19 grudnia 2018

"Ludzie i miejsca" Szewach Weiss







Z prawdziwą przyjemnością wzięłam do ręki książkę Szewacha Weissa "Ludzie i miejsca". Tematyka wojny i holokaustu, jak również sprawy Izraela, zawsze były dla mnie ważne. Zupełnie nie potrafię powiedzieć dlaczego... Zwyczajnie, lubię słuchać ludzi, od których mogę się wiele nauczyć, ludzi, którzy zapisali się w historii wielkimi literami.  I to w każdym możliwym wymiarze: duchowym, społecznym, politycznym, czy historycznym. Jedną z takich właśnie osób jest Szewach Weiss.  Jego opowieść o ludziach i miejscach, które go uratowały, a potem uformowały jest niesamowitą podróżą w przeszłość, która kształtuję dzisiejsze tu i teraz. Szewach jest Żydem ocalałym z Holokaustu. Jest też politykiem zaangażowanym w tworzenie państwa Izrael. Jest wreszcie człowiekiem dialogu, "ambasadorem Izraela w Polsce i Polski w Izraelu". 



Książka "Ludzie i miejsca" to zbiór wspomnień, felietonów, rozmów i wywiadów zamieszczonych na łamach "Rzeczypospolitej", zapisków z przeszłości i dzisiejszych przemyśleń... Autor zabiera nas w podróż, wspomina rodziców i dzieciństwo. Opowiada o Izraelu.  Przedstawia jego historię swoimi oczami i swoim sercem. Na poszczególnych stronach ożywają też różne postacie... Szewach miał to szczęście, że poznał wiele ważnych i wpływowych osób ze świata religii, kultury, czy polityki. Opowiada o nich i o relacjach, jakie go z nimi łączyły. Możemy przeczytać m.in. o Janie Karskim,  Janie Pawle II, Marku Edelmanie, Davidzie Ben Gurionie, Beniaminie Netanjahu, Irenie Sendlerowej, Donaldzie Tusku, Aleksandrze Kwaśniewskim, Leszku Millerze, czy Lechu Wałęsie. Możemy poznać trudną historię życia Księdza Romualda Jakuba Wekslera-Waszkinela, który już kapłan Kościoła katolickiego, dowiedział się, że jest Żydem.  Książka to migawki z historii... Szewach, jako jeden z ostatnich, rozmawiał z Icchakiem Rabinem, a w "Ludziach i miejscach" odkrywa kulisy wydarzeń z 4 listopada 1995 roku.


Książka to również swoista mapa miejsc, które wspomina Szewach. To opowieść o Atenach, Barcelonie, Bejrucie, Berlinie, Częstochowie, Gdańsku, Hiroszimie, Jerozolimie, Kostaryce, Krakowie, Londynie, Moskwie, Oslo, Rzymie, Strasbourgu, Warszawie, czy Waszyngtonie.


Szewach przedstawia też najsłynniejszych polskich Żydów i ukazuje ich światowe dziedzictwo.  O jednych wiemy, o innych świat zapomniał... Szewach odnajduje wszystkie cegiełki, które dokładali do gmachu kultury, nauki, czy polityki. Bez nich świat byłby uboższy.






Moja babcia mawiała, żebym zawsze pamiętała skąd pochodzę i kim jestem. Gromadziła zdjęcia i wspominała ludzi, którzy zapisali się w jej pamięci. Gdy byłam mała, godzinami słuchałam jej opowieści... Ja robię dokładnie to samo... Wiem, że miejsca, gdzie się urodziłam, dorastałam i gdzie los mnie kierował, miały i nadal mają wpływ na to, kim jestem. Każdy człowiek, którego spotkałam i spotykam, była dla mnie wyzwaniem, a spotkania kształtowały moją osobowość, czy charakter... Czasem to był konkretny człowiek, czasem jego sposób patrzenia na świat, czasem jego filozofia i pasja. Każdy z nas ma swoje miejsca i swoich ludzi, o których chciałby opowiedzieć innym. Dlatego książka Szewacha Weissa jest tak ważna, to świadectwo życia jednych z tych osób, których należy słuchać. Polecam ją wszystkim, którzy szukają odpowiedzi na pytania o przeszłość i przyszłość. To niezapomniana lektura, trzeba tylko zaufać i dać się poprowadzić za rękę Autorowi. Nie zawiedziemy się wtedy i poznamy "Ludzi i miejsca" Szewacha Weissa.


Anna M.



NOTKA O KSIĄŻCE

Autor: Szewach Weiss
Tytuł: "Ludzie i miejsca"

wydawnictwo: Wydawnictwo M
data wydania:  2013
ilość stron: 232

moja ocena:  6 / 6



Serdecznie dziękuję Wydawnictwu M za możliwość współpracy.
POLECAM książkę i zapraszam na strony Wydawnictwa :)






Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził, miej odwagę zabrać głos w dyskusji.
 Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)



10 października 2018

"Amy Foster" Joseph Conrad






Lubię Amy Foster i już się to chyba nie zmieni... Pierwszy raz czytałam jej historię jeszcze w liceum i od tej chwili Amy zawsze żyje gdzieś w mojej pamięci. Dlaczego? Bo jej tragiczny los odcisnął na mnie swoje piętno i już nie chcę inaczej patrzeć na świat. Tajemnicze i wietrzne wybrzeża Kornalii, mała wioska i uboga dziewczyna skazana na wykluczenie ze społeczeństwa. Amy od zawsze była inna, ludzie powtarzali, że jest głupia, pospolita i nic dobrego nie może jej spotkać. Jej przyszłość to ciężka praca na służbie za kawałek chleba. Amy nigdy się nie skarżyła, była posłuszna, niewiele mówiła, z nikim się nie przyjaźniła. Była sama w obcym dla siebie, choć rodzinnym, miejscu. Nierozumiana przez ludzi, stworzyła sobie swój własny świat: dobry, ciepły, pełen miłości i zrozumienia. Tylko ona sama, nikt więcej, na zawsze pogrążona w myślach i pragnieniach snuła się brzegiem morza.... Rodzina, mieszkańcy osady, a nawet czytelnik zaplanowali już jej życie, nie dali jej nadziei na szczęście, nie pozwolili marzyć. Amy była zbyt pospolita, by mieć prawo do własnych myśli i uczuć. 





filmowa Amy

"Amy miała trochę wyobraźni. Miała jej nawet więcej, niż trzeba, aby zrozumieć cierpienie i kierować się litością. Zakochała się wśród warunków, które nie zostawiają pod tym względem żadnych wątpliwości: bo trzeba wyobraźni, aby w ogóle sobie stworzyć poczucie piękna, a tym bardziej, aby odkryć swój ideał w niezwyklej postaci".






