31 marca 2015

"Masakra na wyspie Utøya" Adrian Pracoń




"Nagle ogarnęło mnie nieprzyjemne uczucie. Kurtka przeciwdeszczowa zakrywała mi głowę do połowy, więc mogłem coś zobaczyć. Jego buty. Znajdowały się tuż przy mojej twarzy. Kopał martwe ciała leżące wokół mnie. Jakby chciał sprawdzić, czy ktoś jeszcze żyje. Znów zacisnąłem powieki. Pisk w uchu narastał. Był tak głośny, że mógłbym przysiąc, iż on też go słyszy. (...) Wstrzymałem oddech. Ustało drżenie, które przez ostatnią godzinę przelewało się przez moje ciało. Wtem poczułem słabe ciepło tuż przy uchu. Ciepło lufy karabinu. Moje erce biło o kamień. Wtedy pociągnął za spust" (s. 106).




22 lipca 2011 roku byłam na wakacjach we Francji. Nie miałam jakiegoś większego dostępu do telewizji, pracowałam dla religijnej organizacji zajmującej się dialogiem międzyreligijnym. Nie pamiętam jak się o tym dowiedziałam, zupełna pustka... Czy byłam akurat w Polsce? A może nadal we Francji? Nie mogę sobie przypomnieć... Jedyne co pamiętam to to, ze nie mogłam zrozumieć co się stało? Jak? Dlaczego? Wiadomość o tragedii w ułamkach sekund obiegła cały świat, w każdych wiadomościach, na każdym serwerze internetowych pojawiało się zdjęcie Andersa Breivika, a na YouTube można było obejrzeć wstrząsające filmiki z wyspy...   Stało się coś niemożliwego do pojęcia - młody człowiek z zimną krwią w ciągu półtorej godziny zabił 69 osób. Do wielu strzelał kilkakrotnie z bardzo bliska. Większość ofiar nie miała skończonych 20 lat. Nikt nie rozumiał, co się właściwie stało. Jaka wyspa? Jakie dzieci? W Norwegii? To niemożliwe! Potem płacz, niedowierzanie i ponura rzeczywistość. Niezliczone kondolencje napływające z całego świata, marsze pamięci, tragedia rodzin... Zabójca...wszyscy czekali na wyrok... I znów świat śledził proces zabójcy, jego uśmiech na sali rozpraw. A potem??? Potem przyszły inne katastrofy, masakry, kataklizmy i ... świat zapomniał... Wiem, że to tak samo brutalne jak sama masakra, ale świat tak robi... Chwilę popłacze, wyśle zapewnienia o pamięci, solidarności z poszkodowanymi, opuści flagi do połowy, a potem wraca do swoich spraw. 






Ci, którzy przeżyli masakrę na Utoya nigdy nie zapomną... Z każdą minutą muszą mierzyć się ze wspomnieniami, stresem, lękami i życiem "po"... Ofiary Breivika to nie tylko ci, którzy zginęli na wyspie, ale także ci, którzy przeżyli. Często o nich zapominamy wmawiając sobie, że teraz już wszystko będzie dobrze, są bezpieczni, ocaleni... Nic bardziej złudnego. Wśród nich jest Adrian Pracoń, chyba najbardziej rozpoznawalna medialnie ofiara Breivika. Ostatnia ofiara szaleńca. Do niego Breivik mierzył, potem zrezygnował ze strzału, by na końcu wrócić i próbować zabić. Adrian przeżył tylko dlatego, że udawał martwego leżąc pod ciałami swoich przyjaciół.  Koszmar wcale nie kończy się jednak z momentem nadejścia pomocy, nie kończy się wraz z pogrzebami ofiar, a nawet nie mija po ogłoszeniu wyroku skazującego mordercę. Koszmar trwa... 





