24 lutego 2015

"Ja jestem Halderd" Elżbieta Cherezińska





 
"A teraz się okazuje, że żadna ze mnie pani. Zwykła gospodyni stryja, przecież nie żadna rodowa dziewczyna, prosta jakaś kobieta wciąż mi rozkazuje i udowadnia, że nic nie wiem, że nic nie umiem, na niczym się nie znam. Jednym słowem: nie mogę iść za mąż tak, jak stoję. Muszę się uczyć, zaciskać zęby i uczyć! I żebym ja chociaż chciała iść za mąż. Przecież żadnej nie mam ochoty z jakimś obcym mężczyzną żyć. Ja za mąż nie potrzebuję! Ja muszę uciec od biedy, od śmierdzącej nędzy, od strachu. Od słabości".






Elżbieta Cherezińska znów mną wstrząsnęła. Po przeczytaniu drugiego tomu "Północnej Drogi" czuję się, jakbym dostała w twarz. Halderd i Sigrun to noc i dzień, piekło i niego, ogień i woda. Jakże się myliłam... Czytając "Sagę Sigrun" myślałam, że Halderd jest wyniosła, smutna, nieciekawa, zimna. Nie mogłam się bardziej pomylić. Halderd mnie urzekła, oczarowała, nie pozwoliła odłożyć książki przed końcem. Po cukierkowej historii miłości Sigrun i Regina, trudne, brutalne i do bólu prawdziwe życie Halderd nie pozwala nawet na chwilę odpoczynku. To silna, niezależna kobieta. Wydana za mąż za prostaka i pijaka nie miała łatwego życia. Ale nie dano jej wyboru, była biedna, a jej rodzina okryła się hańbą i tylko tak mogła uciec od głodu i zimna. Za skrzynie pełne złota przez lata płaciła wysoką cenę. Cóż może i Sigrun była bajecznie zakochana w szlachetnym Reginie, ale to Halderd jest realna i odważnie pluje przeznaczeniu w twarz. Nienawidzi swego męża! Nie zgadza się na bycie niemym cieniem historii. Zycie kobiet Północy nie należało do łatwych, wiele z nich czekało, aż rozpocznie się jakaś wojna i mężowie wypłyną... Wtedy nastawał czas wolności, spokoju i wytchnienia.  Ale wojny nie trwały wiecznie... Dzień, gdy na fiordach pojawiały się łodzie wikingów, był dla wielu dniem trwogi, żałoby i smutnego losu tych, których jedynym obowiązkiem było rodzenie synów. A Halderd miała ich sześciu. Jednak kobiety dzielnie znosiły swój los, potrafiły walczyć o godność, być na równi z mężczyznami, a nawet nimi kierować po własnej myśli. W końcu od czego jest alkowa...





Lagertha z filmu "Wikingowie"


Ale Halderd nie była głupią kurą domową, w swej pogardzie dla innych planowała osadzić swego syna, Ragnara, na tronie należnym Panom Północy. A ten śmiały plan wymagał poświęceń, walki, ciężkiej pracy i przebiegłości. Składała zatem ofiary dla Odyna, rzucała zaklęcia, budowała kościół Chrystusowi, spotykała się z królami. Bóg, żaden bóg,  nie śmiał sprzeciwiać się dzielnej Pani na Ynge... Droga do władzy jest pełna niebezpieczeństw. Ale któż może się przeciwstawić Halderd??? Jednak nieokiełznana ambicja i bezwzględność nawet w imię miłości do syna nie zawsze są nagradzane rzez bogów. Ale Halderd nie godzi się ze swoim losem, nie cofnie się przed niczym, by ziściły się jej marzenia. Odyn nie przyjmuje ofiar? Trudno. Świat się zmienia? Kolejni Panowie przyjmują chrzest? Trudno. Wszystko, aby tylko przedłużyć linię krwi, zapewnić władzę i bogactwo, wypełnić przepowiednie, odczytać właściwie runy...








Kolejna książka Elżbiety Cherezińskiej sprawiła, że zniknęłam na kilka dni. Czytałam powoli, smakowałam, wielokrotnie przerywałam lekturę szukając w internecie informacji na temat historycznych wydarzeń, oczami wyobraźni widziałam nawet łodzie wpływające między fiordami. Książka "Ja jestem Halderd" jest magiczna, nie tylko dlatego, że opowiada o legendarnych wikingach, i nie dlatego, że na każdej niemal stronie czuć zapach miodu, śniegu i krwi. Co zatem sprawia, że nie można się oderwać od lektury? Oprócz wszystkich już opisanych wątków jest jeszcze jeden - tajemnicza, nowa wiara. Otóż powoli i nieubłaganie chrześcijaństwo wypiera stare wierzenia Panów Północy. Ale nie jest to idylliczna wizja natchnionych misjonarzy, którzy dla Chrystusa pozyskują miłością barbarzyńskich pogan. To krew wypiera krew, polityka i pieniądze zmuszają do zgięcia karku nad chrzcielnicą, a sama wiara nie ma tu wiele do powiedzenia. Ale przecież znamy to i my Polacy, przecież i nas chrystianizowano "ogniem i mieczem"... Czy można się oburzać? Nie, chyba gorszy to tylko ignorantów z zakresu teologii i historii. Niestety prawda jet bliższa opisom Cherezińskiej, niż nabożnym malowidłom w katedrach...






"Zaklęcie raz rzucone nie da się odwrócić. To nie zabawa. Kto raz seidr popróbuje, jest nią pomazany na wieki. Jeśli nie będziesz musiała, to jej nie ruszaj. (...)

Chcę. Kościół Einara kościołem, chrzest chrztem, a siła run starsza niż to wszystko. Bogowie bogami, ich walka sprawą kraju, ale nie biją się sami, lecz robią to naszymi rękami. A magia była, jest i będzie. I na ludzi działa. Żadnego z bogów, ani Odyna, ani Chrystusa na oczy nie widziałam. Działanie magii tak".








Kocham czytać. Książki mnie uspokajają, dają poczucie bezpieczeństwa, odrywają od nużącej i stresującej rzeczywistości, pozwalają na chwilę zapomnienia. Dzięki nim zwiedzam świat, poznaję ludzi, ich historie i kulturę albo oglądam zorzę polarną siedząc w ciepłym pokoju z kubkiem kawy w dłoniach...








norweskie fiordy...





Anna M.

Wiedzieliście, że nazwa Norwegia pochodzi od  nord vegen  co w staronordyckim oznacza właśnie droga północna? Niesamowite!







21 lutego 2015

"Colin Firth. Zostać królem" Sandro Monetti








NOTKA  WYDAWCY: "Od dręczonego w szkole dzieciaka do aktora obsypywanego nagrodami, od zahukanego nastolatka do bożyszcza kobiet, od etatowego amanta do jednego z największych talentów dramatycznych swojego pokolenia – tak w telegraficznym skrócie można by opisać życie Colina Firtha. Aktor, pytany w wywiadach, czy żałuje udziału w jakimś filmie, odpowiada: „Proszę spojrzeć na moje CV”. Rzeczywiście, pełno w nim niespodzianek: obok wybitnych produkcji, wzbudzających uznanie widzów i krytyków, pojawiają się ciężkostrawne szmiry. Sandro Monetti podejmuje w swojej książce próbę wytłumaczenia tych zaskakujących wyborów artystycznych. Znakomity brytyjski dziennikarz z humorem przeprowadza czytelników przez karierę zawodową i osobiste perypetie jednego  z najpopularniejszych dziś aktorów. Odkrywa nie tylko nieznane szerszej publiczności fakty z życia Firtha, lecz także pokazuje jego filmowe fascynacje i metodę pracy, dzięki której otrzymał Oscara".




