29 stycznia 2017

"Lion. Droga do domu" Saroo Brierley





Saroo ma 5 lat, mieszka razem z mamą i rodzeństwem w małej miejscowości w zachodnich Indiach. Jego dni upływają na pilnowaniu młodszej siostry, żebraniu i zabawie z braćmi. Nigdy nie oddalał się od domu, choć często matka zostawiała go samego nawet na kilka dni. Pewnego dnia brat zabiera go ze sobą na stację kolejowa... Mały Saroo zasypia na peronie. Budzi się w nocy i szukając brata, wchodzi do pustego wagonu, po czym znużony ponownie zasypia. Dalej można się już spodziewać rozwoju wydarzeń... Budzi się rano w pędzącym pociągu, ogarnia go panika, ale drzwi sa zamknięte i nie może się wydostać. Jest za mały, by go zauważono... Przez wiele godzin jest sam, przerażony i głodny. Gdy wreszcie pociąg się zatrzymuje, wysiada na największym dworcu kolejowym jakim widział, jest w... Kalkucie. Błaga ludzi o pomoc, ale nie pamięta dokładnej nazwy swojej miejscowości, nie wie jak się nazywa, jak się okazuje po latach, nawet swoje imię źle wymawia. Żyje na ulicach Kalkuty wielokrotnie dosłownie cudem unikając śmierci. Potem trafia do Domu Dziecka i zostaje adoptowany przez rodzinę w dalekiej Australii. Po 25 latach, dzięki rozwojowi techniki, postanawia odnaleźć "drogę do domu" - rozpoczyna najpierw podroż we wspomnienia, potem po mapie, by wreszcie stanąć w na pamiętnej stacji kolejowej... 





Świat mnie często przeraża, może nie - nie świat - ludzie, którzy tak go urządzili. Od samego dzieciństwa mam wtłoczoną ideę równości. Nic tak mnie nie złości, jak niesprawiedliwość społeczna, różnice klasowe, ksenofobia, czy nietolerancja. Moja mama zawsze mi powtarzała, że to tylko marzenia i złudne idee, że jeśli nie dostosuję się do "świata", będzie mi się ciężko żyło. Ja jednak byłam uparta. Po części sprawdziły się przepowiednie mamy - faktycznie wyznając takie wartości jak równość, sprawiedliwość, pomoc, prawda, nie jest lekko w życiu. Wiele razy musiałam rezygnować z czegoś, nawet wyrzucano mnie z pozornie pro-life'owych organizacji, bo zawsze chciałam więcej... Nie mam pięknego domu, ani odłożonych oszczędności na koncie, nie jeżdżę na zagraniczne wakacje. Co mam? Swoje ideały, coś, co sprawia, że jestem sobą i lubię siebie :) Dlaczego o tym piszę? Bo ta historia pokazała mi, ze w życiu liczy się coś więcej niż pieniądze, status społeczny, praca czy sukces. Na nasze szczęście składa się to, kim jesteśmy, jaką mamy linię życia, co sprawiło, że każdego dnia możemy śmiało stawiać nowy krok do przodu, bez poczucia wstydu... Ja wciąż uczę się żyć...











Życie pisze rożne scenariusze.  Saroo odnalazł drogę do domu, jednak życie na ulicach Kalkuty na zawsze odcisnęło na nim swoje piętno. Z drugiej jednak strony stał się silniejszy, mógł patrzeć na świat oczyma osoby, która przetrwała niezależnie od wszystkiego i dlatego ma w sobie siłę i pasję do życia. Cena była wysoka, a przecież nie jest on jedynym dzieckiem na ulicach miast świata. Dziś wiele slumsów jest przepełnionych małymi dziećmi, których nikt nawet nie dostrzega. Mając świadomość, że wielu się nie udało, można być wdzięcznym losowi za szanse na normalne życie. Ja jednak nie mogę zapomnieć o tych, którzy nie zostali odnalezieni i adoptowani, o tych, którzy nie mieli szans na przeżycie, o tych, którym nikt nie pomaga. Nie wiem, co z tym uczuciem zrobię, nie wiem, gdzie mnie ono zaprowadzi, wiem tylko jedno, jestem ogromną szczęściarą, że urodziłam się w takim a nie innym kraju, mam to, co mam i nigdy nie czułam głodu, nie byłam bezdomna, nie musiałam żebrać. Czy jestem przez to lepszym człowiekiem? Nie, nie jestem, wiele razy nie wykorzystałam mojej szansy na szczęście mimo sprzyjających okoliczności. Zbyt często narzekam, widzę świat w ciemnych barwach... Ale mimo wszystko jestem szczęściarą... i na pewno mam dług wobec tych wszystkich, którzy tyle szczęścia, co ja, nie mieli...