Może i dziewczyna pogodziłaby się ze swoim losem, gdyby nie pewnie sztormowy dzień. Morze wyrzuciło wtedy na brzeg tajemniczego człowieka. Nikt wcześniej nie widział nic podobnego, człowiek ów nie mówił w żadnym znanym języku, był dziki i groźny. Ludzie bali się go niczym samego diabła. Z czasem uznali go za obłąkanego i żebraka. Zamknięty w chlewie dla świń, stal się parobkiem. Tylko jedna osoba okazała mu zrozumienie i dała mu kawałek chleba. Była to Amy. Janko, góral z Karpat, nauczył się języka, a nawet wyjaśnił swoje tajemnicze pochodzenie, opowiedział o wielkiej podróży do Ameryki i zatonięciu okrętu. Ale jego opowieść nie dawała mu prawa do bycia człowiekiem w oczach mieszkańców miasteczka. Na zawsze naznaczony, obcy, żebrak i rozbitek, poganin, góral. Świat zdecydował - musi zostać wykluczony!




Janko
"Nie lubił mówić o tych swoich przejściach; miałem wrażenie, że przeżarły mu duszę jakimś ponurym zdumieniem i gniewem. Z pogłosek obiegających okolicę jeszcze wiele dni po jego przybyciu wiemy, że ktoś nachodził rybaków w West Colebrook i straszył ich, stukając mocno w obite deskami ściany chat i wykrzykując przenikliwym głosem dziwne słowa wśród nocy"





Okrutny los sprawił, że tych dwoje się spotkało. Ten sam los najpierw zadrwił z Amy, skazując ją na życie w poniżeniu, potem kolejny raz zażartował sobie z ubogiego górala, rzucając go do obcego i wrogiego świata. A potem pozwolił tym dwojgu zakochać się w sobie, co musiało ściągnąć gniew przeznaczenia...




Oparty na motywach opowiadania Josepha Conrada film urzeka od pierwszych ujęć. Jest równie tajemniczy i pełen niedopowiedzeń, jak sama Amy. Zresztą czasem nie potrzeba wielu słów, by wyrazić tęsknotę za szczęściem. Morze, skały, życie i śmierć, której nie da się łatwo oszukać. Jak już pisałam, lubię Amy Foster. Kocham jej upór, siłę i odwagę. Na przekór wszystkim postanowiła zaufać, uwierzyła, że może pokochać i wyjść ze swojej latami budowanej twierdzy. Czy jednak ta miłość wystarczy, aby przeciwstawić się ludziom? Czy nie zabraknie im sił do walki z uprzedzeniami? Życie jednak bywa okrutne, nawet, gdy kochasz... Czy można odmienić swój los? A jeśli morze upomni się o raz wyrwane mu życie?










Polecam też  audiobook online w języku angielskim (brytyjskim!)


Anna M.






11 sierpnia 2018

"Głaskologia" Miłosz Brzeziński




Modne od lat słowo "motywacja"... W szkole odmieniane przez wszystkie przypadki, te rokujące i te genialne i te, którym już tylko owa motywacja może pomóc przejść z klasy do klasy... Gdy na kolejnym szkoleniu słyszę "może nie umiesz go dostatecznie mocno zmotywować do nauki?" to zwyczajnie poddaje się. A kto mnie kiedykolwiek nauczył motywować innych, albo siebie? Jakoś nie przypominam sobie! Na studiach? Absurd. Znajomi i rodzina? Raczej demotywują. Telewizja? O matko, lepiej nie zagłębiać się. W pracy? Pozostawiam bez komentarza... Zatem jak motywować siebie i innych? 







I tu przychodzi z pomocą książka "Głaskologia". Kiedyś od bardzo mądrej szkolnej pani psycholog usłyszałam: "wiesz, bo dzieci trzeba chwalić, dostrzegać w nich dobro, które mają, nauczyć się patrzeć na nie tak, aby widzieć to, co mają fajnego". To był mój pierwszy rok pracy i dziś już wiem, że Aldona miała 200% racji. Ale system wciąga w swoją bezduszna machinę, przecież na sprawdzianach podkreślamy błędy, wyłapujemy potknięcia, oceniamy, wpisujemy setki uwag i nagan, a pochwał raczej w dzienniku brak. Jak to zmienić? Jak wrócić do entuzjazmu pierwszych lat pracy?  Mi już trochę o tym przypomnieli sami uczniowie, o czym pisałam we wcześniejszych postach. Dziękowałam im za to milion razy, ale wydaje się, że nie rozumieją, jak wielką zmianę we mnie wywołali... 







Uwielbiam słuchać szkoleń, filmów  z udziałem pana Miłosza Brzezińskiego. Jego poczucie humoru i porównania sprawiają, że czasem śmieję się nawet w publicznych miejscach wywołując powszechne poruszenie. Tak, tak, "Głaskologii" słuchałam na okrągło i wszędzie, chyba ze 3 razy z uśmiechem na twarzy przesłuchałam całą książkę. Jest genialna, trafia do mnie każde słowo w niej zawarte, wszystkie badania, porównania, przykłady i teorie. To jest banalnie proste! Głaskać i tyle! Ale mądrze! I o to tu chodzi... Można przez to zdziałać więcej, niż nam się wydaje, a życie może być lepsze, bardziej satysfakcjonujące. 




Już na początku autor zaskoczył mnie genialnym (jak dla mnie w 100%)  porównaniem naszych zasobów do kubeczka czekolady. Każdy z nas ma pusty kubeczek, zrobić coś dobrego dla kogoś, to dolać mu do kubeczka gorącej czekolady. Jeden mały gest, każde dobre słowo, komplement, uśmiech i chlup - dolewka czekolady. Nawet jeśli pozornie nic z tego nie mam, że jestem miły, to jest jak inwestycja, bo jeśli będę głodna, to mogę podejść do tej osoby i łyżeczką zabrać trochę czekolady z jej kubeczka. Mogę, ale tylko wtedy, gdy dolewałam wcześniej czekolady. Dobro trzeba gromadzić, zbierać, mieć odłożone na później.  Przyznaję, że ta metafora trafiła do mnie i zmieniła moje patrzenie na bycie dobrym, miłym, docenianie i motywowanie innych. A czekoladę kocham, więc możliwość dzielenia się nią, by potem ktoś mi dolał tego gorącego, słodkiego i pachnącego złota, kiedy będę zmęczona, zziębnięta i smutna, jest ofertą nie do odrzucenia!



