29 października 2015

Być fit - być sobą / "Jaglany detoks" Marek Zaremba




Zdrowe ciasteczka i jesienne słoneczko zachęcają do zadbania o siebie!  zdj. Anna Czyż



Dziś nieco inaczej niż zwykle... Nie byłabym sobą, gdybym nie eksperymentowała :) I nie chodzi tu tylko o moje własne czasem doprawdy dziwaczne pomysły, ale o ciągłe poszukiwane zmian. Postanowiłam na chwilę oddać mojego bloga w cudze ręce (no dobra - nie takie znowu cudze - ale w ręce mojej koleżanki z pracy).  K.S. pewnie teraz głośno wzdycha, ale spokojnie - już w przyszłym tygodniu wracam na blog. 

Dlaczego dziś inaczej? Powodów jest wiele.... Bo lubię Ankę, bo razem się odchudzany (chwilowo to zbyt doniosłe słowo), bo robi świetne zdjęcia, bo nie wyrabiam czasowo z matematyką, bo przeczytałam książkę i chciałam się nią podzielić nie tylko w formie recenzji, ale i od tej praktycznej strony. Wreszcie, bo Ania ma w domu sprawny piekarnika, a ja nie...


Oddaję głos Ani...

Anna M.







zdj. Anna Czyż


 


Ostatnio doszłam do wniosku, że najwyższy czas zmienić coś w swoim życiu. Dlaczego by nie od samej siebie? I wtedy wpadła mi w ręce książka Marka Zaremby „Jaglany detoks”, która w pewnym sensie odpowiada na zadane przeze mnie pytanie. Okładka piękna, książka wydana cudownie. Tytuł hmm… dziwny. Do tej pory kasza jaglana kojarzyła mi się z drugim daniem obiadu. Autor jednak udowodnił, że wcale kasza nie musi być zwykłym dodatkiem do mięsa. Może być czymś więcej, no i jest!

Nie jest to jednak zwykła książka kucharska. Pierwsza część poświęcona jest ogólnym informacjom na temat nie tylko samych produktów, ale i świadomości o żywieniu, świadomości o samym sobie. Autor na samym początku przekonuje, że żeby coś zmienić należy zacząć od siebie i tego co nas otacza, a dieta to tylko dodatek. 


zdj. Anna Czyż



Dowiadujemy się zatem wielu ciekawych rzeczy na temat nie tylko samej kaszy ale i naszego sposobu odżywiania. W rozdziale „Niezbędnik detoksu” znajdziemy wiele informacji o przyprawach, nie tylko o znanym każdemu czosnku, ale i na przykład o galgancie. Jednym z wielu ciekawych rozdziałów jest „Świadomość”, w którym autor pisze o ważnym w życiu każdego z nas aspekcie psychologiczno-emocjonalnym. Dowiemy się również, że suplementy diety pomagające odbudować naszą skórę, paznokcie i włosy wcale do takich rewelacyjnych nie należą.  Po przeczytaniu dosłownie 211 stron książki przechodzimy do ważnego elementu  dla książki kulinarnej jakim są oczywiście przepisy!


Druga część książki „Jaglany detoks” to wspominanie przepisy. Ta część została podzielona na kilka fragmentów: śniadania, zupy, dania główne, przekąski i tzw. detoks party (co w moim tłumaczeniu powinno nazywać się ciasta, ciasteczka i inne słodkości). Przepisy są napisane w bardzo prosty i zrozumiały sposób. Większość z nich nie wymaga dużego nakładu naszej pracy. 



W ferworze pieczenia  (zdj. Anna Czyż)


Pozwoliłam sobie zrobić (bo uwielbiam słodycze!) jaglane ciasteczka. Czytając przepis,, szczególnie składniki, nie widziałam tam cukru. Jak to? Ciastka bez cukru?  Ale nic, postanowiłam zrobić. Wyszły cudowne, pyszne i szybkie i nie jest to tylko i wyłącznie moje zdanie. Każdy przepis ma odpowiednie zdjęcie, które jeszcze bardziej zachęca nas do gotowania. 