Anna M.




24 stycznia 2017

"Running. Autobiografia mistrza snookera" Ronnie O'Sullivan







O snookerze nie wiem nic, no prawie nic - wiem tyle, że to jakaś odmiana gry w bilard??? Przepraszam znawców za moją ignorancję...  Lubie oglądać sport w telewizji, a ponieważ jestem chora i uziemiona w łóżku, a do tego trwa Australian Open, całe dnie (właściwie to noce z uwagi na różnicę czasu) spędzam gapiąc się w ekran. W przerwach między meczami Eurosport transmitował Turniej Masters z Londynu, w którym Ronnie O'Sullivan, jak zwykle ponoć, rozgromił przeciwnika...   Spojrzałam na półkę z książkami i ... jest - mam autobiografię O'Sullivana. Przyznam - obserwowanie gry było torturą, ironicznie powiem: "co za zwroty akcji"..., ale książka to już zupełnie inna bajka.  W przeciwieństwie do samego snookera jest to dosyć chaotyczna opowieść Ronnie'go o grze, swoich nałogach, bieganiu, szczycie kariery, odwykach, rozwodzie, braku pieniędzy, triumfie, terapii, idolach, skandalach i wreszcie o tym, co najważniejsze - wyjściu z tego bagna... Autor przeskakuje miedzy faktami i wydarzeniami, nie trzyma się chronologii, powtarza całe rozdziały, ale to tylko nadaje smak tej opowieści i sprawia, że czytelnik wie, że to prawdziwa spowiedź geniusza. 







"Gdyby nie bieganie, moja kariera by już dawno upadła. Bieganie to moja religia, system wartości i przekonań, coś, co mnie uspokaja. To niezwykle bolesna i wymagająca dziedzina sportu, ale również jedyna, która pozwala mi osiągnąć najwyższy stan duchowy. Chciałbym zarazić swoją pasją biegania wszystkich - ci, którzy złapali już tę fazę, zrozumieją, o czym piszę w książce. Być może znajdą tu kilka cennych wskazówek. Innych być może ośmielę do wyjścia na świeże powietrze w poszukiwaniu zbawiennego zastrzyku serotoniny" (s.14)



Dlaczego ta historia jest mi tak bliska? Cóż, moje najlepsze lata to te, kiedy biegałam... Gdy  z różnych powodów przestałam, wszystko zaczęło się sypać, bardzo przytyłam i zamieniłam się w kanapowca. Coś jest magicznego w tym sporcie, coś, co nie pozwala o nim zapomnieć. Dziś cały czas myślę o powrocie na ścieżki biegowe (choć nadal muszę sporo schudnąć), a historia O'Sullivana bardzo mnie w tym utwierdziła. 





"Biegacze to zupełnie inny gatunek ludzi. Nie interesują ich pieniądze, status, praca. Chodzi im wyłącznie o to, żeby biegać" (s.225)



Doprawdy życie Ronniego nigdy nie było łatwe. Wcześnie zaczął grać wspierany przez ojca. Poświęcał wszystko, rzucił szkołę w wieku 16 lat, był najlepszy, genialne dziecko..., później jego ojca skazano na dożywocie za morderstwo, a następnie do więzienia trafia matka. Ronnie uzależnił się od alkoholu, narkotyków, rozwiódł i stracił fortunę w sądach walcząc o prawa do widywania dzieci. Cały czas grał mierząc się bardziej z własnymi wewnętrznymi demonami niż z przeciwnikiem. Przyszedł kryzys... Rezygnował z meczy, zawiesił karierę, zatrudnił się na farmie i... zaczął biegać. Mimo, że bieganie było cały czas obecne w jego życiu, to widać, że w okresie, gdy je porzucał, pakował się wyłącznie w kłopoty i wracał do nałogów,   