"W minionych dniach rosło we mnie coraz silniejsze i mroczniejsze poczucie winy. Jaką Norwegię widzieli ci ludzie, nim nas opuścili? I gdzie byłem ja, gdy to się stało? Zapewne głęboko w lesie, w drodze na kamień. Tyle rzeczy mogłem zrobić inaczej. Za każdym razem. gdy przed snem kładłem głowę na poduszce, na powierzchnię wypływały coraz to nowe sytuacje. Leżąc na wysepce, miałem przed sobą mnóstwo mniejszych i większych kamieni. Dlaczego ich nie podniosłem? Dlaczego nie stawiłem oporu?" (s.152)



Książka Adriana Praconia jest świadectwem tamtych dni, hołdem złożonym ofiarom, próbą zrozumienia tego, co się zdarzyło. Nie jest to łatwa lektura, ale myślę, że też nie wolno się na niej zatrzymywać. Wspomnienia Adriana kończą się bowiem w momencie, gdy zaczyna się jego życie "po" masakrze. Śledząc jego losy chociażby w internecie wiemy dobrze, że mimo zapewnień na ostatnich stronach, cień wydarzeń z wyspy będzie stale mu towarzyszył. Kolejne lata i kolejne udzielane wywiady odsłaniają nam prawdę o "wpływie" Breivika na ocalałych, o niszczącej sile wspomnień, nieuniknionym lęku przed wszystkim i wszystkimi.




Kilka dni temu oglądałam wywiad z Adrianem, w którym przyznaje, że po ponad dwóch latach od masakry na wyspie musiał poddać się leczeniu psychiatrycznemu, ponieważ niespodziewanie wróciły lęki, rzeczywistość zaczęła zlewać się z koszmarnymi wspomnieniami z wyspy. Adrian nie był w stanie zapanować nad sobą, każdy człowiek jawił się jako zagrożenie, a najmniejszy hałas zmuszał do ucieczki. Nigdy nie zrozumiemy ani tego, co się wtedy wydarzyło, ani też tym bardziej tego, z czym borykają się ofiary. Książka może jednak pomoc zrozumieć niewyobrażalną tragedię tamtych dni widzianą oczami jednej z ostatnich osób, do których Breivik strzelał. Myślę, że mimo licznych kontrowersji jakie powstały wokół książki, pomimo jej wycofania z księgarń, poprawek i sprzeciwów ze strony rodziny jednej z ofiar, książka ta jest potrzebna. Sam autor przyznaje, że była to swoistego rodzaju terapia, próba uporania się z traumą. Dla nas jest to świadectwo życia, które zbyt szybko zostało utracone, dziesiątek ofiar, które dopiero zaczynały marzyć, tych, którzy pozostali, ocaleli, choć boją się nadal zamykać oczy, bo obrazy wracają. Nie pozwala nam zapomnieć, nie daje spokoju, budzi nasze otępiałe umysły, przypomina, że gdzieś na świecie nadal ktoś walczy o lepsze jutro, mimo koszmarnego wczoraj...





Anna M.
















29 marca 2015

"Zew ciszy" Joe Simpson




"Kiedy wróciłem do lektury, naszła mnie myśl, że byłem tam właśnie z powodu czytania. Dlatego zacząłem się wspinać. Czytanie sprawie, że przenosimy się gdzieś poza granice czasu i przestrzeni. Czytanie uwalnia nas od ograniczeń układów społecznych, pozwala nam się z nich wyswobodzić. Kogokolwiek spotkamy na stronach czytanej książki, w jakiekolwiek życie się pośrednio wcielamy - to wszystko głęboko nas dotyka. Czytanie bawi, zmienia nasze postrzeganie świata, otwiera oczy, ukazuje całkowicie inną koncepcje życia i jego wartości. Książki to poszukiwana przez wielu recepta na nieśmiertelność. Pozostawione dla przyszłych pokoleń myśli i słowa wciąż są słyszane zza grobu, gotowe, by wskrzesić czyjąś pamięć" (s. 178)





Lubię czytać o górach, choć jak już wielokrotnie podkreślałam, tylko kilkakrotnie widziałam góry, nigdy się nie wspinałam, a na Kasprowy wjechałam kolejką jak rasowa turystka z miasta... Joe Simpson pisze o pasji i miłości do gór, która zawładnęła jego całym życiem nie pozostawiając miejsca na nic innego. Jego wspinanie zaczęło się od czytania, a główną inspiracją była książka "Biały Pająk"














północna ściana "Góry Mordercy"