Autor ciekawie przekazuje nam posiadaną przez siebie wiedzę w zakresie dietetyki. Przekonuje nas do zmiany życia i rozpoczęcia nie od diety tylko od siebie. Książka wydana pięknie z jeszcze piękniejszymi zdjęciami. W treści nie ma przesady, ale są ważne i konkretne informacje. Sprawdzalność przepisów? Ekstra! Jednym słowem - dla mnie bomba!



Anna Czyż



zdj. Anna Czyż







Kochani, ja również polecam książkę "Jaglany detoks" - recenzja zachęcająca, zdjęcia wspaniałe, a same ciasteczka? Cóż - przepyszne!!! Wiem, co mówię i piszę. Na dowód - jedno moje małe zdjęciunio z "zatwierdzania recenzji" :) :) :) 





 Anna M.


LINKI
-   strona Autora







Polecam stronę Wydawnictwa Pascal i dziękuję :)









16 października 2015

"Przesunąć horyzont" Martyna Wojciechowska






"Mallory wiedział, iż droga jest ważniejsza niż cel, jako że prócz tego, co osiągnięte, zawiera się w niej to, co możliwe i zamyślane, upragnione. Cel jest skończony, droga nie i dlatego nie można jej oceniać ze względu na jej koniec. Ona prowadzi wciąż dalej"





Biorąc do ręki książkę Martyny Wojciechowskiej przypomniały mi się wszystkie kontrowersje wokół jej osoby i słowa krytyki, jakie na nią spłynęły odnośnie zdobywania Korony Ziemi. Moim zdaniem, a przecież mogę i ja takowe posiadać, mimo, że w górach byłam tylko dwa razy, Martyna dokonała rzeczy niezwykłej - zrealizowała swoje marzenie, nie poddała się krytyce, robi to, co kocha i jest szczęśliwa. Może i nie wspina się sportowo, może ma sponsorów, ale wejść na górę musiała sama, nikt tego za nią nie zrobił. Nie zdobyła Everestu z komercyjną wyprawą, ale w zespole, a nawet pomagał jej Simone Moro, zatem czapki z głów - dokonała tego. Czy nam się podoba, czy nie, prawda jest taka, że podczas, gdy my siedzieliśmy sobie w ciepłym domku, ona spała w lodowatym namiocie na wysokości ponad 7000 m. 



Everest traktuje wszystkich tak samo, nie oszczędza amatorów, ale też nie tylko ich zabija. Każdego roku próbuje pokonać górę i siebie tysiąc wspinaczy. Niewielu osiąga szczyt, jeszcze mniej z niego schodzi. W tym samym czasie, co Martyna wspinał się też doświadczony Simone Moro i przyznaję, że fragmenty książki opowiadające o nim i jego szalonym optymizmie chyba najbardziej do mnie trafiały. Ale Everest co roku zabiera wiele osób. W 2006 roku, w sezonie letnim, na zawsze zostało na na nim 12 wspinaczy. Najtragiczniejsza ze śmierci to historia Davida Sharpa, który 15 maja 2006 przesiedział całą noc na wysokości ok 8600m. Minęło go 40 wspinaczy, niektórzy nie zauważyli skulonej po pod skałą postaci, inni myśleli, że tylko odpoczywa i zaraz ruszy dalej, jeszcze inni, że już nie żyje. Nikt nie próbował go ratować... Gdy wreszcie ktoś się zatrzymał, było już za późno na cokolwiek... Zmarł samotnie tuż przy drodze... Taki los mógł spotkać każdego, bo coś, co się wydaje oczywiste z punktu widzenia ciepłego i wygodnego fotela komentatorów, jest niewykonalne w strefie śmierci... I nieważne ile masz pieniędzy, jak świetny sprzęt, nikt za ciebie nie zejdzie z tej góry... Dlatego zawsze będę miała szacunek dla Martyny za jej wyczyn, za siłę, odwagę i upór... No i za jej umiejętności...