Ale czekoladowa metafora to nie jedyny atut książki. Urzekły mnie przedstawione i omówione w niej liczne badania naukowe potwierdzające moc motywacji, komplementów i bycia zwyczajnie  wobec innych i siebie. Rozdział o prawieniu komplementów jest bezcenny, a ten o ich przyjmowaniu i returnowaniu rzuca nowe światło na naszą czasem fałszywą skromność, bo tak nas niestety kiedyś nauczyli...


Dużo dobrych myśli, ale i praktycznych rad. Ćwiczenie z codziennym pisaniem trzech dobrych rzeczy, które zrobiłam danego dnia, wykonywałam już dawno (nawet polecałam innym ten sposób na uwierzenie we własne siły). Zupełnie jednak nie zdawałam sobie sprawy, że można iść o wiele dalej i pisać również, dzięki jakim moim cechom te rzeczy zrobiłam, jak to zrobiłam, co mi to dało? GENIALNE


Do dzieła, pora na głaskanie siebie i innych :)








Anna M.






15 lipca 2018

"Mózg nastolatka. Jak przetrwać dorastanie własnych dzieci" Frances E. Jensen, Amy Ellis Nutt








Tytuł mówi sam za siebie. I choć nie mam własnych dzieci, to w pracy jestem przecież wychowawcą gromadki 13-nastolatków. Juz jakiś czas temu zauważyłam, że moje "dzieciaczki" (a jestem z nimi od maluszków), dawno już wyrosły z przysłowiowych pieluch. Ostatnie półrocze poruszałam się po omacku szukając potrzebnej mi wiedzy. Mogłabym tupać nogami, tęsknić do czasów, kiedy uczyłam moje dzieci wiązać buty, ale postanowiłam, jako odpowiedzialny dorosły, zmierzyć się z mrożącym krew w żyłach tematem "zbuntowany nastolatek". 



Pierwsze zderzenie z tym "innym światem" miałam już za sobą - przecież od pół roku uczyłam 3 klasę gimnazjum. Już wcześniej pisałam, że był to dla mnie niesamowity czas, bo moi gimnazjaliści nauczyli mnie o pracy z młodzieżą więcej, niż studia, podyplomówki i kursy razem wzięte. Z drugiej strony głosy niektórych nauczycieli, że ich nie da się zrozumieć, sprawiły, że przeszła mi przez głowę niepokojąca myśl - a może jednak da się to jakoś wyjaśnić na tyle, aby nie stać po dwóch stronach barykady?  Zaczęłam szukać w necie książek i wykładów na ten temat i ... okazało się, że jest ich mnóstwo. Na pierwszy ogień poszły książki o neurologii i biologii. Pomyślałam, że zanim zacznę zgłębiać triki wychowawcze, może lepiej byłoby zrozumieć, co się tak naprawdę zaczyna dziać z moimi uczniami? Dlaczego nagle przestaję ich poznawać i rozumieć?


"Jak to się dzieje, gdy kończą czternaście, piętnaście czy szesnaście lat? Jak to jest, że słodkie, grzeczne, szczęśliwe i dobrze sprawujące się dziecko, które znamy od ponad dziesięciu lat, staje się nagle kimś, kogo w ogóle nie poznajemy?" (s. 26)


No właśnie!!!!! A to wszystko jeszcze przede mną? Przecież czeka mnie po wakacjach klasa 7 i 8!!! 



Nie będę streszczała książki, bo nawet nie wiedziałabym jak to zrobić, żeby nie pominąć jakiejś ważnej kwestii. Mój egzemplarz jest cały popisany, z kolorowymi znacznikami, komentarzami na marginesie. Powiem tak - czytałam z zapartym tchem i co kilka stron otwierałam buzie ze zdziwienia lub wykrzykiwałam "o kurcze, dokładnie jak moje dzieci" lub "to dlatego tak zrobił/zrobiła". Niestety też muszę przyznać, że z powodu mojej ignorancji i nieznajomości tego, co zachodzi w głowach moich dzieci na poziomie neurologii, wiele razy źle je oceniałam, za dużo wymagałam i zwracałam uwagę na rzeczy, które były od nich zupełnie niezależne. We wrześniu będę musiała je za to przeprosić... 


"Nastolatki mogą wyglądać jak dorośli, nawet myśleć jak dorośli w różnych sytuacjach, a ich zdolność do uczenia się jest niesamowita, ale zwykle ważne jest, by wiedzieć, do czego nie są zdolne - jakie są ich ograniczenia emocjonalne, poznawcze i behawioralne (s.75)



Autorka jest neurobiologiem i przedstawia biologiczne podstawy tych zachowań nastolatków, które my, dorośli, niestety często błędnie przypisujemy tzw. złemu wychowaniu, hormonom, czy okresowi buntu. W większości przypadków to kwestia etapów rozwoju mózgu, kształtowaniu emocji, a nawet właściwym godzinom snu, czy eliminacji stresu. Ta wiedza z pewnością pomoże mi w nowym roku szkolnym... Ostatnie tygodnie starego roku wykorzystałam na obserwację moich dzieciaków, próbę nauki nowej komunikacji z nimi dostosowanej do nich, a nie do tego, co przywykłam oczekiwać od nich, gdy byli małymi dziećmi lub na co mogę liczyć już u  dorosłych. I wiecie co? TO DZIAŁA!!!! Zrozumiałam ważną rzecz - nie mogę oczekiwać od moich nastolatków tego samego myślenia, reakcji czy emocji, co od dzieci lub od dorosłych!!! To dwa inne światy!!!! 



Ale to nie koniec. Autorki podejmują i spokojnie wyjaśniają wiele tak denerwujących dorosłych spraw: sposób uczenia się nastolatków, ich impulsywność, brak koncentracji, późne zasypianie i jeszcze późniejsze wstawanie, zachowania ryzykowne, podatność na stres, nowe technologie, pierwsze miłości i zaznaczanie indywidualności w ubiorze, czy wreszcie zbyt głośne słuchanie muzyki...



Każdy opisany przez nie przykład wstrząsnął mną, bo mogłabym w mgnieniu oka podać imię dziecka, u którego się z tym spotkałam i które w ten własnie sposób wyprowadziło mnie kiedyś z równowagi. Ale wiedząc już, dlaczego tak się dzieje i co jeszcze ważniejsze, jak powinnam jako dorosła zareagować,  świat szkolny stał się o wiele prostszy. Nagle przestałam się tak denerwować, ciągle poprawiać uczniów pod moje oczekiwania, a pewne rzeczy, za radą autorek, uznałam na "normalne" i naturalne...  I co dla mnie chyba najistotniejsze - moje dzieciaki w ostatnim tygodniu stwierdziły, że "nareszcie przestałam się czepiać i można ze mną normalnie pogadać"... Dla mnie to ogromne wyróżnienie i tylko nie mogę sobie darować, ze tak późno zaczęłam szukać wiedzy, którą powinnam przecież otrzymać już na studiach?