"Przez większość dwudziestego stulecia była symbolem ekstremalnego alpinizmu i nadal wywołuje strach i szacunek wśród młodych alpinistów. To miejsce potrzaskanej skały i pól lodowych.  W walce ze ścianą Eigeru zginęło do tej pory sześćdziesięciu wspinaczy. Jej historia pełna jest ponurych tragedii rozgrywanych na oczach niczego nierozumiejących widzów. Każdy może zobaczyć jak tam umierasz. (...) Podczas gdy łąki poniżej pławią się w słońcu, na gorze szaleją dzikie burze. O odległości godzinnego spaceru od zbocza turyści gromadą się na tarasach hoteli i przez lornetki z chorą fascynacją obserwują spektakl życia i śmierci, który rozgrywa się na ścianie ponad nimi. Eiger dobrze zapracował sobie na reputacje mordercy" (s.125)



I tu zaczyna się prawdziwa opowieść... Joe idzie śladami swojego bohatera z dzieciństwa Tonny'ego Kurtz'a. Opisuje jego odwagę, siłę i dramat, który rozgrywał się na Eigerze w latach trzydziestych. Opowieści z dalekiej przeszłości przeplatane są współczesnymi opisami zmagań z górą, która nawet podczas wyprawy Joe zabiera na zawsze  kolejnych alpinistów... Podczas lektury wielokrotnie odkładałam książkę, szukałam dodatkowych informacji w internecie, przeglądałam zdjęcia, śledziłam serwisy wspinaczkowe, a nawet słuchałam opowiadań samego Joe Simpsona zamieszczane na YouTube. Widziałam też film zrealizowany na motywach książki, w którym Joe opowiada o dramacie Tonny'ego i o swoich zmaganiach z górą... Polecam...












Kolejna książka i osoba, które powoli wyrywają mnie z prozy życia ku dawnym pasjom i marzeniom... Może już pora wyjąć z szafy stare buty do biegania....???




Anna M.














23 marca 2015

"Cud w Andach" Nando Parrado, Vince Rause




"Andy nie oddają tego co wezmą"
                                       (Chilijskie powiedzenie)



Nando Parrado to jeden z szesnastu ocalałych z katastrofy samolotu w Andach w 1972 roku. Po latach wraca na kratach swojej książki do tamtych bolesnych i tragicznych wydarzeń. Przyznaję, że lektura jego przeżyć była dla mnie momentami tak wstrząsająca, że musiałam na kilka dni odkładać książkę, aby powrócić do równowagi...




13 października 1972 roku w Andach na wysokości ponad 3600 m. rozbił się urugwajski samolot z 45 osobami na pokładzie. W większości byli to młodzi zawodnicy rugby, ale też i ich rodziny oraz kibice. Zginęło 12 osób, a kolejnych 5 zmarło pierwszej nocy. Pozostali czekali na ratunek, który nie nadchodził. Żaden z patroli wysłanych na pomoc nie mógł znaleźć białego wraku w śniegu wysoko w nieprzyjaznych górach, dodatkowo w tak trudnych warunkach andyjskiej zimy. Z tego też powodu po tygodniu odwołano akcję ratunkową uznając, że w takiej sytuacji jest niemożliwe, aby ktoś przeżył lub wytrzymał kilka dni na mrozie nie mając nawet kurtki. Ale oni przeżyli. Jednak Andy nie zapomniały o "intruzach", 28 października kolejnych osiem osób zginęło pod lawiną. Ocaleni stracili nadzieję na ratunek, ale wola przetrwania była silniejsza niż racjonalna rezygnacja. Po blisko 70 dniach, gdy zima zdawała się ustępować, dwóch spośród ocalonych postanowiła przejść Andy, co bez ubrań, sprzętu i map było szaleństwem. Nando Parrado i Roberto Canessa po dziesięciu dniach wspinaczki dotarli na skraj lodowca, przeszli 60 km poprzez wysokie szczyty. Odnalezieni zostali przez pasterzy, którzy akurat przebywali w wyższych partiach gór. W następnych dniach wszyscy pozostali we wraku rozbitkowie zostali uratowani. Przeżyli... Tyle wiemy z relacji ówczesnej prasy, telewizji i książek opisujących piekło pułapki w górach. Tyle faktów...