Cóż, dla mnie Colin na zawsze pozostanie panem Darcy. Wiem, że od tego czasu grał wiele ról i nie ukrywam, też mi się w nich podobał, ale "Duma i uprzedzenie" zawładnęła mną na dobrych kilka lat. Jeszcze zanim powstała owa słynna adaptacja, kochałam się w Darcym... Jane Austen pisząc swoja powieść musiała wiedzieć, że będą do niego wzdychały miliony kobiet na całym świecie. Dziś w czasach beznadziejnego Greya, gdy standardy się niestety szalenie zaniżyły, tylko Darcy przypomina nam jeszcze, jaki powinien być ten "Jeden Jedyny".... No a potem zagrał go Colin Firth... Aktor z wrodzoną sobie nieśmiałością, powagą i czarem potrafił doskonale oddać złożoność postaci wyniosłego, ale i szlachetnego pana Darcy. A że przy tym jest szalenie przystojny??? Cóż jakoś "pogodzę się" z tym:





"Gwiazdor z pewnością doprowadzał do omdlenia panie w wieku emerytalnym - co bywało fatalne dla ich zdrowia. Pewnej damie lekarz zabronił oglądać odcinki Dumy i uprzedzenia, które miała nagrane na kasetach wideo, ponieważ orzekł, że zbyt duża dawka Colina Firtha źle wpływa na jej ciśnienie. Owa pani miała sto trzy lata".






Gdybym jednak tylko rozwodziła się nad urodą aktora, byłabym śmieszna i tylko potwierdzała stereotyp, że amanci kina nie mają nic więcej do zaoferowania ponad uśmiech. Zresztą sam Colin przez wiele lat walczył z przyklejoną mu (choć słusznie) łatką największego amanta brytyjskiego kina. Przyćmił nawet nieśmiertelnego "wiecznego chłopca" Hugh Granta. Podejmował zatem coraz bardziej ambitne wyzwania aktorskie, mierzył się z groteskowym podejściem do mitu Darcy'ego w "Pamiętniku Bridget Jones", uparcie grał w dramatach, nawet jeśli okazywały się marketingowymi klapami. Grał też wybitne role... Oscara dostał właśnie za niesamowicie złożoną postać króla Jerzego VI. Pisanie więc tylko o jego romantycznym wizerunku (no bo co ma biedny zrobić, że jest ideałem faceta) byłoby wielka krzywdą dla aktora.  A Colin to wybitny aktor, niesamowity człowiek i niepowtarzalna osobowość. Więc do dzieła! Czym mnie ujął??? Ambicja, serce i pasja....




"W pewnym afrykańskim kraju, pogrążonym w chaosie po zabójstwie prezydenta i próbie zamachu stanu, pielęgniarz otrzymuje rozkaz zabicia grupy żołnierzy dysydentów za pomocą zastrzyku zawierającego śmiertelna dawkę morfiny. Pielęgniarz odmawia wykonania tego polecenia, więc zostaje pobity, aresztowany i wsadzony do wiezienia, z którego na szczęście udaje mu się brawurowa ucieczka do Anglii, gdzie ubiega się o azyl polityczny. Rząd brytyjski jednak mu odmawia i każe go deportować do Konga, gdzie czeka go pewna śmierć. Gdy człowiek ten siedzi na lotnisku, czekając na start czarterowego samolotu, w ostatniej chwili nadchodzi ratunek. Procedura deportacyjna zostaje przerwana dzięki interwencji... Colina Firtha"




Niewiele osób wie, że Colin Firth od lat jest zaangażowany w pomoc charytatywną. Stał się obrońcą praw uchodźców, a swoją sławę i pozycje wykorzystuje do tego, aby pomagać mieszkańcom krajów Trzeciego Świata. Nie tylko wspiera różne organizacje, jak Amnesty International czy Greenpeace, ale i samodzielnie stara się walczyć o sprawiedliwość społeczną. Te wartości przekazali mu najbliżsi: dziadkowie - misjonarze i rodzice - nauczyciele. Jak dziecko mieszkał w Nigerii, studiując teatr pracował jako śmieciarz, wie zatem jak zabrać się do pracy, potrafi dostrzec tych, którzy są zbyt mali i słabi, aby ich usłyszano. Colin jest m.in. ambasadorem Oxfam International, która walczy z ubóstwem i niesprawiedliwością na świecie, sam aktor podczas rożnego typu wykładów i spotkań stara się też poruszać temat sprawiedliwego handlu, pomaga również plantatorom kawy w Etiopii. Wiedzieliście, że za filiżankę cappuccino na zachodzie płaci się stawkę tygodniowego utrzymania rodziny w Afryce??? Świat udaje, że nie dostrzega problemu, coraz więcej kupujemy, konsumujemy i bezsensownie poszukujemy ekskluzywnych towarów podczas, gdy świat głoduje.




"<<W ilu pałacach można mieszkać? Iloma samochodami jeździć? Nadmiar ambicji może zniszczyć wszystko, co dobre>> Firth nigdy nie był zwolennikiem szastania pieniędzmi na ekstrawaganckie zakupy. Nie kolekcjonuje samochodów ani dzieł sztuki - kupuje tylko płyty i książki; głównie książki"











Anna M.

P.S. O jego roli w "Jak zostać królem" napiszę tylko jedno - genialna. Sami musicie to koniecznie ocenić... 
POLECAM








19 lutego 2015

"Krótka historia czasu" Stephen Hawking



 

  E = mc²


Muszę was zmartwić, nie chodzi mi o film z Pazurą i Lubaszenko w rolach głównych, swoja drogą - film rewelacyjny... Postać Andrzeja Nowickiego "Ramzesa", który po eksternistycznej (czytaj: kupionej) maturze zabiera się za doktorat z filozofii - powalająca. Dialogi miedzy Ramzesem, a uczącym do Maksem - bezcenne. Dawno nie śmiałam się tak na polskiej komedii i choć na forach jest raczej nisko oceniana, myślę jednak, że to widzowie nie poznali się na "naukowym" poczuciu humoru reżysera. Nie mogłam się powstrzymać, ale teraz już poważnie...



Dziś  o prawdziwej nauce...  Od kilku dni czytam książki Stephana Hawkinga i nadal nie mogę się uwolnić od podziwu dla nauki jako takiej. Kiedy po maturze decydowałam kim chcę być w przyszłości, zamiast ekonomii i matematyki (moja pierwsza miłość)) wybrałam teologię. Nie żałuję tego, choć po 10 latach znów wracam do korzeni, czyli studiuję matematykę. Teologia i filozofia pomogły mi spojrzeć na świat oczami wiary, odnaleźć swoje miejsce we Wszechświecie, pchnęły moje myśli na drogę teoretycznych rozważań, moralnych wyborów i prób zrozumienia Boga. Teraz wracam do punktu wyjścia - do matematyki, stąd chyba moje większe zainteresowanie książkami o naukach ścisłych (choć ostatnio pochłonęłam kilka książek Anny Świderkówny - uwielbiam, a stara miłość nie rdzewieje). Na szczęście na studiach teologicznych miałam bardzo mądrego profesora, dzięki któremu nie mam dziś problemów z łączeniem wiary i nauki. Przez pięć lat nauczyłam się czegoś najcenniejszego - mieć otwarty umysł na wiele możliwych dróg poznania prawdy. Mogę być teologiem, który uczy się o teorii Wielkiego Wybuchu, nie wiedzę sprzeczności w matematyce i filozofii, mogę nawet słuchać rocka i metalu, nie ma najmniejszego wpływu na moja relację z Bogiem, bo Go znam, choć nie rozumiem.  