"Wasze nastolatki to nie przybysze z obcej planety, lecz osoby znajdujące się w bardzo ważnym momencie rozwoju, w którym wszystko jest nie do końca zsynchronizowane" (s.309)



To oznacza, że muszę się jeszcze sporo o moich podopiecznych nauczyć. Na szczęście są wakacje, czytam mnóstwo książek, chodzę na wykłady i kursy na wydziale psychologii, a przede wszystkim - rozmawiam z młodzieżą, uczę się słuchać, dzielnie przyjmuję ich wskazówki, czasem krytykę i pracuję nad zrozumieniem tego, co właśnie przeżywają...  Dzięki, że w porę zrozumiałam, że wina za nasze "konflikty" leży głównie po mojej stronie, bo tak naprawdę nie rozumiałam, co się z nimi dzieje i jak widzą świat... Teraz mogę spróbować się nauczyć, kim są moi uczniowie... tak na prawdę, a nie kim chciałabym je widzieć...



"Nastolatki uważają, że są dorosłe, i im bardziej je tak traktujemy, tym większa szansa na to, że będą się tak zachowywać". (s.93)



Anna M.


Teraz czytam książki dr Marka Kaczmarczyka "Unikat" i "W szkole neuronów"






13 lipca 2018

"Oswoić narkomana" Robert Rutkowski








"Jest takie powiedzenie: „Uratować jednego człowieka – to uratować całą ludzkość”. Nie mam poczucia misji, żeby ratować całą ludzkość, jednak jeśli choć jeden człowiek zmieni się dzięki mojej historii, to warto książkę napisać. Mnie też kiedyś pomogła czyjaś historia, dzięki której zrozumiałem i poczułem, że zmiana jest możliwa. A byłem naprawdę mocno poturbowany przez życie".








Książka Roberta Rutkowskiego to szczera spowiedź byłego narkomana, a teraz wziętego terapeuty, specjalisty od uzależnień. Przyznam, że przeczytałam ją jednym tchem. Autor opowiada swoją historię bardzo szczerze, momentami nawet powiedziałabym - brutalnie, nic nie ukrywa, nie tłumaczy się, nie upiększa... I chyba to przemówiło do mnie najbardziej. 


"Głód fizyczny trwa pięć do siedmiu dni, a głód psychiczny – wiele miesięcy, a nawet lat".


Uzależnienia są różne, ale chyba w każdym wypadku mechanizm jest podobny. No i pewnie podobnie się z tego wychodzi. 


"Trzeba podejść do tego z pełną pokorą, dystansem do samego siebie. Wtedy nie wolno sobie ufać. Wtedy przychodzi czas na <<naukę chodzenia>>."


Sama nie wiem, co o tej książce napisać. Mną wstrząsnęła, trochę mnie załamała, ale i dała nadzieję, że nigdy nie jest tak, że wszystko jest stracone. Przeczytałam ją już jakiś czas temu, ale długo nie mogłam się zabrać za napisanie czegoś na bloga. Nadal nie mogę poskładać myśli. Przez ostatnie tygodnie słuchałam nagrań i wywiadów z panem Robertem i zdecydowanie - podziwiam. Chciałaby kiedyś umieć tak rozmawiać z ludźmi, mieć tyle empatii, wyczucia sytuacji i delikatności, a jednocześnie potrafić prosto w twarz powiedzieć nawet najboleśniejsza prawdę. 



Nawet teraz nie potrafię napisać, co konkretnie mną wstrząsnęło, ale ten stan trwa. Może potrzebuję czasu, żeby przetrawić całą historię. Jak pogodzić się z faktem, że uzależnienie nigdy nie mija? Każda najdrobniejsza sytuacja może spowodować powrót do nałogu... Chyba to mnie najbardziej załamało, bo nigdy nie można powiedzieć, że się już wygrało walkę. Każdego dnia trzeba być uważnym, niezwyciężonym i upartym.  


"Wyzwalaczem wewnętrznym mogą być też stany emocjonalne. (...) HALT (czyli stop). Składa  się ono z czterech słów angielskich: hungry– głodny, angry – zły, lonely – samotny, tired-zmęczony. Każdy z tych stanów emocjonalnych jest absolutnym wyzwalaczem. Każdy z nich może uruchomić pragnienie sięgnięcia po narkotyk. A najgorzej, gdy pojawiają się razem. Trzeba cały czas się pilnować –przez okres kilku, a niektórzy nawet kilkunastu lat – żeby unikać ich skumulowania".


Jest jednak nadzieja, pan Robert od wielu lat jest czysty i co więcej -  pomaga innym wyjść z nałogu, udziela wywiadów, daje wskazówki. Dla mnie jest przykładem, że własne doświadczenia są też po to, aby pomagać innym...




Anna M.








22 czerwca 2018

"Roger Federer. Geniusz przy pracy" Mark Hodkinson



Uwielbiam oglądać grę Federera, choć uczciwie przyznaję, nie jest moim nr 1. Sorry Roger, ale wiele lat temu moje serce skradł Rafa... No, ale dziś kilka słów o Maestro...





Nie będę pisała o jego rekordach, bo chyba nie ma takiej kategorii, w której by nie prowadził. Nie chcę się też zatrzymywać na jego geniuszu w grze, bo najlepsi już analizowali jego technikę, serwis, nawet trzymanie rakiety czy ilość kroków. Znane są memy porównujące go do baletnicy, sam nazywany jest wirtuozem, Maestro. Kiedy wchodzi na kort, trybuny są jego. Robi z publicznością, co tylko mu się podoba... Nawet rywale zaakceptowali, że tłum będzie wspierał tylko jego.

Nie chcę też przekonywać Was, że talent to nie wszystko. Federer jest ponadprzeciętnie utalentowany, ale nic by z tego nie było gdyby nie fakt, że wkłada w to, co robi ogromną pracę. Całe życie podporządkował tenisowi. O tym wszystkim można zresztą przeczytać w książce.





Ja chcę opowiedzieć o tym, dlaczego tak lubię oglądać go na korcie... 

Uczę się od niego wielu rzeczy...


PRZYJAŻŃ...