Nie będę opisywała całej historii, koniecznie musicie sami przebrnąć przez chaos i zawiłości życia  i kariery Ronniego. Mnie urzekł swoją szczerością, czasem brutalną prawdą o sobie, no i nie zdawałam sobie sprawy, że tak statyczny sport jakim jest snooker może generować tyle emocji u zawodników. Niebywałe! A już rozdział o idolach O'Sullivana, gdzie opisuje Rogera Federera - wisienka na torcie. Tak na marginesie własnie oglądam pojedynek na australijskich kortach Federer-Zverev. Maestro jak zwykle najlepszy, choć w drugim secie niebezpiecznie zaczyna mieć kłopoty... 



Swoją drogą sportowcy to fascynujący ludzie. My widzimy tylko maleńki wycinek ich życia, występ w zawodach, triumf. Przez wiele lat myślałam "oni to maja super życie, taki talent, tyle szczęścia". Dopiero, gdy zaczęłam uważniej śledzić życie moich idoli, więcej o nich czytać, zrozumiałam, że to, co oglądamy, to tylko szczyt góry lodowej. Cała ukryta przed okiem publiczności reszta to godziny ciężkich treningów, praktycznie zniszczone dzieciństwo, mnóstwo poświęceń, walki, kontuzji, życie na walizkach. I kiedy mistrz podnosi swoje trofeum musimy pamiętać, że jest ono okupione niesamowitym poświęceniem i tysiącem wyrzeczeń. Za to zawsze będę miała szacunek dla każdego sportowca. My zbyt często chcielibyśmy wygrywać nic nie robiąc, tymczasem mistrz patrzy na mnie i zdaje się mówić: "hej, zleź z kanapy, zacznij trenować, zrezygnuj z śmieciowego żarcia, mniej imprezuj, chodź spać wcześniej, wyrzuć telewizor, nie trać czasu na bezsensowne znajomości i przede wszystkim uwierz w siebie. Wtedy pogadamy o zwycięstwie..."







Anna M.


P.S. Skończyłam pisać, skończył się mecz! Maestro w półfinale Australian Open!





21 stycznia 2017

"Moja ucieczka na Alaskę" Guy Grieve


Alaskę noszę w sobie...




Koniec I semestru zawsze jest stresujący. Uczniowie nagle w przypływie sił poprawiają wszystko, co się da i to, czego się nie da też próbują. Nauczyciele dosłownie toną w stosie dokumentów, procedur, zadań "na wczoraj". Do tego jeszcze rady pedagogiczne, wywiadówki i jeszcze raz rady... i przepis na stres gotowy. Podczas tych kilku ostatnich tygodni moje myśli zaprzątał tylko jeden pomysł: "wiej Anka jak najdalej stąd", no i "uciekłam" na samą Alaskę. Na prawdziwą podróż długo jeszcze nie będzie mnie stać, więc kupiłam jedyny możliwy bilet w tych widełkach cenowych - książkę. Wracam zatem wieczorem do domu, zamykam drzwi, wyłączam telefon i przenoszę się na Północ. Za oknem śnieg, a temperatura w moim "M0" też jakoś dziwnie niska. Kubek kawy, świeże bułeczki, przewracam stronę  i jestem na Jukonem...





"Wyglądało na to, że spłata długu ogranicza wszystkie nasze przyjemności i potencjalne przedsięwzięcia, a ja - na domiar złego - nie mam innego wyjścia, jak kontynuować coraz bardziej opłakaną egzystencję pośród wywołujących klaustrofobię korytarzy biurowego piekła. Mijały najlepsze lata mojego życia, a ja przez osiem godzin dziennie tkwiłem w klimatyzowanym biurze, wpatrując się w monitor komputera. Kolejne trzy godziny dziennie spędzałem w samochodzie. Czułem, że znalazłem się w pułapce, i zaczynałem wpadać w panikę" (s.15)




Do tego wszystkiego dopadła mnie choroba, i to w najgorszym z możliwych momentów. Ale trudno - odciążony i przez tyle miesięcy ignorowany organizm odmówił posłuszeństwa. Nie ma ludzi niezastąpionych, i choć ciężko pogodzić mi się z koniecznością pozostania w domu, nie ma chyba innej możliwości. Wracam zatem na Alaskę, wolna od wszystkich zmartwień, razem z Guy'em Grieve'm poszukam ciszy, spokoju i sensu naszej egzystencji. Zaszyję się w zasypanym śniegiem lesie, rozpalę ogień w piecu, nastawię wodę na kawę i chyba zaczynam żałować, że nie mam whisky, o której tak często pisze autor. Zazdroszczę mu odwagi rzucenia wszystkiego i wyruszenia ku marzeniom.