 
Droga Mleczna


"Krótka historia czasu" Stephena Hawkinga to próba przekazania historii poszukiwań odpowiedzi na pytanie: jak powstał Wszechświat? Po książkę może sięgnąć każdy, autor bowiem unika języka nauki, raczej stara się przełożyć precyzyjny i hermetyczny język matematyki i fizyki na ten potoczny, zrozumiały dla przeciętnego człowieka. Unika wzorów, ścisłych pojęć i zbędnej teorii co sprawia, że nawet taki ignorant w sprawach astrofizyki jak ja, mógł zrozumieć teorię strun czy fenomen grawitacji przy założeniu, że czasoprzestrzeń się zakrzywia (choć zakrzywień akurat nie rozumiem). 




Gdy jechałam pociągiem do domu (dzięki Ci Boże za ferie), zaczęłam zastanawiać się nad tym, co mnie otacza. Zawsze żałowałam, że nie miałam więcej czasu na podróżowanie po świecie i poznawanie innych kultur nim dopadła mnie ponura dorosłość ze swoim ciągłym nakazem pracy. Dlaczego życie przelatuje mi przez palce? Czemu nie zauważam, jak pędzi czas?  Jak poznać świat, skoro nie mogę się ruszyć z miejsca? Niespodziewanie odpowiedź znalazłam już we wstępie do "Krótkiej historii czasu", na marginesie napisanym przez mojego ulubionego Carla Sagana"




atom

"Zajęci naszymi codziennymi sprawami nie rozumiemy niemal nic z otaczającego nas świata. Rzadko myślimy o tym, jaki mechanizm wytwarza światło słoneczne, dzięki któremu może istnieć życie, nie zastanawiamy się nad grawitacją, bez której nie utrzymalibyśmy się na powierzchni Ziemi, lecz poszybowalibyśmy w przestrzeń kosmiczną, nie troszczymy się tez o stabilność atomów, z których jesteśmy zbudowani. Z wyjątkiem dzieci (które nie nauczyły się jeszcze, że nie należy zadawać ważnych pytań) tylko nieliczni spośród nas poświęcają dużo czasu na rozważania, dlaczego przyroda jest taka, jaka jest, skąd się wziął kosmos i czy istniał zawsze, czy pewnego dnia kierunek upływu czasu się odwróci i skutki wyprzedzać będą przyczyny oraz czy istnieją ostateczne granice ludzkiej wierzy. Spotkałem nawet takie dzieci, które chciały wiedzieć, jak wyglądają czarne dziury, jaki jest najmniejszy kawałek materii, dlaczego pamiętamy przeszłości, a nie przyszłość, jak obecny porządek mógł powstać z pierwotnego chaosu, i dlaczego istnieje wszechświat. W naszym społeczeństwie większość rodziców i nauczycieli wciąż jeszcze odpowiada na takie pytania wzruszeniem ramion lub odwołuje się do słabo zapamiętanych koncepcji religijnych. Wielu czuje się nieswojo, borykając się z pytaniami tego rodzaju, gdyż niezwykle wyraźnie obnażają one ograniczenia naszej wiedzy. Ale nauka i filozofia w znacznym stopniu zawdzięczają we istnienie takim właśnie pytaniom. Stawia je coraz większa liczba dorosłych i niektórzy dochodzą czasami do zdumiewających odpowiedzi. Równie odlegli od atomów i gwiazd rozszerzamy granice poznania tak, by osiągnąć nimi i to, co najmniejsze i to, co najdalsze".                         Carl Sagan ze wstępu do "Krótkiej historii poznania"

                                           

Sięgamy coraz wyżej, szukamy i podglądamy odległe galaktyki, wysyłamy sondy, próbujemy zrozumieć skąd się zwieliśmy i dokąd zmierzamy? Kiedyś pewnie znajdziemy odpowiedzi na nurtujące nas pytania, jesteśmy zbyt uparci i ambitni, aby się poddać...  Ciekawa jestem jeszcze jednej odpowiedzi: co na to wszystko powie Bóg, gdy się już z Nim spotkam? To będzie dla Niego trudna rozmowa... Będę miała wiele pytań! A jak widać po złożoności tego świata, ma Bóg wyobraźnię i fantazję!











12 listopada 2014 po 10 latach lotu sonda Rosetta wylądowała na komecie w odległości 510 mln km od Ziemi i 448 mln km od Słońca. Jak długą drogę przeszliśmy od rozważań Galileusza, teorii Newtona, czy śmiałych planów Einsteina do podróży kosmicznych. A to jeszcze nie wszystko, na co nas stać, potrzebujemy tylko czasu. A ten, jak wiadomo, jest zakrzywiony....




Anna M.




17 lutego 2015

"Moja krótka historia" Stephen Hawking








Genewa, sto metrów pod ziemią, trzy tysiące naukowców, ponad sześć tysięcy fizyków z osiemdziesięciu krajów. Czy to jakaś książka science-fiction? Nie, to podziemny kompleks CERN (Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych), w którym naukowcy zderzają ze sobą neurony prawie z prędkością światła próbując stworzyć w warunkach laboratoryjnych czarną dziurę. Nie, nie, to nie żarty! Znaleźli już "boską cząstkę", stworzyli antymaterie, a za swoje dokonania, aż dziesięciu spośród pracujących tam naukowców, otrzymało Nobla.






 


Przeczytałam książkę Stephena Hawkinga "Moja krótka historia", bo chciałam się dowiedzieć czegoś więcej o samym Hawkingu, niż pokazuje przesłodzony i wzruszający film "Teoria wszystkiego". No i dowiedziałam się, ale bardziej od krótkich zapisków na swój temat, autor zafascynował mnie Kosmosem. Kolejny raz poczułam pasję i ogrom Wszechświata (wcześniej pisałam o tym przy okazji książki "Kontakt" Carla Sagana). To prawda, "Krótką historię" czyta się w jeden wieczór, ale zrozumieć, czym przez całe swoje życie zajmuje się jej autor, to już inna sprawa. Ja przez cała noc oglądałam filmy naukowe o istnieniu czarnych dziur, zastanawiałam się o co chodziło Einsteinowi w jego w ogólnej teorii względności (nic nie wymyśliłam), a do teraz nawet nie staram się ogarnąć moim maleńkim umysłem, czym są kosmiczne osobliwości i jaka jest zależność między grawitacją a prędkością światła. Ale kosmos mnie fascynuje, zawsze zadziwiał, w dzieciństwie bardzo często patrzyłam w gwiazdy albo siadałam latem przed domem, obserwowałam burze i dziwiłam się bajecznym rozbłyskom na niebie. 