Każdy, kto choć trochę interesuje się tenisem wie, że Roger Federer i Rafael Nadal to najlepsi kumple ever...  Wspierają się, prywatnie bardzo przyjaźnią i wzajemnie sobie pomagają... Każdy też wie, że ich mecze to ogromne widowisko. Na przestrzeni lat, co jakiś czas, zamieniają się miejscami w rankingu ATP, ich spotkania przechodzą do historii, a świat dzieli się na fanów Rafy i fanów Maestro. Wymarzone spotkanie w finale to właśnie Rafa - Federer, wtedy wiadomo - będzie się działo. I to mnie fascynuje. Przyjaźń nie ogranicza, nie każe rezygnować z własnych marzeń. Przyjacielem jest się zawsze, nawet gdy wychodzisz na kort i starasz się z całych sił pokonać rywala. Może też dlatego ich spotkania są tak fascynujące, bo znają swoje mocne i słabe strony, na korcie mają do siebie ogromny szacunek, ale też nie wahają się wykorzystać słabości przeciwnika... 



PRACA NAD SOBĄ...

Roger jest geniuszem, czas jego królowania na korcie powszechnie nazywany jest "Erą Federera"... Ale wiedzieliście, że jako junior nie rokował dobrze... Był porywczy, potrafił podczas spotkania złamać kilka rakiet, wściekać się na przeciwnika, a po przegranym meczu rozpłakać? Komentatorzy twierdzili, że ma słabą psychikę i nie da rady z presją podczas wielkoszlemowych turniejów. Ale Federer postanowił zmienić się, poznać swoje mocne i słabe strony i z roku na rok pokazał światu, że przy ciężkiej pracy można wszystko. Udowodnił, że da radę!!!! Andy Roddick powiedział kiedyś: "On uwierzył, że może chodzić po wodzie i wcale nie jest daleki od prawdy" Dziś Federer jest oazą spokoju, opanowania, precyzji, geniuszu i ogromnej kultury na kortach całego świata...  



NIGDY SIĘ NIE PODDAWAJ!

Rafa i Federer przez wiele lat rządzili na kortach. Nikt nawet nie śmiał się zbliżać do nich, a wylosowanie któregokolwiek z nich jako przeciwnika oznaczało dla nieszczęśliwca pożegnanie się z turniejem. Ale ta era miała się skończyć. Kłopoty ze zdrowiem obu otworzyły pole do rozwoju innych zawodników np. Djokovica, czy ostatnio tzw "nowego pokolenia" reprezentowanego przez Dimitrowa, Thiema czy mojego nr 3 Saschy Zvereva. I znów zwiastowano koniec ery Federer-Nadal. Zresztą obaj panowie są już grubo po 30-stce, co na realia tenisowe oznacza, że powinni już dawno korzystać z życia na emeryturze... Ale po kilku sezonach ciszy i dalekiego miejsca w rankingu, nagle świat mógł zobaczyć odrodzenie i Nadala i Federera... To wydawało się niemożliwe... a jednak! Obaj wrócili na tron, są silniejsi, mądrzejsi, grają dojrzalej, przystosowali się do nowych warunków, wieku i młodości rywali... Znów są niepowstrzymani... 





Za tydzień zaczyna się Wimbledon, najbardziej prestiżowy turniej tenisowy Wielkiego Szlema... I znów wszystkim marzy się kolejny finał Federer-Nadal... 


Anna M.
                                   




7 czerwca 2018

O tym, jak uratowali mnie pewni gimnazjaliści ....




K.S. zawsze pyta mnie, kiedy będzie nowy post. Ostatnio nawet policzył, że od miesiąca nie pisałam! No to dziś coś napiszę :) choć jak zwykle leży sterta sprawdzianów (dzięki Bogu już ostatnich w tym roku szkolnym), ale co tam :) Dodatkowo piekę chleby na szkolny festyn, a wieczorem, wiadomo - dworzec... 



Zatem dziś krótki wpis z cyklu "niecodziennik nauczycielki, czyli kobieta z klasą"...




Koniec roku szkolnego, to czas podsumowań. Miejmy to zatem  z głowy:


  • w tym roku pierwszy raz w życiu chciałam ocenić sprawdzian, którego nie zrobiłam... Byłam święcie przekonana, że dzieci, go napisały i serio, nawet wzięłam do domu teczkę, do której rzekomo go włożyłam... 
  • codziennie po kilka razy chodziłam między budynkami A i B
  • wyprałam pen-drive ze wszystkimi danymi,
  • pierwszy raz wyrobiłam się z materiałem z matmy!
  • prawie zasnęłam na teście, a moje dzieciaki zanuciły mi kołysankę...

I na deser zostawiłam moją największą radość - niespodziewanie dla mnie wróciłam do nauczania religii. I chyba to mnie uratowało, a najbardziej dzieciaki... o przepraszam - młodzież! Dostałam  jedną klasę na kilkumiesięczne zastępstwo... Poszłam do nich, bo bardzo się cieszyłam, że jest to klasa gimnazjalna, ale że religia? Przecież ja już tyle lat nie uczyłam tego przedmiotu! Czy jeszcze pamiętałam, jak to się robi? Uwielbiałam uczyć, być z dzieciakami, rozmawiać z nimi i je poznawać, ale religia w gimnazjum? Toż to mission impossible. No, ale że uwielbiam młodzież, to chciałam włożyć w to całą siebie, może inaczej - zwyczajnie być sobą!!!! Nie do końca można być sobą wśród dorosłych, ale klasa - to już jest inna bajka! Tam zawsze czuję się dokładnie na swoim miejscu. No i kocham Biblię, więc nie mogło być źle... 


I co się wydarzyło pamiętnego 29 stycznia? Kupili mnie od pierwszej chwili!!!! Czym? Swoją autentycznością, otwartością, szczerością, buntem, sposobem bycia, pomysłami, opiniami, humorem... Ok przyznaję, że przez kilka lekcji musiałam odnaleźć w sobie ten kawałek mojej duszy, który przez lata przykryła biurokracja, tzw. dorosłość i świat. Hmm, weszli do klasy i zsunęli wszystkie ostatnie ławki... No dobra, mówię do siebie "Matysiak, no to będzie ciekawie"...   Ale potem, na nowo nauczyłam się być zwyczajnie sobą, ufać temu, co czuję, znów odnalazłam to coś, co zawsze tak kochałam - pasję! I pamiętam "ten" dzień (dużo, dużo później), kiedy zadzwonił dzwonek na przerwę, a oni nie wyszli z sali, ale siedzieli i czekali na dalszy ciąg lekcji... Wtedy też pierwszy raz spóźniłam się na kolejną matematykę... ale ciiiii... Uwielbiam z nimi rozmawiać, słuchać tego, co mają do powiedzenia... Są cudni, choć niestety słuchają okropnej muzyki... :) Sorry...


