28 stycznia 2016

Poszukiwanie sensu życia, czyli "Odkryj, że biegun nosisz w sobie" / Marek Kamiński



Styczeń w Poznaniu - plus 11°C 

Postanowiłam poszukać zimy...

Chyba najzimniej na biegunie...








Uwielbiam, gdy jest zimno, kocham książki o sportowcach, całe życie szukam drogi do celu - zatem książka Marka Kamińskiego jest najlepszym rozwiązaniem na pseudo zimowy wieczór.  Taki przystanek w życiu. Dlaczego przystanek? Bo nie sam biegun jest celem, ale, jak przekonuje sam autor - celem jest droga.




mapa drogi na biegun/ spis treści/ kierunek życia





"Ważne, żebyśmy chcieli coś zrobić ze swoim życiem i żebyśmy nie chcieli tkwić w miejscu. Bo życie można przeżyć w taki sposób, że przez cały czas płyniemy z prądem wydarzeń i staramy się tylko o to, żeby utrzymywać się na powierzchni, nie za bardzo ryzykując. Ale życie służy temu, żeby coś z nim zrobić. Nie wystarczy czekać na to, aż ono z nami coś zrobi, tylko trzeba samemu wykonać pewną pracę" (s.16)




Odnaleźć swój cel w życiu - bezcenne. Czasem przed celem można wiele lat uciekać, można udawać, że się go nie widzi, albo lepiej - można nawet z pełną premedytacją starać się robić coś zupełnie przeciwnego. Ale biegun zawsze jest tam, gdzie jest, ani dalej, ani bliżej. Nawet jeśli uciekamy, on pozostaje naszym jedynym odniesieniem w życiu. Wokół niego skupiają się nasze wybory, on sprawia, że idziemy, żyjemy, pragniemy, kochamy i nienawidzimy. Ale jak odkryć mój własny biegun?




"Nie można opowiadać, że było się na biegunie, można jedynie opowiadać, jak się do niego doszło. (...) Biegun jest dla mnie właśnie tym wszystkim, co wprawia mnie w ruch. Biegun jest czymś, co wszyscy nosimy w sobie i co powinniśmy odkryć" (s.10-11)



Dziś zaczęłam tworzyć mapę myśli... Oczywiście to moja mapa, więc jej tu nie przedstawię, ale początek drogi wygląda tak... 



Książka jest rewelacyjnym przewodnikiem w drodze na nasz biegun, nie ten geograficzny, ale wewnętrzny, życiowy. Czytałam ją długo, dokładnie i po kilka razy każdy rozdział. Inaczej nie można - po każdej przeczytanej stronie przychodzi tyle przemyśleń, planów i ich weryfikacji, że droga zaczyna w nas nabierać realnych kształtów. Autor jest z nami na jej początku, na każdym zakręcie, podaje rękę, gdy się potkniemy i stale zapewnia, że damy radę. Od lat czytam książki sportowców, książki non-fiction, poradniki, wspomnienia. Ale tym razem jestem oczarowana. Wiedziałam, że sport może być czymś głębszym, pokonywaniem słabości, odkrywaniem prawdziwego siebie. To nie tylko kolejny wyczyn dopisany do listy osiągnięć, a trofeum nie może być tylko jeszcze jednym przedmiotem na zakurzonej półce. Nasza droga, życiowe wybory określają to, kim jesteśmy. Nie można oddzielać różnych dziedzin naszego życia, bo wszystko razem stanowi całość - mnie. 





fragm. książki - od dziś wisi nad moim łóżkiem...





Jednym z moich biegunów jest bycie nauczycielem. Długo go szukałam, choć od dzieciństwa wiedziałam, że będę uczyła w szkole. Jednak życiowe wybory sprawiały, że nie było to takie oczywiste. Przez kilka lat za wszelką cenę starałam się robić zupełnie coś innego, uciekłam ze szkoły, zmieniłam pracę i wydawało mi się, że teraz już wszystko będzie cudownie. A jednak los sprawił, że szkoła mnie ponownie znalazła. Znów poczułam, że jestem na właściwej drodze, a mój biegun mnie przyciąga. Wyjście poza schemat, droga, pokonywanie ograniczeń, taktyka, walka z pokusą zostania na biegunie - to wszystko jeszcze przede mną, a książka w tym niezmiernie pomaga. Autor nie daje gotowych odpowiedzi, ale zachęca do poszukiwań, daje wskazówki i towarzyszy w pokonywaniu trudności i odkrywaniu kamieni milowych. Za to jestem wdzięczna... Koniec zatem pisania o książce, pora wrócić na drogę: "kierunek - biegun"...