"Powoli dociera do mnie myśl, że ... zdobyłam Mount Everest. Weszłam na najwyższą górę świata! Dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, że to nie ma żadnego znaczenia, że jedyne, co jest ważne, to Droga. Nie tylko droga na Everest, ale cała droga, którą pokonujesz w sobie, wewnętrzna motywacja, a potem cała przemiana, jaka się w tobie dokonuje. Wszystko, co najważniejsze - stało się już wcześniej.... Do szczytu zostało mi piętnaście kroków. Dogania mnie Darek i razem wchodzimy na szczyt o dziewiątej dwie"



zdj. pochodzi z martyna.pl



Dlaczego tyle czytam o górach? Hmmm, czytam raczej o ludziach gór. Inspirują mnie oni do działania tutaj "na dole". Poznając nowych bohaterów Everestu wiem, że przed nami nie ma nic niemożliwego. Każda przeszkoda może być pokonana, każde marzenie zrealizowane i nigdy nie jest tak źle, by się poddać. Nie interesują mnie techniki wspinania, nawet same góry nigdy nie były dla mnie na tyle atrakcyjne by po nich chodzić. Mnie zawsze ciekawi człowiek i jego wnętrze, ta niezwykła siła, która powoduje, że codziennie chce nam się iść dalej, żyć mocniej, więcej czuć i bardziej żyć... Ciągle szukam odpowiedzi na pytania o ludzką psychikę, o wartości, prawdę i to coś, co sprawia, że walczymy ze swoimi słabościami, pokonujemy własne lęki i ograniczenia, stajemy się wolni.


"Ciągle mam wrażenie, ze mój czas się kończy. Z kolejnym dniem mam jeden dzień mniej do przeżycia. W związku z tym każdą chwilę chciałabym przeżyć jak najlepiej. Pomysłów na wyprawy mam jeszcze tyle, że przeraża mnie tylko jedno: życia mi nie wystarczy, by zrealizować wszystkie marzenia. Everest uświadomił mi,że nie chodzi o cele. Chodzi o Drogę. O to, by cały czas być w ruchu. O to, by na szczycie spotkać się z samym sobą. A ja naiwnie myślałam, że chodziło mi o Najwyższy Wierzchołek Świata".



Dziś mija 37 lat od pierwszego polskiego wejścia na Mount Everest - 16 października 1978 roku na szczycie stanęła Wanda Rutkiewicz - pierwsza Polka i pierwsza Europejka. W 2006 roku, czyli po 28 latach, Martyna Wojciechowska była... trzecia Polką na Dachu Świata...



Anna M.





10 października 2015

"127 godzin" Aron Ralston




"Pasja: to co cierpię, na co przystaję, co znoszę i co jest moim przeznaczeniem" - Aron Ralston






Książki opowiadają mi o świecie, którego nie widać na pierwszy rzut oka. Jesteśmy zbyt zajęci marnowaniem czasu na błahostki, aby dostrzec prawdziwe jego oblicze. Wolimy ekscytować się kolejnym skandalem jakiegoś celebryty lub śledzić losy rolnika, który od kilku sezonów ponoć szuka żony. Za dużo pracujemy, zbyt często się zamartwiamy, zbyt szybko żyjemy  i co jakiś czas wydaje nam się, że nasza codzienność nas przerasta. Nasze życie nagle zależy od kilku niewykonanych telefonów, od koszmarnych rozmów i dokumentów "na wczoraj". Wydaje nam się, że jeśli się rozchorujemy, to świat się zawali, bo przecież nagle nie jesteśmy perfekcyjni. Oceniają nas za wygląd, liczbę like'ów na Facebooku, markowe ciuchy lub ilość kilogramów. Takie dni prędzej czy później przychodzą, bo natłok informacji, którymi jesteśmy w dzisiejszym świecie bombardowani jest przytłaczający i nikt nie może uciec przez narastającym chaosem. Wtedy sięgam po książkę. Nie jest to powieść o wymyślonym świecie, najczęściej są to biografie, literatura faktu, a dziś właśnie skończyłam czytać "127 godzin" Arona Ralstona



