21 stycznia 2017

"Moja ucieczka na Alaskę" Guy Grieve


Alaskę noszę w sobie...




Koniec I semestru zawsze jest stresujący. Uczniowie nagle w przypływie sił poprawiają wszystko, co się da i to, czego się nie da też próbują. Nauczyciele dosłownie toną w stosie dokumentów, procedur, zadań "na wczoraj". Do tego jeszcze rady pedagogiczne, wywiadówki i jeszcze raz rady... i przepis na stres gotowy. Podczas tych kilku ostatnich tygodni moje myśli zaprzątał tylko jeden pomysł: "wiej Anka jak najdalej stąd", no i "uciekłam" na samą Alaskę. Na prawdziwą podróż długo jeszcze nie będzie mnie stać, więc kupiłam jedyny możliwy bilet w tych widełkach cenowych - książkę. Wracam zatem wieczorem do domu, zamykam drzwi, wyłączam telefon i przenoszę się na Północ. Za oknem śnieg, a temperatura w moim "M0" też jakoś dziwnie niska. Kubek kawy, świeże bułeczki, przewracam stronę  i jestem na Jukonem...





"Wyglądało na to, że spłata długu ogranicza wszystkie nasze przyjemności i potencjalne przedsięwzięcia, a ja - na domiar złego - nie mam innego wyjścia, jak kontynuować coraz bardziej opłakaną egzystencję pośród wywołujących klaustrofobię korytarzy biurowego piekła. Mijały najlepsze lata mojego życia, a ja przez osiem godzin dziennie tkwiłem w klimatyzowanym biurze, wpatrując się w monitor komputera. Kolejne trzy godziny dziennie spędzałem w samochodzie. Czułem, że znalazłem się w pułapce, i zaczynałem wpadać w panikę" (s.15)




Do tego wszystkiego dopadła mnie choroba, i to w najgorszym z możliwych momentów. Ale trudno - odciążony i przez tyle miesięcy ignorowany organizm odmówił posłuszeństwa. Nie ma ludzi niezastąpionych, i choć ciężko pogodzić mi się z koniecznością pozostania w domu, nie ma chyba innej możliwości. Wracam zatem na Alaskę, wolna od wszystkich zmartwień, razem z Guy'em Grieve'm poszukam ciszy, spokoju i sensu naszej egzystencji. Zaszyję się w zasypanym śniegiem lesie, rozpalę ogień w piecu, nastawię wodę na kawę i chyba zaczynam żałować, że nie mam whisky, o której tak często pisze autor. Zazdroszczę mu odwagi rzucenia wszystkiego i wyruszenia ku marzeniom.





Mróz, samotność, niepewność jutra, nieprzewidywalna natura i brak wygód sprawiają, że człowiek zaczyna doceniać szczegóły, cieszyć się z małych rzeczy i przestaje tęsknić za toksyczną cywilizacją. Proces oczyszczania krwi z trucizny współczesnego świata trwa, więc Guy postanawia spędzić w dziczy całą zimę. Nie jest to proste dla człowieka wychowanego w świecie o zupełnie rożnych priorytetach, niż te obowiązujące nad Jukonem. Nie jest to jednak opowieść tylko o samotności pośród śniegu, bowiem Guy spotyka w wiosce ludzi, bez przyjaźni których wiele razy zwyczajnie by zginął. Poznaje ich zwyczaje, stara się zrozumieć historię tej małej i zżytej ze sobą społeczności. Można odkryć piękno rodziny, sąsiedzkiej pomocy i tak bardzo szukanej ostatnio przeze mnie prostoty życia.



"Ileż miałem szczęścia, że rzeczywistość Alaski miała do zaoferowania o wiele więcej niż mój marzycielski umysł zdołałby sobie kiedykolwiek wyobrazić" (s.514)


Zwykła rozmowa, kawa z przyjaciółmi, życie bez pośpiechu, wyzwolenie się z presji bycia zawsze online, delektowanie się chwilą - to wszystko, czego ostatnio szukam i czytając książkę kolejny raz odnalazłam. Czytanie o czymś to jednak zupełnie coś innego niż wprowadzenie tych zmian w swoim życiu, ale autor pomógł mi utwierdzić się w przekonaniu, że najważniejsza jest droga, a nie cel. Ważny jest kolejny dzień, każda pogodna myśl, zaufanie sobie, wsłuchanie się w siebie, odnalezienie właściwej perspektywy i ustalenie nowych, ale za to w 100% własnych priorytetów.



"Nawet gdyby to miało się więcej nie powtórzyć, czułem się wyjątkowo uprzywilejowany, że mogłem prowadzić proste życie z dala od nieładu i od wielu nic nieznaczących trosk, które zalewają nas każdego dnia, a przez to znaleźć się bliżej nienaruszonej prawdy. Tak wiele naszych wrodzonych instynktów tłumionych jest przez społeczeństwo, a w codziennym życiu kierujemy się w dużej mierze błędnymi celami, narzuconymi nam przez innych. Nawet w dzisiejszych czasach, przy całym postępie technologii i rozwiniętej kulturze, wziąć musi być ważne, by przynajmniej raz na jakiś czas znaleźć dzikie miejsce, gdzie ziemia i zwierzęta, które ją zajmują, mówią najgłośniej, a słońce i księżyc, dyktują rytm życia. Jedynie w ten sposób będziemy pamiętać, gdzie jest nasze właściwe miejsce w porządku rzeczy" (s.515)




 A Alaska? Cóż - ja ją noszę w sobie :) ...



Anna M.



P.S.
"Powrót do dawnego tryby życia nie był już możliwy, ponieważ zmienił się nasz sposób postrzegania świata i pozwolił nam porzucić sztuczne, związane z karierą cele na rzecz innych, pozwalających zwolnić tempo wartości, które miały się nam przydać bardziej niż jakakolwiek ilość pieniędzy czy status. Niekiedy warto więc odmówić bycia racjonalnym i odwrócić się od wszystkiego, co narzuca nam społeczeństwo. Niezależnie od tego, czy nasze przeznaczenie znajduje się na przeciwległym krańcu świata, czy w drugim pokoju, pewne jest tylko to, że życie mamy jedno i że należy ono do nas" (s.519)











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recent Posts