7 czerwca 2018

O tym, jak uratowali mnie pewni gimnazjaliści ....




K.S. zawsze pyta mnie, kiedy będzie nowy post. Ostatnio nawet policzył, że od miesiąca nie pisałam! No to dziś coś napiszę :) choć jak zwykle leży sterta sprawdzianów (dzięki Bogu już ostatnich w tym roku szkolnym), ale co tam :) Dodatkowo piekę chleby na szkolny festyn, a wieczorem, wiadomo - dworzec... 



Zatem dziś krótki wpis z cyklu "niecodziennik nauczycielki, czyli kobieta z klasą"...




Koniec roku szkolnego, to czas podsumowań. Miejmy to zatem  z głowy:


  • w tym roku pierwszy raz w życiu chciałam ocenić sprawdzian, którego nie zrobiłam... Byłam święcie przekonana, że dzieci, go napisały i serio, nawet wzięłam do domu teczkę, do której rzekomo go włożyłam... 
  • codziennie po kilka razy chodziłam między budynkami A i B
  • wyprałam pen-drive ze wszystkimi danymi,
  • pierwszy raz wyrobiłam się z materiałem z matmy!
  • prawie zasnęłam na teście, a moje dzieciaki zanuciły mi kołysankę...

I na deser zostawiłam moją największą radość - niespodziewanie dla mnie wróciłam do nauczania religii. I chyba to mnie uratowało, a najbardziej dzieciaki... o przepraszam - młodzież! Dostałam  jedną klasę na kilkumiesięczne zastępstwo... Poszłam do nich, bo bardzo się cieszyłam, że jest to klasa gimnazjalna, ale że religia? Przecież ja już tyle lat nie uczyłam tego przedmiotu! Czy jeszcze pamiętałam, jak to się robi? Uwielbiałam uczyć, być z dzieciakami, rozmawiać z nimi i je poznawać, ale religia w gimnazjum? Toż to mission impossible. No, ale że uwielbiam młodzież, to chciałam włożyć w to całą siebie, może inaczej - zwyczajnie być sobą!!!! Nie do końca można być sobą wśród dorosłych, ale klasa - to już jest inna bajka! Tam zawsze czuję się dokładnie na swoim miejscu. No i kocham Biblię, więc nie mogło być źle... 


I co się wydarzyło pamiętnego 29 stycznia? Kupili mnie od pierwszej chwili!!!! Czym? Swoją autentycznością, otwartością, szczerością, buntem, sposobem bycia, pomysłami, opiniami, humorem... Ok przyznaję, że przez kilka lekcji musiałam odnaleźć w sobie ten kawałek mojej duszy, który przez lata przykryła biurokracja, tzw. dorosłość i świat. Hmm, weszli do klasy i zsunęli wszystkie ostatnie ławki... No dobra, mówię do siebie "Matysiak, no to będzie ciekawie"...   Ale potem, na nowo nauczyłam się być zwyczajnie sobą, ufać temu, co czuję, znów odnalazłam to coś, co zawsze tak kochałam - pasję! I pamiętam "ten" dzień (dużo, dużo później), kiedy zadzwonił dzwonek na przerwę, a oni nie wyszli z sali, ale siedzieli i czekali na dalszy ciąg lekcji... Wtedy też pierwszy raz spóźniłam się na kolejną matematykę... ale ciiiii... Uwielbiam z nimi rozmawiać, słuchać tego, co mają do powiedzenia... Są cudni, choć niestety słuchają okropnej muzyki... :) Sorry...


Czego żałuję? Chyba tego, że trafiłam do nich tak późno, za chwilę kończą szkolę i idą w świat. Ale przez lata nauczyłam się, że każdy koniec jest nowym początkiem, coś się zamyka, żeby coś się mogło otworzyć. Wiem, że idą zmiany, czuję to... Dużo mi pokazali o mnie samej, a jeszcze więcej dali z siebie tego, co dobre. I nagle wszystko, co w życiu robiłam, wszystko, co się kiedyś wydarzyło, zaczęło układać się jak puzzle... To ma sens... Teraz dopiero go widzę... 


Dziękuję, że mogę im towarzyszyć..., że pozwolili mi choć trochę poznać ich świat, że po prostu są sobą!

Anna M.

No i K.S. wiem, że się śmiejesz, że wróciłam do religii i że sprawia mi to tak wielką frajdę... Już słyszę "a nie mówiłem!"








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recent Posts