Stephen Hawking urodził się dokładnie w trzysta lat po śmierci Galileusza. Początkowo nic nie zdradzało, ani jego geniuszu, ani choroby. Jak sam napisał, czytać nauczył się mając dopiero 8 lat, choć jego siostra czytała już jako czterolatka. Na uniwersytecie też cudem został, a fizyką zainteresował się, bo była nudna i nie było wielu kandydatów, żeby go wygryźć ze stanowiska. Jednak z czasem znalazł swoją drogę - astrofizykę i kosmologię. Wtedy też znalazła go choroba - stwardnienie zanikowe boczne (ALS). Miał 21 lat, gdy usłyszał, że nie przeżyje kolejnych kilku. Nie poddał się, miał obok siebie kochającą go do szaleństwa żonę, która przez następne lata będzie jego podporą. Dziś Stephen Hawking jest sparaliżowany, nie mówi, robi to za niego syntezator mowy, ale ma odwagę marzyć. Jest jednym z najwybitniejszych naukowców, jego początkowo szalone teorie po latach okazują się prawdziwe. Jest autorytetem w dziedzinie badanie czarnych dziur. Od kilkudziesięciu lat zajmuje się fizyką kwantową i badaniem teorii czasu. Czy osiągnął już wszystko? Mogłoby się tak wydawać - sława, bogactwo, uznanie w świecie naukowych, zdolne i wykształcone dzieci... Ale dla Hawkinga to wciąż mało, nadal marzy i snuje swoje przedziwne teorie. Dwie sprzeczne dziedziny - próba pogodzenia teorii względności z mechaniką kwantową (do dziś niemożliwa) rozpala serce naukowców z całego świata. Hawkins pracuje dziś nad grawitacją kwantową często powodując uśmiech kolegów po fachu. Ale pamiętajmy, wielokrotnie już kpiono z jego śmiałych przemyśleń. Czyżbyśmy rzeczywiście mieli kiedyś odkryć korytarze w czasoprzestrzenni, mogli cofnąć się w czasie i odwiedzić siebie kilka lat temu???




"Moja krótka historia"  jest świadectwem niesamowitego hartu ducha, odwagi i determinacji. Stephen Hawking czaruje czytelnika zarówno swoją inteligencją (nie wszystko udało mi się zrozumieć, czasem całe strony były napisane jakby po chińsku) ale i dowcipem. Ma śmiałość porównywać siebie z Einsteinem i dowodzić, że ze swoją chorobą jest niczym gwiazda rocka wśród fizyków, bo jeździ na wózku i mówi za niego komputer.  Mnie zafascynowało jeszcze jedno - ten niepełnosprawny geniusz, jak sam siebie określa, był w szkole przeciętnym uczniem... Podnosi mnie to na duchu, kiedy po raz kolejny sprawdzam dyktanda moich uczniów... Może i z nich będą kiedyś geniusze?...






"W klasowym rankingu ocen nigdy nie znalazłem się wyżej niż mniej więcej w połowie stawki (to była bardzo bystra klasa). Moje prace wyglądały wyjątkowo niechlujnie, a mój charakter pisma przyprawiał nauczycieli o rozpacz. Z drugiej strony koledzy nadali mi przezwisko Einstein, więc przypuszczalnie dostrzegli we mnie jakiś potencjał. Kiedy miałem dwanaście lat, jeden z moich przyjaciół założył się z innym kolegą o paczkę cukierków, że nigdy niczego nie osiągnę. Nie wiem, czy ten zakład został rozstrzygnięty, a jeśli tak - jaki był jego werdykt".






Anna M.
P.S. Co to było  E=mc²  ??? Ok, już pamiętam - energia równa jest masie razy prędkość światła w próźni do kwadratu (cokolwiek to znaczy)...


Ale to????




A właśnie zabieram się za kolejną książkę Hawkinga "Teoria wszystkiego, czyli krótka historia Wszechświata" ... Zapowiada się długa noc...








15 lutego 2015

"Saga Sigrun" Elżbieta Cherezińska


Północna Droga tom I




 "Łódź Regina uchwycona w tej chwili, gdy wiatr zadmie w żagiel i unosi dziób ponad fale, do skoku. Smok na żaglu był żywy. Patrzył na nas wszystkich złotym okiem, patrzył tak, iż każdemu się zdawało, że jego właśnie widzi. Wąż był masztem łodzi. On żagiel w pysku trzymał, jak Orm tarczą nieraz osłaniał Regina. Obraz cały otoczony był ornamentu rysunkiem misternym. Z daleka zdawał się łodygą rośliny, nagiętą równo wokół łodzi, a z bliska?... Ach, na Odyna! Z bliska dopiero widać, że to nie ornament, to napis... To runy jedna w drugą tak złożone, że zdawały się ozdobą, a były mową:

<<Wiele jest rzeczy, które ludzkie dają szczęście: miłość, przyjaźń, bogactwo i dzieci. Ale do wieczności przenosi tylko to, czego nie dostaniesz od nikogo: sława >>(...)".




 
miłosc    

Sigrun ma 15 lat, gdy poznaje swojego przyszłego męża, sławnego jarla Regina, potomka Panów Północy. Przymierze dwóch zacnych rodów dawnym zwyczajem zostało przypieczętowane przez małżeństwo. Dziewczyna opuszcza rodziców, by wraz z mężem udać się do swego nowego domu. Czy sprosta zadaniu bycia żoną wikinga? Przecież całe życie się do tego przygotowywała, skąd więc ten lęk? Nie, kobiety Wikingów nie mogą się bać, muszą być odważne i dzielne, jak ich mężowie. Czy będzie potrafiła czekać miesiącami, aż ukochany powróci z dalekich wojen? Czy da mu synów? Sigrun jest pewna jednego - z pomoca bogów los będzie je sprzyjał i wypełni pokładane w niej nadzieje...



przyjazn

Regin jest jarlem, ale byłby nikim bez swojej wiernej drużyny. Synowie Wikingów szybko dorastali. Matki mogły się nimi cieszyć tylko przez pierwsze lata życia, potem chłopiec przenosił swoje posłanie do izby mężczyzn, by razem z nimi jeść, ćwiczyć na placu i hartować się w boju. Drużyna była sobie wierna, każdy darzył się całkowym zaufaniem, zawsze mógł polegać na wiernym przyjacielu. Budowa łodzi, wspólna wyprawa i splecione losy cementowały przyjaźń po grób. Nawet po śmierci, w Walhalli, wojownicy wspólnie biesiadowali i ćwiczyli się w walce przed obliczem Odyna i Thora. Przyjaźń mężczyzn była wieczna. Regin i Orm - zawsze razem, miecz przy mieczu, tarcza przy tarczy.Ale jest tez inna przyjaźń -  Sigrun i Bodvar - niesplamiona niczym, nawet cieniem podejrzeń przyjaźń żony największego jarla i jego wiernego kompana. Gdy wódz z drużyną wypływali w morze, w grodzie pozostawał  najwierniejszy druh, by strzec kobiet i dzieci, zarządzać mieniem, być oparciem dla ludzi. Przez lata Bodvar będzie wiernie wypełniał swe przysięgi...

 
bogactwo


Szlachetne kamienie, złoto, srebro, drogocenne futra, skóry i niekończące się zapasy miodu, wina i jadła. O bogactwie Wikingów krążyły legendy, każdy ród oprócz nieśmiertelnej sławy miał niezmierzone ziemie, olbrzymie połacie lasów bogatych w zwierzynę, ukryte przez królem spichlerze. Do tego z wypraw wojennych zwożono łupy, a każda kobieta miała więcej szlachetnej biżuterii niż sama królowa.  Lecz to nie wszystko... Głupcem byłby ten, kto sądzi, ze bogactwem Wikingów był tylko kruszec. Ich prawdziwym skarbem była tradycja, wierzenia i wpojone od dziecka surowe zasady. Dla nas mogą się one wdawać okrutne, barbarzyńskie i pogańskie. Nie zaprzeczę, takie były, ale to one przez wieki sprawiały, że rody Panów Północy opierały się każdemu, kto w swej głupocie ośmielał się stanąć na ich ziemi. Odyn i Thor - bogowie nordyccy to żądni ofiar wodzowie, nawet Walkirie, które zabierały dusze poległych w walce Wikingów, nie były słodkimi aniołami, ale bezlitosnymi wojowniczkami. Mitologia skandynawska może szokować, ale jest też pełna magii, miłości do przyrody, szacunku do morza. Zresztą nasze rodzime obyczaje z czasów przedchrześcijańskich też nie były zbyt "miłosierne".


sława

Sława Wikingów, ich legendy i pieśni o ich podbojach do dziś rozpalają serca milionów osób. Potomkowie dawnych jarlów szczycą się swą tradycją rodową, a mieszkańcy Skandynawii chętnie przywołują dawne historie. Sławę w czasach Wikingów przynosiły wyprawy, podboje, o niej śpiewali pieśni i układali padania i legendy. Sławę zapewnili liczni potomkowie, a synowie byli przedłużeniem życia, krwi i potęgi ojców. Największą sławą mógł się okryć wojownik na polu walki. Śmierć w łożu, ze starości była hańbą, bo tylko ta z mieczem w dłoni dawała prawo wejścia do Walhalli. Tylko takiej śmierci pragnęli i szukali mężni Wikingowie.






tarja turunen

Dla mnie Skandynawia jest tez kolebką rocka i metalu...




