27 kwietnia 2016

"Chodzić po wodzie. Z Anną Świderkówną rozmawia Elżbieta Przybył"






Anna Świderkówka - jeden z nielicznych moich autorytetów, osoba niezwykła, której książki czytam nieustannie, ciągle od nowa... Szukam w nich inspiracji do zrozumienia świata, poznania siebie i głębszego spojrzenia na wiarę. Oczywiście pierwszy raz z jej książkami zetknęłam się na studiach biblijnych, później wybrałam specjalizację ze Starego Testamentu i mimo, że od kilku lat moja praca zawodowa nie jest już związana z Biblią, nadal jest to moja największa pasja. 




Jest wielu znanych na całym świecie i szanowanych biblistów. Niektórym miałam okazję poznać osobiście, innych słuchałam podczas wykładów, przez książki pozostałych próbowałam się przedrzeć podczas bezsennych nocy przygotowań do sesji. Nieliczni jednak pozostali ze mną do dziś. Jednym z takich mentorów jest profesor Anna Świderkówna. Fascynuje mnie jej życie, droga kariery, praca zawodowa, ale przede wszystkim sposób mówienia i pisania o Biblii. Studiując na poważnej uczelni po kilku latach miałam już dosyć mówienia o wierze "świętobliwym" i "natchnionym" językiem, który nie miał nic wspólnego z rzeczywistością. Zresztą oglądając filmy religijne można mieć wrażenie, że sacrum i profanum to dwa zupełnie różne światy, a Bóg i codzienność nigdy się nie spotykają. Prof Świderkówna udowadnia, że nie ma nic bardziej mylnego, że można mówić prostym i zwyczajnym językiem o Biblii, mitach greckich, czy historii.  Wszystko da się zrozumieć, opowiedzieć, przeczytać - trzeba tylko wiedzieć o kontekście historycznym, kulturowym, społecznym i chcieć zrozumieć.




Chciałabym kiedyś móc powiedzieć, że moje życie każdego dnia miało sens, że robiłam tylko to, co kocham, że moja pasja jest moją pracą, a praca pasją...  Nie ma nic niemożliwego, czego przekładem jest Pani Profesor. Jako nastolatka sama nauczyła się greki, bo chciał przeczytać Homera w oryginale, sama studiowała manuskrypty, wreszcie sama zafascynowała się Biblią. Mówiła o Niej w zupełnie nowy, a jednocześnie zwyczajny sposób - jak o części swojego życia. I to jest dla mnie inspiracją - nie wydzielać osobnych sfer na: dom, pracę, rodzinę, znajomych, pasję, ale żyć wszystkim jednocześnie. Trochę to kłóci się z "dobrymi" radami dawanymi mi ostatnio przez znajomych: "po wyjściu ze szkoły powinnaś wyłączyć telefon i nauczyć się, że praca się właśnie skończyła". Cóż - ja nie umiem tego oddzielić i właściwie nie chcę. Jestem kim jestem - całą sobą kocham swoją pracę, rodzinę, czas wolny... Może to dziwnie brzmi, ale przez cały czas jestem nauczycielką, wychowawcą, córką i mam swoje pasje. Uwielbiam to, co robię i nie wyobrażam sobie żyć bez pasji będąc w pracy, ani nie chcę tym bardziej zapominać o moich szkolnych dzieciach w domu - a niech sobie krytykują...



Książkę z  całego serca polecam :)

Anna M.





10 kwietnia 2016

Zagubiona w codzienności...


... czyli śmierć bloga, czy wyjście z długiej choroby?



       Tak można by krótko ująć moją miesięczną nieobecność na blogu. Przyznaję, że nawet chciałam go zamknąć, bo ciągle brakuje mi czasu. Mniej czytałam, więcej pracowałam, zagubiłam się... Wszystko wydawało się ok, mówiłam sobie - trudno, może nie potrafię pisać (co zresztą jest prawdą i o czym nieustannie informowała mnie moja polonistka), z pewnością też nikomu niepotrzebny jest jeszcze jeden, mało znaczący blog o książkach? Czasem z zazdrością przecież patrzyłam na inne blogi z długą listą komentarzy. Przestałam pisać, kolejny raz dałam się złapać w sidła porównań, czasu, pogoni za codziennymi bzdurami. Wszystko to jest ważne w moim życiu, ale ciągle brakowało mi książek, wystarczyło tylko spojrzeć na moje zachowanie, gdy w pobliżu leżała któraś z nich. Omijałam wszystkie księgarnie, a u znajomych starałam się oprzeć pokusie buszowania wśród regałów... Mój "odwyk" skończył się jednak dramatycznie - wydałam większość wypłaty spędziwszy kilka godzin na stronach Arosa.



       Koniec z dociekaniami! Blog jest potrzebny - przede wszystkim ja go potrzebuję! Kocham biografie, non-fiction, wspomnienia, historię. Nie potrafię pisać recenzji, ale nie mogę się powstrzymać przed dosyć zakręconymi refleksjami. Nie umiem się zmienić i nagiąć do obowiązujących reguł pisarskich. Ale niby po co? Moje małe poletko zagubione gdzieś w cyberprzestrzeni nie powinno nikomu szkodzić. Mogę zatem zostać i dalej snuć, przeważnie w pustkę, moje opowieści... Wyszło dramatycznie, ale potrzebowałam chyba zmierzenia się z rzeczywistością... I idę dalej... Dlaczego? Nie potrafię przejść obojętnie obok książek, nie umiem ich poświęcić dla pracy, spotkań, rożnych "pilnych spraw na wczoraj". Mimo piętrzącej się sterty kartkówek do poprawienia i konieczności napisania ocen kształtujących dla moich pociech, postanowiłam spędzić weekend w Śródziemiu. To takie moje zaprzeczenie wcześniejszym słowom o miłości do literatury non-fiction. Cała ja :) Tolkien to jeden z niewielu grzechów jakie popełniam, zwyczajnie kocham jego świat i bez wyrzutów sumienia grzeszę za każdym razem, gdy potrzebuję chwili zapomnienia i oderwania od spraw codziennych. 




   Upiekłam pyszne muffinki (ach kolejny grzech na mojej liście), zaparzyłam pierwszy raz w życiu kawę po turecku (nie takie to trudne), wyłączyłam telefon i cały mój czas oddałam we władanie Silmarilionu. Książka czytana wielokrotnie, za każdym razem jednak coś innego w niej znajduję. Tej nocy odkryłam maleńkie drzwi do zrozumienia mojego własnego zagubienia wśród codziennych obowiązków - ale to już inna historia, nico nudnawa dla czytelników bloga (optymistycznie zakładając, że takowi istnieją), ale ważna dla mnie.

    Podziwiam Tolkiena od kiedy tylko pamiętam - za pasje, której poświęcił całe życie, za wyobraźnię, upór i umiejętność zamknięcia całej otaczającej nas "realnej" rzeczywistości w fikcyjnej historii. A może to jednak nie jest fikcja? Niemniej prawda jest taka, że kolejny raz Tolkien wyrwał mnie z "niebytu"... Jak śpiewa Bożenka z Kabaretu Smile na widok paczki chipsów "jesteś lekiem na całe zło"... Doskonale ją rozumiem i z chipsami i w moim przypadku również w kontekście książek :) 



Zatem wracam do pisania, czytania i mojej pasji - książek.   





   Czy jeszcze kiedyś zniknę? Mam nadzieję, że nie... No i nie mogę się pozbyć pokusy stawiania wielokropka tam, gdzie tylko mi się podoba -  to silniejsze ode mnie...  :) 




Anna M.












Recent Posts