"Nie jesteśmy ważni i wspaniali dlatego, że znajdujemy się na szczycie łańcucha pokarmowego, ani dlatego, że potrafimy kształtować swoje środowisko - ono nas przetrwa dzięki niezgłębionym siłom i niezwyciężonym mocom. Zamiast poddawać się własnej marności, okazujemy dzielność, gdy staramy się kierować własną wolą pomimo naszej efemerycznej i kruchej obecności na tej pustyni, an tej planecie, w tym wszechświecie" (s.21)



Aron Ralston był jednym z tych szaleńców, którzy sądzą, że nasza wartość zależy wyłącznie od tego, co zrobimy, a nie kim jesteśmy. Brał od życia całymi garściami, ryzykował i szukał coraz to nowych wyzwań, aby igrać ze śmiercią. Wydawało się, że zawsze się wymyka tylnymi drzwiami z każdej opresji. Aż do kwietnia 2003 roku, gdy postanowił samotnie wspinać się w kanionie Blue John w Utah. 




 
"Wśród niezbyt zamożnych mieszkańców naszych miast panuje milcząca zgoda co do tego, że lepiej być biednym, a mimo to bogatym w doświadczenia - spełniając swoje marzenia - niż cieszyć się tradycyjnym bogactwem i nie móc realizować swoich pasji." (s.25)




Tego dnia na prostym odcinku wspinaczki Aron spadł wgłąb szczeliny i jego prawa ręka została przygnieciona przez olbrzymi głaz. Został uwięziony, z dala od cywilizacji, bez potrzebnego sprzętu, telefonu, nawet najbliższa rodzina i przyjaciele nie wiedzieli gdzie przebywa. Nie potrafił się wydostać, nie miał zapasów wody, skazany był na powolną i długą śmierć z odwodnienia, wykrwawienia lub na skutek zakażenia. Przez 127 godzin próbował wszystkiego, aby ocaleć. Gdy skończyła się woda, pił własny mocz. Miewał halucynacje, na skraju hipotermii, by z promieniami słońca wracać do świata żywych. Miał ze sobą małą kamerę, więc codziennie nagrywał swoje pożegnanie z rodziną, mówił o swoich pasjach, spojrzeniu na siebie, modlił się do Boga, zawierał pakty z diabłem. Wszystko na nic. Wracał myślami do dzieciństwa, na nowo szeregował i porządkował świat swoich wartości.


"Tyle razy miałem szczęście, że nawet przelotne wizje mojego końca stawały się zabawką, którą obracałem w dłoniach, by doznać intensywnych uczuć, posmakować dramatycznego kontrastu między strachem ostatecznego unicestwienia a pragnieniem życia w pełni (...) Podczas mniej niebezpiecznych, ale wciąż jednak ryzykownych wypraw testowałem granice swej wytrzymałości, poddając się długotrwałemu działaniu cierpienia powodującego katharsis, pragnąc zburzyć swoje wewnętrzne mury, oczyścić ducha, doznać czegoś wznioślejszego niż nuda i stres, przezwyciężyć samego siebie". (s.160) 


Po 127 godzinach męczarni Aronowi pozostała tylko jedna możliwość. Nie chciał jeszcze się poddawać, z bardzo kochał życie, swoje pasje, dlatego prawie nieprzytomny z odwodnienia odciął sobie rękę małym scyzorykiem... i wyszedł ze szczeliny. Po kilku kilometrach wędrówki znaleźli go turyści. Przeżył.


