21 listopada 2015

"W mojej tajskiej kuchni" Daria Ładocha



I znów oddaję głos mojej koleżance po fachu - Ani Czyż :)

Anna M.



(zdj. Anna Czyż)





Czytając bloga mojej koleżanki Ani, który został trochę zaniedbany z różnych względów, postanowiłam pomóc i zaproponowałam recenzję jednej z kilkudziesięciu (może kilkuset książek). Zgodziła się (więc "Jaglany detoks" chyba  się podobał). Ania wybrała tematykę i książkę. W ten oto sposób w moje ręce wpadła książka wydawnictwa Pascal o tajskiej kuchni, napisana przez blogerkę i kucharkę Darię Ładochę. Książka kulinarna posiada bardzo interesujący tytuł „W mojej tajskiej kuchni  90 aromatycznych przepisów, które łatwo zrobisz w domu”. Czy łatwo??? O tym zaraz.




Książka, jak to mają w zwyczaju książki tego wydawnictwa, jest pięknie wydana. Cudowna okładka, kolorowe i zachęcające zdjęcia potraw i nie tylko, czytelny tekst. No i co mnie urzekło - mnóstwo przepisów. Na początku mamy bardzo ciekawy wstęp. Dowiadujemy się wielu historii z życia autorki, która powiada nam o wyborze kuchni tajskiej, o zdrowym żywieniu, ważnych momentach i podróżach, które odbyła po to, by poznać smaki Krainy Uśmiechu czyli Tajlandii.  W tym fragmencie książki możemy oglądać wiele kolorowych i interesujących zdjęć z okresu pobytu w tym kraju.



(zdj. Anna Czyż)
Druga część książki zatytułowana „ABC KUCHNI TAJSKIEJ” ukazuje nam bliżej produkty wykorzystywane przy przygotowywaniu poszczególnych potraw. I tak dowiadujemy się no wielu wielu ciekawostek np. o ryżu jaśminowym. Dla mnie ryż to ryż biały czy brązowy, mówiąc szczerze  - pierwszy raz widzę nazwę "ryż jaśminowy", którego jak zagłębić się w książce jest w dodatku kilka rodzajów. Oczywiście autorka wymienia również produkty takie jak mleko kokosowe, sos sojowy, trawę cytrynową, makarony czy też każdemu znane papryczki chilli i wiele wiele innych.  Oprócz znanych nam produktów autorka wykorzystuje składniki, które warto mieć w swej kuchni, aby przyrządzić tajskie dania. Część z nich, takie jak imbir czy też zielone papryczki chilli znam, jednak pojawiają się również takie nazwy jak "pochwiaki"  (inaczej - rodzaj grzybów) czy też "pak choi" - swego rodzaju chińska kapusta.  Opisywane są również wszelkiego rodzaju ryże, makarony, maki, sosy no i oczywiście przyprawy. Daria Łaboda odsłania tajniki gotowania, techniki przygotowania potraw i prezentuje niezbędne naczynia, które używane są w tajskiej kuchni. 


Trzecia część to nasze upragnione przepisy, które podzielone zostały na przystawki, zupy, sałatki, makarony i ryże, curry, ryby i owoce morza, dania mięsne, desery i dodatki. Jednak za nim do przepisów dojdziemy napotykamy krótki wstęp o tym, jakie czasy przygotowań mają nasze przyszłe potrawy, jak bardzo są ostre. Bardzo podoba mi się, że autorka zamieszcza takie rzeczy jak przepis na ryż jaśminowy, czy najzwyklejszą tabelę zamienników (tak na wypadek braku tajskich produktów w polskich sklepach). Przejdźmy jednak do przepisów. Jak to ma do siebie wydawnictwo Pascal, o czym wspomniałam wcześniej, książka pełna jest kolorowych i interesujących zdjęć. Na jednej stronie mamy przepis, na drugiej ogromne zdjęcie. Przeglądając i czytając przepisy postanowiłam zaskoczyć czymś Anię M. i w związku z tym zabrałam się za przygotowanie sałatki z mango i krewetek. Czas przygotowania - tylko kilkanaście minut, przepis konkretny i prosto napisany (a o to w tym wszystkim chyba chodzi!). Powiem szczerze - mi mango smakowało strasznie, a z miny Anki wywnioskowałam, że jej też. Ale krewetki z sosem były przepyszne!!!  

(zdj. Anna Czyż)





I jeszcze wielki plus książki - przepisów jest mnóstwo, nie wiadomo kiedy to wszystko robić.


Jeśli chodzi o polecanie książki… hmmm… polecam ją, oczywiście!!! Dlaczego?  Prosto, konkretnie, szybko! Ta książka to sama przyjemność dla osób lubiący wprowadzać nowe smaki i nowe składniki. No i jak zwykle - to co mnie urzeka to … zdjęcia. Książkę oceniam na bardzo dobry (w końcu jestem nauczycielem!






