2 maja 2017

"Życie pasterza. Opowieść z Krainy Jezior" James Rebanks






Opowieść Jamesa Rebanksa jest dla mnie bardzo osobistą historią - trochę moją własną, choć w zupełnie przeciwnym wydaniu. Z tego powodu czytałam książkę bardzo powoli, dokładnie i niemal z namaszczeniem. Odkładałam ją na kilka dni, aby po wielu przemyśleniach wrócić do lektury. Wiem, że zabrzmi to sloganowo, ale z pewnością zmieniła mnie i moje podejście do wielu spraw. Już od pewnego czasu czułam w kościach, że coś się we mnie zmienia. Ja - pierwsza buntowniczka w rodzinie, która zawsze chciała mieszkać w mieście, a nie na jakiejś wsi, potem uczyła się z całych sił, żeby ze wsi wyjechać, a jedyną możliwością utrzymania się na studiach było dodatkowe stypendium naukowe i poświecenie mojej mamy. Świat to było miasto, a miasto było całym moim światem... Do czasu... Historia autora jest zupełnie przeciwna. Rebanks od najmłodszych lat kochał swoją wieś, dom, życie pasterza. Nie skończył szkoły, jak wielu w jego stronach, bo wolał pracować i zajmować się owcami. Po jakimś czasie, trochę zmuszony, zdaje maturę, aby udowodnić wszystkim w rodzinie, że nie jest głupi, dostaje się na studia, ale nadal wraca do Krainy Jezior, by wreszcie na stałe osiąść na ojcowiźnie. 



"Wściekałbym się z tego powodu, gdyby nie to, że bardziej niż cokolwiek innego pomogła mi zobaczyć, kim jestem. Dzięki niej przekonałem się, że dla wielu ludzi nowoczesne życie jest do niczego. Że nie daje ono wyboru. Oferuje im przyszłość tak nudną, że nie mogą się doczekać weekendu, aby się upodlić. Wymaga od nich bardzo wiele, w zamian nie daje prawie nic. Nie widzi w nich żadnej wartości" (s.123)


Książka jest magiczna, pełna zapachów mojego dzieciństwa, krajobrazów wyjętych ze starych zdjęć i prawdy o życiu, której nie poznacie, jeśli nie wsłuchacie się we własne wnętrze. James Rebanks opisuje codzienność w Krainie Jezior, wieś, swoje sielskie dzieciństwo, studia na Oxfordzie, powrót na farmę i swoją pracę. Prawdziwa uczta i sentymentalna podróż na wieś, jaką pamiętam, gdzie czas odmierza się porami roku, wschodem i zachodem słońca. Zakochałam się w jego sposobie opowiadania o wydawałoby się prostym życiu, ale nic bardziej mylnego. Dla mnie jest to życie świadome celu, zgodne z naturą i dające pełnię, o której ja przez większość swojego tylko mogłam pomarzyć. Autor zabiera nas w niesamowitą wędrówkę po górach swego dzieciństwa, łąkach i pastwiskach. Przekazuje stare podania pasterskie i broni statusu pracy na roli jednocześnie obalając mity o wsi. 


"Byłem - i cały czas jestem - przekonany, że dom to najbardziej interesujące miejsce i wykonuje sie w nim najbardziej pożyteczne zajęcia. (...) Miałem wrażenie, że cały współczesny świat usiłuje pozbawić mnie takiego życia, jakie chciałem prowadzić" (s.116-117)







