18 sierpnia 2015

"Dom złudzeń. Zosia" Iwona Walczak




Moja babcia mawiała, że "dom jest zawsze tam, gdzie jest nasze serce"... Scarlett O'Hara ciągle wracała do rodzinnej Tary, a Ania Shirley miała swoje Zielone Wzgórze.  Dom pachnący ciastem, pełen dzieci i radości. Dom ze swoimi tajemnicami, o których nikt nie mówi głośno, dom marzeń, dom złudzeń....





Ostatnie tygodnie wakacji... kawa i książka - to wszystko, czego potrzebuję do życia. Pomijając drobny fakt, że mój komputer padł i przez tydzień go reanimowałam... Stąd panie K.S. - zaległości :) Ale już się poprawiam :) Postanowiłam zatem wrócić do Domu Złudzeń. Chyba potrzebowałam przerwy w czytaniu, bo ze zdwojoną ciekawością wzięłam do ręki książkę, a może też zatęskniłam za własnymi czterema ścianami, albo trochę pozazdrościłam K.S. jego nowego mieszkanka... Nie wiem, spakowałam walizkę, wróciłam na wieś, do domu rodzinnego, zrobiłam sobie pyszne śniadanko i zasiadłam przed monitorem z małym denerwującym punkcikiem na ekranie zachęcającym do postawienia literki :) Mój pies próbował odciągnąć mnie od pisania, a pogoda zachęcała do pójścia na spacer do lasu. Cisza, spokój, książka i ja...



Dom Złudzeń... już raz tam byłam i trochę się bałam, że zastanę tam Igę, a tu proszę - niespodzianka. Drzwi otworzyła mi Zosia.





Zosia i Iga - dwie diametralnie różne kobiety. Przyznam, że czytając powieść przypominały mi trochę "rozważną" i "romantyczną", momentami trudno jednoznacznie je ocenić, poznać, czy nawet zrozumieć. Każda ma swój bagaż doświadczeń, każda skrywa niezliczone tajemnice, a może to ten dom...? Iga, jaką pamiętam z pierwszego tomu to piękna i silna kobieta o włosach koloru ognia i takim samym charakterze. Walczy o wszystko ze wszystkimi, choć największe boje toczy sama ze sobą... Zosia jawi się raczej jako delikatna i krucha jasnowłosa altruistka, która każdemu chce pomóc ciągle zapominając o sobie.


O Idze już pisałam, o Zosi posłuchajcie teraz...


Polubiłam ją od pierwszej strony, bo podobnie jak ja, ma pasję - pomaganie innym. Ileż to razy marzyłam, aby mieć domek pełen dzieci, poprowadzić jakąś fundację, czy wyjechać na misje... Zosia zdaje się realizować moje plany. Jest otwarta na nowe, nie boi się wyrażać swoich myśli, zawsze znajduje porozumienie z innymi. Jest właściwą osobą na właściwym miejscu. Nie zależy jej na pieniądzach, zdaje się, że do życia wystarczą jej ideały, kocha sprawiać innym radość, a dzieciaki stanowią centrum jej życia. Zosia potrafi w każdym odnaleźć ukryty nieraz głęboko talent czy powoli zdobywa serce mieszkańców wsi. Czy odnajdzie szczęście w Domu Złudzeń? Z co z miłością? Może jednak Piotr? Kim jest Maciej - tylko bratnią duszą, przyjacielem? Jest jeszcze kwestia pochodzenia Zosi, głęboko skrywana tajemnica rodziny Leśniewskich. Jaką rolę odegra Basia i Rysio? Co się stanie gdy spotkają się Iga z Zosią? Ogień i woda...



kwiaty o ogrodzie u mojej mamy...



Książka Iwony Walczak jest ujmującą serce opowieścią o rodzinie, o życiowych wyborach i ich konsekwencjach. Każda z nas, czytelniczek, z pewnością odnajdzie w Domu Złudzeń kawałek swojego miejsca na świecie, swojej historii. Nie są to baśniowe opowiastki, nie zawsze kończą się "i żyli długo i szczęśliwie", bo takie jest prawdziwe życie... Bohaterki wydają się stopniowo wychodzić z kart książki i żyć obok nas. Dramaty, radości, wybory i emocje. Nic nie umknie autorce, wszystko ma swoje miejsce i czas. Przyznam, że choć kibicuję całą sobą Zosi, to jednak Iga na zawsze chyba skradła moje serce. A już obie razem gwarantują, że nie można się nudzić podczas lektury. Niekiedy miałam ochotę wsiąść w pociąg i pojechać do Pobiedzisk, do Złotniczek, aby sprawdzić, czy ten dom przypadkiem nie jest prawdziwy? A może drzwi otworzyłaby mi Zosia i zaprosiła na herbatę. Może opowiedziałaby mi o rodzinnych tajemnicach, o tym, jak pracować z dziećmi, jak szukać szczęścia, jak być sobą.




Poleca książkę "Dom złudzeń. Zosia", ponieważ przenosi nas ona do pachnącego ciepłym ciastem domku na wsi, pozwala zagłębić się w historię silnych kobiet i ich  niejednokrotnie trudnych wyborów.