ocaleni






W 2006 roku Nando Parrado zdecydował się opisać owe 72 dni dramatycznej walki z górami, mrozem, głodem i sobą. Książka jest zapisem przeżyć, nadziei, rozpaczy i wiary. Jest to niesamowita opowieść, bardzo trudna, momentami wstrząsająca, ale niestety prawdziwa. Nando opisuje dramat kolejnych śmierci w tym matki i siostry, przerażające zimno, powolne zamarzanie każdej nocy, by wraz z pierwszym promieniem słońca wracać powoli do życia, wreszcie chyba najtrudniejsze dla mnie zwierzenia - kanibalizm. Rozbitkowie głodowali, a na tej wysokości, przy rozrzedzonym tlenie, organizm potrzebuje potwornych ilości kalorii, w przeciwnym wypadku zaczyna trawić sam siebie. Chcieli przeżyć, po całych tygodniach głodowania, zdecydowali się zjadać tych, którzy katastrofy nie przeżyli, najpierw obcych, pilotów, a potem już nawet przyjaciół... Przerażały mnie te opisy, ale nie wolno się na nich skupiać. Sam Nando przyznaje, że było to bardzo bolesne, gdy po ocaleniu wielu dziennikarzom zależało tylko na tej taniej sensacji. Tymczasem rodziny zmarłych nigdy nie miały do nich o to żalu, rozumiały bowiem, że to była walka o życie.




Dla mnie Nando opowiada przede wszystkim o nadziei, walce ze swoimi słabościami, poczuciu więzi braterstwa i przyjaźni między ocalałymi. Snuje długie refleksje o wierze, Bogu i Jego bezsilności, o potędze gór i szaleństwie śmierci. Pisze też o upartym głosie, który codziennie kazał mu wstawać i iść przez nieznane szczyty, które dzięki swojej niewiedzy zdołał przejść. Gdyby wraz z Roberto wiedzieli, na co się porywają, już pierwszego dnia bezsilność i niemożliwość tej wyprawy zabiłaby pierwszej nocy samotnie spędzonej pod śniegiem wysoko w Andach. Nie mieli pojęcia jak się wspinać, nie mieli sprzętu, nie wiedzieli, gdzie są. Za każdym kolejnym szczytem był następny i następny, a mimo to szli dalej...



"Wiedziałem, że pewnego dnia, będę musiał podjąć wspinaczkę, choć będzie to próba skazana na niepowodzenie. Ale jakie to miało znaczenie? Przecież  tak byłem już martwy. Dlaczego nie zginąć w górach, walcząc o każdy krok, a gdybym umarł, umarłbym o krok bliżej domu. Gotów byłem stawić czoło takiej śmierci, ale choć wydawała się nieunikniona, nadal czułem iskierkę nadziei, że jakoś zdołam przebrnąć przez pustkowie i dotrzeć do domu".



Nando opisuje owe "piekło na ziemi" jakim było przetrwanie 72 dni bardzo prosto, realnie, bez upiększania, gloryfikacji i zbędnego romantyzmu, ale i też szczerze, często brutalnie i prawdziwie oddając hołd ofiarom i ocalałym. Nie przemilcza niewygodnych faktów, nie dodaje sobie chwały, nie odbiera jej nawet tym, którzy się poddali i całkowicie załamali krótko po katastrofie.  Autor jest tylko skromnym i wiernym świadkiem dramatu kilkunastu młodych ludzi, którzy przez wypadkiem mieli swoje marzenia, plany, a życie często ich rozpieszczało. Nagle stracili wszystko, co było kiedykolwiek cenne. Dopiero wtedy zaczęli dostrzegać to, co i dla nas jest często niewidzialne - zwykły gest pomocy, dobre słowo, wiarę, nadzieję, chęć do walki o każdy oddech, myśl o bliskich i miłość do nich, prawdę o sobie samym - kiedyś umrzemy, czy warto zatem ganiać za błahostkami? Czy nie lepiej żyć pełnią życia, walczyć by każdy dzień przeżyć jakby miał być tym ostatnim, by niczego nie żałować, nic nie odkładać na później, nie tracić czasu i energii na to, co jest niepotrzebne i zaburza tylko wewnętrzny spokój, obiera nadzieję i przekreśla miłość do życia....


