2 maja 2018

"Moja dieta cud" Beata Pawlikowska




Długi majowy weekend sprzyja przemyśleniom. Dla mnie to czas relaksu, zwolnienia szalonego tempa pracy, chwila na zebranie myśli, zagłębienie się w siebie i wykonanie kolejnego kroku w drodze ku szczęśliwemu życiu. 



Uwielbiam książki Beaty Pawlikowskiej, i chyba z tego powodu sięgnęłam po "Moja dieta cud". Znałam już tą serię i stopniowo wprowadzałam pewne zmiany np. od ok. 7 miesięcy jestem weganką (ale nie ideologiczną - mam czysto zdrowotne podejście). Przeczytałam już mnóstwo książek pani Beaty, słucham jej na kanale na Youtube, i myślałam, że już wszystko wiem. I faktycznie, pierwsze rozdziały były dla mnie miłym powtórzeniem i utwierdzeniem w dawno podjętej decyzji, że moje zdrowie jest równie ważne jak moja praca, znajomi, sytuacja gospodarcza na świecie, kryzys finansowy czy nowe buty jakiejś celebrytki. Dlatego zaczęłam traktować siebie na serio, a moje potrzeby na równi z potrzebami innych. Z tego też powodu, jeśli np. w pracy mam przerwę na jedzenie, to JEM, choćby nagle pojawił się niecierpiący zwłoki problem do rozwiązania typu "jejku, zapomniała skserować sprawdzian"...




Czytałam, czytałam, i było tak przyjemnie, i nagle pojawił się rozdział o ... śnie! Ałć, no to pani Beata trafiła w moją piętę achillesową. 



"Zachodnia cywilizacja szczyci się tym, że przeorganizowała naturę. Czarne przemalowała na białe, a białe ubrała na czarno. To daje ludziom złudne poczucie władzy nad światem. Ale myślę, że ta władza jest tylko pozorna i bardzo powierzchowna, bo nawet jeśli ustawisz potężne reflektory w środku miasta i rozświetlisz nimi noc, to nie zmieniasz faktu, że ta noc jednak istnieje. Tyle tylko, że usiłujesz udawać, że jej tam nie ma". 


I tu pojawia się problem, bo niestety bardzo mało śpię... Zdarza się że po 4 - 5 godzin, a potem 10  kolejnych godzin pracuję... Oczywiście tłumaczę to sobie całkiem racjonalnie - przecież po pracy mam prawo na zajęcie się sobą, czas dla siebie, na swoje przyjemności, książki, gotowanie... a że na zegarku jest już po 22.00 - trudno, ten czas mi się należy! Nic bardziej mylnego, tzn. on mi się faktycznie należy, ale na zdrowy, spokojny sen. 

"I rzeczywiście dawałam radę. Wracałam do domu o północy, rzucałam się na łóżko, spałam do rana i wstawałam zmęczona. Pod koniec tygodnia byłam już taka wyczerpana, że w sobotę spałam do południa. A potem wieczorem nie mogłam zasnąć. To nie miało sensu. (...) I tak odkryłam, że przepisowe osiem godzin snu to dla mnie za mało. Potrzebuję spać dziesięć godzin.  
Rety, jakie to okropne marnotrawstwo! – pomyślałam. 
To prawie pół dnia! Tyle mogłabym w tym czasie zrobić, wymyślić, namalować, przeczytać, przygotować!...".


Pani Beato! Ratunku! Przecież to kropka w kropkę moje życie! Uff, ale jest dalsza część książki... Zatem zostawiam Was w tym miejscu i idę eksperymentować ze snem... 

"Każdy organizm sam wie ile snu potrzebuje, żeby się w pełni zregenerować. I to jest twoje pierwsze zadanie. Spróbuj znaleźć dwa tygodnie, kiedy będziesz testować swoje potrzeby. To musi być taki długi czas, bo najprawdopodobniej teraz twój naturalny rytm jest całkowicie rozregulowany przez telewizję, pracę, dzieci, męża, Internet i wiele innych spraw. Sama już nie wiesz ile powinnaś spać, bo zawsze śpisz za krótko, a potem raz w tygodniu śpisz o wiele za długo".




Anna M.




3 komentarze:

Recent Posts