"Jest 11.32, czwartek, 1 maja 2003 roku. Rodzę się w swoim życiu po raz drugi. Tym razem wychodzę z różowego łona kanionu, gdzie spędziłem okres inkubacyjny. I tym razem jestem dorosłym człowiekiem, rozumiem też znaczenie i moc owych narodzin, czego żaden z nas nie pojmuje, gdy rodzi się po raz pierwszy". (s.286)





(jedno z nagrań Arona)



Dalsze losy Arona są już inną historią. Powrócił do wspinaczki, podróżuje jako mówca motywacyjny, powstał nawet o nim nominowany do Oskara film. Ma żonę i syna, którego widział w wizjach na dnie kanionu.  Jednak nie wszytko układa się tak pięknie. W 2013 roku został aresztowany za przemoc domową... Walka ze sobą nadal trwa....


"Wiedząc o tym - gdybym miał cofnąć się w czasie - znów powiedziałbym Kristi i Megan <<do zobaczenia>> i ruszył sam w tę wąską szczelinę. Nauczyłem się wiele i nie żałuję swojego wyboru. Potwierdził on tylko moje przekonanie, że naszym celem jako istot duchowych jest podążanie za szczęściem, poszukiwanie pasji wieść życie, w którym możemy nawzajem znaleźć inspirację. Właśnie z tego bierze się wszystko inne. Kiedy znajdujemy inspirację, musimy podjąć działanie dla siebie i dla innych. Nawet jeśli oznacza to, że trzeba dokonać trudnego wyboru albo odciąć coś i pozostawić w przeszłości. Pożegnanie to także śmiały i obiecujący początek"




Lubię słuchać jego przemówień, opowieści o owych 127 godzinach, czy śledzić kolejne wyprawy w góry. I choć na jego życiorysie pojawiają się rysy, to jedno jest pewne - jego odwaga, determinacja i chęć życia zawsze będą mnie inspirować...




Anna M.



oficjalna strona Arona






3 października 2015

"Skandynawia. Światło Północy" Zofia Miedzińska, Michał Miedziński




Zaczynam od wyjaśnień. Drogi K.S. wiem, wiem, długo mnie tu nie było, ale dosłownie pochłonęła mnie matematyka. Tak, tak, wszystkim czytelnikom mojego bloga przypominam, że w tym roku uczę matematyki :) I tylko kilka pierwszych wrażeń: cudnie, bosko i chyba nareszcie trafiłam na swoje "powołanie" :) Kiedyś pewnie o tym napiszę, jedynym minusem jest to, że tak bardzo się eksploatuję podczas zajęć, że po nich mam siłę już tylko na poprawę sprawdzianów i kartkówek i... zasypiam ...





Dziś o książce, której lektura przeniosła mnie na mroźną Północ - do Skandynawii. Nikomu, kto słucha rocka i metalu nie muszę tłumaczyć, że Finlandia i Szwecja to kraje, z których pochodzą moje ukochane zespoły: HIM, Nightwich, Stratovarius, Hammerfall,  The Rasmus, Turisas, Therion i wiele innych... Myśląc o Finlandii słyszę konkretne piosenki, dlatego też wieczorami zakładałam słuchawki i czytałam książkę przy ulubionej muzyce. 


"W Skandynawii o reszcie Europy mówi się czasem "kontynent". I chyba rzeczywiście istnieje jakaś tajemnicza granica oddzielająca te dwa światy. Każda wyprawa na północ jest dla nas odkrywaniem takiego właśnie, zupełnie nowego świata"