Anna Czyż





OD BLOGERKI


Zabiegana blogerka/nauczycielka znalazła chwilę czasu na gotowanie. Aniu, dziękuję za wspaniałą recenzje i czas spędzony wspólnie w kuchni :) Dodam tylko - w mojej nowej kuchni, może i maleńkiej, ale własnej.
Sałatka jak na zdjęciu... (zdj. Anna Czyż)




 W gotowaniu najcenniejsze są szczegóły i sam fakt twórczej zabawy jadzeniem. A śmiechu i radości wczoraj nie brakowało. Zaczęło się od zakupów "z książką w ręku", potem było już tylko śmieszniej. 

I oto przerażone patrzymy na mango i zastanawiamy się, co z nim się tak na serio robi? Ale od czego jest Internet? Telefon, Youtube i filmik instruktażowy obierania mango i już jest w naszej potrawie - ale i tak smakowało okropnie.  A jedzenie pałeczkami to już historia na oddzielny post...


POLECAM książkę z całego kulinarnego serca, a jeść uwielbiam :)  Autorka zamieszcza też listę zamienników, więc może i to mango można wyrzucić z sałatki? Wracam do kuchni... hmmm raczej do jej malowania, a wieczorem znów gotuję!


Anna M.



Nasza uczta!  (zdj. Anna Czyż)

18 listopada 2015

Wynajęte "cztery ściany"



Blog ostatnio zaniedbany, waga idzie ciągle w górę, książki leżą... a wszystko z powodu małej rewolucji w życiu. Moja współlokatorka nareszcie się wyprowadziła i wynajęłam całe mieszkanie. No i zaczęło się wielkie malowanie (bo w jej pokoju, a teraz moim salonie, ściany były... różowo-łososiowe). Cały tydzień maluję, przyjechał brat, aby pomóc wynieść meble, a znajomi pożyczają kasę. Bardzo się cieszę, że mieszkam nareszcie sama - pierwszy raz w życiu :)




Może to i zabawne, ale najbardziej cieszę się że:

  • jestem wolna!
  • mogę wstawać bardzo wcześnie, robić sobie śniadanie, pić kawę i czekać na wschód słońca i nikt nie mówi mi, że za wcześnie wstaję;
  • nie muszę się zachowywać cichutko późnym wieczorem i teraz mogę czytać w nocy i nikt mi nie będzie wypominał, że za dużo prądu zużywam;
  • mój dom - moje zasady - tak, ściany są pomalowane w odcieniach brązu! Kocham ten kolor i już!
  • mam mnóstwo miejsca na książki;
  • w kuchni wszystkie szafki są moje i nareszcie mogę swobodnie gotować;
  • rankiem nie zastaję karteczek w kuchni z listą zażaleń od współlokatorki;
  • nikt nie będzie sprawdzał stopnia czystości po moim sprzątaniu;
  • nie muszę już mieścić swojego zakręconego życia na 9 m2;



Wczoraj wróciłam z pracy potwornie zmęczona i wiecie co? W domu zrobiłam sobie kawę, usiadłam w fotelu, włączyłam muzykę i na chwilę zamknęłam oczy. W salonie wszystko jest jeszcze przykryte folią, bo ściany schną, a regały ciągle czekają na weekend, żeby je pomalować, ale już "czuję" mój dom. Wszystko jest dokładnie takie, jakie zawsze chciałam mieć, w moich ulubionych kolorach, mnóstwo przestrzeni (bez przesady, ale jak na moje dotychczasowe warunki metrażowe, teraz mam "ogromne" mieszkanie) i światła. Kawałek mojego świata :) Tylko mojego ...  


Jak tylko skończę remont, zamieszczę kilka zdjęć :) Planuję urządzić wszystko na Mikołajki :) 


Anna M.
P.S. W tym roku będę miała choinkę :) 








1 listopada 2015

"Everest. Na pewną śmierć" Beck Weathers





"Większość ludzi nie chce wstawać o trzeciej nad ranem, żeby wyjść na zewnątrz i katować się przez dwanaście godzin. Ale my to robiliśmy. Albo to lubisz, albo nie".








Lubię czytać o górach, choć byłam w nich chyba tylko ze dwa razy. Nigdy się nie wspinałam i nie będę, to zupełnie nie moja bajka, ale przeczytałam większość książek o himalaistach. Dlaczego? Bo cenię ludzi, którzy dla pasji potrafią poświęcić wszystko, którzy nie boją się wyzwań. Inspirują mnie historie o ich poświęceniu, heroizmie, wytrwałości, walce ze sobą i przeciwnościami.  Daje mi to niezłego kopa w mierzeniu się z codziennością...