Anna M.



LINKI












19 stycznia 2016

Kolejny rok z książkami...








Rozpoczął się czwarty rok mojego blogowania :)


Rok 2015, a zwłaszcza jego końcówka, był bardo ciężki - studia, staż w pracy, nowy etat... Wielokrotnie zastanawiałam się, czy nie zakończyć pisania, ale jakoś przetrwałam. Głównie dzięki K.S. Dziękuję!!!  Myślę, że już nie mam pokus, żeby zamknąć blog. 


Ostatnio chyba jestem tu sama, pusto w komentarzach, cicho na Facebooku. Ale jeśli mnie ktoś teraz czyta, to serdecznie pozdrawiam i dziękuję. Ferie zapowiadają się książkowo..., o czym z pewnością wkrótce napiszę :)


Anna M.









18 stycznia 2016

Dziś, własnie dziś zaczyman być sobą! / "Między światami" Beata Pawlikowska


Wracam do lektury ...





Przez lata uwielbiałam czytać książki Beaty Pawlikowskiej, ale potem nastąpił u mnie przesyt... Musiałam chyba trochę odpocząć, zwłaszcza, że czytając o kimś, komu się w życiu udało, wcale jakoś nie miałam ochoty postępować podobnie. Niby chciałam być równie szczęśliwa, a jednak miałam swój patent na życie. Kilka dni temu bez większego entuzjazmu zaczęłam czytać "Między światami" i... znów się zachwyciłam. Nie jestem już czytelnikiem, który przyjmuje wszystko, co inni wymyślą, ale kolejny raz przemówiła do mnie filozofia autorki. Do tego książka zbiegła się całkiem nieoczekiwanie z moimi zakupami - otóż zmęczona dotychczasowym trybem życia postanowiłam urządzić kuchnię z prawdziwego zdarzenia. Na początek nowa lodówka, mikrofala i zestaw garnków. CUDNIE!




Ale wróćmy do książki. Jest kilka fragmentów, które mnie zwyczajnie na tyle zaskoczyły, że nie mogłam zasnąć. Mój umysł ciągle przepracowuje to, że mogę zmienić w moim życiu wszystko cokolwiek zechce. Niby jakoś naturalnie wiedziałam, że o mózg trzeba dbać podobnie jak o ciało i stosowałam dietę, czyli "odstawiłam" telewizję, a przede wszystkim zbędne informacje, reklamy, newsy. Zaśmiecały tylko mój umysł, zabierały siły. Od kilku tygodni wolę posiedzieć w ciszy lub włączyć sobie cicho muzykę, niż ekscytować się kolejną reklamą środków na rozwolnienie. Może to starość? Chyba bardziej świadomość negatywnego wpływu natłoku bzdurnych informacji na mój spokój i wewnętrzną równowagę. Nie jest to łatwe, ponieważ przez lata przyzwyczaiłam się do "bycia na bieżąco". Tylko po co? Trudno jest też zupełnie "wyłączyć się" i odciąć od śmieciowych informacji. Reklamy są wszędzie, a ludzie często mówią tylko po to, żeby mówić. Każdy każdego musi o wszystkim poinformować. Tylko znów po co?




"Obudź się. Zastanów się co robisz i po co to robisz. Jaki to ma skutek i w jaki sposób wpływa na twoje życie. A potem podejmij świadome decyzje o tym, czym karmisz swoje ciało, swój umysł i swoją duszę. Bo to z tego własnie płynie nowa siła, której tak potrzebujesz. Z wartościowego paliwa, którym siebie napędzasz". (s.292)


"Szukaj pozytywnych komunikatów. Takich, które dają ci wewnętrzną siłę, nadzieje, inspirację. Dbaj o to, żeby twoje myśli były jasne i czyste. Karm je tym, co jest dobre, wartościowe, prawdziwe. Świadomie unikaj iluzji, agresji i kłamstw, nawet jeśli są atrakcyjnie opakowane i dają chwile przyjemności" (s.284) 