Czego żałuję? Chyba tego, że trafiłam do nich tak późno, za chwilę kończą szkolę i idą w świat. Ale przez lata nauczyłam się, że każdy koniec jest nowym początkiem, coś się zamyka, żeby coś się mogło otworzyć. Wiem, że idą zmiany, czuję to... Dużo mi pokazali o mnie samej, a jeszcze więcej dali z siebie tego, co dobre. I nagle wszystko, co w życiu robiłam, wszystko, co się kiedyś wydarzyło, zaczęło układać się jak puzzle... To ma sens... Teraz dopiero go widzę... 


Dziękuję, że mogę im towarzyszyć..., że pozwolili mi choć trochę poznać ich świat, że po prostu są sobą!

Anna M.

No i K.S. wiem, że się śmiejesz, że wróciłam do religii i że sprawia mi to tak wielką frajdę... Już słyszę "a nie mówiłem!"








11 maja 2018

"Ty i teraz" Lidia Jasińska



Piątkowe popołudnie, pierwszy raz od bardzo dawna zdecydowałam, że teczkę ze sprawdzianami i testami dzieci zostawiam w szkole i zaczynam... czas tylko dla mnie. A że ostatnio zwichnęłam kostkę, to tym bardziej potrzebuję spokoju... No i zbliża się szaleństwo końca roku szkolnego, produkowania miliona niepotrzebnych dokumentów, spotkań i rad, popraw ocen i walki o pozostanie żywym.. 

"Swoje piekło to jednak też coś własnego"



Dziś polecam niezwykłą książkę Lidii Jasińskiej "TY i TERAZ". Pięknie wydana i niezwykle wciągająca. Oczywiście można by powiedzieć, że to "tylko" zbiór aforyzmów, ale dla mnie to "aż" zbiór aforyzmów. Można książkę przeczytać w godzinę, ale nie polecam. Ja nadal się nią zachwycam, czytam powoli, na serio i uczciwie względem siebie, bo każdy wpis wymusza zatrzymanie się, zastanowienie nad sobą, własnym życiem i ważnymi dla mnie wartościami. 

"Pozwólmy nocom o szarych dniach zapomnieć"

Mam bardzo trudny czas w życiu i staram się na nowo poukładać sobie mój świat. Zainwestowałam w zmianę sposobu odżywiania, walczę też o to, by wcześniej chodzić spać. I co dziwne - udaje mi się!!! Narazie tylko przegrywam na frocie walki ze stresem, ale to godny przeciwnik i nie doceniałam go przez tyle lat.  Jak to na wojnie, są ranni i zabici. Poległy niektóre marzenia,  niekiedy organizm odmawia posłuszeństwa, a myśli stają się ciężki i ciemne.  I o ile już powoli wyprowadziłam moje zdrowie na prostą, o tyle trzeba jeszcze się zająć duchem. I książka Lidii Jasieńskiej jest strzałem w dziesiątkę. Ostatnio nie mam czasu i chyba też ochoty czytać długich poradników (wyjątek: Beata Pawlikowska i Szymon Hołownia oczywiście:).  Książkę  "Ty i teraz" otwieram codziennie rano i czytam tylko jedną myśl, i to daje mi materiał do przemyśleń na cały dzień, a myśli sobie płyną spokojnie między codziennymi czynnościami i obowiązkami. Jest spokojniej, radośniej i chyba zaczynam odrywać się od spraw plastikowego, krzykliwego świata. Już nie muszę ze wszystkim zdążyć, dawno też zeszłam z linii startu w wyścigu o bycie lepszym, ładniejszym, mądrzejszym. Bo niby z kim się ścigam? Sama sobie wyznaczam porzeczkę,  bo też sama siebie znam najlepiej. Tego wbrew pozorom nauczyły mnie moje dzieci. W ogólnym rozliczeniu same oceny 2 są kiepskie. Ale chwilę, stop! Dlaczego mamy porównywać dzieci i ich oceny, średnie? Przez dla kogoś, kto kompletnie nie rozumie matematyki i miał zagrożenie zostaniem w tej samej klasie, otrzymanie wreszcie "dwójki" po wielu godzinach nauki, chodzenia na zajęcia wyrównawcze jest jak wejście na Mount Everest. Ale dla świata to za mało - to tylko marne 2... Nie dla mnie!!!!  Skoro mam tyle cierpliwości i wiary w moje dzieci, to dlaczego dla siebie jestem taka surowa? I tu zaczęła się moja droga i zmiana. 

"Życie to robi z ludźmi, co ludzie robią z życiem"


A ja chcę na przekór wszystkiemu, aby życie było spokojne, pełne miłości, radości i nadziei. Każdego dnia chcę się budzić ciekawa świata. Przecież mogę zrobić, co tylko zechcę! Stereotypy, ludzkie gadanie i ocenianie to tylko powierzchowny sposób bycia. Ja chcę żyć głębiej, poznać siebie, poczuć to, co naprawdę czuję, a nie co czuć powinnam. 


Kochani polecam książkę z całego serducha... zmusza do przemyśleń, daje nadzieję, budzi z marazmu. I w moim wypadku prowokuje do zadawania sobie ważnych pytań.



"Żal straconych odpowiedzi na pytania, których nie śmiano zadać"



Anna M.
P.S. Nie chcę niczego żałować :)



Książka przeczytana w ramach współpracy 
i dzięki uprzejmości wydawnictwa     

 Serdecznie dziękuję za możliwość przeczytania i zrecenzowania. 



2 maja 2018

"Moja dieta cud" Beata Pawlikowska




Długi majowy weekend sprzyja przemyśleniom. Dla mnie to czas relaksu, zwolnienia szalonego tempa pracy, chwila na zebranie myśli, zagłębienie się w siebie i wykonanie kolejnego kroku w drodze ku szczęśliwemu życiu. 



Uwielbiam książki Beaty Pawlikowskiej, i chyba z tego powodu sięgnęłam po "Moja dieta cud". Znałam już tą serię i stopniowo wprowadzałam pewne zmiany np. od ok. 7 miesięcy jestem weganką (ale nie ideologiczną - mam czysto zdrowotne podejście). Przeczytałam już mnóstwo książek pani Beaty, słucham jej na kanale na Youtube, i myślałam, że już wszystko wiem. I faktycznie, pierwsze rozdziały były dla mnie miłym powtórzeniem i utwierdzeniem w dawno podjętej decyzji, że moje zdrowie jest równie ważne jak moja praca, znajomi, sytuacja gospodarcza na świecie, kryzys finansowy czy nowe buty jakiejś celebrytki. Dlatego zaczęłam traktować siebie na serio, a moje potrzeby na równi z potrzebami innych. Z tego też powodu, jeśli np. w pracy mam przerwę na jedzenie, to JEM, choćby nagle pojawił się niecierpiący zwłoki problem do rozwiązania typu "jejku, zapomniała skserować sprawdzian"...




