20 stycznia 2019

"Mój Egipt" Jarosław Kret

Grypa, wschód słońca i galaretka truskawkowa...
 

tytuł: Mój Egipt
autor: Jarosław Kret :)

wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 9 listopada 2011
liczba stron: 328

moja ocena 5 / 6

moja ocena autora: 6 /6  :)




 Niedzielny zimowy wieczór, a ja? A ja jestem znów chora... Kocyk, herbatka z miodzikiem i cytrynką, stos chusteczek i syropek na kaszel... i kolejny rodzaj antybiotyków :( Dużo śpię, a moje poczucie czasu dnia i nocy kompletnie zostało zaburzone.

      Ale czytam sobie o Egipcie. Przyznaję, że nie jestem fanką książek podróżniczych. Nie jestem typem kogoś, kto lubi zwiedzać. Będąc pierwszy raz w Paryżu obiecałam sobie, ze jednego dnia "zrobię" standardowy pakiet minimum i "zaliczę" wszystkie zabytki: Łuk Triumfalny, Wieża Eiffla, Père-Lachaise, Katedra Notre Dame,  Louvre, Sorbona, Panteon, Plac Bastylii,  Sacré-Cœur. Potem lubiłam włóczyć się małymi uliczkami i rozmawiać z ludźmi, poznawać kulturę. Taki ze mnie miłośnik zabytków...

     No ale wróćmy do mojej ostatniej lektury - tej o Egipcie. Ach jeszcze do jednej rzeczy muszę się przyznać - sięgnęłam po książkę "Mój Egipt" tylko dlatego, że autorem jest Jarosław Kret, czyli pan od pogody. Pamiętam jeszcze z zamierzchłych czasów moich studiów, kiedy to prawie każdego ranka Pan Jarek Kret budził mnie swoim słynnym "świt dobry" w "Kawie czy herbacie". No i dzięki jego optymizmowi, że mimo niekorzystnego frontu atmosferycznego, który akurat dziś nadciąga nad Poznań, warto jednak wstać.... bo będzie pięknie padało. 

    Taka tez jest i książka "Mój Egipt"... :) Nie mogłam przestać czytać o przygodach młodego, nikomu jeszcze nie znanego stypendysty w Kairze. Absurdy biurokracji, cierpliwość miejscowych, klimat i kuchnia doprowadzały mnie to do śmiechu to znów do łez ... ze śmiechu oczywiście.

    Rozbawił mnie kairski policjant, który stoi sobie przy drodze i wystawia mandaty bez zatrzymywania winowajcy. Taki mandat przychodzi później do domu i trzeba go grzecznie zapłacić. A u nas? Afera z fotoradarami. Absurd! Również nasze urzędniczki nie są najgorsze na świecie, bo przecież można coś załatwić w ZUS-ie. A w Egipcie? Oj nie da się, bo ciągle odsyłają nas od okienka z magicznym słowem "bukra". Jeśli chcecie się dowiedzieć, co ono oznacza, zapraszam do lektury... Autor również obala mit tradycji targowania się i z dużą dozą humoru opisuje targ wielbłądów. 

    Jednak najbardziej zachwyciłam się o wspinaczce na Górę Synaj. Dzięki Jarosławowi Kretowi prawie wyobraziłam sobie zachwycający wschód słońca na Synaju. Co prawda już kilka razy słyszałam o tym zapierającym dech w piersiach zjawisku, ale dopiero tym razem moja wyobraźnia rozbłysła barwami pustyni.

"Obracamy się plecami do księżyca, opieramy o murek.  Za parę chwil rozpocznie się spektakl natury. (...) Przed moimi oczami zaczyna się rozgrywać jedna z najfantastyczniejszych scen, jakie mogła wykreować Matka Natura. Przedstawienie się zaczęło. Za moimi plecami złoci się księżyc, a przede mną  ciemnogranatowe rozgwieżdżone niebo powoli zmienia kolory: z granatu poprzez różne, nigdy przeze mnie nie widziane w naturze odcienie fioletu, aż po krwista czerwień. To niesamowite zjawisko zapiera dech w piersiach wszystkich patrzących. Nastaje chwila ciszy, po czym powoli z ust obserwatorów dobywają się spontaniczne jęki zachwytu. A niebo odgrywa dalej swój kolorowy spektakl. (...) A nad tymi kamiennymi falami niebo płonie".

     Więcej o wschodzie słońca nie napisze, żeby nie psuć wam zabawy czytania i wyobrażania sobie świata. Ale wspomnę jeszcze o jednym - o kuchni. To właśnie rozdział o słodyczach powalił mnie na kolana i to dosłownie. Czytając o słodkościach nie mogłam tego tak zostawić... To tak, jakby alkoholikowi dać w prezencie książkę, której akcja dzieje się w winnicy... A zatem przeszukałam wszystkie zakamarki w domu i najciemniejsze szafki. Niestety znam siebie i wiedziałam, że prędzej czy później tak się stanie, więc mój dom pod względem cukru jest sterylny (czego nie mogę powiedzieć o kurzu). Ale... znalazłam galaretkę i oczywiście zaraz ją ugotowałam :) zanim schłodziła się w lodówce zdążyłam przespać się trochę, wyrzuciłam tuzin zużytych chusteczek, połknęłam garść tabletek, które mają mnie wyleczyć, a wiem tylko, że kosztowały majątek. A potem zrobiłam sobie kawę, wyjęłam galaretkę z lodówki, wyobraziłam sobie, że to egipski smakołyk i zapomniałam o całym świecie, o chorobie, o zimie. A na końcu książki znalazłam przepyszne przepisy. Teraz mam motywacje, żeby wyzdrowieć, iść na zakupy i poeksperymentować. A tymczasem idę zrobić sobie kolejną gorącą herbatkę z miodzikiem i kakao na potem... :)

Anna M.