"Nawet dzisiaj andyjskie wspomnienia poruszają mnie każdego dnia. Nie chciałem tylko dopuścić, by smutek i cierpienie kształtowały moja przyszłość. Stosowałem się do rady, jakiej ojciec udzielił mi po tym, jak nas uratowano. <<Patrz naprzód, Nando - powiedział. - Nie pozwól, by to, co się stało, było najważniejszą rzeczą, jaka cię w życiu spotkała>>. Nie chciałem przeżyć swojego życia jako ocalały z katastrofy. Nie chciałem, by ta katastrofa określała moje życie. Wykorzystałem nauki, jakie płynęły z naszych przeżyć. Cieszyłem się przyjaźniami, jakie się w ich trakcie zadzierzgnęły, i zawsze szanowałem pamięć tych, którzy zginęli".






O katastrofie nakręcono kilka filmów...


"I Am Alive" to dokument opisujący tragedię z 1972 roku, pełen opowieści ocalałych, wywiadów, rekonstrukcji i prawdziwych zdjęć...







Drugi film to już nakręcona na podstawie książki  reżyserska opowieść o walce w Andach...








Anna M.


strona Nando Parrado

strona Roberto Canesy

strona internetowa Ricardo Pena, który w roku 2005 przeszedł przez Andy droga Parrando i Canessy, o tej samej porze roku, ale ze sprzętem i zapasami żywności. Udokumentował swój wyczyn w hołdzie dla Nanda i Roberto.









21 marca 2015

"Wanda Błeńska. Spełnione życie" Joanna Molewska, Marta Pawelec






Od Wydawcy: "Zmarła w wieku 103 lat, ale nawet po setnych urodzinach można było codziennie spotkać ją w tramwaju. I u dominikanów, na Mszy Świętej. Jej kalendarz był zawsze zapełniony. Nikomu nie odmawiała spotkania. Wiele osób chciało jej słuchać. Dlaczego? Bo wystawiała receptę na szczęśliwe życie. Przeżyła dwie wojny światowe, uwięzienie za działalność w AK, mrok polskiego komunizmu, chwile strachu w Ugandzie, w której posługiwała chorym przez 43 lata. Kobieta odważna. Lekarka, misjonarka, Matka Trędowatych, "Ambasador Misyjnego Laikatu", jak określił ją bł. Jan Paweł II. Nie bała się realizować swoich marzeń. Zawierzona całkowicie Panu Bogu z anielskim uśmiechem powtarzała: "Jeśli macie dobre, świetlane pomysły, to je pielęgnujcie. Nie dajcie im zasnąć, nie odrzucajcie ich". Niniejsza książka to rozmowa z doktor Wandą Błeńską - jedną z najpiękniejszych postaci polskiej medycyny, polskich misji, polskiego Kościoła..."