Mount Everest zawsze był dla mnie metaforą, pomagał mi w mojej drodze, był i jest celem wędrówki. Uczę w szkole, i odkąd pamiętam chciałam z tej szkoły zwiać. Zawsze marzyłam by być kimś innym, niż jestem i robić zupełnie coś innego, niż wskazywały moje talenty. Chciałam być misjonarzem, pracować w organizacjach pokojowych, wstąpić do wojska - jednym słowem - być kimś ważnym i osiągnąć coś spektakularnego. Życie szybko zweryfikowało moje marzenia i po 13 latach nieustannej walki z wiatrakami skapitulowałam. Dopiero wtedy odkryłam, że szkoła i nauczanie od zawsze były moja pasją, choć nie chciałam się do tego przed sobą przyznać, bo to takie "zwyczajne"... Wstaje człowiek codziennie rano, przez kilka godzin uczy oczywistych oczywistości i tak długo to robi, aż osiągnie cel, a przynajmniej tak mu się wydaje. Kolejnego dnia robi dokładnie to samo, zupełnie od nowa... Bez rozgłosu, bez kamer. Do tego każdy przy zdrowych zmysłach ciągle pyta: "po co to robisz? Nie rozumiem, jak można lubić uczyć dzieci?" Myślę sobie zatem, że jestem takim samym "szaleńcem", jak himalaiści. Dlatego chyba tyle o nich czytam. 



Autora chyba nie trzeba przedstawiać. John Krakauer pisząc swoją książkę "Wszystko za Everest" wyrył w naszej świadomości i pamięci historię nie tylko swojej wspinaczki, ale i każdego z uczestników tamtej tragedii. Jednym z nich był właśnie Beck Weathers. Jego książka jednak nie koncentruje się na samych wydarzeniach z 1996 roku, bo autor chętniej opowiada o swoim życiu "przed", o depresji, ucieczce w góry, o rodzinnych problemach. Rozważa sam wypadek przez pryzmat punktu zwrotnego, jaki wtedy nastąpił. My znamy ową historię jedynie z doniesień medialnych, czy też z do tej pory wydanych książek. Teraz możemy posłuchać jednego z ocalałych, który utratę rąk  odczytuje wbrew pozorom jako błogosławieństwo. Jeden dzień, jedno doświadczenie, jeden dramat wyrwał go z życia jakie dotąd wiódł i pozwolił inaczej spojrzeć na siebie i najbliższych. Ocalał nie tylko tam na Evereście, ale w każdym możliwym aspekcie, ocalał jako mąż i ojciec, jako lekarz i jako himalaista.



"(...) duży wysiłek w górskiej dziczy i skupienie na osiągnięciu celu uwalniały mnie choć na chwile od pogłębiającej się depresji. Tutaj mogłem otrząsnąć się z przygnębienia, bo góry - szczególnie wysokie, jak się przekonałem - zmuszają cię do bycia tu i teraz. Koncentrujesz się na tym, żeby iść do przodu, i na tym, co cie otacza. Fizycznie i psychicznie jesteś wolny od świata, który został w dole. Wspinaczka stała się więc dla mnie formą kuracji." (s.177)
 


Dużo o tym myślałam, bo intryguje mnie to, ile człowiek jest w stanie przetrwać i znieść, jakie ma granice wytrzymałości nie tylko fizycznej, ale przede wszystkim psychicznej. W sytuacjach kryzysu możemy liczyć na to, kim jesteśmy jako ludzie, na to, co wypracowaliśmy przez całe nasze życie. W trudnych chwilach okazuje się, jacy jesteśmy. Tu na "dole" możemy się przechwalać, być "super bohaterami", ale każdy z nas ma chyba swój Everest. Tam, na "naszej górze" ostatecznie pokazujemy prawdziwe oblicze, sprawdzamy siebie. Codziennie mozolnie pniemy się w codzienności i zupełnie niezauważeni przez nikogo milcząco przechodzimy przez życie. Krok za krokiem. Może wejście na szczyt górski jest bardziej spektakularne, ale czy np. uczenie dzieci nie bywa równie wielkim wyzwaniem?



"Ludzie często pytają mnie, czy zrobiłbym to ponownie. Początkowo myślałem: <<Co za głupie pytanie!>>, jednak gdy zastanowiłem się nad tym dłużej, zrozumiałem, że w istocie jest to bardzo trudna i głęboka kwestia. Odpowiedź brzmi następująco: nawet  gdybym doskonale wiedział, co mnie spotka na Mount Evereście, zrobiłbym to jeszcze raz. tego dnia na górze wymieniłem moje dłonie na rodzinę i przyszłość. Bez wahania godzę się na taki układ. Po raz pierwszy w życiu czuję spokój. Nie staram się już definiować siebie samego przez to, co na zewnątrz, przez cele, osiągnięcia i posiadane przedmioty. Po raz pierwszy w życiu czuję się dobrze we własnej skórze. Szukałem na całym świecie czegoś, co da mi poczucie spełnienia, a przez cały czas miałem to u siebie, na własnym podwórku. Koniec końców jestem szczęściarzem. Co ważniejsze, wiem o tym." (s.300)




Może warto mieć swój własny cel, choćby inni go dyskredytowali, wyśmiewali i pukali się w czoło na nas widok. Może nie każdy zrozumie nasze życiowe priorytety, może nie są one dochodowe i nie wróżą wielkiej kariery. Ale czym byłby dzień bez owej "wspinaczki"???






Anna M.












Recent Posts