Zawsze lubię słuchać Beaty Pawlikowskiej, włączam sobie jej audycje, albo programy z jej udziałem. Mam poczucie, że wie, o czym mówi i pisze. Podziwiam jej upór w walce o siebie i konsekwencje w działaniu. Często "podkradam" jej gotowe patenty na życie. Nie we wszystkim się zgadzam, bo jak zawsze mawia moja mama - jestem uparta i mam własną wizję świata. Z drugiej strony, przecież nie chodzi o to, by być kopią Beaty, ale aby znaleźć swoją własną drogę do szczęścia. Dziwnym trafem, a może to właśnie jedyna droga, idę podobnym tropem.  Coraz częściej wybieram świadomie, jeszcze nie zawsze mi się to udaje, bo nawyki są okrutne, ale widzę dobrodziejstwo wolnej woli. Mogę wybrać z kim chcę rozmawiać, z kim chcę się przyjaźnić, co chcę robić wieczorem. Mogę sama zdecydować i decyduje, o czym rozmawiam i jakie informacje do mnie docierają. Na początku trudno mi było zdystansować się od tego, co mnie otacza. Pomogło wynajęcie własnego mieszkania, gdzie mogę odpocząć od zgiełku informacji i wydarzeń. Wybieram siebie, a książka Beaty Pawlikowskiej kolejny raz mi przypomniała, że warto!



"Wtedy zrozumiałam, że to, czego tak usilnie poszukiwałam na końcu świata, w gruncie rzeczy znajduje się - i zawsze się znajdowało - tuz obok mnie. Tyle tylko, że nie byłam w stanie tego zobaczyć. Wcześniej bez zastanowienia przyjmowałam to, co przynosi moja zachodnia cywilizacja. Cieszyłam się kiedy było mi wygodnie, narzekałam kiedy coś nie działało. Wierzyłam w to, że jesteśmy lepsi niż kraje trzeciego świata. Podobało mi się to, że mogę kupić trzy bluzki w cenie jednej, i wtedy w ogóle nie przeszło mi przez myśl, że ja tak na prawdę wcale nie potrzebuj trzech bluzek. Chciałam mieć dużo. Dużo wszystkiego. Bo w mojej podświadomości zasiano przekonanie, że ten, kto ma dużo, ma fajnie, jest bogaty i zadowolony. W ja nigdy nie poddałam tego w wątpliwość. Do czasu. A dokładnie do chwili, kiedy spotkałam ludzi, którzy nie mają prawie nic, a są znacznie bardziej bogaci i zadowoleni. I wtedy zaczęłam myśleć. Wtedy tez przestałam szukać ukrytych drzwi, które mogłyby mnie zaprowadzić do jakiegoś specjalnego, lepszego, bardziej niezwykłego świata. Wcześniej szukałam ich dookoła siebie. W ludziach, dalekich podróżach, nowych doświadczeniach, używkach, w książkach, religiach, świątyniach. (s.306-307)



fragment książki




POLECAM :)

Anna M.









5 stycznia 2016

"Indie. Trzy na godzinę" Joanna Nowicka, Małgorzata Łupina



Ludzie mają różne historie do opowiedzenia. Czytałam już o wielkich tego świata, o ludziach z pasjami, o tych, którzy mnie inspirują do codziennej walki o siebie. Świat jest zupełnie inny niż  ten serwowany nam przez kolorową telewizję, gdzie na kanałach tematycznych możemy oglądać celebrytów i ich problemy związane z kupnem torebki. Inny niż w stacjach pokazujących coraz to głupsze reality-show. Filmy proponowane przez telewizję w paśmie wieczornym często robią nam wodę z mózgu. Wartościowe programy nadawane są późno w nocy, kiedy to oglądalność jest praktycznie zerowa. A podróże? W większości ludzie wolą smażyć się na plażach egzotycznych wysp, podziwiać piramidy, zwiedzać buddyjskie świątynie, gdy tymczasem obok giną ludzie, dzieci są sprzedawane, a uchodźcy odgradzani od turystów wielkimi murami... Podobnie jest z książkami, bo przecież dobrze sprzedaje się Gray i podobne mu "arcydzieła", z których niestety ludzie czerpią wiedzę o świecie i kształtują swoją wrażliwość.





