.

Każdy, kto mnie zna, wie, że od urodzenia cierpię na pewną przypadłość - nie mam węchu, a smak mam wyłącznie podstawowy. Taka się urodziłam i nie można tego naprawić...  Nie wiem zatem, jak coś pachnie, wszystko jest dla mnie bezwonne, takie samo, jednolite... Nigdy nie czułam zapachu kwiatów, trawy, perfum, jedzenia. Co do tego ostatniego, to czuję wyłącznie smak słodki, gorzki, słony, kwaśny. Nie wiem, co jem, jeśli tego nie widzę. Gdy piję sok, mogę powiedzieć, że jest słodki lub kwaśny, ale nie wiem z jakich owoców. Podobnie z dżemem, jogurtem, zupą... Skąd zatem wiem, że istnieją zapachy i smaki? Z obserwacji ludzi, z tego, co mówią przyjaciółki (od lat to one wybierają mi perfumy), ale też z doświadczenia, czasem przykrego, czasem zabawnego. Co chwilę pakuję się w tarapaty (brzydkich zapachów też przecież nie czuję), przypalam jedzenie, mam manię prania rzeczy, bo nie jestem w stanie powiedzieć, czy raz założona koszulka pachnie jeszcze proszkiem, czy już potem. Jestem też mistrzem gaf towarzyskich, bo zawsze zanim coś zjem, muszę wiedzieć, co to jest, no i jak można nie pochwalić potrawy koleżanki, albo jej nowych perfum?...  Moi znajomi zaakceptowali to, mówią mi gdy coś pachnie, jak smakuje, co jest w sałatce, ale za każdym razem chyba nie dowierzają temu... Życie to sztuka wyborów i kompromisów, a przez 34 lata można nauczyć się żyć w świecie zapachów nie czując ich...





Za książkę i możliwość jej przeczytania dziękuję 
Wydawnictwu Naukowemu PWN










1 stycznia 2015

"Schodów się nie pali" Wojciech Tochman





 


Lata 90-te, jeden z najlepszych polskich reporterów (dziś również :), ważne i trudne tematy, wspaniała książka - czego chcieć więcej? Wojciech Tochman pisze o ludziach, których znamy z gazet, newsów, opowieści. Któż nie słyszał o Wandzie Rutkiewicz, Grzegorzu Przemyku, Edwardzie Stachurze, czy o tragedii w Bazylice w Asyżu? Ale ludziom zbyt często nie chce się dociekać do sedna sprawy, zadowalają się czerwonym paskiem w telewizji, skrótem skrótów i idą dalej. Mało komu zależy na zdobyciu bardziej szczegółowych informacji, a już zupełnie niewielu chce zrozumieć.





Książka "Schodów się nie pali" to zbiór 11 reportaży o ludziach, emocjach, dramatach i pytaniach. Nie sposób streszczać wszystkich historii, mną zawładnęły szczególnie dwie: Wanda Rutkiewicz i rozdzielone rodzeństwo z Łysej Góry. Ale dziś tylko jedna opowieść - historia pani Marii Błaszkiewicz, która przez lata czekała na córkę. Wanda poszła w góry, ale zawsze wracała, przecież tym razem też wróci. Trzeba tylko poczekać, może kolejne siedem lat, ale wróci. Dlaczego ta historia mną wstrząsnęła? Nie chodzę po górach, niewiele wiem o wspinaczce, mam nadwagę, jeśli winda jest zepsuta, w oczach mam panikę (mieszkam na 12p.) a czytanie o sporcie wywołuje u mnie depresyjne wspomnienia o czasach, kiedy wżyła 58 kg i biegałam kilka razy w tygodniu po kilkanaście kilometrów. Rzadziej motywuje... Czytanie o Wandzie Rutkiewicz też mnie bolało, ale to była oczyszczająca lektura. Jej pasja, odwaga, upór i brak przejmowania się opinią innych od zawsze mnie w niej fascynowały. Do tego dochodzi tajemnica jej śmierci i  mistyka gór z nią związana. 