Elżbieta Cherezińska po mistrzowsku zebrała dawne legendy i fascynujące historie rodowe, a później utkała z nich niezwykłe losy Ludów Północy. W czasach, kiedy w Hollywood kręci się filmy o dzielnych wojownikach, gladiatorach czy rycerzach, autorka skupiła się na losie ich kobiet, które pozostawały w domach, godach i strzegły tradycji i wiary. Niemniej dzielne od swych mężów, silne i dotąd niezauważane, w książce Cherezińskiej maja odwagę opowiedzieć o swoim losie. Ich życie to pasmo czekania, miłości, poświęcenia, pasji, uległości i wiary.

"Saga Sigrun" zachwyciła mnie. To opowieść o miłości, czekaniu, próbie znalezienia szczęścia, ale i o niemożności pozostania w jednym miejscu. To historia miłości do kobiety, ale i do morza i wojen. Wreszcie to też opowieść o życiu bez mężczyzn w świecie, gdzie tylko oni się liczyli. Dwa światy: kobiet i mężczyzn, dwa spojrzenia na życie, dwa różne przeznaczenia w życiu. Jedna prawda - pasja i poświęcenie.



Anna M.
Już czytam kolejny tom sagi.




POLECAM
strona internetowa Elżbiet Cherezińskiej





Wiedzieliście, że istnieje viking-metal. To się nazywa muzyka folkowa, 
a nie jak u nas jakieś tam beznadziejne Donatan i Cleo...


turisas 
Tu w wersji akustycznej ;)








14 lutego 2015

"Singielka" Mandy Hale




"Jesteśmy twarde. Jesteśmy nieustraszone. Jesteśmy stanowcze. Trzeba się z nami liczyć. Każdego dnia w pojedynkę stawiamy czoła wszelkim wyzwaniom i nigdy nie dajemy za wygraną. Nie pozwalamy na to, żeby przerażała nas perspektywa samotnej wyprawy do restauracji. Nie pozwalamy na to, żeby możliwość natknięcia się na byłego chłopaka powstrzymywała nas przed pójściem na imprezę z podniesioną głową. (...)


Na bycie singielką potrzeba dużo siły, której większość kobiet nigdy nie doświadczy. Ta siła to niezgoda na określanie własnego życia przez pryzmat związku, to zdefiniowanie go na nowo z myślą o sobie. To wyśmiewanie uprzedzeń i stereotypów. To pokazywanie światu, że twoim celem nadrzędnym nie jest wyjście za mąż" (s.15.22).





No dobrze, pisanie o szczęściu bycia singielką w Walentynki to tak jak stanie na parapecie mojego okna na 12 piętrze - bardzo ryzykowne. Ale przecież odważna ze mnie babka! Za chwilę pewnie odezwie się grono zakochanych szczupłych nastolatek próbujących nawrócić starą pannę wątpliwej figury. I na próżno wyjaśniać, że samotne życie po trzydziestce może być udane. Dzielnie zatem odpieram ataki zdziwionych koleżanek, uśmiecham się miło, gdy znajomi zapraszają mnie na swatane spotkania, i często (wiem, że to nieładnie) drwię z facetów, którzy uważają się za ósmy cud świata.



"Dlaczego nasza niezależność jest traktowana jak zagrożenia atakiem terrorystycznym? To tak, jakby powiedzieć: <<Światło zielone - spotyka się z kimś. Uff. Nie skończy sama jak palec>>. Albo <<światło żółte - no cóż, kolejny nieudany związek, i na dodatek, to ona go zakończyła. Ma trzydzieści jeden lat i wybiera samotność! Zostanie starą panną na własne życzenie>>. Albo <<Światło czerwone - ma trzydzieści cztery lata i wcale się nie kwapi, żeby poślubić pierwszego napotkanego faceta, mimo, że jej jajeczka znikają szybciej niż naleśniki z IHOP. Ona naprawdę zwleka i czeka, aż pojawi się Ten Właściwy. Uwaga! Uwaga!" (s.28)




przemierzyłam pół świata, by poznać siebie

Książka Mandy Hale "Singielka" to jedna z tych, do których będę wracała. Autorka w zabawny sposób opowiada o zaletach i wadach życia singielki. Wbrew pozorom  wcale nie jest to zachęta do zerwania z facetem, ale próba wyjaśnienia dlaczego warto pokochać siebie, zanim zaczniemy szukać miłości u innych. Pełna optymistycznych sentencji i mądrości niekoniecznie ludowych wspiera te z nas, które akurat nie zajmują się aktualnie gotowaniem obiadków, przewijaniem dzieci, czy sprawdzaniem telefonu ukochanego. Może kiedyś... W przyszłości... Ale nie teraz.... I choć wiele z moich "koleżanek" widzi we mnie desperatkę, to właśnie ja na ostatniej imprezie nie biegałam za facetem. Bycie samą nie oznacza bowiem bycia samotną. Singielka jest niezależna, silna, ma głowę pełną pomysłów na życie i czas na ich realizacje. Nie mówi światu: "chcę być sama do śmierci", ale raczej "dopóki jestem sama, będę się świetnie bawić, aż nie poznam kogoś, kto na mnie naprawdę zasługuje". A życie będzie wtedy wyglądało kolorowo. Singielka ma odwagę stanąć sama na weselu, żeby kolejny rok z rzędu  powiedzieć "no rzucaj, tylko nie spudłuj" i złapać ten cholerny welon. Singielka mieni świat, pomaluje go na nowo, odklei stare etykiety, wyrzuci z szafy za małe cichy, kupi bilet i wyruszy w szaloną podroż. A gdy już spotka miłość swego życia, będzie miała album pełen niezwykłych wspomnień. Wtedy znajdzie czas na pieluchy, zupki i pranie skarpetek...




"Może i nie klęczy przed nami książę z bajki ze szklanym pantofelkiem w dłoni, ale stać nas na to, by kupić sobie zabójcze szpilki i udać się na bal bez eskorty (...) Potrzeba odwagi i serca, by kroczyć przez życie w butach samotnej kobiety"





nie żebym nie próbowała znaleźć księcia z bajki....




POLCECAM

Anna M.
singielka




Książka przeczytana w ramach współpracy 

i dzięki uprzejmości wydawnictwa     



   
dziękuję bardzo :)






7 lutego 2015

"Urodziłem się pewnego błękitnego dnia" Daniel Tammet





π ≈ 3,141592653589793238462643383279502884197169399 37510 5820974944592307816406286208998628034825342117067982148 0865132823066470938446095505822317253594081284811174502 8410270193852110555964462294895493038196...


Liczba π, stała matematyczna, równa stosunkowi długości obwodu koła do długości jego średnicy, niewymierna, nieskończona... Czy można ją zapamiętać? Ja z trudnością pamiętam cztery miejsca po przecinku, w zwykłej matematyce wystarczy wiedzieć, że to mniej więcej 3,14. 