A jak poznać rzeczywistość? Nie wszyscy mogą pozwolić sobie na wyprawę w nieznane, ale istnieją ci, którzy mają odwagę szukać prawdziwego świata i pokazywać go wbrew wszystkiemu i wszystkim. Nie są to wygodne tematy, dzięki którym autor zapewni sobie sprzedaż książki, czy oglądalność, ale dla każdej opowiedzianej i wysłuchanej historii - warto...




Jedną z takich książek (i filmów) jest "Trzy na godzinę" Joanny Nowickiej i Małgorzaty Łupiny. Książka powstała jako uzupełnienie wielokrotnie nagradzanego filmu pod tym samym tytułem.  Są to raczej rozmowy z ofiarami gwałtów w Indiach, z ich rodzinami, policjantami, ale i z adwokatami gwałcicieli. Wypowiedzieli się również obrońcy praw człowieka i zwykli mieszkańcy New Delhi. Brutalna i okrutna statystyka mówi, że w ciągu godziny gwałcone są trzy kobiety, choć liczba ta jest z pewnością zaniżona, bo większość ofiar nie zgłasza się na policje. Powód? To co dzieje się po zgłoszeniu. Kobieta staje się wyklęta przez społeczeństwo, najczęściej również przez rodzinę, która obwinia ją za przyniesienie hańby rodzicom. Bo przecież w społeczeństwie podzielonym na kasty, to kobieta jest winna temu, że ją zgwałcono. Ofiara musi borykać się z traumą po gwałcie, z fizycznymi dolegliwościami, ponieważ gwałcone są najczęściej młode kobiety i dziewczynki, i najczęściej są to gwałty zbiorowe. Ale jest jeszcze coś, gwałciciele są bezkarni, żyją obok, w tej samej dzielnicy, szczycą się dokonaniami, a , co absurdalne, adwokaci często oskarżają właśnie rodzinę dziewczyny o to, że źle wychowała swoją córkę...




Książka pokazuje los nie tylko tych zgwałconych kobiet w Indiach, ale i tych, które... znikają. Od lat populacja chłopców rośnie, a dziewczynek maleje, nikt temu nie może zaprzeczyć i nawet się nie stara. Gdzie są? Co się z nimi dzieje po urodzeniu? Jaki los czeka dziewczynkę w kraju mężczyzn i ich zasad? Ciąże usuwa się tak długo, aż nie będzie syna, żony są przez mężów zmuszane do badań USG, a dziewczynki porzucane w rożnym wieku...







Polecam książkę tym wszystkim, którzy Indie znają z kolorowych filmów Bollywood, przepięknych krajobrazów, świątyń i jeszcze piękniejszych kobiet ubranych w purpurowe sari. Pewnie takie Indie też gdzieś są. Ale to ogromny kraj, pełen sprzeczności, biedy, kontrastów, praw tylko dla mężczyzn i kast nietykalnych. Choć to drastyczne i trudne to jednak warto poznać historię kilku dziewczynek, z którymi rozmawiała Anna Dereszowska podczas kręcenia dokumentu. Nie jest to wygodna prawda, a czytelnik nie czuje się komfortowo, ale myślę, że jesteśmy winni ofiarom możliwość wykrzyczenia tego, co je spotkało, a o czym nie mogą mówić, bo w ich kraju niewielu chce słuchać.



 Tutaj można zobaczyć zwiastun filmu dokumentalnego "Trzy na godzinę".



Jedno pokazuje ich nadal słabe szanse na wysłuchanie. Film "Trzy na godzinę" był emitowany w Wigilię ok. 24.00...  Szkoda, że w porze największej oglądalności kolejny raz musieliśmy śledzić głupie losy jeszcze głupszego Kevina, który został sam w domu... Ja wolałabym, aby w tym czasie świat wysłuchał Chameli i Shabnam...


Anna M.




Polecam stronę Wydawnictwa Pascal i dziękuję :)










1 stycznia 2016

"Zew lodu" Simone Moro



Dziś noworocznie o...górach. Nie mogłam się powstrzymać...



Książki o górach zwyczajnie mnie kuszą w rożnym stopniu jak same już góry wzywają himalaistów. Nie mogę się oprzeć kolejnej lekturze, czy filmowi o tematyce górskiej, mimo, że jak już wielokrotnie powtarzałam, sama w górach byłam może ze .. dwa razy...