Jeszcze zanim wpadło mi w ręce kilka książek o powrocie do świadomego i spokojnego życia, wyczuwałam, że coś się dzieje. Miasto mnie męczy, ciągły wyścig szczurów, milion spraw do załatwienia na wczoraj, wszędzie ludzie, gwar i hałas.  Zaczęłam tęsknić za moim domkiem na wsi, choć przez jeszcze długi czas nie mam możliwości powrotu tam na stałe, to mam przecież mój domek na wakacje. Wymaga oczywiście gruntownego remontu, ale nie to jest ważne, samą mnie zaskoczyło powolne i jakby niezauważalne przesunięcie akcentów w moim życiu. Stopniowo dałam sobie spokój z byciem zawsze online, cała dobę pod telefonem, przestałam gonić za pochwałami w pracy, już nie interesuje mnie bycie wszędzie i nigdzie jednocześnie, ograniczyłam grono koleżanek i czas z nimi spędzany, a do tego wszystkiego uregulowałam swój tryb życia na o wiele spokojniejszy. Wyrzuciłam telewizor, bo uznałam, że nie muszę wiedzieć wszystkich serwowanych newsów ze świata. W zamian czytam mnóstwo książek, reportaży, felietonów. Starannie dobieram informacje. Pogodziłam się z faktem, że nie muszę mieć "super mocy" i ogarniać wszystkiego niczym perfekcyjna pani domu, perfekcyjna nauczycielka, idealna kobieta itd. Żyje na 100% i ani grama więcej. Daję sobie prawo do błędów, które potem naprawiam i wyciągam wnioski, staram się żyć świadomie "tu i teraz' i cieszyć się tym, co mam. Całkowicie "zrewolucjonizowałam" moją kuchnię, dotychczasowe diety wyrzuciłam do kosza, a postawiłam na gotowanie wszystkiego w domu, sama robię kefir, ser, masło, piekę chleb i gotuję z naturalnych produktów. I... ku własnemu zaskoczeniu.... chudnę. Chodzę na spacery i robię sobie drobne przyjemności, zamiast odkładać całą kasę na "święte nigdy".... Powoli odnajduję radość.







Książki o takim życiu, powrocie do korzeni, spokoju i podążaniu za odkryciem siebie i pokochaniem tego kim się jest, pozwoliły mi utwierdzić się w przekonaniu, że ja też chcę tak żyć... Przestałam się ograniczać murami miasta, przy czym miasto rozumiem nie jako miejsce, ale sposób patrzenia na świat, mentalność i hierarchie wartości. Nadal mieszkam w mieście i jeszcze pewnie długo tu będę, ale w moim małym M0 na 12 pietrze stworzyłam sobie moją oazę i nagle życie stało się o wiele prostsze, bardziej smakuje i każdego wieczoru wiem, że tak chcę żyć!







Polecam książkę "Życie pasterza" nawet najbardziej zdeklarowanym mieszczuchom! Zawsze to miła odskocznia od wszechogarniającego betonu...  Można się w jednej chwili z zatłoczonej miejskiej ulicy przenieść do spokojnej Krainy Jezior i zapomnieć o całym świecie... Ale ostrzegam - taka wyprawa jest niebezpieczna - można ją zakończyć poszukując w necie domku na wsi ... na sprzedaż... 





Anna M.





4 komentarze:

  1. U mnie tez ksiazka czeka na stosiku do przeczytania, ale tak mnie zachecialas swoim opisem, ze chyba szybko po nia siegne:) Serdecznosci:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i szczerze polecam :)

      Usuń
  2. Ja doszłam do takich wniosków po lekturze Ani LM Montgomery...
    I to ja- warszawskie dziecko, zakochane w swoim mieście. Od lat mam swój drugi dom na "Wyspie Księcia Edwarda" - na odciętej od świata wsi kurpiowskiej, nawet jezioro mam w pobliżu 😃 Oczywiście - praca zarobkowa łączy z miastem, póki pracuję nie mogę pozwolić sobie na całkowite opuszczenie miasta, ale kiedyś kto wie. Mąż jest za, a "dziecię" dorosłe i samo wkrótce założy rodzinę. Więc...czekaj Wymarzony Domku 😃🌸🌷
    A do książki polecanej przez Ciebie zajrzę na pewno...
    Pozdrawiam serdecznie, Ania W.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za miłe słowa, zawsze się cieszę, gdy mam możliwość utwierdzenia się w moich poglądach, a znaleźć taką "bratnią duszę" to już prawdziwe szczęście. Mam nadzieję, że przyszłość ułoży się po naszej myśli i zrealizujemy marzenia. Swoją droga - dawno nie czytałam "Ani.." i chyba muszę do niej wrócić :)
      Jeszcze raz pozdrawiam z deszczowego dziś Poznania.
      Anna M.

      Usuń

Recent Posts