Czytałam, czytałam, i było tak przyjemnie, i nagle pojawił się rozdział o ... śnie! Ałć, no to pani Beata trafiła w moją piętę achillesową. 



"Zachodnia cywilizacja szczyci się tym, że przeorganizowała naturę. Czarne przemalowała na białe, a białe ubrała na czarno. To daje ludziom złudne poczucie władzy nad światem. Ale myślę, że ta władza jest tylko pozorna i bardzo powierzchowna, bo nawet jeśli ustawisz potężne reflektory w środku miasta i rozświetlisz nimi noc, to nie zmieniasz faktu, że ta noc jednak istnieje. Tyle tylko, że usiłujesz udawać, że jej tam nie ma". 


I tu pojawia się problem, bo niestety bardzo mało śpię... Zdarza się że po 4 - 5 godzin, a potem 10  kolejnych godzin pracuję... Oczywiście tłumaczę to sobie całkiem racjonalnie - przecież po pracy mam prawo na zajęcie się sobą, czas dla siebie, na swoje przyjemności, książki, gotowanie... a że na zegarku jest już po 22.00 - trudno, ten czas mi się należy! Nic bardziej mylnego, tzn. on mi się faktycznie należy, ale na zdrowy, spokojny sen. 

"I rzeczywiście dawałam radę. Wracałam do domu o północy, rzucałam się na łóżko, spałam do rana i wstawałam zmęczona. Pod koniec tygodnia byłam już taka wyczerpana, że w sobotę spałam do południa. A potem wieczorem nie mogłam zasnąć. To nie miało sensu. (...) I tak odkryłam, że przepisowe osiem godzin snu to dla mnie za mało. Potrzebuję spać dziesięć godzin.  
Rety, jakie to okropne marnotrawstwo! – pomyślałam. 
To prawie pół dnia! Tyle mogłabym w tym czasie zrobić, wymyślić, namalować, przeczytać, przygotować!...".


Pani Beato! Ratunku! Przecież to kropka w kropkę moje życie! Uff, ale jest dalsza część książki... Zatem zostawiam Was w tym miejscu i idę eksperymentować ze snem... 

"Każdy organizm sam wie ile snu potrzebuje, żeby się w pełni zregenerować. I to jest twoje pierwsze zadanie. Spróbuj znaleźć dwa tygodnie, kiedy będziesz testować swoje potrzeby. To musi być taki długi czas, bo najprawdopodobniej teraz twój naturalny rytm jest całkowicie rozregulowany przez telewizję, pracę, dzieci, męża, Internet i wiele innych spraw. Sama już nie wiesz ile powinnaś spać, bo zawsze śpisz za krótko, a potem raz w tygodniu śpisz o wiele za długo".




Anna M.




15 kwietnia 2018

"Plan Campbella" Thomas Campbell


Wcześniej czytałam książkę Campbella seniora, dziś polecam też Campbella juniora :)


Wiem, jestem monotematyczna... Trudno. Zaczęłam nowy etap w  życiu i chcę się tym podzielić. Jeśli kobiety przechodzą kryzys wieku średniego, to ja właśnie taki w zeszłym roku zaliczyłam (nie żebym już miała 40-stke, ale wielkimi krokami się zbliża). Chwytałam się wszystkiego, żeby wyjść z "dołka". No i znalazłam. 


Okazuje się, że powiedzenie "w zdrowym ciele zdrowy duch" jest genialnie prawdziwe. Powoli moje zdrowie, to fizyczne i to duchowe, wraca na stare, dobre tory. Czy to sprawa wyłącznie zmiany jedzenia? Nie sądzę, ale wiem, że ma ono bardzo duży wpływ na nasze postrzeganie świata i siebie. Zmiana na lepsze zawsze rozwija. Paradoksalnie w moim przypadku, zdrowe odżywianie, przesunęło akcent z dbanie o wszystkich kosztem wykańczania siebie, na dbanie o siebie, by być dla innych.  Dziś już wiem, że jeśli wezmę na siebie za dużo, nie podołam podstawowym zadaniom (niestety niektóre zobowiązania muszę dokończyć, choć wiem, że są destrukcyjne).  Wiem też, że jeśli np. się nie wyśpię, następnego dnia będę sfrustrowana, przemęczona i zła na cały świat.  Kiedyś wszystko inne było ważniejsze, dziś staram się powolutku to zmieniać. Jasne, świat jest ważny, ale jeśli będę przemęczona, zła i głodna, to nic w tym świecie nie zrobię. A  moje ja mi cały czas daje znak, aby się wreszcie nim zajęła. No to się zajmuję - jestem początkująca w tej dziedzinie, więc wpadki są nieuniknione. Ale idzie mi całkiem dobrze. 



Przyznaję, że potrzebuję takich książek, jak ta, aby motywować się i utwierdzać w  mojej drodze ku dobremu. No bo przecież wszyscy wiemy, że śmieciowe jedzenie jest dla nas toksyczne, a chemia do niego dodawana powoli nas zabija. A jednak strasznie trudno jest zmienić dietę. Brak czasu, wygoda, dostępność produktów, lenistwo, pieniądze, brak edukacji w zakresie żywienia - to tylko niektóre wymówki i przyczyny braku próby zmiany. Największym jednak jest UZALEŻNIENIE.  To z nim trzeba najdłużej walczyć...



Dr. Thomas Campbell jak dobry lekarz, prowadzi nas za rękę pośród zawiłości zdrowego odżywiania. Z jednej strony daje nam ogromną porcję wiedzy medycznej, z drugiej konkretne porady na wypadek, gdybyśmy "utknęli" w teorii.  Jest tu zatem i wykład o cukrze, oleju i modnych suplementach, jak i propozycja menu, lista zakupów i konkretne przepisy dla kulinarnych żółtodziobów. Dla mnie strzał w 10!


moja zdrowa dieta wcale nie jest nudna i mdła...


(...) to co ty jesz, co ja jem - ma ogromny wpływ na nasze zdrowie. Żywność ma większą moc uzdrawiania niż cokolwiek, co może ci przepisać lekarz". (s. 222)



Polecam i smacznego!.
Anna M













8 kwietnia 2018

"Nowoczesne zasady odżywiania. Przełomowe badanie wpływu żywienia na zdrowie" T. Colin Campbell, Thomas M. Campbell II


Mój dietetyczny coming out... 