"Była świadoma, że Kangeczendzonga jest szczególnym miejscem na ziemi. Najważniejszym. Centralnym. My wiemy niewiele: z legend, podań ludowych, zapisków etnografów, relacji podróżników i opowiadań himalaistów. Z języka Tybetańczyków wiemy, że kang znaczy śnieg, chien - wielki, dzod - skarbnica, aga - pięć. Pięć Skarbów pod Wielkim Śniegiem: Kangeczendzonga. Kryje sól, złoto i turkusy, święte księgi, oręż, cudowne leki. Tak twierdza ci, którzy mieszkają w zielonych dolinach Sikkimu."




Legendy o zemście bogów mieszkających na górze powodowały, że nikt nie wchodził na szczyt, wszyscy zatrzymywali się kilka metrów przed, aby nie ściągać gniewu Bogów władających Świętą Górą. Czy Wanda weszła na wierzchołek, święte miejsce? A może zeszła na drugą stronę? Do dziś żywa jest teoria o przejściu grania na nepalską stronę. Jej matka bierze to pod uwagę, często tak postępowała? Może w jamach miała ukryte jedzenie i śpiwór? Gdzie poszła?  Może schroniła się w tybetańskim klasztorze. Przecież jej ciała nigdy nie odnaleziono, ale nie tylko ona zaginęła bez wieści w górach. Niektórych nie można pochować, zabrały ich góry, śpią w lodowych szczelinach. Jaka jest prawda? Tego nie wiemy, wiemy jaka była Wanda:




"I taka była do końca - według tych, którzy ją znali: nienormalnie ambitna, konsekwentna, zdeterminowana, perfekcyjna, wymagająca, chłodna, wycofana. To ona porzuciła najpierw pierwszego, potem drugiego męża. Nie miała dzieci. - Nie chciałam rezygnować z gór, wybrałam samotność - mówiła wiele lat później. Odważna i bezwzględna - obawiała się piwnic i pustych dużych mieszkań. Bała się ludi - przyznawała się do tego. Wszystkich trzymała na dystans. Emocje - pod kontrolą. Nigdy na luzie, żadnych reakcji na pokaz, żadnej łzy. Żadnych powitań cmoknięciem w policzek, nawet z bliskimi. Nie należała do świata kobiet, w którym codzienność to mężowie, dzieci, obiady. Żadnych ploteczek, żadnego gadania bez potrzeby. - Nie cieszyła się ludźmi - mówią przyjaciółki. - Raczej tym, co może im pokazać, zademonstrować, udowodnić. Konflikt ją motywował. Krytyka - dopingowała. Klęska - mobilizowała. Sukces - dobrze jeśli był, bo lubiła być gwiazdą. Potrzebowała ciągłej akceptacji. Rzadko dawała się wyprowadzić z równowag (...)"



Dziś Wanda miałaby 72 lata. Zaginęła 23 lata temu. Jej matka czekała na nią aż do śmierci. Zmarła w 2013 roku, miała ponad 100 lat, zawsze miała nadzieję i czekała...


Nie było mnie jeszcze na świecie, gdy stanęła na Mount Evereście, miałam pięć lat jak Wanda zdobyła K2, gdy zginęła, ja byłam w podstawówce i nic o świecie nie wiedziałam. Dziś często czytam jej wspomnienia, oglądam materiały zarejestrowane przez telewizję, lubię jej słuchać.Nie wiem dokładnie dlaczego i gdzie mnie to zaprowadzi. Na pewno nie w góry, ale i na nizinach jest wiele do zdobycia...




Anna M.





OD  WYDAWCY:



"Zbiór reportaży, które należą do najlepszych drukowanych w polskiej prasie w latach 90. Wojciech Tochman opowiada m.in. o bliźniaku, który odszukał swojego brata, chłopcu o brzydkiej twarzy, dzieciach odebranych rodzicom, Wandzie Rutkiewicz, Piotrze Skrzyneckim czy Grzegorzu Przemyku. Niezależnie jednak od tego, kto jest bohaterem tekstu, reporter w poruszający sposób ukazuje mroczne sekrety ludzkiej duszy i odważnie docieka motywów zachowań i życiowych wyborów. Przejmująco opowiadając o oddaleniu, tęsknocie i poszukiwaniu, maluje jednocześnie wnikliwy obraz współczesnej Polski.  Książka finalistka Nagrody Literackiej Nike 2001".

 








Recent Posts