 Anna M.







10 sierpnia 2015

Kto nigdy nie był na diecie, nie wie, czym jest życie ;) / "Jeść, by żyć" dr Joel Fuhrman



Wakacje mnie zupełnie wciągnęły... Czytam ogromne ilości książek, choć na blogu niewiele wpisów. Jeden z powodów - mój komputer ostatecznie zwariował, jednak 10 lat dla laptopa to chyba trochę za dużo do udźwignięcia. Kolejny powód? Błogie lenistwo... Ale od czego ma się znajomych! K.S od jakiegoś czasu prosi o nowy wpis, więc z dedykacją dla niego zamieszczam :)






"Ze wszystkich danych naukowych płynie ważny przekaz - musimy zrozumieć, że odżywianie się jest sprawą życia i śmierci. Nie stać nas na pomyłki". (s.243)







Każdy, kto mnie zna może potwierdzić, że co chwilę mam inną wagę. Spowodowane jest to tym, że praktycznie od 15 lat jestem na diecie (zrzuciłam już w moim życiu ok 50 kg, potem jojo i znów spadek wagi itd). Zawsze to była moja własna dieta, czyli rezygnacja ze słodyczy, tłustego mięsa, smażenia na korzyść warzyw i owoców plus bieganie. Wymaga to niesamowitych wyrzeczeń, bo liczenie kalorii jest bardzo skomplikowaną metodą (jeśli chcemy oczywiście zachować składniki odżywcze). Jeśli wracałam do "normalnego" jedzenia, czyli przetworzonej żywności - tyję... Moja najniższa waga to 58 kg (jakieś 4 lata temu). Cóż obecnie mam o wiele więcej ... Miesiąc temu zaczęły się wakacje, mam więcej czasu, zatem ponownie przeszłam na moją starą, dobrą dietę. Czytam wiele książek na temat zdrowego odżywiania autorstwa światowej sławy sportowców, dietetyków i naukowców.  Proponują oni całkowicie i na stałe odrzucić jakąkolwiek przetworzoną żywność, wszelkie używki, konserwanty, cukier i sól.  Do tej pory właściwie zawsze chodziło mi wyłącznie o zrzucenie zbędnych kilogramów, od jakiegoś czasu bardziej stawiam na zdrowe jedzenie, a gubione kilogramy traktuję jako efekt uboczny. 



Kilka tygodni temu dosłownie wpadła mi w ręce książka "Jeść, by żyć", w której dr Joel Fuhrman zbiera to, co do tej pory doczytywałam się między wierszami u Scotta Jurka, Richa Rolla, Beaty Pawlikowskiej, czy Chrisa Powella. Autor potwierdza też to, co jakoś wewnętrznie wyczuwałam. Jeśli odrzucimy z naszej diety produkty wysoko-przetworzone, czyli tzw śmieciowe jedzenie, a zastąpimy je surowymi i gotowanymi warzywami, to nie tylko schudniemy, ale będziemy pełni energii, uwolnimy się od uzależnienia od jedzenia, polepszą się nasze wyniki badań, znów będziemy mogli marzyć i żyć pełną parą.



"Nie należy podejmować prób. Należy całkowicie się zaangażować. Kiedy więc pacjenci mówią mi, że zamierzają mój program wypróbować, odpowiadam, że powinni dać sobie spokój. Są z góry przegrani. Aby wyzwolić się z okowów nałogu, nie wystarczy spróbować. Trzeba być zdeterminowanym. Trzeba chcieć to zrobić za wszelką cenę. Pójść na całość" (s.27)


Z wielkim lękiem i niepewnością rozpoczęłam detoks od żywności z konserwantami. Nie czułam się sama w moich zmaganiach, bo od dawna prawie codziennie czytam fragmenty książek Scotta Jurka, czy oglądam filmy o zdrowym gotowaniu. To czego się bałam? Otóż, jak stwierdza sam dr Joel Fuhrman, byłam tak przyzwyczajona do określonej żywności, że zrezygnowanie z niej wydawało mi się końcem świata. I wbrew pozorom wcale nie chodziło o słodycze i cukier. Ale kawa? No i mój ukochany serek pleśniowy?  Ketchup? Nie, nie, tylko nie chleb! Ale stało się...


Jeśli być szczerym, to być szczerym. Nie jestem jednak zupełnie przekonana do weganizmu, dlatego jem chude mięso i produkty nabiałowe. Zrezygnowałam jednak całkowicie z półproduktów i żywności przetworzonej. Znów bawię się w gotowanie w mojej mini-kuchni i wymyślam coraz to nowe dania.




Moja dzisiejsza kolacja: orkiszowe naleśniki z owocami i pomidorowy koktajl :)



Polecam książkę "Jeść, by żyć". Nawet jeśli nie zostaniecie weganami (ja za bardzo kocham mięso), to i tak można doczytać się wielu naukowych wyjaśnień tego, by wprowadzić do diety więcej warzyw i owoców.




Anna M.







Recent Posts