"Mieszkańcy Stanów Zjednoczonych żyją w dobrobycie i z tego powodu umierają. Codziennie ucztujemy jak królowie i to nas zabija" (s. 121)


Książkę Campbella poleciła mi koleżanka, która od wielu lat nie je mięsa. Zaczęłam więc czytać z prawdziwym zaciekawieniem, które z czasem przerodziło się w, nomem omen, "pożeranie" kolejnych rozdziałów... 


I tu należy się pewne wyjaśnienie. Dołączyłam do roślinożerców jakieś 5 miesięcy temu, ale zrobiłam to zupełnie intuicyjnie. Co prawda zdarzały mi się okresowe odstępstwa od weganizmu i daleko mi od ideologi obrońców praw zwierząt, ale każdy powrót na "zieleninę" odczuwałam z ulgą, ku własnemu zaskoczeniu...


Moje powody rezygnacji z produktów odzwierzęcych są prozaiczne - zwykła chęć poprawy stanu zdrowia. Od wielu lat byłam ciągle na jakiejś diecie, z większym lub mniejszym sukcesem. Chyba już byłam zmęczona ustawicznym liczeniem kalorii, unikaniem słodyczy i dla odmiany rzucaniem się na nie. Byłam zniechęcona, a fast foody przejęły kontrolę nade mną i moim życiem. Dieta roślinna, oparta wyłącznie na nieprzetworzonych produktach wydała mi się naturalna. Zmęczyło mnie śmieciowe jedzenie, które może i było niskokaloryczne i przynosiło oczekiwane rezultaty odnośnie spadku wagi, ale czy było zdrowe? NIE.


Początki były trudne, chyba głównie przez moje złe nawyki i slogany powtarzane przez przez znajomych, jakoby weganizm był czystą i do tego niezdrową fanaberią.  Pierwszy miesiąc, nie będę ukrywała i koloryzowała, był koszmarny. Wszędzie czaiło się jedzenie, a sery wręcz kusiły (robią to do dziś, szczególnie te pleśniowe). Z łatwością zrezygnowałam z mięsa, ale nabiał to już inna bajka. Wreszcie się udało! Ostatnia "przeszkodą" do pokonania była... moja mama. Ostatecznie przekonały ja dopiero szczegółowe wyniki badań laboratoryjnych (w życiu nie pobrano mi tyle krwi), do których mnie oczywiście zmusiła i za które na szczęście sama zapłaciła. Wbrew jej oczekiwaniom (o ironio) wszystkie odczyty znacznie się poprawiły, a ja nigdy wcześniej nie miałam tak niskiego poziomu cukru, cholesterolu, a zarazem wysokiego poziomu żelaza i wapnia! Za zmianami odżywiania szły oczywiście zmiany w gotowaniu. Dziś jem proste potrawy, najczęściej gotowane na parze lub pieczone w piekarniku, dużo surowych warzyw, kasze, bakalie, owoce. Kupiłam obrzydliwie drogi blender ze szklanym kielichem, żeby się zmobilizować do robienia zielonych, warzywnych  koktajli. Przecież skoro wydałam tyle kasy na sprzęt, to teraz trzeba "mielić" ile się da! I to był strzał w dziesiątkę, choć początkowo mdliło mnie już po pierwszym łyku, dziś ze smakiem piję codzienną porcję naturalnych "witaminek" :) Wystarczyła cierpliwość i determinacja, aby zmienił mi się smak (zresztą i tak ograniczony, jak wiecie).




mój zdrowy obiad
Zatem jako początkująca weganka sięgnęłam po książkę z ciekawością i pewnymi oczekiwaniami i otrzymałam wiedzę, którą chyba powinnam mieć na początku mojej drogi, więc z miłą chęcią nadrobiłam zaległości "naukowe". Przede wszystkim zrozumiałam, że nie jestem weganką! Okazuje się, że moja intuicyjna dieta to NPR, czyli odżywianie oparte na nieprzetworzonych produktach roślinnych. Nieco się też uspokoiłam, czytając między innymi o tym, że powinniśmy ograniczać białko i tłuszcze (bo przecież zewsząd krzyczą o proteinowych batonach, odżywkach, koktajlach). Dieta roślinna przeciwdziała wielu chorobom, a unikanie mięsa może przynieść tylko korzyści. 





"Wszystkie powyższe choroby, oraz wiele innych, rozwijają się z tego samego powodu: niezdrowej w dużej mierze toksycznej diety i niezdrowego stylu życia, wypełnionych czynnikami promującymi choroby i zbyt ubogich w czynniki wspierające zdrowie. Innymi słowy, z powodu diety zachodniej. Z drugiej strony znana jest dieta, która przeciwdziała wszystkim tym chorobom: pełnoziarnista dieta roślinna" 


Zdrowie - to była moja pierwsza motywacja. Druga - no oczywiście, że zrzucenie zbędnych kilogramów raz na zawsze. I to działa! Powoli, bez wysiłku i rygorystycznego ograniczania jedzenia, waga naturalnie spada :) Hmmm - taki uboczny efekt ;) Jakaż to odmiana w porównaniu z milionem wcześniejszych diet, które stosowałam. 


"Stosowanie specjalnych programów utraty zbędnych kilogramów i łykanie pigułek w celu zmniejszenia apetytu czy zmiany metabolizmu to nasz narodowy sport. (...) Czemu więc bezustannie próbujemy nowych diet, koktajli, batonów energetycznych i wierzymy w poradniki o odchudzaniu, skoro nie spełniają swoich obietnic?" (s.149)



Ale książka to nie tylko biochemiczne laboratorium i analiza wieloletnich badań. Po "naukowej" części, autor przechodzi do praktycznych wskazówek i omawia 8 zasad odżywiania i zdrowia. Okazuje się, że są one mi bliższe, niż wcześniej mi się zdawało. Unikanie suplementów diety, ograniczanie białka, wyrzucenie oliwy, przejście na dietę roślinną, zdrowy tryb życia, unikanie stresu - to tylko wybrane zasady. Chodzi o trwałe zmiany, nie tylko te powierzchowne i czasowe. Życie jest w naszych rękach - zdrowe i szczęśliwe życie.


"Proces jedzenia jest prawdopodobnie najbardziej intymna interakcja z naszym światem; to, co jemy, staje się częścią naszego organizmu" (s. 247)



Anna M.







Recent Posts