24 października 2016

"Bieg po życie. Z piekła Sudanu na olimpijskie areny" Lopez Lomong




Mała Wariatka wróciła na bloga - wieści niesłychane. I fakt, że na biurku leży sterta sprawdzianów, dziś jakoś mnie nie stresuje.  Trudno, nie będę super-nauczycielem i nie oddam ich już jutro (zwłaszcza, że dziś je dostałam).  Mała Wariatka znów czyta, pochłania książki jedna za drugą, nie o wszystkim pisze, bo wiadomo jak jest w szkole - to nie Tesco - nie zostawisz pracy zamykając za sobą drzwi pokoju nauczycielskiego :) I ku rozpaczy mojej przyjaciółki, nadal najbardziej mnie kręci non-fiction (chociaż Tolkien sprawia, że szala jest na równi - na jednym haczyku jest całe non-fiction, na drugim sam Tolkien i ten sposób w moim małym świecie M0 utrzymuje się równowaga). 




Ale do celu, bo zabłąkany czytelnik znudzi się moim monologiem, a że to nie jest szkoła i nie jest zmuszony siedzieć tu 45 min, zwyczajnie się podda i "przekliknie" na coś ciekawszego typu streszczenie nowego odcinka "Grzechu Fatmagul"...





Dziś książka niezwykła - "Bieg po życie". Jak już pisałam w ostatnim poście, jakoś tak zawsze jest, że książki nie trafiają do mnie przypadkowo - one mnie wybierają, kiedy ich najbardziej potrzebuję. Dodatkowo najczęściej czytam literaturę faktu, biografie, wspomnienia i mam wrażenie, że bohaterowie tych opowieści stają się najbliższymi mi osobami. Koleżanka z pracy, mama, czy nawet K.S. wiedzą o mnie tyle, ile im powiem - czasem jest to więcej, a czasem zwyczajnie nic. Ci, którzy śledzą moje wpisy na Fb żyją w zupełnie mylnym przeświadczeniu, że odkryli prawdę o mnie. Bzdura totalna. Natomiast książki... to zupełnie inna historia.


To bohater danej opowieści sprawia, że otwierają się we mnie rożne drzwi, czasem może on usłyszeć mój śmiech, czasem wściekłość. To własnie i tylko autor danej historii snując swoją opowieść ma okazję zobaczyć moje prawdziwe ja. Widzi moje wzruszenie i wie, kiedy dotknął dna mojego serca, przed nim nie jestem w stanie nic ukryć. I co więcej, to on wykorzystuje fakt, że o nim czytam, aby porozmawiać ze mną na najgłębszym poziomie mojej duszy. Niesamowite, ale własnie tak się czuję czytając o prawdziwych ludziach. Wiem, że oni najczęściej dziś robią już coś innego, może nawet już dawno nie żyją, ale wiem też jedno - każdy z nich wiedział o mnie, kiedy pisał swoją książkę. Z całą pewnością chciał mnie wesprzeć na duchu, zainspirować, pokonać we mnie lęki, czasem rozśmieszyć, często jednak zrównać z ziemią mój mały świat, abym zobaczyła coś więcej, poczuła coś mocniej, kochała bardziej i żyła pełnią tego, co dało mi życie...




"W tym momencie poczułem, że nie jestem sam. Bóg wysłał mi swoich aniołów, aby mnie strzegli. Niebawem mieli robić dla mnie o wiele, wiele więcej". (s. 14)



Tak, doskonale wiem, że Lopez Lomong pisał o chłopcach, którzy pomogli mu uciec z obozu rebeliantów, gdy miał 6 lat. Dla mnie jednak jest to zdanie, które równie dobrze oddaje moją miłość do książek, choć lepiej byłoby napisać miłość książek do mnie. Nigdy nie zostawiają mnie samą, a bohaterowie z każdej kartki rozmawiają ze mną, troszczą się o mnie, dodają otuchy, czasem wrzeszczą, żebym wzięła się w garść tak jak oni to zrobili, czasem zwyczajnie mówią: "nie martw się, dasz radę ze mną, razem coś wymyślimy, skoro mi się udało, to obiecuję, ze i ty przez wszystko przejdziesz". Razem z Lopezem byłam zatem w obozie dla uchodźców, płakałam, gdy umierali jego koledzy, byłam wściekła na rożne organizacje, gdy wyjadał resztki jedzenia wyrzucane przez pracowników ONZ podczas, gdy dzieci w Sudanie głodowały. W ostatnich dniach, kiedy leżałam chora, cały czas na silnych środkach przeciwbólowych, to on rozczulał mnie opowieściami, jak to adoptowany przez amerykańską rodzinę dostał buty do biegania i był na nie zły, bo przeszkadzały mu osiągać najlepsze wyniki w sporcie.  


"Postanowiłem, że wykorzystam sukces, jaki osiągnę jako biegacz, aby zmienić coś w życiu innych ludzi". (s.138)


Czasem potrzebne mi też dosłowne walnięcie mnie w łeb i skierowanie na dobre tory. Czasem mój mały, hermetyczny świat nie pozwala mi spojrzeć dalej, ale zmusza do użalania się nad sobą. Ciemność ciągnie się bez końca, a zwykłe bzdury przysłaniają słońce. I wtedy co? Dostaje książką po głowie, a konkretnie autor będąc przy mnie w tych chwilach i mówiąc o swoim życiu, daje nadzieje mojemu. 



"Życie może nie należało do łatwych, ale byliśmy szczęśliwi. Tak, chłopcy umierali i trudno było zdobyć jedzenie, ale przynajmniej nikt do nas nie strzelał. Jedliśmy tylko jeden posiłek dziennie, ale dla mnie, który przybył do tego obozu w wieku sześciu lat, stało się to czymś normalnym. Nigdy nie pomyślałem, że życie jest niesprawiedliwe, bo muszę jeść śmieci. Resztki jedzenia z wysypiska traktowałem jak błogosławieństwo. Nie wszyscy chłopcy w obozie mogli tak robić. Znałem kilku, którzy się nad sobą użalali. Jaki jest cel takiego narzekania? Przecież i tak, cokolwiek by się nie działo, mieszkaliśmy w obozie dla uchodźców. Całe narzekanie na świecie nie poprawiłoby naszego losu, niczego by nie zmieniło. Należy starać się czerpać jak najwięcej dobrego z każdej życiowej sytuacji, nawet w takim miejscu jak Kakuma". (s. 50)



No, ale dobrze, miało być o książce, a tu małe zwierzenia egzystencjalne... Trudno... Mała Wariatka musiała się wykrzyczeć... Opowieść o książce pozostawię samemu autorowi. Posłuchajcie... a Lopezowi bardzo dziękuję :) I sorry, że dziś prawie zupełnie nie o książce, choć czy, aby na pewno...?








"Kiedy biegłem, nie myślałem o moim pustym brzuchu  ani o tym, jak wylądowałem w tym miejscu. Nad niewieloma rzeczami w moim życiu miałem kontrolę. Pracownicy ONZ-etu decydowali o dostawie żywności, o tym, kiedy z kranów płynęła woda, nawet o tym, kiedy mogliśmy się dożywiać ich śmieciami. A kiedy biegłem, byłem jedyna osobą, która miała kontrole nad moim życiem. Biegłem dla siebie. Nie miałem butów, lecz bieganie boso łączyło mnie z ziemią. Jakby ścieżka pod moimi stopami i moje ciało stawały się jednym". (s.51)




Anna M.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recent Posts