Dr Wandę Błeńską widziałam tylko raz, gdy byłam jeszcze na studiach, podczas spotkania w ramach wykładów o misjach. Biło od niej niezwykłe ciepło, spokój i radość dosłownie "nie z tej ziemi".  Nigdy nie zapomnę jej uśmiechu i uwagi jaką poświęcała każdej osobie. Gdy kilka dni temu przeczytałam książkę Joanny Molewskiej i Marty Pawelec, wspomnienia wróciły. Jako studentka Wydziały Teologicznego UAM, nie interesowałam się zbytnio misjami, raczej zgłębiałam Biblię. Po studiach kilka razy była na spotkaniach z misjonarzami, wiedziałam też o kole misyjnym na naszej uczelni, a w pracy katechetka próbowała mnie namówić na pracę na rzecz misji. Niestety nie mam takiego powołania, bardziej interesowała mnie pomoc dzieciom w różnych rejonach świata, niż ich ewangelizacja. Subtelna różnica, ale jednak znacząca. Zawsze uważałam, że najpierw trzeba pomóc człowiekowi w jego najbardziej podstawowych potrzebach, prawach i problemach. Nawracanie to coś wtórnego, jeśli się żyje wiarą, to każdy ją zauważy bez zbędnego gadulstwa, demonstrowania i przekonywania kogokolwiek. Najpierw musimy sprawić, by ludzie nie byli chorzy i głodni, potem możemy im mówić o Bogu...  Dlatego bycie człowiekiem i pomoc człowiekowi to pierwsze i najważniejsze zadanie chrześcijanina, wszystko inne przychodzi później, zwyczajnie, cicho i niepostrzeżenie... 


"Jak daleko mogę pamięcią sięgnąć, zawsze miała dwa cele: ja muszę być lekarką i muszę być lekarką na misjach. I koniec. Jako dzieciak to mówiłam - i się spełniło. Kiedy rozmawiam z młodzieżą, zawsze im powtarzam: jeżeli macie jakieś dobre, świetlane pomysły, to je pielęgnujcie.  Nie dajcie im zasnąć. Nie odrzucajcie ich. Nawet jeżeli wydają się niemożliwe do spełnienia, za trudne. Swoje marzenia trzeba pielęgnować! Zawsze można znaleźć jakąś wymówkę, powód, dla którego rezygnuje się z marzeń. Czasem jest to strach.... A strach ma często wielkie oczy!"





Wanda Błeńska należy do moich autorytetów. To Matka Trędowatych, która przez ponad 40 lat nie opuściła swoich podopiecznych z Ugandy. Jej spokój i ciepło promieniowały na wszystkich. Książka jest przepięknym, głębokim i dającym do myślenia wywiadem z Doktą, bo tak ją nazywano w Afryce.  Pani Doktor opowiada o swoim dzieciństwie, studiach, wojnach, pracy, marzeniach i wyjeździe na misje na całe życie. W jej wypowiedziach uderza ogromny szacunek dla człowieka, nie tylko tego chorego, ale też tego "innego". Z powagą i ostrożnością wypowiada się np. o plemiennych wierzeniach, nikogo nie oceniając nawet szamanów i czarowników. Dla nas Afryka to obraz utrwalony przez filmy, stereotypy, legendy, mniej lub bardziej prawdziwe wyobrażenia, dla Wandy Błeńskiej to cały świat, w których się odnalazła, który pokochała i starała się zrozumieć. Pomagała jej w tym pasja leczenia, pomagania chorym i głęboka wiara w Boga. Dokta jest też dla mnie przykładem wielkiego poświęcenia, heroizmu i walki o szacunek i godność swoich pacjentów. Sama przyznaje, że często nie stosowała choćby rękawiczek podczas badań chorych na trąd, aby nie poczuli, że się ich boi lub brzydzi. Z otwartością mówi, że widywała lekarzy badający "wzrokiem zza biurka". Ona jednak nigdy nie odtrącała człowieka, walczyła z jego chorobą, uczyła higieny i przekonywałam, że przy jej przestrzeganiu ryzyko zakażenia jej minimalne. Nie ocenia Afrykańczyków, nie dramatyzuje, nie straszy wojnami, ale spokojnie i ciepło przeprowadza czytelnika/słuchacza przez swoje spełnione życie. Jest nawet tak szczera, że zapytana, czy tęskni za Ugandą, odpowiada, że nie, bo zawsze ma ja w swoich wspomnieniach. Afryka ożywa w niej zawsze wtedy gdy się nią dzieli. a ta książka jest tego najlepszym przykładem.





POLECAM
Anna M.




Polecam stronę Wydawnictwa 



   
i bardzo dziękuję :)



19 marca 2015

"Dzika droga" przystanek dziewiętnasty





Kolejna uczestniczka naszego projektu "PRZECZYTAJ  I  PODAJ  DALEJ" i kolejna relacja. Miło mi donieść, że książka nadal podróżuje.