Daniel Tammet widzi w swoim umyśle ponad 22 tysiące cyfr liczby pi po przecinku. Jest ona dla niego najpiękniejsza liczba, najbardziej ukochana, a gdy ja widzi lub o niej myśli, czuje się bezpiecznie i jest szczęśliwy. Niby zwykła liczna, no dobrze, dla mnie zwykła, dla Daniela podstawa wszechświata. Ale to nie wszystko. Potrafi też podać wynik dowolnego mnożenia, wie w jaki dzień tygodnia wypada dowolna data, a opanowanie języka od podstaw do swobodnej konwersacji zajęło mu tydzień. Ludzi z takimi zdolnościami określani są mianem "sawant", jest ich niewielu, większość mimo geniuszu w jednej z dziedzin, w pozostałych jest głęboko upośledzona. Daniel jest autystykiem, ale lżejsza odmiana, zespół Aspergera, pozwala mu opowiedzieć o tym, co widzi, jak postrzega rzeczywistość i co czuje. Jest inteligentny, wrażliwy, na pozór nie rożni się od innych, może trochę wycofany, jednak jego świat jest nie do pojęcia przez zwykłego "śmiertelnika". Daniel dosłownie czuje liczby, każdy element tego świata składa się w jego umyśle z cyfr, kolorów, faktur i zapachów postrzeganych jednocześnie. Liczby wciąż do niego mówią, a w dzieciństwie były tak bliskimi przyjaciółmi, że Daniel nie odczuwał potrzeby komunikowania się z kimkolwiek. Synestezja, bo taką nazwę noszą tego typu zdolności, sprawia, że dosłownie całym sobą czuje liczby, a jego umysł sam dokonuje skomplikowanych obliczeń tworząc przed jego oczyma barwny obraz, z którego powoli wyłania się odpowiedź na każde pytanie. 




"Liczby są moimi przyjaciółmi i nigdy mnie nie opuszczają. Każda jest wyjątkowa i ma własna osobowość. Jedenaście jest przyjazne, pięć głośne, w cztery ciche i nieśmiałe. To moja ulubiona cyfra, może dlatego, że przypomina mi mnie samego. (...) Niezależnie od tego, dokąd idę i co robię, nie przestaje myśleć o liczbach"





Daniel nie pamięta twarzy dzieci z przedszkola, co więcej w ogóle nie przypomina sobie obecności innych uczniów, ale potrafi powiedzieć jaką fakturę i kolor miała podłoga w żłobku. Wszędzie otaczały go liczby, zmysły, obrazy, dźwięki. Jego umysł był tak zajęty liczeniem, przetwarzaniem i łączeniem, że nie miał czasu na wykształcenie banalnych z jego punktu widzenia zdolności społecznych. Nauka rozmowy, kontaktu wzrokowego, skupienia uwagi zajęła mu wiele czasu i kosztowała niewiarygodnego wysiłku.


"Zacząłem gromadzić książki rodziców, znosiłem je po jednej do swojego pokoju. (...) W pokoju układałem książki w stosy na podłodze, aż otaczały mnie ze wszystkich stron. Rodzice bali się wejść, by nie przewrócić któregoś stosu na mnie. gdyby spróbowali usunąć którekolwiek książkę, wybuchnąłbym płaczem i dostał ataku złości. Wszystkie kartki moich książek miały numery, więc czułem się szczęśliwy, gdy mnie tak otaczały jakbym był otulony kojącym liczbowym kocem. Dużo wcześniej niż nauczyłem się czytać zdania na stronach, umiałem liczyć, a gdy liczyłem, liczby pojawiały się w mojej głowie jako ruchy lub kolorowe kształty"






Podobnie do innych sawantów, Daniel w dzieciństwie potrafił godzinami siedzieć w pokoju na dywanie i obserwować przesuwanie się na ścianie cienia rzucanego przez promienie słońca.Gdy już nauczył się czytać zmuszał rodziców, aby codziennie zabierali go do biblioteki, jedynego bezpieczne miejsca pośród słów i cyfr. Najbardziej lubił czytać encyklopedie, to go uspokajało i porządkowało świat. Powoli Daniel zaczął się komunikować z ludźmi, ale nawet w dorosłym wieku relacje społeczne sprawiają mu problemy. Do dziś na przykład musi co jakiś czas przypominać sobie, aby podczas rozmowy utrzymywać kontakt wzrokowy.







"Mówiłem. (...) Nigdy nie przyszło mi do głowy, że to o czym mówię, może nie interesować drugiej osoby. Nie dostrzegałem również, gdy słuchacz zaczynał się wiercić lub rozglądać (...) Bardzo ciężko mi słuchać innych ludzi. Gdy kogoś słucham, często ma  wrażenie jakby próbował dostroić się do określonej stacji radiowej, a wiele z tego, co zostaje niewidziane, po prostu wpada do mojej głowy i z niej wypada, jak zakłócenia. Z czasem nauczyłem się wyłapywać tyle, by rozumieć większość z tego, o czym mowa, ale problem pojawia się, gdy ktoś zadaje mi pytanie, a ja go nie słyszę. (...) przypadkowe słowo czy nazwa w trakcie konwersacji może uruchomić w moim umyśle strumień skojarzeń, przypominający efekt domina".




Dziś Daniel prowadzi wykłady, podróżuje, bierze udział w rożnych badaniach, aby uczeni mogli zrozumieć pracę jego umysłu, a przez to byli w stanie pomóc innym autystykom i epileptykom. Jest wyjątkowy nie tylko ze względu na swój geniusz, ale i dlatego, że nauczył się dzielić swoim światem z innymi. Potrafi  opowiedzieć, jak postrzega rzeczywistość, a to zupełnie niecodzienne, bo jak już wspomniałam spora część sawantów jest jednocześnie głęboko upośledzona. Do tej pory lekarze i uczeni nie zawsze mieli dostęp do wewnętrznego świata autystycznych geniuszy, nie potrafili dokładnie i jednoznacznie opisać i zbadać ich doznań. Dlatego też doświadczenia Daniela i jego chęć do dzielenia się nimi są tak ważne dla rozwoju nauki.










W 2005 roku powstał film dokumentalny "Geniusz pamięci", przybliża on fenomen postrzegania świata liczb, dźwięków i języka, który dla Daniela jest zwyczajny, codzienny i realny. Daniel spotyka się też z innymi sawantami, bo tylko w ich towarzystwie czuje się swobodnie i nawet w ich upośledzeniu potrafi wejść do świata innego genialnego umysłu i znaleźć płaszczyznę porozumienia i wymiany myśli.



Książka "Urodziłem się pewnego błękitnego dnia" jest fascynująca podrożą do tego świata. Przeczytałam ją jednym tchem i do tej pory nie potrafię sobie wyobrazić tego, co widzi Daniel. Jego zdolności są fenomenalne, co tylko dowodzi potęgi ludzkiego umysłu i tego, że jeszcze nie odkryliśmy daru, który nosimy w sobie. Być może świat faktycznie wygląda zupełnie inaczej niż go postrzegam????




Anna M.




6 lutego 2015

Być nauczycielką, czyli czego uczymy nasze dzieci ....?