Finlandia - nietknięta przyroda, przyjaźni ludzie, wspaniała muzyka i tajemnicza kultura. Autorzy przybliżają pochodzenie samych Finów, ale i ich zwyczaje, kuchnię i starodawne legendy. Już wcześniej fascynowała mnie mitologia fińska z jej eposem narodowym - Kalewalą. Na niej wzorował się Tolkien tworząc swój mityczny świat elfów. Przyznaję, może ktoś uzna mnie za szaleńca, ale bardzo podoba mi się brzmienie języka fińskiego i potrafię słuchać śpiewu Kalewali godzinami. Gdybym miała wybierać kraj, w którym zamieszkałabym z wyboru, byłaby to z pewnością Finlandia (słabość mam jeszcze do Szkocji, ale to Finlandia wydała na świat najlepszych muzyków). Język mnie przeraża, kultura fascynuje, muzyka hipnotyzuje. Autorzy "przewodnika" trafili więc w samo sedno uwodząc mnie wspaniałymi opisami krajobrazów, przepięknymi zdjęciami i opowieściami z zupełnie innego świata. Jeśli do tego dodamy garść anegdot i humorystyczne opisy zwyczajów mieszkańców Skandynawii, to chciałoby się wrzucić książkę do plecaka i wyruszyć na poszukiwanie tego mitycznego zakątka, gdzie zorza polarna jest zjawiskiem całkowicie zwyczajnym. Zazdroszczę mieszkańcom Północy ich poczucia humoru, dystansu do siebie i przede wszystkim dzikiej i czystej przyrody. W świecie lodu wszystko wydaje się proste, wybory oczywiste, a zmartwienia zbędne.








Opowieści o Białym mieście Północy sprawiły, że moje pragnienie, aby stanąć kiedyś na ziemi Finów przybrało na sile. Czysty klimat, słoneczne noce, natura wygrywająca z miastem, wspaniała kuchania i mentalność ludzi to tylko niektóre powody, aby wybrać się w podróż w nieznane. Czy to z książką, czy w rzeczywistą wędrówkę - to już nieistotne, ważne, by zrozumieć, że wokół świat wygląda inaczej, niż ten widziany za oknem naszego domu. Warto czytać o nim, poznawać i być może kiedyś będzie mi dane zobaczyć na własne oczy...


"Jasne klasyczne fasady budynków w centrum miasta, liczne zatoki wnikające w śródmiejskie dzielnice, a zwłaszcza białe noce w lipcu i sierpniu, kiedy słońce ledwie chowa się za horyzont, zadbane skwery, parki oraz fragmenty naturalnej tajgi na obrzeżach miasta łączą się we wrażenie niezwykle jasnego i przyjaznego miejsca. Łagodny klimat będący wynikiem oddziaływania ciepłego prądu morskiego Golfstrom sprawia, że mimo znacznego oddalenia od równika Półwysep Skandynawski jest miejscem przyjaznym człowiekowi. Fakt, że aż jedna trzecia powierzchni Finlandii znajduje się na północ od koła podbiegunowego, a prawie trzydzieści procent ludności tego kraju zamieszkuje obszary położone za kołem polarnym, czyni z Finlandii najbardziej na północ wysunięty kraj na świecie (...) W anglojęzycznych turystach sama nazwa Helsinki poprzez zestawianie sylab: Hel (jak hell - piekło), sin (grzech) oraz ki (to już bez znaczenia) nie budzie pewnie pozytywnych odczuć. Jednak wystarczy pobyć w Helsinkach chociaż chwilę, by się przekonać o niezwykle pozytywnym klimacie tego miejsca" (s. 35)


Ja autorom uwierzyłam na słowo i Wam również polecam lekturę książki. Wystarczy tylko jeszcze dodać, że Finlandia to pierwszy przystanek w podróży przez Skandynawię. Lista magicznych miejsc odwiedzonych przez Zofię i Michała jest znacznie dłuższa... POLECAM


Anna M.




LINKI

Strona internetowa Michała Miedzińskiego  

Strona internetowa Zofii Miedzińskiej














Serdecznie dziękuję za możliwość przeczytania książki i polecam strony Wydawnictwa

 Novae Res






Recent Posts