Dziś o Simone Moro. Bardzo go lubię. Czytałam już o nim przy okazji wcześniejszych publikacji, zwłaszcza podczas lektury "Przesunąć horyzont" Martyny Wojciechowskiej, gdzie autorka przedstawiła go w ciepły i przyjacielski sposób. Cóż, jest to osobowość bardzo znana w świecie himalaistów, ceniona, ale i kontrowersyjna, jednego nie można mu odjąć - zdobywa góry na własnych nogach! Brawura, odwaga, świetne przygotowanie i zew, który każe mu iść do przodu mimo wszystko. Na swoim koncie ma już wile ośmiotysięczników, nowe drogi, trawersy, wszedł i zszedł z Everestu w ciągu 48 godzin, został też oznaczony nagrodą Fair Play, bo zrezygnował ze zdobywania Lhotse, aby ratować jednego z himalaistów. I gdy ja siedzę sobie w ciepłym domu, popijam kawę, a moi czytelnicy czytają ten tekst, Simone czeka w bazie pod Nanga Parbat na okno pogodowe, aby zaatakować szczyt - jeden z dwóch niezdobytych dotąd zimą... (spokojnie - Polacy też tam są!!!)


"Zew lodu" jest niezwykłą książka, może trochę chaotyczną i niedopracowaną, ale trudno się dziwić, skoro autor pisał ją w bazie podczas zdobywania Nanga Parbat w 2012 roku. Jest to osobisty zapis zmagania się z górą, seria wspomnień z wcześniejszych wypraw i duża dawka trudnych i intymnych opowieści. To rozliczenie się ze sobą i własnymi marzeniami...



"W każdym razie alpinizm jest niemalże perfekcyjną ekspresją wolności. To nie tylko sport, ale również, a może przede wszystkim, forma ucieczki, odkrywania samego siebie, eksploracji i kontemplacji" (s.15)


Książka jest pełna odniesień do legendarnych himalaistów, zwłaszcza polskich - Kukuczki, Wielickiego, Pustelnika. Cenię Simone za to, że szanuje polskie osiągnięcia i na każdym kroku podkreśla swój respekt dla Polaków. No cóż - jesteśmy, a przynajmniej byliśmy potęga himalaizmu zimowego. Nawet dziś pod Nanga Parbat oprócz Simone Moro są jeszcze ekspedycje z Polski. Nie poddajemy się i pewnie nie oddamy tej góry nikomu. Oby obyło się bez tej największej z ofiar... 



zdj. ze strony  www.simonemoro.com



Ale góry to też ciąg tragedii i każdy himalaista pożegnał wielu kolegów, którzy na zawsze pozostali na śnieżnych graniach. Nawet ostatnie doniesienia z naszych Tatr pokazują, że góry uczą pokory i trzeba mieć przed nimi respekt. Dlaczego zatem są ludzie, którzy na nie wchodzą? Simone Moro ma jedną odpowiedź:


"(...) podążaj dalej, niż wiodą ślady pozostawione przez wielkich mistrzów. Praktykowany przeze mnie alpinizm jest owocem zakochania, prawdziwej pasji miłosnej i sentymentu względem tego, co mnie wzrusza, pozwala szybować myślom i akceptować ryzyko, jakie pociąga ze sobą moja miłość. To jest prawdziwa przyczyna, dla której kocham wspinanie zimą, nowe drogi, trawersowanie i zdobywanie gór. Czuję, że celem takiej formy alpinizmu nie jest sukces, rekord i performance, ale poszukiwanie elementu eksploracji i przygody, czyli tego, co sprawiło, że się zakochałem i stałem szczęśliwy. Od miłości nie wymaga się uzasadnień, zakochani nie działają z rozsądku. W grę wchodzą silne i irracjonalne impulsy. Nie chciałbym, aby ta miłość była ślepa i głucha jak ambicje wywołane tak skrajnymi emocjami. Dlatego zawsze akceptowałem własne ograniczenia, zawsze potrafiłem zrezygnować, kiedy czułem, że moje miłość mogłaby mnie zaprowadzić za daleko, na skraj zapomnienia. Dlatego też poniosłem wiele razy porażki, żeby dana przygoda nie okazała się ostatnią" (s.73).



Simone, powodzenia i wracaj cało do domu!



Anna M.














Recent Posts