KMN  "Lekcja polskiego"


Szkoła to nie tylko polski, matematyka, zadania domowe i sprawdziany. Przynajmniej szkoła w moich oczach... Codziennie staram się nauczyć moje dzieci pisać, czytać i liczyć, ale dawno już odkryłam, że to nie wystarczy. Przyszłość nas wszystkich zależy od tego, jakie będą dzieci, od ich ciekawości, pasji i wrażliwości na innych. Wczoraj koleżanka z pracy, która jest dla mnie niedościgłym wzorem, powiedziała, że "ma misje". A ja???  Przypomniał mi się wtedy Kabaret Moralnego Niepokoju i skecz "Kim będę w przyszłości?". Katarzyna Pakosińska grająca polonistkę wypowiada tam słowa, które dobrze obrazują współczesnych nauczycieli" "uczę w poczuciu niejasnej, ale jednak misji". A ja? Czy ja mam misję?? Wróciłam do domu jakby przejechało po mnie całe Ministerstwo Edukacji, a w nocy śniła mi się nasza "Ministra" stojąca na karcie nauczyciela. Jaką ja mam misję? Jedni są wybitnymi polonistami, a ja wciąż w pokoju nauczycielskim jestem poprawiana przez nasze światłe grono. Inni są matematykami, a ja ucząc się ostatnio do egzaminów  odkryłam, że choć świetnie radzę sobie w życiu i jestem szczęśliwa, to przez 15 lat od czasów matury nie był mi potrzebny wzór na styczną do okręgu. Więc po co teraz jest mi nagle potrzebny?? Żeby zdać egzamin??? Co więcej, nie czuję misji obliczania logarytmów z liczb zespolonych... Może przyroda? Cóż nawet kwiatki doniczkowe potrafię w tydzień uśmiercić... 

Misja... 


Usiadłam na podłodze, wyjęłam z szafki tabliczkę czekolady (wiem, wiem, nie powinnam...) i zaczęłam przeglądać mój segregator z szalonymi pomysłami (mam takowy). Przechowuję w nim zdjęcia z różnych zakręconych wydarzeń. Misja... Chyba uśmiech dziecka, jego poczucie bezpieczeństwa i jego wiara we własne marzenia. Misja... Wychowywanie dzieci w poszanowaniu innych, tolerancja i odkrycie siebie. Misja... Aby każde dziecko poznało siebie, swoje możliwości, czuło się ważne i kochane. Misja - czyli to wszystko, czego mi nie dała moja szkoła, gdy byłam dzieckiem. Misja - spełniać marzenia dzieci... 



Jestem dumna z moich milusińskich, widzę więcej niż to, że na przerwach rozrabiają... Potrafią robić wielkie rzeczy, zaangażować się, być sobą, nawet jeśli to oznacza, że muszę mieć anielską cierpliwość :) W styczniu i lutym udało am się doprowadzić do końca dwa ważne projekty: arabski i Unicef. 



PROJEKT  ARABSKI






W czasie, gdy na świecie szalała chora nienawiść do muzułmanów niezdrowo podsycana przez media, nasze dzieci poświęciły mnóstwo czasu na poznanie kultury arabskiej. W szkole odbywał się "dzień języków obcych" i postanowiliśmy kreatywnie podejść do zadania i zgłębić tajniki języka arabskiego. A że dzieci nie tolerują czystej teorii, poszliśmy na warsztaty i krótki kurs językowy do  Muzułmańskiego Centrum Kulturalno-Oświatowego. 







Imam  Youssef Chadid przyjął nas bardzo serdecznie i starał się pokazać dzieciom, czym jest kultura arabska. Nie jest to prosty język, ale ku mojemu zaskoczeniu dzieciaki bardzo szybko zaczęły pisać arabskie literki i zainteresowały się zajęciami do tego stopnia, że pytaniom nie było końca. Wspólnie napisaliśmy nazwę naszej szkoły, a potem każdy ćwiczył kaligrafię swojego imienia. Serce rośnie, gdy patrzysz na nowe pokolenie, które potrafi rozmawiać, jest ciekawe świata i uczy się akceptować innych. To był naprawdę udany dzień, jeszcze długi czas dzieci rozmawiały ze sobą o wizycie w meczecie.  Małe kroczki, a ile uczą! To droga do budowania społeczeństwa opartego na zaufaniu, relacji i prawdzie.





UNICEF


Drugim wydarzeniem, które pochłonęło moje maluchy był projekt Unicef "Wszystkie Kolory Świata". Przez cały miesiąc szyliśmy szmaciane lalki - przytulanki. Dochód z akcji przeznaczony jest na pomoc najmłodszym w Sierra Leone. Radość dziecka, które potrafi zszyć dwa kawałki materiału, a potem wymyślić, jak zaprojektować sukienkę, aby pasowała na lalkę, jest naprawdę bezcenna. Każda przytulanka ma imię, a dzieci musiały też wypisać akt urodzenia swojej pociechy, opisać jej zainteresowania i pasje. Wyobraźnia, kreatywność plus pasja tworzenia  równa się radość! To najlepsze działanie matematyczne!
 
 



















Wszystko dla innych dzieci gdzieś daleko od nas, których życie zależy od kilku zebranych przez nas złotówek. Misja... Otwierać oczy dzieci na cały koloryt naszego świata, pokazywać tych, którzy maja mniej, oduczać bycia "pępkiem świata". Misja... Masz może problemy z dodawaniem, ale potrafisz uszyć przepiękną lalkę, którą na wystawie będzie się zachwycała cała szkoła... nawet nauczycielki...




Nasze dzieło... tylko mnie przytul...






Zawsze warto mieć misje, może być ona trochę inna niż koleżanek - wybitnych nauczycielek, ale z pewnością nie jest niejasna...




Anna M. 
nauczycielka z misją....







2 lutego 2015

"Błysk. Opowieść o wychowaniu, geniuszu i autyzmie" Kristine Barnett








"Choć większości ludzi trudno to zrozumieć, Jake autentycznie uważa, że świat nie ma do zaoferowania nic piękniejszego niż matematyka i nauki ścisłe. (...)
Temu chłopcu śnią się tesserakty i hipersześciany. Zrozumiałam, że Jake traktował liczby i pojęcia numeryczne jak przyjaciół. Obecne hasło do jego iPoda ma dwadzieścia siedem znaków i składa się z jego ulubionych liczb i formuł. Za każdym razem kiedy je wpisuje, mam wrażenie, że przybija piątkę swoim kumplom. Powtarzam mu:
- Jake, nie rozumiesz, że ludzie boją się matematyki. Ja też się jej boję.
Sądzę, że właśnie dlatego zwalcza to, co nazywa matematykofobią. Jest święcie przekonany, że gdyby uczono mnie inaczej, kochałabym matematykę tak jak on" (s.252)




W sobotę zdawałam egzamin z geometrii i gdy zobaczyłam polecenie napisania równania stycznych do kręgu równoległych do jakiejś prostej i przechodzących przez jakiś punkt oddalony od środka okręgu o ileś tam, stwierdziłam, że będzie ciężko to zdać... Ale cofnijmy się w czasie. W liceum byłam dobra z matmy, nie miałam problemów z maturą (zdałam na 6), potem jednak ku zaskoczeniu wszystkich wybrałam studia humanistyczne... Po 14 latach postanowiłam wrócić do początków i złożyłam papiery na podyplomówkę z matematyki... Pierwsze zajęcia - dramat... Siedziałam cały następny tydzień i przypominałam sobie dzielenie ułamków, mnożenie, pierwiastkowanie, znów kreśliłam funkcje w układzie współrzędnych, odliczałam sinusy (o cotangensach nie wspomnę), szukałam granic ciągów i podstaw logarytmów. Kiedy na ostatnim wykładzie profesor zaczął mówić o liczbach zespolonych i jednostce "i" będącej urojonym wynikiem pierwiastkowania liczby -1 stwierdziłam, że mój mózg potrzebuje resetu. Udając, że uczę się na egzamin, czytałam więc książkę Kristine Barnett