Sylwia pisze:

"<<Przypominają ludzi, którzy utyskują na to, że w życiu do niczego nie doszli. Nie dopuszczają do siebie myśli, że może byłoby inaczej, gdyby zdecydowali się choć raz w życiu wyjść z domu>>.
.
.
Te dwa zdania Szymona Hołowni  towarzyszyły mi przez większość książki. Bardzo celne, dla mnie ważne, bo chyba każdy w swoim życiu ma taki etap, że musi coś zmienić, ruszyć z miejsca. "Dzika droga"- główna bohaterka projektu, o którym pisałam wcześniej tu, dotarła do mnie i szykuje się do wyruszenia w kolejną podróż:) Czas na wrażenia..."

.
.



Więcej przeczytasz na blogu Sylwii



Zapraszam na blog Sylwii, a tymczasem "Dzika droga" leci do Irlandii :) Kolejną osobą, u której się zatrzyma jest Jola :) Bardzo się cieszę, że projekt nadal trwa. Ciągle wierzę, że są ludzie, dla których książki są nierozerwalną częścią życia, ludzie, którzy pragną poszerzać swoje horyzonty i dać się porwać magii wyobraźni.





Anna M.






2 marca 2015

"Dzika droga" znów w drodze...





Kochani, z prawdziwą radością donoszę, że książka Cheryl Strayed "Dzika droga" dalej jest na szlaku. Tym razem była u Basi aż we Włoszech :) Gościła tam od stycznia, właściwie to od lutego, po podróż trwała sporo (kilka tygodni)... Widać nie tylko Poczta Polska ma indywidualne podejście do czasu...







Całą relację możecie przeczytać na blogu Basi .              POLECAM


Basia pisze:  


"Książka ta szukała drogi do mnie od kilku lat. Kilkakrotnie odkładałam ją na półkę po tym jak poleciła mi ją moja przyjaciółka Justynka. Stwierdziła ,bowiem,że czytając ją miała wrażenie ,że opowieść jest o mnie. Nie raz w swych postach wspominam o tym,że jestem przekonana ,że książki w jakiś magiczny sposób wybierają czytelników oraz czas, kiedy mają w dane ręce trafić.Tak też było właśnie z tą historią" (więcej tutaj).





U  Basi....





Bardzo się cieszę, że Basia przeczytała książkę, to naprawdę niezwykła opowieść. Wielokrotnie już o tym pisałam, chyba przy okazji każdego postu  w ramach projektu. Dla mnie ważne są przede wszystkim relacje, jakie dzięki książce powstają. Te relacje z sobą samym, podczas lektury "Dzikiej drogi",  na zawsze pozostaną większą lub mniejszą tajemnicą tych, którzy przeczytają historię Cheryl Strayed. Niezmiennie się wzruszam, gdy uczestniczki projektu dzielą się na  blogach swoimi przemyśleniami. Ale są też szersze relacje, które tworzą się miedzy czytelniczkami (ciągle czekamy na odważnego czytelnika). Z Basią "zaprzyjaźniłam się" tak na odległość. Często wymieniamy ze sobą wiadomości, piszemy o swoich sprawach, jesteśmy w kontakcie. Dzięki niej zrodził się we mnie kolejny pomysł - stworzenia Klubu Dzikiej Drogi. Byłoby to miejsce, najczęściej wirtualne, gdzie wszystkie czytelniczki mogłyby się ze sobą "spotykać" i rozmawiać, nie tylko o książce, choć to pewnie będzie punkt wyjścia i stały punkt odniesienia, ale też o swojej drodze... Ta myśl jeszcze we mnie kiełkuje, ale powoli sama się urzeczywistnia...  Co o tym sądzicie? 




Książka znów wraca do Polski, tym razem do Sylwii.



Pozdrawiam cieplutko i życzę miłej lektury...

Anna M.




LINKI


- relacja z przebiegu projektu i linki do blogów czytelniczek








BANER akcji


Create your own banner at mybannermaker.com!


Copy this code to your website to display this banner!








Recent Posts