Mróz, samotność, niepewność jutra, nieprzewidywalna natura i brak wygód sprawiają, że człowiek zaczyna doceniać szczegóły, cieszyć się z małych rzeczy i przestaje tęsknić za toksyczną cywilizacją. Proces oczyszczania krwi z trucizny współczesnego świata trwa, więc Guy postanawia spędzić w dziczy całą zimę. Nie jest to proste dla człowieka wychowanego w świecie o zupełnie rożnych priorytetach, niż te obowiązujące nad Jukonem. Nie jest to jednak opowieść tylko o samotności pośród śniegu, bowiem Guy spotyka w wiosce ludzi, bez przyjaźni których wiele razy zwyczajnie by zginął. Poznaje ich zwyczaje, stara się zrozumieć historię tej małej i zżytej ze sobą społeczności. Można odkryć piękno rodziny, sąsiedzkiej pomocy i tak bardzo szukanej ostatnio przeze mnie prostoty życia.



"Ileż miałem szczęścia, że rzeczywistość Alaski miała do zaoferowania o wiele więcej niż mój marzycielski umysł zdołałby sobie kiedykolwiek wyobrazić" (s.514)


Zwykła rozmowa, kawa z przyjaciółmi, życie bez pośpiechu, wyzwolenie się z presji bycia zawsze online, delektowanie się chwilą - to wszystko, czego ostatnio szukam i czytając książkę kolejny raz odnalazłam. Czytanie o czymś to jednak zupełnie coś innego niż wprowadzenie tych zmian w swoim życiu, ale autor pomógł mi utwierdzić się w przekonaniu, że najważniejsza jest droga, a nie cel. Ważny jest kolejny dzień, każda pogodna myśl, zaufanie sobie, wsłuchanie się w siebie, odnalezienie właściwej perspektywy i ustalenie nowych, ale za to w 100% własnych priorytetów.



"Nawet gdyby to miało się więcej nie powtórzyć, czułem się wyjątkowo uprzywilejowany, że mogłem prowadzić proste życie z dala od nieładu i od wielu nic nieznaczących trosk, które zalewają nas każdego dnia, a przez to znaleźć się bliżej nienaruszonej prawdy. Tak wiele naszych wrodzonych instynktów tłumionych jest przez społeczeństwo, a w codziennym życiu kierujemy się w dużej mierze błędnymi celami, narzuconymi nam przez innych. Nawet w dzisiejszych czasach, przy całym postępie technologii i rozwiniętej kulturze, wziąć musi być ważne, by przynajmniej raz na jakiś czas znaleźć dzikie miejsce, gdzie ziemia i zwierzęta, które ją zajmują, mówią najgłośniej, a słońce i księżyc, dyktują rytm życia. Jedynie w ten sposób będziemy pamiętać, gdzie jest nasze właściwe miejsce w porządku rzeczy" (s.515)




 A Alaska? Cóż - ja ją noszę w sobie :) ...



Anna M.



P.S.
"Powrót do dawnego tryby życia nie był już możliwy, ponieważ zmienił się nasz sposób postrzegania świata i pozwolił nam porzucić sztuczne, związane z karierą cele na rzecz innych, pozwalających zwolnić tempo wartości, które miały się nam przydać bardziej niż jakakolwiek ilość pieniędzy czy status. Niekiedy warto więc odmówić bycia racjonalnym i odwrócić się od wszystkiego, co narzuca nam społeczeństwo. Niezależnie od tego, czy nasze przeznaczenie znajduje się na przeciwległym krańcu świata, czy w drugim pokoju, pewne jest tylko to, że życie mamy jedno i że należy ono do nas" (s.519)











Recent Posts