Jake uczy się figur geometrycznych...
"Błysk. Opowieść o wychowaniu, geniuszu i autyzmie"  jest genialną opowieścią o genialnym dziecku i jego genialnej matce. Wiem, wiem, powtarzam się, ale geniusz jest wart podkreślenia. Na początku zafascynowała mnie tylko sama historia Jaka, który ma IQ wyższe niż Einstein, z piątej klasy podstawówki przeskoczył na studia, a dziś ma 15 lat i zadziwia najwybitniejszych naukowców,  jest genialnym astrofizykiem. Dla jego umysłu nie ma rzeczy niemożliwych. Samodzielnie pracuje nad nowatorską teorią w dziedzinie astrofizyki, pisze podręczniki, rozwiązuje zadania, z którymi studenci mierzą się latami, prowadzi wykłady. Jako dziecko w ciągu dwóch tygodni nauczył się z książki podstaw analizy matematycznej, aby móc zapisać swoje teorie i myśli za pomocą cyfr i znaków. Potrafi wymienić numery rejestracyjne samochodów zaparkowanych przy ulicy wzdłuż której przejeżdża z mamą autem. Wie ile jest liści na drzewie nie musząc nawet ich liczyć, zna na pamięć liczbę pi do dwusetnego miejsca po przecinku. Jest genialnym dzieckiem. Jest też wyjątkowym dzieckiem, w drugim roku życia rozpoznano u niego autyzm. Terapeuci i lekarze powiedzieli wtedy rodzicom, że nigdy nie nauczy się czytać, pisać, nie nawiąże z nikim nawet wzrokowego kontakt i prawdopodobnie nie będzie mówił. Kristine nie mogła się pogodzić z taką diagnozą i wypisała syna z przedszkola specjalnego. Uważała, że szkoła tylko blokuje rozwój jej syna. I choć Jake wtedy potrafił wyłącznie godzinami siedzieć i patrzeć na grę światła i cienia na ścianie, Kristine nie poddawała się. Postanowiła wejść do świata syna i poprowadzić go za rękę do naszego świata. Nie było to łatwe, zwłaszcza, że nie rozumiała, jakie tam panują prawa. Po wielu latach Jake sam opowiedział jej, że od początku była to  matematyka, liczby, zależności i figury. Nic innego się nie liczyło, rozmowa, zabawa, czy uwaga. Jeśli nie było mu to potrzebne do zgłębiania matematyki, nie zajmował się tym. Dla wszystkich był to autyzm, dla Jake'a najpiękniejszy świat, jaki mógł istnieć. Dopiero gdy mama postanowiła pielęgnować pasje syna, Jake powoli zaczął się komunikować z najbliższymi. Dziś, choć cały czas cierpi na autyzm, nie różni się specjalnie od swoich rówieśników. Tak, jest geniuszem, i tak, nadal gubi się w nowych sytuacjach. Książka jest zapisem walki o dziecko, które nie widzi potrzeby funkcjonowania wśród zwykłych ludzi. Wszystko w świecie zwykłych ludzi jest banalne i nudne, dopiero liczby czynią go wartym uwagi.




To fascynująca opowieść o sile ludzkiego umysłu, pasji i próbie opowiedzenia o sobie za pomocą liczb. Ale w miarę czytania zrozumiałam, że jest to też książka o wychowaniu, pedagogice i pasji nauczania. Katreine jeszcze przez urodzeniem dzieci prowadziła przedszkole i miała swoją wizję uczenia maluchów. Stawiała na doświadczenie, zabawę i kreatywność. Piekła z dzieciakami ciastka w kształcie liter i tak uczyła je czytać, rozwijała każdą dostrzeżoną pasję, szła za ciekawością dziecka...  Po diagnozie syna stała się specjalistką od autyzmu. Otworzyła świetlicę dla dzieci autystycznych, a swoim nowatorskim podejściem do terapii i do samego procesu nauczania sprawiła, że wiele dzieci zechciało przejść do naszego "irracjonalnego" dla nich świata. Czytając jej przemyślenia o nauczaniu dzieci czułam, że jest moją pokrewną duszą..







"Od dawna żywiłam przekonanie, że dziecko może rozwinąć się ponad nasze najśmielsze oczekiwania, jeśli uda man się rozbudzić w nim i pielęgnować jakąś pasję (...).
Każde dziecko, uznane za <<beznadziejny przypadek>> miało jakąś dziedzinę (a niekiedy kilka), którą się pasjonowało. Moim zadaniem było tylko znalezienie szkła powiększającego, które pozwoli tej iskierce pasji rozniecić ogień, tak jak to robiłam z dziećmi w przedszkolu. (...) Postanowiłam, że odnajdę w każdym z tych dzieci taką iskierkę i sprawię, że zamieni się w duży, jasny płomień" (s.96)




Czytanie książki Katrine Barnett już samo w sobie było fascynująca przygodą. Upewniłam się też w przekonaniu, że idę we właściwym kierunku, nawet gdy szyję z dziećmi lalki, projektuję grę matematyczną lub załatwiam moim dzieciakom warsztaty języka arabskiego w miejscowym meczecie, podczas gdy inne klasy ograniczają tylko do plakatu konkursowego o językach świata. Zawsze wiedziałam, że pasja i doświadczenie są ważniejsze niż wkuwanie na pamięć zbędnego materiału. Żal mi tylko tego, że "system" nie dostrzega w dzieciach ich potencjału. Dla ministrów nie liczy się życie konkretnego dziecka, ale wynik sprawdzianu po klasie. Nie jest ważne, że jedna z moich uczennic wie wszystko o Afryce, jest wolontariuszką i pomaga innym, ważne, ale problemem jest, że niestety robi błędy w zdaniach. Inny z uczniów jest genialny w rozbawianiu wszystkich,  potrafi mnie doprowadzić do łez komentując rzeczywistość, ale niestety nie ma takiej rubryki w dzienniku...  Codziennie walczę, aby uczniowie dużo wiedzieli, ale ma to być wiedza, której doświadczają. Zamiast liczyć teoretyczne zadania z podręcznika, my dodatkowo budujemy własną grę, planujemy zakupy w Castoramie. Czego może nauczyć szycie lalek?? Cóż, trzeba choćby zaplanować ile waty się zmieści w środku, jak wykroić materiał na sukienkę, a potem zdecydować, za ile będziemy lalki sprzedawali, żeby zwróciły się pieniądze i żebyśmy zarobili coś, co będziemy mogli wysłać biednym dzieciom w Afryce. Trzeba rozwijać pasje dzieci, ich ciekawość świata, zachwyt istnieniem, a nie blokować pytania, bo czas leci, a lekcja trwa tylko 45 minut... I jeszcze jeden cytat, który mnie rozbawił, bo sama mam taką uczennicę:



"Niestety, wyjątkowe zdolności artystyczne niezbyt pomogły Stephanie w szkole. Poza plastyką szło jej bardzo słabo. (...) Co ciekawe mama nigdy nie próbowała wpłynąć na to, by córka lepiej się uczyła. Nie udawała, że problem nie istnieje (Stephanie z ledwością przechodziła z klasy o lasy, toteż byłoby to bardzo trudne), ale pozostawał optymistka. 
- Jeśli jest się do niczego w plastyce, nikogo to nie interesuje, ale kiedy jest się słabym z matematyki, wszyscy biegają i łapią się za głowę - powiedziała mi kiedyś. - Dlaczego tak jest? " (s.90)











Anna M.
Wracam do nauki... Za miesiąc egzamin z rachunku prawdopodobieństwa i z algebry... Dlaczego nie jestem geniuszem matematycznym???












Recent Posts