3 stycznia 2019

"J.R.R. Tolkien. Pisarz stulecia" T.A. Shippey




 



"Trzy Pierścienie dla królów elfów pod otwartym niebem,
Siedem dla władców krasnali w ich kamiennych pałacach,
Dziewięć dla śmiertelników, ludzi śmierci podległych,
Jeden dla Władcy Ciemności na czarnym tronie
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie,
Jeden, by wszystkimi rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć,
Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie".
("Władca Pierścieni) 




Któż nie zna tej złowrogiej legendy, czy jednak znamy jej twórcę? O samym Tolkienie już pisałam (zobacz tutaj). Wspominałam też o przyjaźni Tokiena i Lewisa (link do posta). Tym razem chcę napisać o historii powstania "Hobbita" i "Władcy Pierścieni" i wpływie tych książek na moje postrzeganie świata. Nie od dziś wiadomo, że Tolkien był filologiem i fascynował się językami, głównie staroangielskim i jego dialektami. Każdy  świadomy miłośnik literatury wie też, że pisarz najpierw stworzył języki Śródziemia ze ich gramatyką i historycznymi dialektami, a dopiero później wymyślił wszystkie pradawne legendy i historie. To od słowa wszystko się zaczęło, nazwy, mity, przepowiednie i zapomniane historie. Tolkien przez lata nosił w sercu Shire, Rivendell, a nawet odległy Isenard. Ale życie toczyło się swoim zwykłym, monotonnym rytmem.  Pamiętajmy, że twórca Shire'u  wykładał na Oksfordzie. Jednak podczas wielogodzinnego i nudnego sprawdzania prac egzaminacyjnych stało się coś nieoczekiwanego:







"W tych okolicznościach (jakie niosą one napięcie, rozumie tylko ten, kto musiał ocenić, powiedzmy, pięćset ręcznie napisanych prac na ten sam temat) Tolkien przewrócił kartkę, by odkryć, że kandydat: <<Na szczęście zostawił jedną pustą stronę (co jest najlepszą rzeczą, jaka może się przydarzyć egzaminatorowi), więc napisałem na niej /W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit/. W końcu pomyślałem, że chyba powinienem się dowiedzieć, jacy są ci hobbici. Ale to był dopiero początek.>> Taki był początek, ale - podobnie jak było z Bilbem, gdy znalazł pierścień w tunelu w rozdziale piątym "Hobbita" - <<moment ten miał odmienić całe jego życie>>. Wiemy, że Środziemie w pewnym sensie istniało już w głowie Tolkiena, gdyż od przynajmniej 1914 roku spisywał elfie i ludzkie legendy (...) Jednak Śródziemie nigdy nie przyciągnęłoby powszechnej uwagi, gdyby nie hobbici" (s.33-34) 




 


Autor książki, Tom Shippey, sam jest wykładowcą na Saint Louis University i od lat zajmuje się literaturoznawstwem, w szczególności twórczością Tolkiena. Jego książka jest zatem bardzo wnikliwym studium nad językiem, nazwami i procesem kształtowania się opowieści o Śródziemiu, bo nie tylko o "Hobbicie" i "Władcy Pierścieni" możemy w niej przeczytać. To zbiór pewnych myśli i motywów obecnych w tym, co pisał Tolkiem. Dowiadujemy się jak formowały się starożytne legendy, jak zmieniał się język w poszczególnych Erach Śródziemia. To wreszcie też dokładna charakterystyka głównych bohaterów odwiecznej walki z Sauronem. Trzeba dobrze znać książki Tolkiena, aby zrozumieć nakreślone przez Shippey'a tropy. Można wtedy podążyć ich śladem i jeszcze pełniej odkryć geniusz Tolkiena, jego pasje i lęki, prawdy rządzące wszechświatem i zrozumieć prastare pieśni. Niestety ci, którzy według statystyk czytają pół książki rocznie, poznali "Władcę Pierścieni" dopiero wtedy, gdy Peter Jackson zrealizował swoje niezwykłe marzenie i nakręcił trylogię pod tym samy tytułem. Wtedy każdy chciał wiedzieć coś o Gandalfie, hobbitach czy wreszcie o dzielnym Aragornie. "Niedzielni czytelnicy" mają wrażenie, że powieść stała się popularna dopiero wtedy, gdy Viggo Mortensen i Liv Tyler trafili na plakaty promujące film. Tymczasem "Władca Pierścieni" J.R.R.Tolkiena wygrywał wszystkie plebiscyty na najlepszą książkę przez kolejne lata na długo przed filmem. Przypadek? Nie! Fenomen!




Co kocham we "Władcy Pierścieni"? Właśnie język, dawne legendy i podania. Tolkiem spisał pragnienia ludzi każdej epoki, ubrał w słowa nasze tęsknoty, lęki i nadzieje. To wszystko sprawia, że świat Śródziemia naprawdę istnieje. Żyją gdzieś elfy, choć może dawno zatraciliśmy drogę do  Rivendell. Nie widzimy hobbitów i nie słyszymy pradawnej mowy Entów, ale każdy przecież ma swoje Shire i każdy z nas przeczuwa i lęka się wyglądającego z Mordoru Zła. 





  "Nikt prawie nie wie, dokąd go zaprowadzi droga, póki nie stanie u celu"
("Władca Pierścieni")

 








Anna M.
P.S. Dziś rocznica urodzin Tolkiena :) Happy Birthday!!!







Recent Posts